znikam, ale tylko na chwilkę

lecę do Tuluzy, na chwilkę w Wysokie Pireneje. Z dwóch bardzo ważnych powodów. Pierwszy prywatny, Dorota z Jackiem (bohaterowie kilku opowiadań w Wędrówkach Pirenejskich) mówią, że to ostatni wyjazd pod namiot, że potem to już tylko w luksusie w schroniskach… Jako powód podają wiek (ustawodawcy uznali 60-tkę za starość więc chyba trzeba iść na emeryturę!). Sami widzicie, że sytuacja poważna i ktoś musi im poprzestawiać w głowach. Drugi powód jest zawodowy. Tak dawno nie byłam w górach latem, że zaczynam się bać, że komuś źle doradzę, polecę za dużo ciepłych rzeczy, albo czymś innym niepotrzebnie postraszę. Moje ostatnie lipce były zimne, dwie Islandie, dwie Norwegie, wcześniej Wysokie Alpy na granicy czerwca, zapomniałam jak wygląda prawdziwe lato.

Przy okazji chciałabym sprawdzić kilka kwarków. Nigdy nie przetestowaliśmy w górach lnianej koszulki Sawanny, a ciekawe jak się sprawdza pod plecakiem. Nie spróbowałam też czy Genialna Gienia spełni moje oczekiwania jako wkładka do letniego śpiwora, będąc jednocześnie praktyczną wieczorową sukienką (albo poranną, bo w dzień pewnie w niej za gorąco- zapowiadają upał). Mam jeszcze gadżet do wypróbowania, parę osób o niego pytało, pokażę jeśli się sprawdzi. Lato to piękny czas, można powalczyć o niską wagę plecaka i zabrać minimum (ale wielofunkcyjnych) rzeczy. W tej kwestii jest jeszcze dużo do zrobienia, więc myślę i testuję na sobie.

PS: na zdjęciach Pireneje, najbardziej letnie jakie znalazłam :)

Myvatn-Askja cz5- Vogar

Okolice Sellandafjall to żwirowe pagórki na skraju lawowego pola. Szło się nimi przyjemnie pomimo wichury. Szalała głównie wysoko. Na szczycie Blafjall toczyła się jakaś niebiańska wojna, czasem popadało i nam mnie, ale przez większą część dnia szłam w słońcu, bo chmura najwyraźniej utknęła, przyklejona solidnie do szczytu. Pod Sellandafjall znalazłam barak- może starą owczarnię, który teraz służył wędrowcom czy fotografom. Ktoś ustawił wewnątrz ławeczkę, ktoś pomalował na żółto większe kamienie tak, że wyglądały jak pas startowy. Nie sądziłam żeby ktoś tu lądował. Podejrzewałam raczej jakieś działania landartu, a że akurat padało ja też się tam pobawiłam- zrobiłam kilka fotografii.

Dalej było prosto, od baraku ciągnął się samochodowy ślad, z którego skręciłam przy pierwszej okazji w inny odbijający w stronę Blafjall. Żwirek ustąpił miejsca ruchomym wydmom, czarnym poprzerastanym szerokolistną trawą, która właśnie zaczynała się zielenić. Przez kilka godzin obserwowałam walkę rośliny z wiatrzyskiem. Korzonki potrafiły rozciągać się na wiele metrów, oplatały ziemię jak pajęczyny czy trochę wyprute nici. Znad piachów wystawały górki uziemione przez trawę, wysokie często na 2 metry, ale były też miejsca gdzie wygrywał wiatr. Puste, zaśmiecone kłębkami porwanych korzeni. Obeszłam Blafjall bokiem i zdziwiłam się widząc ludzki ślad. Mój, ale nie od razu się zorientowałam. Wyglądał jak odciśnięty przed chwilą, a oświetlona wieczornym światłem, wysuszona, zieleniejąca już okolica nie przypominała tej mokrej, zaśnieżonej, widzianej w pochmurny poranek. Do Bard zostało mi już kilka kilometrów, zajęły mi dwie godziny aż do północy, więc załapałam się na wieczorne światło. Schron stał na swoim miejscu, niezmieniony. Niepotrzebnie się martwiłam o lufcik, był zamknięty, musiałam zapomnieć, że to zrobiłam, niedomknięta była tylko komórka, gdzie gotowałam, ale ustawiona do zawietrznej więc nic się nie stało. Przy okazji zasunęłam skoble lepiej. Przenocowałam luksusowo, nad ranem obudził mnie deszcz. Nawałnica szalała prawie do południa. Krople bębniły w szyby, wyło w wentylacji. Spałam, liczyłam resztki jedzenia przekonana, że muszę przeczekać dzień. Po 11-tej przyszedł sms od Wieśka. Cieszył się, że załamanie pogody dopadło go nocą i nisko, i że teraz widzi błękitne niebo. Pomyślałam, że przy tej prędkości wiatru dzieli nas najwyżej kilka godzin. Wiało w moją stronę czyli będzie lepiej. Ubrałam się w przeciwdeszczowe i pomimo braku widoczności ruszyłam w powrotną drogę do Vogar. Szłam szybko, deszcz skończył się mniej więcej tam, gdzie biwakowałam poprzednim razem, potem co jakiś czas wracał, ale tylko na tyle żeby tworzyć tęcze. Nie chciałam powtarzać już znanej trasy, więc poszłam na przełaj, przez żwirowe pagórki, czerwone wulkaniczne stożki i zarośnięte drzewkami pole lawowe. Trochę błądziłam, bo były tam jakieś pojedyncze znaki, ślady ścieżek, owczych, więc bardzo wąziutkich, nawet płot. Dziwiło mnie, że jest już wiosna. Brzózki zielone, pełno kwiatów. Cieszyły mnie śpiewające ptaki, ciągnące się przez setki metrów szczeliny, które niestety zmusiły mnie w końcu do powrotu na drogę. Do Myvatn doszłam tuż przed północą. Spytałam o Sylwię i Mikołaja, ale nie pracowali już tego dnia. Spotkaliśmy się rano. Chciałam im opowiedzieć co widziałam. Fajnie było tak wracać w znane miejsce do przyjaznych i ciekawych ludzi. Byłam zadowolona z tego, co przeszłam, i szczęśliwa, że przez 10 dni Wyżyny były tylko moje.

Myvatn-Askja cz4 -Dyngjufjoll

mapka Botni

Padało więc spałam długo, potem robiłam zdjęcia, szukałam niebłotnistej wody, czytałam mapy. Gdybym trzymała się planu najpóźniej za 3 dni łapałabym stopa przy tamie Karahnjukar. Nic mnie tam nie ciągnęło, wręcz przeciwnie wszystko chciało mnie zatrzymać tu. Do tego wyrzut sumienia czy na pewno zamknęłam Bard. Nie było tam regulaminu, skarbonki, nie pamiętałam nawet czyj to schron. Byłam wdzięczna z otwarte drzwi i nie umiałam tak tego zostawić. Gdyby mi się wczoraj udało przejść… gdybym chociaż nocowała w toalecie… Siedząc i jedząc- bo wciąż miałam bardzo dużo jedzenia zdecydowałam w końcu, że wrócę kawałek i obejdę góry Dyngjufjoll inną drogą. Nadkładałam z 70 km, ale jak dotąd szło mi bardzo szybko, a pogoda wcale nie była zła. 12 km do rozstajów tym razem niemiłosiernie się wlokło. Próbowałam skrócić to przez świeże lawowe pole, ale musiałam wrócić. Ruchome skały spiętrzone, zsypujące się i kruche. Po czymś takim wcale się nie dało iść.

Wreszcie dotarłam do gruntowej drogi wspinającej się od razu bardzo stromo. Błoto, resztki śniegu, wiatr. Przelotne deszcze i kłęby suchej mgły. Dalej pola lawowe, pojedyncze kołki nawet bez śladów kół tak jakby wszyscy zapuszczający się tu kierowcy wracali po kilku kilometrach. Po lewej ośnieżone góry i hulający po nich huraganowy wiatr, po prawej lawa po horyzont. To długa droga. Nie doceniłam jej. Obejście masywu zajęło mi prawie dwa dni. Widoki piękne, nie było kłopotów z wodą. Pogoda też wcale nie taka zła. Przenocowałam u wylotu doliny, przy błotnistej rzeczce kawałek dalej wsiąkającej z impetem w piach. I znów szłam wzdłuż tyczek podziwiając naturalne ogródki zen, pozostałości osadowych skał- abstrakcyjnie poukładane w wulkanicznym piasku, samotne roślinki. Błądząc wśród płatów śniegu i żwirowych wzgórz i zbierając pozostawione przez kogoś śmieci (mydło, napój czekoladowy z duńskimi napisami, film kodaka ISO 100…) dotarłam wreszcie do znakowanej ścieżki do Botni (fragmentu Askja Trail), na której nie wiem czemu stał znak, że droga  zamknięta. Rozbiłabym namiot, ale nigdzie nie było wody. Ze zmęczenia poszłam w kółko tak jak pokazywał znak, przysnęłam na chwilkę gdzieś na kamieniu, potem znów nad stawkiem, gdzie prawie bym postawiła namiot, ale okrutnie mi się nie chciało ruszać… W kolejnym stawku się trochę umyłam i szukając miejsca na biwak znalazłam strzałkę do Botni. Skusiła mnie, ale to wcale nie było blisko, albo może szłam długo, bo prawie spałam. W rezultacie dotarłam tam już nad ranem, i nie udało mi się nawet zasnąć. Znów padał deszcz więc posiedziałam ze dwie godziny, popatrzyłam na mapę i w końcu wrzuciwszy do skarbonki 1000 koron (za nocleg było chyba 4000, za użycie gazu 500, ale i tak nie miałam nic innego niż 1000) spakowałam się i poszłam, nie szlakiem tylko polną drogą wzdłuż cudownej, od razu dużej rzeczki po bokach wręcz neonowo zielonej. Taka masa roślin, kwiaty, ptaki, po kilku dniach w surowej lawie wydawała się rajem, cudem. To nic, że deszcz, wieje, zimno… szłam wzdłuż tej zieleni ile mogłam, potem bez szlaku, przez zerodowane piaski, znów lawę do źródeł dwóch innych rzek, równie cudnych i chyba jeszcze dziwniejszych, bo wynurzały się z czarnego piachu krystalicznie czyste i płynęły wśród dziwadeł z lawy porośniętych czasem kwiatami, mchem. Nad ostatnią rozbiłam namiot, pierwszy raz tego lata na kwiatach.

Myvatn-Askja cz3 (Askja)

mapa 2Szłam bardzo szybko, słońce dodaje energii. Ścieżka była znakowana, śniegu niewiele. Przed południem byłam już w schronisku Dreki przeskoczywszy wcześniej przez dwie rzeczki- muliste, nieprzezroczyste z lekko zatopionym kamieniami. Dziwnie wyglądały budynki już bez śniegu, puste, bezludne, bez samochodów. Niektóre miały pozabijane okna, jeden- informacja parku narodowego duży osłonięty z trzech stron przedsionek. Pomyślałam, że jest świetny na nocleg. Prognoza zapowiadała załamanie pogody. Miało padać bez przerwy przez kilka dni. Uznałam, że mam czas do północy i nadal nakręcona wizją Askji wyruszyłam stromą pieszą ścieżką. Zastanawiałam się czy nie zostawić plecaka, ale gdyby mi się udało przejść, mogłam kontynuować do otwartego schronu Dyngiufjoll i szlaku prowadzącego z powrotem do Myvatn. Ten wariant podobał mi się bardziej niż zaplanowany wcześniej powrót do tamy. Miałam jeszcze sporo jedzenia, przed sobą piękne góry, i pustynię Odadahraun z którą trudno mi się było rozstać. Do tego martwiło mnie, że chyba nie zamknęłam lufcika w Bard. To ostatecznie przeważyło. Bard było dla mnie bardzo hojne i nie mogłam tak tego zostawić. Zabrałam plecak.

Drogowskaz zapowiadał 8 km, ale to dużo kluczenia, sporo wejść i zejść, dużo obejść. Niemal na całej trasie śnieg. Wspaniałe widoki. Z grani widząc już jezioro Öskjuvatn napisałam do Wieśka, że schodzę do krateru, ale chwilę potem o mało nie zawróciłam. Było tam okrutnie stromo, oświetlony od rana śnieg zmiękł, a na przełęczy wisiał kapiący nawis. Straciłam z godzinę próbując zejść w innym miejscu. Na takiej stromiźnie błoto nie było wcale solidniejsze od śniegu więc ostatecznie wróciłam i pokonałam nawis tuż pod skałami. Gdyby nie lata chodzenia po górach wiosną chyba bym się nie odważyła. Schodziłam bardzo ostrożnie po miękkim i stromym, aż do balkonu nad jeziorem  Öskjuvatn. Potem znów trafił się stromy kawałek, ale krótszy i mniej niebezpieczny. Dalej już tylko woda w butach, błoto do kolan i Viti otoczone rozmiękłą gliną i lodem. Czułam się jak pierwszy człowiek na Marsie, albo ktoś kto wypił duszkiem flaszkę szampana. Zdobyłam Askję, byłam tu sama, udało mi się!

Z godzinę łaziłam wokół Viti. Nie dało się usiąść, było zbyt mokro zbyt miękko. Zrobiłam kilka zdjęć i z żalem ruszyłam na północ, wzdłuż szlakowych kołków, które chwilkę potem okazały się zbyt niskie dla śniegu. Cały krater wypełniało śniegowe błoto, z wierzchu turkusowo błękitne, bez dna. Brnęłam w nim przez 5 km w palącym słońcu i bez pitnej wody. Dopiero kiedy teren zaczął się lekko wznosić trafiłam na suchszy śnieg, usiadłam i przerobiłam go na herbatę.

Dalej znalazłam jeszcze drogowskaz wskazujący Dyngjufjoll (12 km) i aż do wieczora bezskutecznie szukałam dalszych znaków. Przeszłam pewnie kolejne 5 km w śniegu ponad kolana, w wodzie. Potem poddałam się i zeszłam wzdłuż drogi. Też była zasypana, ale wystawały kołki. W dolinach gromadziły się chmury. Okno pogodowe się zamykało. Gdybym nie znała prognozy może zostałabym na noc w toalecie – otwartej, ale trochę zakurzonej i małej. Wiedząc, że ma się zepsuć postanowiłam już bardziej nie kusić losu. Byłam na 1300 m npm. Nie miałam sieci, byłam głodna spragniona i mokra.

Zejście- również 8 km- w śniegu wcale nie było szybkie. Szłam od świtu, już prawie 50 km, po górach, śniegu i polu lawowym. O północy byłam tak skonana, że nawet mi się nie chciało gotować. Zawiesiłam namiot w przedsionku informacji i rano długo słuchałam jak pada deszcz, ciesząc się, że nie pada na mnie. Nie bardzo wiedziałam co dalej robić.

Myvatn-Askja cz2 (Kollottadyngia)

mapa1Szłam skrajem lawowego pola, o ile się dało po śladzie samochodu. Odciski kół trwają na Odadahraun latami, ale nie widać ich na każdym podłożu. Znikają w skałach, pod nanoszonym przez rzeczki błotem, w ruchomych piaskach. Początkowo biegły wzdłuż skarpy Blafjall, potem przez pole lawy u podnóża srebrzystych pagórków. Daleko na horyzoncie sucha mgła zasłaniała i odsłaniała mur ośnieżonych gór- wśród nich jak sądziłam Askję. Droga- lub cokolwiek to było miała swoją logikę. Trzymała się granicy lawy i piaszczystych lub kamienistych wzgórz- starych (geologicznie) wysp w morzu srebrnego piachu i czarnych wulkanicznych skał. Świeciło słońce, powietrze drgało, pustynia wydawała się nieskończona. Koło południa znalazłam strumyk wypływający z płata grubego śniegu, dalej było jeszcze kilka śniegowych kałuż, ale woda w nich już lekko nieświeża, z posmakiem porostów i mchów. Ostatnie z daleka widoczne góry były chyba zbyt trudne dla samochodów. Ślad odciśnięty przez coś większego niż zwykłe 4/4 w końcu znikł, a na wprost otworzył się widok na świeżą lawę. Skalistą pofałdowaną. Jeszcze nie skruszoną w czarne piachy i nie porośniętą kępami srebrzystych mchów.

Po drugiej stronie piętrzyła się Kollottadyngia- płaski stożek w poziome czarno białe paski. Wydawała mi się bardzo bliska, więc chociaż było już koło piątej ruszyłam z optymizmem. Tu nie było już śladu poprzedników. Kluczyłam wdrapywałam się na skały i przeskakiwałam szczeliny patrząc z nadzieją na wciąż niby bardzo bliski śnieg. Pokonanie tego labiryntu zajęło mi ponad 4 godziny. Dalej stok zaczął się lekko podnosić, ale lawa nie znikła. Kollottadyngia nie była skalistą wyspą tylko wulkanem, winnym chyba tym wszystkim spustoszeniom. Lawa ciągnęła się aż do końca, czym wyżej tym częściej przykryta śniegiem. Widoczne z daleka pasy okazały się wgłębieniami zalanymi wodą z roztopów. Nie uniknęłam wpadania w ukryte pod śniegiem strumyki  i aż do nocy podchodziłam szukając jakiegokolwiek skrawka suchego miejsca na namiot. Znalazłam je dopiero na przełęczy, szerokim na chyba kilometr siodle, pełnym zamarzniętych jeziorek i śniegu. Z mętnej bieli wystawał piaszczysty pagórek- na górze prawie płaski, i prawie suchy- woda ociekła. Rozbiłam tam namiot, już po północy, kiedy zgasły resztki  zachodu słońca. Zdążyłam tylko zerknąć na zejście- nie ideał, ale też nic trudnego. Po około 45 kilometrach skakania byłam potwornie zmęczona.

Rano lepiej przyjrzałam się drugiej stronie. Cały teren pomiędzy Kollottadyngią, a Herðubreið pokrywało pole lawy. Na mapie pokazane jako teren zielony w rzeczywistości porośnięte rzadkimi kępami szarych porostów, pozalewane przez roztopy, ponure pod deszczowym znów niebem. Gdzieś w tym wszystkim powinien być Breadrafell i znakowana ścieżka na Askję. Znalazłam je dopiero po południu. Schron był zamknięty, siąpiło. Ugotowałam wodę z kałuży i poszłam jeszcze kilka kilometrów aż do lepszego, osłoniętego przed wiatrem miejsca. Deszcz narastał. Zdążyłam przemoknąć więc widząc łachę piasku wśród skał wpasowałam w nią jakoś namiot i padłam. Taka okazja mogła się już nie powtórzyć, w zwałach pumeksów nie łatwo o biwakowe miejsce, a tu dodatkowo leżał śnieg- czyli woda. Zresztą co można zrobić z deszczem, w niekończący się polarny dzień. Najlepiej przespać, a potem choćby iść nocą. Obudziłam się o trzeciej. Deszcz ustał, a mnie, morze lawy i Herðubreið otulała półprzezroczysta mgła. Niebo było błękitne, schronisko w Dreki odległe o kilkanaście kilometrów. Pomyślałam, że to wspaniała okazja. Nie pada, więc idę na Askję!