Wiosna w Andach cz17 Santiago de Chile i podsumowanie

Od czasu, kiedy wyruszyliśmy z Santiago minęło 40 dni. Zaczęło się lato i ceny w hotelach wzrosły dwukrotnie. Byliśmy zaskoczeni. Już w Pucon Jose wygooglał alternatywne miejsce, mieszkanie na wynajem w bloku niedaleko dworca. Właściciel zgodził się żebyśmy przyszli tam już rano. To dało nam cały dzień w Santiago. Mogliśmy się umyć, zjeść, zostawić plecaki. A wszystko to za 40000 (hotel kosztowałby co najmniej 100000). To nie były wielkie luksusy, maleńka kawalerka z wnęką kuchenną i łazienką, zakurzona jak wszystko w środkowym Chile, lekko zużyta. W tych okolicznościach idealna.

Lekko odświeżeni kupiliśmy kartę na transport miejski z nabitymi kilkoma biletami i ruszyliśmy obejrzeć centrum. Santiago ma metro i autobusy, łatwo nam poszło. Byliśmy niedospani i zdecydowaliśmy się na tylko jedno muzeum- wybraliśmy Sztukę Prekolumbijską. Zbiory dotyczące środkowego Chile i północnej Patagonii były skromne. Troszkę rękodzieła i strojów Mapuchy, troszkę zdjęć. Poza tym sztuka i ceramika wielu indiańskich plemion z południa Ameryki Południowej. Najbardziej fascynujące były figurki ludzi i zwierząt. Mocno wystylizowane, bliższe naszej sztuce współczesnej niż realistycznym podobiznom miały niesamowitą siłę wyrazu. Spojrzenie, mimika wspaniale oddawały ich charakter. Nawet wyrwane z kontekstu, ustawione w sterylnych muzealnych szafkach miały osobowość. Czułam, że do mnie mówią.

Było mi troszkę żal, że zabrakło czasu na słynne Museo de la Memoria. Po nieprzespanej nocy zwyczajnie nie mieliśmy na nie siły.

W tradycyjnej restauracji wybraliśmy dziwne danie kukurydzianą papkę nadziewaną mielonym mięsem zapieczoną w ceramicznej miseczce. Nie było złe, choć słodkie i tłuste, i tak sycące, że nie zmieściliśmy już nic aż do wieczora, a w planach był jeszcze targ rybny.

Po południu wjechaliśmy kolejką na wzgórze San Cristobal z rozległym widokiem na ogromną metropolię wciśniętą w przedgórza Andów. Nad miastem unosiła się lekka mgiełka, po śniegu, którym nas przywitały Andy zostały resztki.

Byliśmy pewni, że tu wrócimy, że będziemy za Chile bardzo tęsknić. Tyle jeszcze tu zostało nieznanych gór. Tyle parków narodowych, i cudownej pustej przestrzeni.

Podsumowanie:

Wiosna w Andach ujawniła więcej plusów niż minusów, choć mieliśmy świadomość własnego szczęścia. Zima 25 była wyjątkowo mało śnieżna, wiele miejsc, przez które ostrożnie przeszliśmy mogłoby być niedostępne.

Przełęczy ze śniegiem nie miało być bardzo dużo. Nie wzięliśmy raków i czekanów. To zwiększyło nasz zasięg, każdy dzień wędrówki to prawie kilogram jedzenia, a mieliśmy odcinki bez sklepów dłuższe niż 170 km z ryzykiem powrotu.

Ze względu na nocne mrozy zabraliśmy kurtki puchowe, warstwę ciepłej bielizny (ja grubą wełnę i legginsy z powerstretch, Jose koszulkę i legginsy z wełny) i ciepłe puchowe śpiwory. Ze względu na silne UV kapelusze, koszulki Pustynne z długimi rękawami (ja sukienkę) i długie spodnie do tego kremy z filtrem. Nic na zmianę, więc ciągle byliśmy brudni.

Od deszczu mieliśmy nieprzemakalne lekkie spodnie i peleryny na plecak. Szliśmy w lekkich skórzanych górskich butach (ja miałam Keen Pyrenees, Jose Bestardy), do rzek wkładaliśmy lekkie plażowe butki z Deca.

Szlaki, które przed wyruszeniem tak dokładnie oglądałam na mapach trochę mnie rozczarowały. Najbardziej Greater Patagonian Trail, który okazał się mechanicznym połączeniem tras wyznakowanych przez CONAF (lasy państwowe) z siatką lokalnych dróg widocznych na popularnych mapach. Tak jak zrobiłyby to np mapy.com po kliknięciu „wyznacz pieszą trasę”. W efekcie do „szlaku” włączono setki kilometrów pylistych szutrówek, w tym wiele miejsc prywatnych z wyraźnym zakazem przejścia. W ostatnich latach bardzo przybyło zamkniętych dolin z potężnymi, trudnymi do sforsowania bramami, pojawiły się też tereny strzeżone, gdzie nie da się dyskretnie skoczyć przez płot. To rodzi dylematy. Czy moje przejście (moje wakacje) są warte zawracania głowy właścicielom ziem i łamania ustalonych przez nich reguł? W tysiącstronicowym memoriale Jana Dudecka (twórcy Greater Patagonian Trail) wielokrotnie powtarza się potrzeba szacunku dla mieszkańców Andów, a kwestia nieuniknionego pokonywania ich płotów jest przemilczana. Łatwo napisać, że lepiej spytać o zgodę. W praktyce nie ma żadnej możliwości żeby to zrobić. Na forach GPT na Vickiexplora powtarzają się żale do Chilijczyków o brak szacunku dla „międzynarodowego szlaku”, którego nikt przecież z mieszkańcami nie uzgadniał. Ich obawy przed zwiększonych ruchem są uzasadnione. Turyści śmiecą (choć długodystansowi najmniej) i co gorsza palą ogniska, a to grozi pożarami lasu.

W przebiegu GPT (wyznaczonego teoretycznie, zza biurka na podstawie satelitarnych zdjęć) nie brakuje też niebezpiecznych, trudnych do pokonania brodów. Patrząc na mapy, na zlewnie i spadki, od razu je odrzuciłam. Letni wędrowiec, nieprzyzwyczajony do oceny map może się sparzyć. Zdarzają się wypadki, zdarzało się wzywanie helikoptera.

Planując wiosenną trasę znalazłam kilka lepszych wariantów. Niektóre na mapach, inne na miejscu po rozmowach z ludźmi. Najlepszym przykładem jest idiotyczne przejście przez Rio Nuble w kanionie, na zakręcie tuż przed ciągiem niebezpiecznych skał. A można wcale tej rzeki nie przekraczać (my niestety przebiliśmy się w innym miejscu gdzie nurt rozdzielił się na 3 odnogi). Od drogi prowadzącej do Les Sauces odbija szutrówka, na której jest most. Wzdłuż Rio Nuble po przeciwnej stronie niż GPT prowadzi szlak pasterzy, który wyżej na halach łączy się z GPT. Nie widać go na mapach, ale w rzeczywistości, poza fragmentem od ostatniego domu do przełęczy jest wydeptany.

Moja ocena GPT jest subiektywna i dotyczy tylko 1000 km (spośród 3000). Być może dalej na południe to się zmienia, być może oficjalne mapy tego szlaku, które Dudeck udostępnia wybranym hikerom są lepsze niż te naniesione przez kogoś na mapy.com. Nie dostąpiliśmy zaszczytu sprawdzenia tego, Dudeck zlekceważył mnie już raz 8 lat temu a do Jose się nie odezwał choć umówił się z nim na rozmowę. Wątpię żebym jeszcze kiedyś miała ochotę sprawdzać czy coś się w naszych relacjach zmieniło.

Korzystniejsze wrażenie zrobił na mnie oficjalny chilijski szlak Sendero de Chile. GPT zaanektował niektóre jego fragmenty, ale zostało wiele innych. Plusem tego potężnego szlaku (pokrywa ponad 1000km ścieżek i leśnych dróg) są pięknie wyznakowane przejścia przez rezerwaty i parki narodowe. Minusem regulacje (szlaki są otwarte tylko latem często dopiero w połowie grudnia i często płatne) i fragmentaryzacja. Poszczególne odcinki się nie łączą. Szlak rwie się na nieprzekraczalnych prywatnych ziemiach i na drogach. Pomimo tego każdy jego kawałek mi się podobał i chętnie posklejam kolejne. Szkoda, że zarzucono ten projekt.

W każdym chyba rezerwacie przyrody (a jest ich mnóstwo) wyznakowano jakiś kawałek pieszego szlaku, z tym że nie zawsze prowadzi daleko. Czasem to tylko droga do punktu widokowego lub jeziorka i powrót.

Pozostałe możliwości to ustalone, znane od lat trasy przepędu bydła. To miejsca bez restrykcji i bram, ale wszędzie tam, gdzie teren na to pozwala to polne drogi, które dopiero w wyższych partiach, w skałach czy kamienistych korytach rzek zwężają się do ścieżek lub znikają i trzeba sobie radzić samemu. Na gołych wzgórzach czy skałach nietrudno utrzymać kierunek. Gorzej w chaszczach.

Tylko raz zdarzyło nam się wędrować bez szlaku i ścieżki przez las. To był krótki odcinek mniej niż 10 km, zaznaczony na mapy.com jako GPT, w terenie kompletnie niewidoczny. Bez linii w nawigacji nie do przejścia.

Nie było wysokogórskich trudności, znanych z Alp, ale powtarzały się bardzo strome osypiska, czasem bez widocznych ścieżek, ruchome piargi, oślizła glina w eksponowanych miejscach i świeżo wyryte przez wiosenne roztopy rowy o prawie pionowych brzegach. Wiosną było też sporo różnej trudności śnieżnych pól i oczywiście lokalna specjalność brody.

Czy w takim razie warto? Na pewno tak.

Andy to przede wszystkim ogromne niezamieszkane przestrzenie z fantastyczną, dla nas egzotyczną przyrodą. Piękna pogoda (w ciągu 40 dni tylko kilka razy spadł deszcz), uprzejmi ludzie i wcale nie najgorsze jedzenie. Duża część z tego co opisałam nadaje się do powtórzenia, niekoniecznie wiosną, na pewno bezpieczniej jest tam latem, choć należy się spodziewać upałów i potencjalnych problemów z pitną wodą. Najładniejsze dłuższe trekkingi to te w parkach narodowych: Radal Siete Tazas i Altos de Lircay, Laguna del Laja i Villarica. Bardzo ciekawe są też okolice wulkanu Chillan pełne gorących rzek.

Używaliśmy nawigacji w smartfonie. Mapy.com (kiedyś mapy.cz), oparte na open topo map dokładnie pokazują teren. Nie zgadzają się linie lasów, brakuje wielu mniejszych rzek i niektórych ścieżek. W miarę dokładne są mosty. Nie widać terenów prywatnych, płotów i zamkniętych dróg. Jest większa część gorących źródeł.

Na papierowej mapie Condor Cirquit są szlaki, w rzeczywistości zabronione.

Miałam ze sobą komunikator satelitarny Garmin in rich. Przydawał się do kontaktu z rodziną. Nie wiem jak dobra jest chilijska telefoniczna sieć, karta którą kupił Jose nie zadziałała. W wielu miejscach też w parkach narodowych łapaliśmy wifi.

Wiosną w górach było wystarczająco dużo wody, zwykle w strumieniach (filtrowaliśmy), źródła często były rozdeptane przez krowy i nieużyteczne. Wyjątkiem są rozległe wulkaniczne tereny, pola lawowe i łąki na skruszałej lawie. Tam woda pojawia się tylko w lasach i lepiej ją nosić.

W wiejskich sklepikach można kupić tylko podstawowe rzeczy. Chleb, często bywa owsianka i polenta, rybki w puszkach i soczewica. Trudno zdobyć rodzynki i suszone owoce, bywają orzeszki ziemne (nazywają się mani) i żółty ser. W marketach w miasteczkach zdobywaliśmy też suszone mięso (raz), granulat sojowy (często), wędliny typu salami (Jose jadł i przeżył) i algi do sushi (mi bardzo smakowały). W każdej wsi można kupić jajka. Prosiliśmy o ugotowane na twardo. Słodyczy unikaliśmy, były strasznie chemiczne, w zamian nosiliśmy twardą marmoladę z pigwy (dulce de membrillo). Jose polubił słodką zbożową kawę instant o nazwie Milo. Gaz bywa w sklepach myśliwskich (są dość częste).

Gdybyście mieli jakieś pytania, piszcie, pewnie coś mi się jeszcze przypomni.

Share

Wiosna w Andach cz16 Wulkan Villarica-Pucon

Środkiem parku narodowego prowadzi gruntowa droga. Musimy iść nią 3 czy 4 kilometry. Początkowo w cieniu, w gąszczu drzew, wyżej w plamach słońca. Pylista nawierzchnia nagrzewa się, dopada nas upał. Ostatnie zabudowania to parkowe biuro. Stoją tam wygodne altanki, jest toaleta, usiadłabym, już prawie pora drugiego śniadania, czuję się zmęczona, nie wiem czym. Ale Jose upiera się żeby jak najszybciej przejść, nie zaglądać nie rzucać się w oczy, jeszcze nas stąd ktoś wygoni, czy wlepi mandat. Nie sądzę, zresztą nikogo tu nie ma, ale zgadzam się dla świętego spokoju. Siadamy na kłodach drewna dalej nad rzeką. Najpierw przejeżdża para rowerzystów. Niemcy? Holendrzy? Zastanawiamy się. Nie mija kilkanaście minut i skąpo odziana dziewczyna biegnie w dół. -To ta sama, rowerzystka z sakwami- mówi Jose, ale nie jestem pewna, aż tak dobrze jej się nie przyjrzałam. Zapamiętałam chłopaka, bo jechał bez koszulki, goły w tym słońcu!

Myślę, że robi się tu wielki tłok. Nie ma rady zbliża się grudzień, a z nim lato. Jose nudzi się i wyrusza pierwszy, ja najchętniej trochę bym poleżała. Kiedy go gonię w przedpołudniowym skwarze ostro pod górę wyprzedza mnie ta sama dziewczyna. Staje na moment i pyta jak długo idziemy. Mogłam się pochwalić, spytać o coś, podtrzymać rozmowę, ale byłam tym niespodziewanym kontaktem tak zdziwiona, że tylko coś ogólnikowo wyjąkałam. Od dawna, prawie od 40 dni…

-Wróciła po dokumenty- mówi Jose z miną detektywa- wtedy biegła bez pasa z kieszonkami teraz z pasem, pewnie go zostawiła w toalecie. „Może i tak, gdybym tam zajrzała znaleźlibyśmy go i zmartwili się co mamy zrobić. Pewnie to ich pierwszy dzień” myślę z odrobiną żalu, że nie wypytałam. Jakoś dziwnie się czuję, już od rana, zmęczona, zziajana. A szlak podchodzi, trzeba wrócić na wysokie płaskowyże. Drogą idzie się wygodnie i szybko, w zawiłych labiryntach bambusów, po skałach, wolniej i bardziej stromo. W gąszczu jest duszno. Jose nudzi się i mnie wyprzedza. Wlokę się sama ponad godzinę i zastanawiam czy się gdzieś nie zgubił. Na szczęście nie. Leży na łące, w filcowym kapeluszu, ale bez koszulki, jak rowerzysta. -Ej, ja też chcę usiąść!- Protestuję, kiedy się zbiera. Czeka moment i znów mnie wyprzedza. Ścieżka biegnie teraz łąkami, kwitną łany pomarańczowych kwiatków i kępki białych. Idziemy zygzakiem przylepionym do zbocza aż do ogromnej płaskiej doliny wypełnionej skruszałą lawą. W czymś takim zawsze jestem szybsza niż Jose. Doganiam, nawet wyprzedzam. Zwalniam przy rzece niepewna czy znajdziemy kolejną. Wulkaniczne tereny to pustynie, trudno o wodę. Ta, która teraz spływa z gór to topiony śnieg. Oglądam mapę, decyduję, że jednak znajdziemy coś dalej, choć może to tylko nadmierny optymizm, strasznie mi się nie chce dźwigać. Opadłam z sił. Kolejna zaznaczona na mapie rzeka jest sucha. Do następnej mamy jeszcze 6 kilometrów. Światło staje się coraz cieplejsze, cienie wydłużają, się skomplikowana struktura lawy błyszczy i mieni się. Martwi mnie, że zostaniemy bez wody i wymuszam na Jose nabranie z podejrzanej kałuży, zawsze to coś, choć brązowe i ciepłe, lepsze niż nic.

Rzeka nie wyschła. Wieczorem jest wezbrana, wcale nie tak łatwo ją przejść suchą nogą bez zdejmowania butów. Dalej już nie ma po co iść. Na mapie nie widać już kolejnej wody. W korycie same urwiste skały- wyjdźmy troszeczkę, będzie ładniejszy widok- marudzę, ale Jose już wybrał łachę czarnego piachu- sama wyjdź, zrób zdjęcia, a ja je sobie potem obejrzę.

Wychodzę, mozolnie wdrapuję się na stromy stok. Pomarańczowa łuna zabarwia dalekie wzgórza na czerwono, lodowiec Villarica błyszczy złotem daleki już wulkan Lanin jest różowy. Światło pięknie podświetla las z araukarii, gdzieś daleko, nisko na zboczu. Piarg zjeżdża z chrzęstem kiedy schodzę do naszego biwaku. Jose zmienił zdanie w sprawie łachy piachu. -Chodźmy na tą bliżej wody- mówi – ta nie jest płaska. Zgodnie pomagam przenieść nasze rzeczy. Rozbijamy biwak i długo, jeszcze po ciemku gotujemy przyjemną kolację. Lubię nocować nad wodą. Nie trzeba jej oszczędzać, można się umyć, coś uprać.

Ranek jest pogodny i ciepły. Znów wędrujemy lawowym polem, teraz już nieco skruszałym, łatwiejszym. Przecinamy suche koryta rzek, robi się coraz bardziej zielono. Kępy kwiatów, płożące roślinki. Czym niżej tym ich więcej aż pojawia się nawet trawa, a na niej krowy. Tuż przed bardziej stromym zejściem w las mijamy ostatni potok. Nurt w wyszlifowanym skalnym korycie jest mętny, Jose nabiera w zakolu gdzie woda stoi i wydaje się bardziej przejrzysta. Wykorzystuję ten czas żeby poleżeć. Czuję się źle, słaba, zmęczona, może się czymś strułam, albo za długo byłam na słońcu?

Schodzimy w las, niby w cień, a jest gorąco i duszno. Przez moment mam zamiar zejść do wsi Villarica, choć wiem, że to wymaga długiego marszu pylistą drogą. Widać tę drogę z góry, każdy pojazd ciągnie za sobą tuman pyłu. Jednak zmuszam się i wlokę się dalej. Trawersem wokół krateru, w górę i w dół, przez piarżyska i płaty lawy. Nad rzeczką siadam odpocząć źle, bo na słońcu i robi się jeszcze gorzej. Choć koryto jest suche wyżej wypatruję kałużę z maleńkim niemal niewidocznym dopływem. Woda ledwie kapie, jest ciepła, ale kiedy się zmoczę i ją wyleję na głowę czuję się lepiej. A znów podejście, szlak nie opada. Wędrujemy odkrytym trawersem z widokiem na jezioro Villarica. Na horyzoncie pojawia się wulkan Osorno. Nie mogę uwierzyć, że doszliśmy tak daleko na południe.

Za grzbietem zrywa się lekki wiatr i zmęczenie przechodzi mi jak ręką odjął. Brniemy skałami i kwitnącą łąką do wyciągów. Budynek, który przy nich stoi jest otwarty, ale pusty. To raczej prywatne mieszkanie nie schronisko. Szlak skręca w dół i my też schodzimy. Dopiero z drogi kilkaset metrów niżej widać, że schronisko było troszkę dalej. Teraz jest już za późno na powrót. Idziemy serpentyną wyciętą w rudej glinie. Na mapie są tu rzeczki, ale każda kolejna jest sucha. Mijamy ogromny pusty parking i pozamykane toalety. Nie ma już więcej turystycznych zabudowań. Długa leśna droga. – O domek- mówię. Jose zagląda spytać o wodę. To osada drwali. Kiedy nabieram do wszystkich naszych butelek Jose zamienia z nimi kilka słów. Z lasu wyjeżdża ciężarówka pełna świeżo wyciętych pni. Na drodze ciągnie się za nią lisi ogon. Pył.

Dwa zakręty niżej dogania nas samochód drwali. Podrzucają nas 2 czy 3 kilometry. Stajemy przy zabudowaniach, prowizorycznych i lichych jak poprzednie. Nad dachami bieleje lodowiec. Starszy mężczyzna, do którego inni zwracają się z wielkim szacunkiem, don Camilo tłumaczy coś zawile Jose. Błyska bezzębny uśmiech, zawiłe hiszpańskie formy grzecznościowe powtarzają się jak refren piosenki. Wysiadamy, zabieramy z paki plecaki, na naszych miejscach siadają inni mężczyźni. Samochód zjeżdża do Pucon, my rozbijamy namioty na łączce. Nie ma sensu już dalej schodzić. W tym lesie nie ma innych namiotowych miejsc. Szczyt wulkanu zabarwia lekki pomarańcz, łuna zachodu oświetla doliny zalane mgłą i wysokie bezlistne drzewa nad nami. Don Camilo, oberwany, zaniedbany, jak pracownicy może być właścicielem tej całej ziemi. Jak inaczej wytłumaczyć brak infrastruktury dla narciarzy czy kempingów, barów i wszystkiego co zwykle obrasta wyciągi?

Kiedy stawiamy namioty podchodzą psy, najpierw ostrożnie z jazgotem. Z czasem coraz bardziej przyjaźnie. Jest ich mnóstwo. Wypakowuję resztki jedzenia z plecaków. Zostało nienapoczęte opakowanie owsianki, cała paczka soczewicy i również nieotwarta granulatu sojowego. Nie możemy już na to patrzeć. Otrzepuję torby z okruszków- zanieś drwalom- proszę- powiedz żeby to dali psom.

Jose odchodzi niechętnie, być może myśląc, że nie wypada, ale mi zawsze żal wyrzucać jedzenie. To drwina z Losu, nadużycie zasobów przyrody.

Jose wraca niemal za chwilkę. -I jak?- pytam- pożarły wszystko- na sucho?- niedowierzam- tak, mało się przy tym nie pogryzły- miałeś to zostawić drwalom żeby ugotowali- nikogo nie było.

Kiedy rano zwijamy namioty mija nas korowód autobusów, szkolne dzieciaki jadą na wycieczkę do wulkanu. Czarnowłose dziewczynki w kucykach i szkolnych strojach machają i śmieją się do nas. Kierowcy autobusów jadących w dół nie reagują na nasze machanie. Schodzimy przez kilka godzin, do pierwszej wsi. W chłodnej mgle, która zalała doliny. Niżej mży, chowam się do sklepu i zabiera nas budowlaniec co wpadł na zakupy. W Pucon świeci słońce. Wysiadamy na dworcu autobusowym, kupujemy bilety na nocny kurs i do wieczora snujemy się po ślicznym miasteczku. Pełno tu dobrze wyposażonych sklepów, są restauracje, bary, jest miejski park z plażą, ale bez toalety. Jest rzeczka, w sam raz żeby wyprać skarpety. I tak mija nam ostatni dzień. Leniwie. Jak niedzielnym turystom.

Nocny autobus ma wspaniałe szerokie siedzenia, choć to tylko druga, nie pierwsza klasa. Nie rozgryzamy na czym polega różnica. Nasze miejsca są na piętrze, droższe na dole, kiedy przyszliśmy były już wykupione. Zasypiam i budzę się przed świtem, szosa trzęsie zwalniamy w Santiago. Chilijskie autobusy nie mają sobie równych. Na pokonanie 800 km wystarczyło niecałe 8 godzin.

Share
Translate »