Od czasu, kiedy wyruszyliśmy z Santiago minęło 40 dni. Zaczęło się lato i ceny w hotelach wzrosły dwukrotnie. Byliśmy zaskoczeni. Już w Pucon Jose wygooglał alternatywne miejsce, mieszkanie na wynajem w bloku niedaleko dworca. Właściciel zgodził się żebyśmy przyszli tam już rano. To dało nam cały dzień w Santiago. Mogliśmy się umyć, zjeść, zostawić plecaki. A wszystko to za 40000 (hotel kosztowałby co najmniej 100000). To nie były wielkie luksusy, maleńka kawalerka z wnęką kuchenną i łazienką, zakurzona jak wszystko w środkowym Chile, lekko zużyta. W tych okolicznościach idealna.
Lekko odświeżeni kupiliśmy kartę na transport miejski z nabitymi kilkoma biletami i ruszyliśmy obejrzeć centrum. Santiago ma metro i autobusy, łatwo nam poszło. Byliśmy niedospani i zdecydowaliśmy się na tylko jedno muzeum- wybraliśmy Sztukę Prekolumbijską. Zbiory dotyczące środkowego Chile i północnej Patagonii były skromne. Troszkę rękodzieła i strojów Mapuchy, troszkę zdjęć. Poza tym sztuka i ceramika wielu indiańskich plemion z południa Ameryki Południowej. Najbardziej fascynujące były figurki ludzi i zwierząt. Mocno wystylizowane, bliższe naszej sztuce współczesnej niż realistycznym podobiznom miały niesamowitą siłę wyrazu. Spojrzenie, mimika wspaniale oddawały ich charakter. Nawet wyrwane z kontekstu, ustawione w sterylnych muzealnych szafkach miały osobowość. Czułam, że do mnie mówią.
Było mi troszkę żal, że zabrakło czasu na słynne Museo de la Memoria. Po nieprzespanej nocy zwyczajnie nie mieliśmy na nie siły.
W tradycyjnej restauracji wybraliśmy dziwne danie kukurydzianą papkę nadziewaną mielonym mięsem zapieczoną w ceramicznej miseczce. Nie było złe, choć słodkie i tłuste, i tak sycące, że nie zmieściliśmy już nic aż do wieczora, a w planach był jeszcze targ rybny.
Po południu wjechaliśmy kolejką na wzgórze San Cristobal z rozległym widokiem na ogromną metropolię wciśniętą w przedgórza Andów. Nad miastem unosiła się lekka mgiełka, po śniegu, którym nas przywitały Andy zostały resztki.
Byliśmy pewni, że tu wrócimy, że będziemy za Chile bardzo tęsknić. Tyle jeszcze tu zostało nieznanych gór. Tyle parków narodowych, i cudownej pustej przestrzeni.
Podsumowanie:
Wiosna w Andach ujawniła więcej plusów niż minusów, choć mieliśmy świadomość własnego szczęścia. Zima 25 była wyjątkowo mało śnieżna, wiele miejsc, przez które ostrożnie przeszliśmy mogłoby być niedostępne.
Przełęczy ze śniegiem nie miało być bardzo dużo. Nie wzięliśmy raków i czekanów. To zwiększyło nasz zasięg, każdy dzień wędrówki to prawie kilogram jedzenia, a mieliśmy odcinki bez sklepów dłuższe niż 170 km z ryzykiem powrotu.
Ze względu na nocne mrozy zabraliśmy kurtki puchowe, warstwę ciepłej bielizny (ja grubą wełnę i legginsy z powerstretch, Jose koszulkę i legginsy z wełny) i ciepłe puchowe śpiwory. Ze względu na silne UV kapelusze, koszulki Pustynne z długimi rękawami (ja sukienkę) i długie spodnie do tego kremy z filtrem. Nic na zmianę, więc ciągle byliśmy brudni.
Od deszczu mieliśmy nieprzemakalne lekkie spodnie i peleryny na plecak. Szliśmy w lekkich skórzanych górskich butach (ja miałam Keen Pyrenees, Jose Bestardy), do rzek wkładaliśmy lekkie plażowe butki z Deca.
Szlaki, które przed wyruszeniem tak dokładnie oglądałam na mapach trochę mnie rozczarowały. Najbardziej Greater Patagonian Trail, który okazał się mechanicznym połączeniem tras wyznakowanych przez CONAF (lasy państwowe) z siatką lokalnych dróg widocznych na popularnych mapach. Tak jak zrobiłyby to np mapy.com po kliknięciu „wyznacz pieszą trasę”. W efekcie do „szlaku” włączono setki kilometrów pylistych szutrówek, w tym wiele miejsc prywatnych z wyraźnym zakazem przejścia. W ostatnich latach bardzo przybyło zamkniętych dolin z potężnymi, trudnymi do sforsowania bramami, pojawiły się też tereny strzeżone, gdzie nie da się dyskretnie skoczyć przez płot. To rodzi dylematy. Czy moje przejście (moje wakacje) są warte zawracania głowy właścicielom ziem i łamania ustalonych przez nich reguł? W tysiącstronicowym memoriale Jana Dudecka (twórcy Greater Patagonian Trail) wielokrotnie powtarza się potrzeba szacunku dla mieszkańców Andów, a kwestia nieuniknionego pokonywania ich płotów jest przemilczana. Łatwo napisać, że lepiej spytać o zgodę. W praktyce nie ma żadnej możliwości żeby to zrobić. Na forach GPT na Vickiexplora powtarzają się żale do Chilijczyków o brak szacunku dla „międzynarodowego szlaku”, którego nikt przecież z mieszkańcami nie uzgadniał. Ich obawy przed zwiększonych ruchem są uzasadnione. Turyści śmiecą (choć długodystansowi najmniej) i co gorsza palą ogniska, a to grozi pożarami lasu.
W przebiegu GPT (wyznaczonego teoretycznie, zza biurka na podstawie satelitarnych zdjęć) nie brakuje też niebezpiecznych, trudnych do pokonania brodów. Patrząc na mapy, na zlewnie i spadki, od razu je odrzuciłam. Letni wędrowiec, nieprzyzwyczajony do oceny map może się sparzyć. Zdarzają się wypadki, zdarzało się wzywanie helikoptera.
Planując wiosenną trasę znalazłam kilka lepszych wariantów. Niektóre na mapach, inne na miejscu po rozmowach z ludźmi. Najlepszym przykładem jest idiotyczne przejście przez Rio Nuble w kanionie, na zakręcie tuż przed ciągiem niebezpiecznych skał. A można wcale tej rzeki nie przekraczać (my niestety przebiliśmy się w innym miejscu gdzie nurt rozdzielił się na 3 odnogi). Od drogi prowadzącej do Les Sauces odbija szutrówka, na której jest most. Wzdłuż Rio Nuble po przeciwnej stronie niż GPT prowadzi szlak pasterzy, który wyżej na halach łączy się z GPT. Nie widać go na mapach, ale w rzeczywistości, poza fragmentem od ostatniego domu do przełęczy jest wydeptany.
Moja ocena GPT jest subiektywna i dotyczy tylko 1000 km (spośród 3000). Być może dalej na południe to się zmienia, być może oficjalne mapy tego szlaku, które Dudeck udostępnia wybranym hikerom są lepsze niż te naniesione przez kogoś na mapy.com. Nie dostąpiliśmy zaszczytu sprawdzenia tego, Dudeck zlekceważył mnie już raz 8 lat temu a do Jose się nie odezwał choć umówił się z nim na rozmowę. Wątpię żebym jeszcze kiedyś miała ochotę sprawdzać czy coś się w naszych relacjach zmieniło.
Korzystniejsze wrażenie zrobił na mnie oficjalny chilijski szlak Sendero de Chile. GPT zaanektował niektóre jego fragmenty, ale zostało wiele innych. Plusem tego potężnego szlaku (pokrywa ponad 1000km ścieżek i leśnych dróg) są pięknie wyznakowane przejścia przez rezerwaty i parki narodowe. Minusem regulacje (szlaki są otwarte tylko latem często dopiero w połowie grudnia i często płatne) i fragmentaryzacja. Poszczególne odcinki się nie łączą. Szlak rwie się na nieprzekraczalnych prywatnych ziemiach i na drogach. Pomimo tego każdy jego kawałek mi się podobał i chętnie posklejam kolejne. Szkoda, że zarzucono ten projekt.
W każdym chyba rezerwacie przyrody (a jest ich mnóstwo) wyznakowano jakiś kawałek pieszego szlaku, z tym że nie zawsze prowadzi daleko. Czasem to tylko droga do punktu widokowego lub jeziorka i powrót.
Pozostałe możliwości to ustalone, znane od lat trasy przepędu bydła. To miejsca bez restrykcji i bram, ale wszędzie tam, gdzie teren na to pozwala to polne drogi, które dopiero w wyższych partiach, w skałach czy kamienistych korytach rzek zwężają się do ścieżek lub znikają i trzeba sobie radzić samemu. Na gołych wzgórzach czy skałach nietrudno utrzymać kierunek. Gorzej w chaszczach.
Tylko raz zdarzyło nam się wędrować bez szlaku i ścieżki przez las. To był krótki odcinek mniej niż 10 km, zaznaczony na mapy.com jako GPT, w terenie kompletnie niewidoczny. Bez linii w nawigacji nie do przejścia.
Nie było wysokogórskich trudności, znanych z Alp, ale powtarzały się bardzo strome osypiska, czasem bez widocznych ścieżek, ruchome piargi, oślizła glina w eksponowanych miejscach i świeżo wyryte przez wiosenne roztopy rowy o prawie pionowych brzegach. Wiosną było też sporo różnej trudności śnieżnych pól i oczywiście lokalna specjalność brody.
Czy w takim razie warto? Na pewno tak.
Andy to przede wszystkim ogromne niezamieszkane przestrzenie z fantastyczną, dla nas egzotyczną przyrodą. Piękna pogoda (w ciągu 40 dni tylko kilka razy spadł deszcz), uprzejmi ludzie i wcale nie najgorsze jedzenie. Duża część z tego co opisałam nadaje się do powtórzenia, niekoniecznie wiosną, na pewno bezpieczniej jest tam latem, choć należy się spodziewać upałów i potencjalnych problemów z pitną wodą. Najładniejsze dłuższe trekkingi to te w parkach narodowych: Radal Siete Tazas i Altos de Lircay, Laguna del Laja i Villarica. Bardzo ciekawe są też okolice wulkanu Chillan pełne gorących rzek.
Używaliśmy nawigacji w smartfonie. Mapy.com (kiedyś mapy.cz), oparte na open topo map dokładnie pokazują teren. Nie zgadzają się linie lasów, brakuje wielu mniejszych rzek i niektórych ścieżek. W miarę dokładne są mosty. Nie widać terenów prywatnych, płotów i zamkniętych dróg. Jest większa część gorących źródeł.
Na papierowej mapie Condor Cirquit są szlaki, w rzeczywistości zabronione.
Miałam ze sobą komunikator satelitarny Garmin in rich. Przydawał się do kontaktu z rodziną. Nie wiem jak dobra jest chilijska telefoniczna sieć, karta którą kupił Jose nie zadziałała. W wielu miejscach też w parkach narodowych łapaliśmy wifi.
Wiosną w górach było wystarczająco dużo wody, zwykle w strumieniach (filtrowaliśmy), źródła często były rozdeptane przez krowy i nieużyteczne. Wyjątkiem są rozległe wulkaniczne tereny, pola lawowe i łąki na skruszałej lawie. Tam woda pojawia się tylko w lasach i lepiej ją nosić.
W wiejskich sklepikach można kupić tylko podstawowe rzeczy. Chleb, często bywa owsianka i polenta, rybki w puszkach i soczewica. Trudno zdobyć rodzynki i suszone owoce, bywają orzeszki ziemne (nazywają się mani) i żółty ser. W marketach w miasteczkach zdobywaliśmy też suszone mięso (raz), granulat sojowy (często), wędliny typu salami (Jose jadł i przeżył) i algi do sushi (mi bardzo smakowały). W każdej wsi można kupić jajka. Prosiliśmy o ugotowane na twardo. Słodyczy unikaliśmy, były strasznie chemiczne, w zamian nosiliśmy twardą marmoladę z pigwy (dulce de membrillo). Jose polubił słodką zbożową kawę instant o nazwie Milo. Gaz bywa w sklepach myśliwskich (są dość częste).
Gdybyście mieli jakieś pytania, piszcie, pewnie coś mi się jeszcze przypomni.





















































































