Magazyn Góry

W najnowszym specjalnym numerze Magazynu Góry- w całości poświęconym zimie znalazł się mój artykuł o Laponii. 500 kilometrów bieli. Na nartach z Finlandii na Nordkapp. Opisywałam to szczegółowo na blogu tekst w Górach jest bardziej skondensowany, opowiada o tym, co czuje człowiek zanurzony w bezkresnej przestrzeni, mierzący się z czymś czego nie widać- zimnem, jednostajnością, samym sobą.

okladka_magazyngory_252

 

Czytam Kontynenty

Siedzę sobie pod kocem, lecząc katar, na szczęście tym razem nie sama. Jest ze mną kilkunastu autorów tekstów i zdjęć. Nowy numer Kontynentów ma 162 strony (w tym 9 stron reklam – nie wszystkich całkiem zmarnowanych -koncerty, książki, muzeum… to notka dla Edwarda- uprzedzam pytanie:))

Są tu teksty o górach (Nanga Dream), opowieść o rowerowym wyjeździe do Iranu (Dorota Chojnowska), o drodze do Santiago de Compostella Marka Kamińskiego, łażeniu wśród górskich klasztorów Bhutanu (Bartek Sabela), jest moja narciarska Laponia, poruszające listy Kazimierza Nowaka, który sam jeden przewędrował przez całą Afrykę na rowerze w latach 30-tych, więc już prawie 100 lat temu, w innym świecie, w innych czasach.

Magazyn Kontynenty

Jest też trochę opowieści innego rodzaju- miejsc zwiedzanych łatwiej (bo samochodem), ale obejrzanych i opowiedzianych z sensem. Katarzyna Boni o katastrofie w Fukushimie, Paweł Smoleński o wielbłądach i Beduinach, starzejąca się nowoczesna architektura Paryża, Lizbona, która na mnie nie robi tym razem wrażenia, jest o mapach, o fotografii, o muzyce… Jest też o podróżowaniu, które coraz częściej ogranicza się do zaliczania i niczego już wcale nie uczy (Max Cegielski).

Jest jasny łączący wszystkie zdjęcia i teksty tego numeru głos-” czy to jest dla kogoś ważne kogo spotkać można w Indiach, w Birmie, w Boliwii, w Kaszmirze, Iranie, wśród śniegów Finlandii i Norwegii, w puszczy Meksyku? Kto żyje w Lizbonie, Fukushimie, Czarnobylu, Paryżu? Te Kontynenty są dla tych, dla których to jest ważne” tyle Darek Fedor we wstępie (bardzo udanym, polecam cały). Kontynenty są też dla takich jak my, podziwiających świat spokojnie i po cichutku. Po swojemu. Daleko od trendów, tłoku i wszelakiego rodzaju „wow”. Nie ma w nich rewelacji w stylu „zabiłem byka”, nie ma schematów i kalk, jest refleksja.

Nowe Kontynenty są w sklepach, ja tymczasem uzbierałam dla Was trochę starych numerów – równie ciekawych. Leżą na kupce, jeśli ktoś z Was chciałby któryś dostać, dajcie znać. Dołożymy do najbliższej paczki, albo pomyślimy jak by go można sprytnie wysłać. Możemy też z przyjemnością wręczyć, jeśli przypadkiem zechcecie do nas wpaść:)

Magazyn Kontynenty

Kontynenty

W najnowszym -wrześniowym numerze Kontynentów znalazł się mój artykuł o marcowym przejściu przez Laponię. Dużo o tym pisałam na blogu- codzienne wpisy to mój zwykły pamiętnik, wspomnienia, które chciałam zachować na później. Tekst w Kontynentach jest inny. Napisałam w nim przede wszystkim o ludziach. O tym co dla mnie znaczyły przypadkowe, zwykle krótkie spotkania, które tam, na dalekiej północy nigdy nie były błahe, nieważne. Jestem odludkiem, tam też trzymałam się z boku, a jednak ta podróż nie mogłaby się odbyć bez ludzi. Nawet gdyby, byłaby najprawdopodobniej inna, być może bardzo zimna i pusta. Laponia zimą to wielka biała karta, na której każda odrobinka ciepła jest cudem. Teraz po kilku miesiącach właśnie te cuda pamiętam najbardziej. Zaskakujące jak daleko trzeba odejść żeby docenić zwykłe ludzkie gesty.

Magazyn Kontynenty, zdjecie autorstwa koleżanki , bo mój egzemplarz jeszce nie dotarł

Razem z tekstem Kontynenty opublikowały też zdjęcia z serii, nad którą pracowałam przez ostatni rok- te, na których moja sylwetka jest duchem. To pierwszy raz kiedy mogę je zobaczyć na papierze więc bardzo się z tego wydania cieszę. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba. Oprócz mojej skromnej Laponii Kontynenty jak zwykle są pełne sław, więc się nimi nie rozczarujecie.

Wszystkie zdjęcia z mojego cyklu można będzie obejrzeć w sobotę 15-tego października w Strefie Kontynentów. Ponieważ będzie tam mnóstwo inspirujacych rzeczy, sławnych autorów, nowych książek, znanych zdjęć… mam nadzieję, że zajrzycie i że znajdziecie chwilkę też dla mnie.

 

Łukasz Supergan- Pieszo do irańskich nomadów, prawie recenzja

Kilka dni temu dostałam paczkę. Książkę z dedykacją. Krótkie zdanie napisane dokładnie w dzień moich urodzin, zaintrygowało mnie. Ale nie chciałabym uprzedzać faktów. Pieszo do irańskich nomadów Łukasza Supergana to wciągająca, mięsista lektura. Początkowo troszkę patetyczna, niepozbawiona drobnych potknięć, miejscami odrobinkę pyszałkowata, z czasem zdecydowanie głębsza tak, że na koniec zaczęłam się zastanawiać czy początkowo denerwujący mnie ton nie był przypadkiem zamierzony, a celem kilku powtarzających się truizmów nie jest kontrast z dalszą częścią. Być może nadinterpretuję, pewnie dlatego, że znam Łukasza nie tylko z książki. Pieszo do irańskich nomadów to opowieść o drodze. Szczera i prosta. Dużo w niej Iranu, sporo Łukasza, dużo jedzenia (a dokładnie jego braku), trochę gór, mnóstwo trudności. Nie chcę omawiać treści, byłoby szkoda. To książka, którą warto przeczytać.

Pewnie patrzę na nią inaczej (być może nawet bardziej krytycznie), bo obserwuję Łukasza od lat, tak czy siak piszę, bo informacja podana przez wydawnictwo jest bałamutna: „Relacja z pierwszego w historii pieszego przejścia irańskiego łańcucha gór Zagros z północy na południe, na dystansie  około 2300 km”.

Samo „pierwsze w historii” przejście od razu nastawia mnie wrogo- jestem przekonana, że podczas tysięcy lat niejedno mogło się zdarzyć.  Wiele osób nie pisze o swoich przygodach, albo opisuje je w nieznanych nam językach, lub na nośnikach, których się nie da wygooglać (np na pergaminie). Nie dowiemy się komu przyznać tę palmę.  Takie hasło to typowe marketingowe zagranie, płytkie i szkodliwe. To czy Łukasz był, czy nie był pierwszy nie ma dla tej historii żadnego znaczenia. Podjął bardzo ryzykowną wędrówkę. Za granicą, tylko kilkadziesiąt kilometrów od jego trasy trwała wojna, zaczynała się zima, szedł sam przez kraj, w którym rządzi policyjny reżim. Miał mało pieniędzy. Mógł o nie żebrać u sponsorów, jak wielu innych, finansujących w ten sposób swoje wakacje. Nie zrobił tego. Kupił fotograficzny sprzęt za środki z uczciwej zbiórki, inne rzeczy wygrał w konkursie. Od nas dostał tylko sprytnego bufa mającego go zasłaniać przed słońcem. Chciałam, żeby miał coś naszego, wierzę w magię dawanych na drogę przedmiotów. Wiem, że to idiotycznie brzmi, ale już nie raz „zapakowałam” w nie życzenie żeby ich właściciel szczęśliwie wrócił. I wracał.

Czytając książkę uśmiałam się widząc, że ten efekt częściowo zadziałał. Cieniutka lniana koszulka (którą Łukasz zabrał na wyjazd chociaż wiedział, że poprzednia identyczna też mu się w końcu podarła w drodze do Santiago, to zbyt ciężkie warunki, zbyt długo) poszarpała się i powodowała, że ludzie zapraszali go, karmili. Łukasz, przykro mi bardzo, ale może tak właśnie miało być?  Na szczęście druga, wełniana przetrwała.

Celem Łukasza było poznanie nomadów. Tyle tytuł, tyle notka i okładka. Istotą tej książki nie są jednak pasterze, z którymi Łukasz w zasadzie tylko się minął, nie jest pierwsze w historii przejście, czy 2300 km trasy. Nie jest też wartka, interesująca akcja. Najważniejsze jest zmierzenie się z nieznanym, pytanie o sens podróżowania, o wagę ewentualnej sławy, o próżność i o wierność sobie. Łukasz na te pytania nie odpowiedział, bo do końca pozostał szczery. Nie wiedział. Zostawił je nam. I dobrze. Literatura (sztuka) nie jest od udzielania odpowiedzi, to umie przecież byle kto, ale od stawiania pytań, a to jest naprawdę trudne.

Po przeczytaniu, przez chwilkę korciło mnie żeby podpowiedzieć. Bo tę odpowiedź już (przypadkiem) znam, ale nie będę. Nie dlatego, że nie jestem pewna. Myślę, że Łukasz też już to wie.

Łukaszu, powodzenia, jestem bardzo ciekawa co będzie dalej!

PS: Zdjęcia z Zagrosu, które dostałam od Łukasza zaraz po jego powrocie.

PS2- cienką lnianą koszulkę wycofałam

Tatry na nartach -przewodnik skiturowy

Niektóre rzeczy odkładane na później robią się same, inne niestety przepadają. Od Świąt mam na biurku skiturowy przewodnik po Tatrach autorstwa Wojciecha Szatkowskiego, pięknie wydany przez Tatrzański Park Narodowy. Chciałam sprawdzić niektóre trasy i też Wam coś o nich napisać, ale nie zdążę.  Tatry to świetne miejsce na krótki zimowy wypad niestety mieszkam bardzo daleko. Wspominam o tej książce teraz, bo najlepsze warunki to zwykle marzec-kwiecień, które ja tym razem przegapię. Będę gdzie indziej. Tatry wiosną są wyjątkowo piękne. Pamiętam kilka wspaniałych świąt Wielkiejnocy, kiedy na Wołowcu leżał dobry firn, na Chochołowskiej kwitły krokusy, a z Roztoki w Śmigus Dyngus wylewała się strumieniami woda.  Pamiętam też zaśnieżone Morskie Oko, z którego trudno było wyjść bez nart. Ludzi grających w Kondratowej na saksofonie, rezurekcje w Kościelisku…

Od dawna nie byłam wiosną w Tatrach więc tym bardziej ucieszyła mnie ta książka. Co jakiś czas mam wrażenie, że TPN chciałby zachować najlepsze zakątki Tatr dla siebie, a tymczasem udostępnia je nam.  Przewodnik jest piękny, bogaty, pełen bardzo dobrych współczesnych i historycznych zdjęć. Sprytnie wydany w formie skoroszytu, na wodoodpornym, trudnym do podarcia papierze – więc używanie go w każdych warunkach nic mu nie zrobi. Zawiera imponującą ilość opisów tras. Kilkadziesiąt w Polsce i na Słowacji. Sporo historii, wiedzę o śniegu i garść sensownych rad. Jest pełen anegdot i cytatów autorstwa tatrzańskich sław, dobrze się go czyta. Żałuję, że nie sprawiłam proponowanych tras, znam tylko kilka, z dawnych lat. Może Wam się to w tym sezonie uda. Puste, niezadeptane Tatry to coś niemal niemożliwego latem, a zima w górach jest wyjątkowo piękna. Trasy są różnego rodzaju od bardzo trudnych do bardzo łatwych, są też takie, które da się pokonać na śladówkach.

Tatry na nartach Wojciech Szatkowski

Ja tymczasem wyruszam w góry raczej płaskie, zimne i chyba dalekie od ludzi, czując się trochę tak, jakbym cofała się w czasie. Przy całym współczesnym sprzęcie, wszystkich zdobyczach techniki w dzikich, odludnych miejscach człowiek jest nadal zdany na Naturę i siebie, tak jak ponad sto temu, kiedy zaczynała się narciarska eksploatacja Tatr.

” Mgła ogołaca narciarza z wszelkiej broni, odbiera mu wzrok, poczucie stromizny, możliwość orientacji, wywołując na dobitkę ciężką depresję psychiczną. W mgle chodzi się godzinami w kółko, jak chore małpy w klatce. Tylko ten, kto nie znalazł się zimą w mgle górskiej, w której dosłownie często końca własnych nart można nie zobaczyć, podciągnie spodnie, pewny, że on by sobie dał jakoś radę. My radzimy mu jedno: gdy mgła przydybie narciarza na wycieczce, hasło dnia powinno być baczność, graj w brydża, albo śpij, ale nie wychodź ze schroniska, a jeśliś w drodze w tył zwrot!- o ile możesz jeszcze zawrócić. Innej rady nie ma”. Józef Oppenheim ( fragment z książki Tarty na nartach).

Trochę się martwię, że może być ponuro i źle, ale ponieważ tak już bywało i jakoś dawaliśmy sobie radę mam nadzieję, że uda się też i teraz, i że przywiozę trochę dobrych zdjęć. Te tatrzańskie, opublikowane w książce Szatkowskiego podnoszą poprzeczkę bardzo wysoko, ale powalczę :)