Islandia -Vik

Wyruszyłam do Vik późnym popołudniem. W miarę jak jechałam pogoda robiła się coraz lepsza. Wysiadłam pod sklepem, pogadałam z trójką autostopowiczów (Niemcem i parą Czechów) i pod wiatr stromym trawiastym stokiem wdrapałam się na górę piętrzącą się ponad Vik. Ścieżka jest znakowana, początkowo prowadzi drogą, potem dziczeje- a przynajmniej dziczeje bliższy skraju urwiska wariant, który wybrałam. To ładna trasa, z widokami i na dalekie nadmorskie skały (w tym Dyrafjoll), i na bardzo bliskie kolonie mew. Myślałam żeby gdzieś zabiwakować. Wychodząc z Vik nabrałam na zapas wody, obejrzałam porzucony domek zasłaniający upiorny wiatr, zjadłam…. ale ostatecznie zeszłam aż na czarną plażę. Dalszy ciąg szlaku jest prawie nieznakowany, minęłam kilka tyczek- zmurszałych i poprzewracanych, kilka kopczyków, ale co najważniejsze niemal przez cały czas widziałam ścieżkę- dowód, że ktoś czasem tamtędy chodzi. Zejście jest strome, długo ciągnie się trawersem i ostatecznie opada tuż przy kościele. Dotarłam tam koło północy podziwiając wspaniały zachód słońca. Tak wspaniały, że w porównaniu z nim czarna plaża wydała mi się zupełnie zwykła. Pokręciłam się tam chwilkę- bardzo zmęczona i długo szukałam miejsca na namiot. Albo było bardzo na widoku, albo w podmokłych trawach, albo zbyt wystawione na wiatr. Ostatecznie ukryłam się w ruinach zagrody już prawie pochłoniętej przez czas.

Rano mój palnik odmówił współpracy- ukręciłam gwint. Bez śniadania wyruszyłam znów na sławną plażę. Kręcił się tam tłum oszalałych fotografów. Minęłam ich i poszłam na sam koniec – szczęśliwie zupełnie pusty- widać tak działa sława niebezpiecznych fal. Już myślałam gdzie tu rozstawić swój statyw kiedy zachęceni moim przykładem nadciągnęli wielką gromadą i natychmiast bez pytania czy śladu wahania weszli mi w kadr. Z pewnością tworzyli tam wiekopomne dzieła- cóż innego wywołałoby taki zapał? Nie chcąc z nimi rywalizować (naprawdę nie było o co – światło zwykłe- płaskie i blade, skały jak skały) ruszyłam do pobliskiej restauracji. Fajnej. Po tym jak kupiłam kawę miły Hiszpan pozwolił mi nabrać wrzątku na owsiankę, a kelnerki, które okazały się Polkami poczęstowały mnie owocami.

Wyjechałam stamtąd autostopem i z kilkoma przesiadkami (jedną znów z trójką miłych Polaków) dojechałam do Dyrafloll. To tylko kilka kilometrów w linii prostej, ale ponieważ po drodze jest rzeka, objazd jest długi. Tam też wyznakowano szlaki. Postarałam się jak najwięcej z nich wykorzystać. Miejscami był nawet lekki tłok, ale przez większą część czasu chodziłam sama. To przyjemne, spokojne miejsce.

Po południu wróciłam do Rejkiawiku z kilkoma przesiadkami- celowymi, wciąż miałam jeszcze troszkę czasu. Zobaczyłam Skogarfoss- piękny, ale zatłoczony, wykąpałam się w porzuconym (i bezpłatnym) basenie- bo tam akurat jechał podrzucający mnie Hiszpan. Już po zmroku dotarłam do Keflaviku- do naszego (kwarkowego) Dariusza, tak zmęczona, że nawet nie miałam siły pogadać. Odjeżdżałam, a na Islandii zaczynało się lato. Kiedy porównuję zdjęcia z tej wiosny i z zeszłorocznego czerwca i lipca wyglądają jak z innych światów… Wrócę kiedyś żeby zobaczyć też islandzką jesień.

Teraz znikam – na kilka dni w Pirenejach.

Islandia, wschodnie Fiordy Víknaslódir cz4

Schron stał tuż nad oceanem i fale wracające po kamienistej plaży zagłuszały deszcz. Spałam na wąskiej pryczy pełnej wełnianych koców, grubych i szorstkich, takich jakie robiło się przed 50-ciu laty. Po zerdzewiałej rurze piecyka spływały krople, a przez okno wlewała się mętna biel. Grzebałam się długo, nie chcąc wychodzić w deszcz. Temperatura musiała być bliska zera, tylko kilkaset metrów nade mną góry były już jednolicie białe. Czekając obejrzałam rzeczy znalezione w schronie. Był tam plakat zespołu z lat 80-tych, były nożyce do strzyżenia owiec, narzędzia, świeczki, resztki jedzenia. Była też miseczka- na oko wielkości niecałej szklanki wypełniona zardzewiałymi gwoździami. Zalana wodą- leżała pod piecem. Czując się podle (nigdy nie zabieram niczego ze schronów) przełożyłam gwoździe do plastikowego pudełka, w którym jadam płatki. Mój garnek do niczego się nie nadawał, a zostało mi jeszcze kilka dni. Miseczka musiała być bardzo stara- miękkie, skorodowane aluminium. Powierzchnia tak szorstka, że nie do doszorowania, dno cieniutkie, prawie dziurawe. Pewnie nie była już wiele warta, nikomu niepotrzebna, w schodnie było kilka dobrych garnków, niemniej nadal mam wyrzuty sumienia. Może kiedyś wrócę i odniosę…

Szlak do Bakkagerdi wspina się na zbocze zaraz za schronem. Jest stromy i jak to bywa w Skandynawii bagnisty, cmokający błotem, bardzo śliski. Grań zaśnieżona, obok piękny urwisty szczyt, a po drugiej stronie…Bajka! Sławne strzeliste szczyty Dyrfjoll- zupełnie białe. Miałam szczęście. Pogoda zaczęła się poprawiać. Przez kilka godzin niebo było całkiem czyste i schodząc an wprost błękitnego fiordu podziwiałam ośnieżone góry po drugiej stronie zatoki. Szybko, szybciej niż przypuszczałam zeszłam do szosy 94 i zamiast w lewo skręciłam w prawo. Była tam jakaś atrakcja turystyczna z daleka, z góry widziałam zielony półwysep i porcik- jak się okazało kiedy podeszłam kolonię ptaków- mewy, puffiny, parking i tłok.

Nic złego, wiedziałam, że ludzie przejeżdżają setki kilometrów dla takich miejsc, puffiny pozowały jak zawodowi modele, toaleta miała ciepłą wodę, niby wszystko było zupełnie ok, ale mi było żal dzikości.

Odjechałam stamtąd autostopem. Znów zaczął padać deszcz, góry zakryły chmury, a ja oddałam swoją mapę (wydruk przygotowany przed wyjazdem) troszkę szalonej Amerykance, która mnie kawałek podwiozła. W zasadzie mogłam jeszcze iść przez dzień- dwa, tylko miałam już mało jedzenia, tylko ten śnieg leżący na bezdennym błocie i góry naprawdę wysokie. Poza tym byłam ciekawa południa Islandii, a zostały mi niecałe 4 dni. Chwilkę po tym jak zabrał mnie kolejny samochód ściana deszczu zasłoniła urwiste szczyty i widziałam już tylko śnieg i błoto, wezbrane rzeki, kłęby mgły. Pod chmurami, gdzie zjechaliśmy za granią padał regularny deszcz. Jechaliśmy przez trawiaste równiny, rozlewiska ogromnych rzek, nawet laski. Wysiadłam w Egilstadir pod znajomym sklepem i godzinę później jechałam już z parą Amerykanów wzdłuż Wschodnich Fiordów- jedną z najpiękniejszych szos jakie kiedykolwiek widziałam.

Nie byłam pewna czy poznałam Víknaslódir. Byłam, przeszłam, ale niewiele zobaczyłam…