dobieranie kolorów i kolorowych nici- Blue Denim

Blue Denim to klasyczny, dobrze znany kolor kojarzący się z uczciwą pracą i z wypoczynkiem. Można go równie dobrze nazwać szarobłękitnym jak błękitnoszarym.  Pasuje do każdego typu urody, może być damski lub męski. Dobrze się czuje w sąsiedztwie wielu kolorów, często go widujemy w naturze, budzi przyjemne, kojące skojarzenia.

Blue Denim z białym nie wymaga żadnych wyjaśnień. Chłodne, czyste i lekkie zestawienie. Morze, wakacje, górska rzeka. Święty spokój.

Blue Denim i białe nici

Podobnie czuje się z Blue Denim z kremem. Nić wygląda tu łagodniej, bardziej się wtapia. Kontrast jest delikatniejszy, ale całość nadal lekka i świeża.

Pomarańcz zestawiony z Blue Denim to klasyk, od lat stosowany w dżinsach. Przywodzi na myśl oznakowanie, ogrodowe narzędzia, ale to też kolor wszystkich zachodów słońca, deszczu w nagietkach, świateł we mgle.

Blue Denim i pomarańczowe nici

Bordowy z Blue Denim przypomina nadmorskie kurorty i szwedzkie domy pod pochmurnym niebem. To też kolor dawnych domowych sprzętów, bezpieczny, przytulny z nutką tęsknoty. Budzący zaufanie, nawet luksusowy.

Blue Denim i bordowe nici

Czerwień z Blue Denim kojarzy się ręczną robotą, haftem, majsterkowaniem i ze znakami- zwłaszcza tymi stawianymi dla bezpieczeństwa. To też kolor morza i wybrzeży, w przyrodzie ozdoba i duma wielu zwierząt.  To beztroskie leżenie pod jarzębiną, maki na wietrze. Same dobre rzeczy.

Blue Denim i czerwone nici

Fuksja na Blue Denim jest mniej naturalna, ale wygląda nieźle. Kolory grają. Mają sobie coś do powiedzenia.
Blue Denim i nici Fuksja

Chlorofil ożywia i ochładza Blue Denim. W naturze taki duet widuje się bardzo często, w ubraniach pojawił się stosunkowo niedawno wraz z modą na sportowe, dynamiczne kolory.

Blue Denim i nici Chlorofil

Spokojniejsza, bardziej naturalna na dżinsie jest ciemna zieleń, częsta w niezobowiązujących ubraniach miejskich i weekendowych. W takich kolorach dobrze się odpoczywa i mniej rzuca w oczy niż z chlorofilem. Podobnie jak on, ten zielono -niebieski duet nasuwa skojarzenia z roślinami i niebem, ale tu zieleń jest widziana z daleka, bardziej leśna niż doniczkowa. Nie tak dynamiczna, ale szlachetniejsza.

Blue Denim i ciemnozielone nici

Czerń na Blue denim wygląda poważnie, nawet nieco dramatycznie. Jest bardzo graficzna.

Blue Denim i czarne nici

Spokojniejszy , chociaż w odbiorze podobny jest granat.

Blue Denim i granatowe nici

Ocean Blue troszkę się z Blue Denim gryzie. Takie kolory spotyka się razem w naturze, ale nie tworzą uspokajającej całości, raczej sygnalizują, że coś się dzieje.

Blue Denim i nici Ocean Blue

Szare nici giną. Wtapiają się w Blue Denim i rozmywają. Z daleka ich prawie nie widać.

Blue Denim i szare nici

Natomiast żółte niemalże świecą. Takie zestawienie jest częste- pola rzepaku, wiele letnich kwiatów. Jest tak intensywne i zwracające uwagę, że od dawna służy do oznakowania niebezpiecznych rzeczy. W ubraniu będzie bardzo dynamiczne, bardzo sportowe.

Blue Denim i żółte nici

Islandia wiosną- jak się przygotować?

Ten wyjazd był nieco nietypowy więc starałam się jak najlepiej przygotować. Czytałam, pytałam, śledziłam historyczne dane o pogodzie. W necie są relacje z wiosennego samochodowego zwiedzania Islandii, trekking wiosną był niespodzianką obarczoną sporym ryzykiem. Wszyscy zapytani Islandczycy stanowczo to odradzali. Podobnie było kiedyś z norweską wiosną, więc nie zraziłam się, spróbowałam.

Jak było? Zaskakująco zimno. Temperatury zwykle dodatnie, ze statystyk tylko o 4 stopnie niższe niż te znane mi z czerwca, ale ze względu na wilgoć i wiatr, jak również odpromieniowanie w kierunku zmarzniętej, wychłodzonej zimą ziemi odczuwalne zimno porównywalne chyba tylko z Arktyką. Często chodziłam ubrana identycznie jak w Laponii w marcu i wcale nie było mi zbyt ciepło. Polarna, którą na szczęście zabrałam bywała wilgotna lub mokra (poziomy deszcz przemaczał wszystkie deszczochronne warstwy), niemal przez cały czas miałam ją na grzbiecie i tylko sporadycznie robiło mi się za ciepło. Upiornie wiało więc często przydawała się wiatrówka. Na nogach wystarczały legginsy z powerstretchu założone pod niby nieprzemakalne spodnie. W butach- skarpetki Walonki.  Miałam dwie pary. Cieńsze nie dałyby rady- buty przemakały regularnie od deszczu, błota, bagien i mokrego śniegu. Miałam goreteksowe „skarpetki” (Wiesiu obiecałam Ci już nie dziękować, ale czemu tego nie macie w sprzedaży!), więc czasem miewałam w butach sucho. Zabrałam dwie wełniane koszulki z długim i krótkim rękawem (często nosiłam jedną na drugą), bluzę z kapturem i łapkami, maskę, gatki na zmianę i prezent niespodziankę od Romana Werdona– puchową sukienkę. Dostałam ją tuż przed odlotem, w Gdańsku, przez kilka dni myślałam się jak to założyć, a potem codziennie wieczorem i jeszcze (dla pewności) rano wysyłałam Romanowi błogosławieństwo. Gdyby nie to ubranko musiałabym tak jak w zeszłym roku sypiać w mokrych powerstretchach molestując mój ulubiony śpiwór. Teraz sypiałam i łaziłam na biwakach w luksusie- otulona puchem od stóp do głów.

To wszystko, co zabrałam z ubrania. Poza tym w moim tym razem bardzo lekkim plecaku oprócz śpiwora (Roberts 700 g puchu, ten co zwykle) znalazła się jeszcze pałatka Faroe out (Fjorda), znana Wam już z moich poprzednich wyjazdów- kupiłam sobie w tym roku nową- oliwkowo zieloną. Długo myślałam jak wytrzyma wichury, jak ją postawię na wydmach, na dziwacznym pumeksowym piasku lawowych pól, czy na podmokłym- nie miałam przecież podłogi. Sprawdziła się idealnie, do mocowania wystarczyły zwyczajne szpilki (czasem przykryte kamieniami). Podłogę zastąpiły dwa sklejone taśmą śmieciowe worki, które dała mi pani w informacji w Asbyrgi (wielkie dzięki!). Rozkładałam je na mokrym piachu, na pumeksach, na kamieniach, zroszonej trawie, na zwałach błota. Wszystko przetrwały, a w dzień służyły za worek do wypełnienia wnętrza plecaka. Spałam na karimacie- tej co zawsze z-line, w cieniutkim worku biwakowym, który sobie na tę okoliczność uszyłam (chcąc nieco oddalić śpiwór od błota). Wszystko to razem z namiotem ważyło 1200 g, a dawało wielkie, bardzo wygodne wnętrze gdzie mogłam gotować, rozkładać rzeczy, usiąść i przeczekać deszcz. Rozbicie pałatki (co pewnie wiecie) zajmuje ok. 3 minut, strząśnięta pozbywa się większości wody, można ją postawić nisko, tak, że dotyka ziemi (kijki 125 cm lekko przechylone żeby na środku było więcej miejsca). Nie potrzebuję więcej.

Ponieważ padł mój stary plecak, kupiłam nowy- Cholatse Lowe Alpine. Jest dość lekki (1500g), raczej miękki, więc trzeba go dobrze spakować, ale pozwala nosić wygodnie ładunek do 20 kg. Myślałam o bardzo lekkim plecaku Pajaka (tym półkilogramowym), ale Andrzej Pająk mi go odradził- nie jest przeznaczony na długi trekking i 20 kg bagażu. Może kiedyś.

Miałam jeszcze kapcie do przechodzenia rzek, skarpetki z neoprenu- które przydały się głownie do przechowywania obiektywów (świetnie chronią prze wodą i ewentualnym obiciem), pelerynę na plecak i 2 mm neoprenowe żeglarskie rękawiczki- te nosiłam w każdy długotrwały deszcz. Nie są tak ciepłe jak nasze np windblockowe, ale woda ściekająca z peleryny nie robi im większej różnicy więc pomyślałam, że tak wyjdzie lepiej. I chyba było, ale jeszcze lepiej byłoby chyba założyć gumowe na powerstretcha- wypróbuję kolejnym razem. Przez większość czasu miałam na sobie rękawiczki z Powerstetcha– prawie ich nie zdejmowałam.

Wszystko to razem ważyło troszkę ponad 6 kg. Do tego doszło ok 7 kg jedzenia, 0,5 kg gazu, 1,5 kg wody plus 3,5 kg moich fotograficznych zabawek. Nie najgorzej. Nie miałam wrażenia, że jest mi za ciężko.

Przed wyjazdem wydrukowałam sporo map znalezionych w necie- przydały się, nie wszystko można kupić na miejscu. Podobnie jak w zeszłym roku wypytywałam w każdej informacji i wszędzie gdzie mogłam się czegokolwiek dowiedzieć. Warto, bo poleganie wiosną na letniej mapie i letnich opisach tras może się skończyć wpadką- nie wszystkie drogi dadzą się bezpiecznie przejść przy śniegu, błocie czy wezbranych rzekach, chociaż te paradoksalnie w zimne dni są łatwiejsze niż w ciepłe wczesnym latem. Tradycyjnie nie zabierałam niczego poza telefonem i kompasem.

Czy warto- tak. Myślę, że tak. Wczesna wiosna (w połowie maja) jest mniej kolorowa niż lato. Trawy są jeszcze zaschnięte, drzewa bezlistne, jedyne kwiaty to wierzbowe bazie. Górskie drogi są bez wyjątku zamknięte więc dojazd w niektóre miejsca jest trudny. Za to chodzenie – sama przyjemność. W górach nie ma dosłownie nikogo. Śnieg pozwala na przejście pustynnych lawowych pól, ośnieżone góry są piękne. Pod koniec maja na poziomie morza zaczyna się już zielenić trawa, wyłażą łubiny, zakwitają lepnice. Tydzień później pojawiają się też zawciągi, a po nich inne letnie kwiatki. W połowie czerwca Islandia jest już zielona, łubiny kwitną na całego, po górach łażą stada owiec, a w turystycznych miejscach narasta tok. Na bezludnych wcześniej kempingach coraz trudniej o nieobwieszony ciuchami grzejnik czy miejsce przy zadaszonym stole. Na szosach można spotkać innego autostopowicza, na górskich drogach wypatrzyć pierwsze ślady kół.

Islandzka wiosna to okazja pobycia samemu dziesiątki, nawet setki kilometrów od cywilizacji- czyli coś niezwykłego, niemożliwego w żadnym innym miejscu. Mnie to bardzo cieszyło.

 

 

Ubrania do biegania- siedmioletni test

To długa historia. Jakiś czas temu Edek Krzyżak umieścił na swojej stronie Moje Pireneje tekst o tym, w czym biega. Była tam masa kwarkowych rzeczy i właściwy Edkowi porządek. Zlinkowaliśmy to w sklepie, ale przy przeróbkach edkowej strony ten tekst gdzieś wsiąkł. Ponieważ pytaliście udało mi się go odzyskać. Nie wszystko jest już dostępne (rzeczom, które są nadal w ofercie dodałam linki), niektóre modele nigdy nie weszły do produkcji i skończyło się na prototypie, który testował nam Edward. Niemniej Edkowe bieganie to kilka dobrych lat w Kwarkach, 10 szosowych maratonów, 10 ultramaratonów górskich, Bieg Rzeźnika…niezliczona ilość kilometrów podczas codziennych treningów i pomniejszych zawodów. Uzbierał się sensowny poradnik jak się ubrać na każde warunki. Publikuję, prawdopodobnie się przyda.

Tekst i zdjęcia Edward Krzyżak:

Pewnie każdy kto biega ma swój ulubiony zestaw ubrań, w których dobrze się czuje. Ulubioną markę czy materiał, który mu pasuje. W zależności od stopnia aktywności, zasobności portfela czy potrzeby. Ja praktycznie od zawsze biegam (czy też chodzę po górach) w ciuchach KWARK

Uzbierała mi się całkiem spora kolekcja, zestaw na każdą temperaturę. Dobrze się sprawują, jestem zadowolony i nie sądzę bym coś zmienił. W każdym razie polecam.

Co do zakresu temperatury to oczywiście są to odczucia subiektywne. Tak to mniej więcej wygląda u mnie. Komfort cieplny to sprawa indywidualna. W chłodniejsze dni, szczególnie podczas wolnych biegów dla wielu poniższe zestawy mogą być ciut „za zimne”. A wszystko przedstawia się tak:

Temperatura ponad 20 stopni:

Pewnie dużo osób biega w koszulce na ramiączkach. Ja za nią specjalnie nie przepadam. Z kwarkowego zestawu wybieram więc lnianą koszulkę z krótkim rękawem (Cypr). Jest cieniutka, nawet lekko prześwituje. Leciutka i przewiewna. Luźna. Na upały idealna. Oczywiście nie zawsze w niej biegam. Często zakładam koszulki, które dostałem w pakietach startowych. O ile nie mają za dużo reklam. Nie wiem jak was, ale mnie osobiście denerwują te olbrzymie loga sponsorów maratonów. Szczególnie ulicznych. Bo w górskich sytuacja jest o wiele lepsza. Jeśli chodzi o spodenki to ja lubię różnego rodzaju legginsy, czyli obcisłe. Nie mam nawet luźnych spodenek. W lecie biegam w spodenkach Gazela. Zrobione z mikrowłókna (ThermPro light: 83% poliamid elastan 17%). Materiał jest cienki, elastyczny, dobrze odprowadza pot. Z tyłu kieszonka na zamek.

Temperatura 15-20 stopni:

Właściwie to można w tym samym. Aczkolwiek można by było nieco zmodyfikować górę na koszulkę bardziej przylegającą do ciała. Lepiej wtedy odprowadza pot. Nie jestem pewnie z czego ona jest zrobiona, chyba z Power Dry.

Temperatura 10-15 stopni:

Jeśli bliżej 15 stopni zakładam koszulkę z krótkim rękawkiem, ewentualnie len pod spód a na górę koszulkę. Albo zakładam koszulkę z wełny Merynosów. Ładnie przylega i odprowadza pot. Oddycha. Choć te koszulki są ciepłe i jeśli świeci słonko mogą być za ciepłe. Zmieniam też legginsy na legginsy z Power Stretch Pro. Jeśli bliżej 10 stopni to na koszulkę z wełny Merynosów zakładam koszulkę z krótkim rękawkiem.

Temperatura 5-10 stopni:

Temperatura spada. Góra może być. Choć w zapasie mam nieco inną koszulkę z wełny Merynosów. Kwarkowa 80-tka. Ma nieco przedłużony tył oraz miękki golf na zamek. Jeśli chodzi o dół to legginsy z Power Stretch Pro lecz nieco dłuższe, za kolana. Plus ewentualnie opaska.

Temperatura 0-5 stopni:

Pora założyć długie legginsy z Power Stretch Pro. Model nazywa się Irbis. Pięknie oddychają, odprowadzając pot. A z tyłu kieszonka na zamek. Jeśli chodzi o górę to wełna z Merynosów plus koszulka jeszcze wystarcza jak jest bliżej 5 stopni i szybszy bieg. Gdy bliżej zera lub wolniejsze biegi to mam taką koszulkę z cieńszego Power Stretch Pro. Nieco przedłużony tył i małą stójkę. Na głowie opaska lub ewentualnie czapka Profil (Wind Pro + Power Stretch Pro).

Temperatura poniżej 0 stopni:

Jeśli chodzi o ciepło kwarkowych materiałów, to moim odczuciu kolejność jest taka: len – cienka wełna z Merynosów – grubsza wełna z Merynosów – cienki Power Stretch Pro( Cordura) – normalny Power Stretch Pro. Gdy na dworze zimno najwyższa pora założyć do biegania bluzę z Power Stretch Pro. Model nazywa się Zmierzch. Ma kieszenie z tyłu, łapki i przedłużony tył. I odblaski. Jest naprawdę ciepły. I pięknie oddycha.

Ale musi być dobrze dopasowany, przylegać do ciała. Właściwie to pod spód nic nie zakładam. No chyba, że poniżej minus 10 stopni to koszulkę z cienkiej wełny ale musi być ciasna by pot nie zalegał. Nawet na wiatr Power Stretch Pro jest dobry. Na głowę albo opaskę albo czapkę Profil. Zamiast Zmierzchu może też być inny Power Stretch Pro. Na przykład z łapkami i kapturem. Również z przedłużonym tyłem. Do kompletu mogę też być rękawiczki z Power Stretch Pro. Ja nie zakładam, łapki w zupełności wystarczają.

Zostały jeszcze kurteczki. Ja generalnie nie biegam w kurtkach. Power Stretch jest wystarczająco ciepły, odporny na wiatr i wilgoć. Co na deszcz? Taki awaryjny, bo w deszczu raczej nie biegamy (no może w lecie, ale na jesień?). Mam taką kwarkową kurteczkę. Może być na wiatr, może być na awaryjny deszcz. Ma kaptur, łapki. Wiadomo, że rzeczy, które mają chronić przed deszczem trochę gorzej oddychają. Dlatego też pod spód trzeba założyć coś dopasowanego, odprowadzającego wilgoć. Np. Power Stretch Pro lub dopasowaną wełnę. I druga kurteczka, którą mam od niedawna. Materiał zewnętrzny Pertex Microlight, wypełnienie Polartec Alpha. Kurteczka jest super! Leciutka, cieplutka, nieprzewiewna. Całkiem nieźle oddycha więc można żwawo się ruszać. Nie biegałem w niej jeszcze, bo to nie wiem ile stopni n minusie musiało by być. No chyba, że na wolne biegi zamiast Power Stretch Pro. Ale tak po treningu czy zawodach, czy nawet przed startem by nie tracić ciepła doskonale się nadaje.

PS: Prototyp czarnej kurtki, w której Edward nieco się pocił nie wszedł do produkcji, zastąpiliśmy go Costaboną

Powerstretchowa koszulka (z ostatniej fotki), jest nadal w planach, czasu zabrakło. Ten materiał w postaci legginsów testowała też dla nas Leśna

Wspomniany cienki powerstretch nigdy nie znalazł się w ofercie. Zdyskwalifikowaliśmy go za mechacenie. Miał w tym swój udział również Drzewol.

Krótkie legginsy Edka były robione na życzenie. Trochę się różnią od modelu ze sklepu (lampasy, długość), gdyby ktoś takie chciał możemy zrobić.

Powerstretch dla dzieci

Nie wiem czy już Wam pisałam, że zeszliśmy ze stopniowaniem dziecięcych ubranek aż do 80 cm? Udało nam się przymierzyć na kilkoro maluszków. Wygląda na to, że wszystko pasuje. Lepsza jest chyba wersja bez łapek- bo na początku można rękawek troszkę zawinąć, a potem w razie gdyby zabrakło dodać mankiet (doszyjemy jak trzeba, to drobiazg). Podobnie jest z legginsami. Pokazuję to teraz, bo może planujecie letnie wakacje, a w powerstretchu dziecku będzie na pewno sucho i ciepło. I w górach, i na żaglach, i w mokrym piasku. W takim ubranku można dowolnie szaleć. Nie zniszczy się, szybko wyschnie. Dziecko się w nim nie spoci, a jeśli usiądzie na mokrym nie zmarznie.

Nie ma pewności czy lato okaże się zimne, czy ciepłe, ale maluszki z pewnością będą bardzo aktywne- jak zwykle :)

jak się ubrać na wyprawę polarną? :)

To w cudzysłowu. Nie wiem jak nasze wyczyny mają się do dokonań innych. Mieliśmy inne cele, inny plan. Tak czy siak zimowy miesiąc w Arktyce, 500 km na nartach w bezludnym wietrznym terenie pozwala mi myśleć, że coś już wiem, i że to coś być może się przyda.

Przez cały czas nie zdejmowaliśmy z siebie bluz Polarnych (ja miałam  zwykłą, Jose Polarną Plus) i takiż legginsów. Ten zestaw sprawdził się w temperaturach od lekkiego mrozu do wichury przy -20-tu. Jako bieliznę oboje nosiliśmy koszulki Abeille. W najzimniejsze dni wkładałam pod Polarną dodatkowo starą bluzę kajakową, w krytycznym momencie (dopadł mnie straszliwy katar) na to wszystko założyłam jeszcze powerstretchową bluzę z kapturem i łapkami, własność Jose (na wierzch, bo to była XL-ka). Na to wiatrówkę Laponię -damski odpowiednik Costabony. Wiało okrutnie, a ja byłam strasznie przeziębiona. Jose nigdy nie wkładał nic więcej niż Polarna. Śnieg przerabiał go momentami na bałwana, ale ponieważ był to śnieg zmrożony i suchy odpadał sam. Pot wyrzucony przez Polarną na wierzch zamarzał tworząc bardzo malowniczy szron, ale potem sam znikał, sublimował albo się wykruszał… Jose to nie przeszkadzało. Nie zwracał na to uwagi. Nie zabrał Costabony tylko goretex, który powodował, że strasznie się pocił więc lepiej mu było bez niego. Pocenie w arktycznych warunkach to błąd. Staraliśmy się go bardzo unikać.

Polarna wystarczyła Jose nawet przy huraganowych wichurach. Nosił do niej ciepłe goretexowe rękawiczki, w których z kolei ja się pociłam. Nie pozwalały mi też na robienie zdjęć, więc ostatecznie prawie przez cały czas chodziłam w starych kwarkowych z highlofta i windpro. W wietrzne dni nosiłam czapkę rycerską z windpro, w bardzo ciepłe baranka z bipolaru. Bardzo często miałam na głowie kaptur, lub oba od wiatrówki i od Polarnej. Jose niemal zawsze chodził w kapturze Polarnej i w baranku z powerstretch pro. Na czas stawiania namiotu czy innych precyzyjnych czynności wymieniał swoje grube rękawice na nasze kwarkowe z powerstretchu.

Na nogach mieliśmy zawsze Polarne legginsy i nieprzemakalne spodnie. Czasem było mi w moich ( zwykłych no name) lekko zbyt ciepło (chyba za bardzo nie oddychały), ale za to mogłam bez przykrości siadać na śniegu i zapadać się tak głęboko jak wypadało. Legginsy Polarne są naprawdę niesamowite. Bez najmniejszej przesady mogę powiedzieć, że uratowały nam tyłki :)

Do tego skarpetki z Navy -Walonki ja jedne, a Jose na raz aż dwie pary na raz. Z innych zabranych ubrań przydał mi się jeszcze kominek, jedwabny szalik (ja takie po prostu lubię), maska z aquashell i lniany ręczniczek (jako chustka do nosa). Miałam jeszcze cienką wełnianą koszulkę i kalesony Suwałki (do spania w chatkach i na podróż). Nie przydały mi się tym razem nasze zwykłe powerstretchowe legginsy– Polarne były od nich znacznie cieplejsze. Założyłam je jako spodnie wracając- jako jedyne były nieśmierdzące i czyste. Na przyszły raz zamiast nich spakuję dodatkową koszulkę żeby nie pożyczać.

Więcej ubrań nie miałam. Jose miał tę dodatkową koszulkę, którą ja założyłam raz w chwili kryzysu, a on na podróż powrotną promem i samolotem i czyste spodnie- moim zdaniem zbytek, z drugiej strony jak tu się dostać inaczej z Saragossy do Barcelony… Przecież tam upał.

Oboje mieliśmy nasze wielkie nieprzemakalne płaszcze, które narzucaliśmy na wietrznych postojach. W Skandynawii ich rolę przejmują postojowe „niby namioty”- osłony przed wiatrem, my lubimy nasze płaszcze, pozwalają nam na wykonywanie różnych czynności co w takim schronie byłoby niemożliwe.

Poza tym wszystkim mieliśmy jeszcze puchowe kurtki (grube, wyprawowe od Robertsa), a ja miałam takież puchowe spodnie. Te rzeczy nosiliśmy tylko na biwakach. Ja w swoim komplecie spałam.

Nie marzliśmy, chociaż osłonięcie zakatarzonej twarzy jest trudne i nieskuteczne (trzeba wycierać), więc moja zrobiła się przesuszona i wściekleróżowa. Jose (szczęściarz) tylko się ładnie opalił.

Używaliśmy linomagu i maści z witaminą A (zamarza i się rozwarstwia, ale jak ją ogrzać i pougniatać znów jest ok.), pomimo tego mocno nam popękały palce. To stała zimowa przypadłość, zdarza się nam każdej zimy, też w górach.

Wełniane majtki, które zabrałam do testowania są fajne, damska forma wiatrówki, równie dobra jak Costabona. Bardzo mi pomagała wysoka garda i dobrze się trzymający głowy kaptur. Ogólnie- wiatrówka wytrzymywała śnieżyce i huragany więc zabieranie do Arktyki czegoś bardziej nieprzemakalnego jest chyba zbędne. Ważniejsze, żeby to coś oddychało. Nic nie wychładza tak bardzo jak pot, poza tym to warunki, w których nie da się umyć.

Rzeczy, których na sobie nie miałam (legginsy, dwie pary skarpet, dwie pary rękawiczek i dwie majtek na zmianę, dodatkowa czapka) zajmowały mi tylko odrobinkę miejsca. Niewiele tego jak widać, ale się sprawdziło. 3 ostatnie zdjęcia są autorstwa Jose.