Szwecja na nartach cz4

12 marca. Mętnie, wiatr słaby, słaba widoczność. Ruszamy, tak jak wczoraj bez szlaku. Mgła gęstnieje, coraz częściej sięgam po nawigację. Rozpoznaję w niej tylko linię jeziora. Czasem mignie mi gdzieś wysoki kopczyk- norweska granica. Najczęściej nie widać nic. Czysta biel. Ustalam wtedy kierunek i staram się z niego nie zboczyć. Jose nie może iść pierwszy, jest krótkowidzem, jeśli nie widzi nic na horyzoncie skręca. A to coś pojawia się bardzo rzadko. Trudno ocenić odległość. Kamień metr przed nami i skała po drugiej stronie jeziora niczym się od siebie nie różnią. Przegapiam uskoki, czasem spadam prosto w dół, niedaleko, jest przecież prawie płasko. Ale trzeba wygrzebać się, wstać, strzepnąć śnieg. Mokną rękawice, marznie dłoń potrzebna do użycia smartfona. I znów w biel. Lekko w górę. Wiatr wzmaga się. W tumanach śniegu majaczy reniferowy płot. Na horyzoncie pojawia się skała. Jose wyprzedza mnie, teraz może prowadzić, przecierać szlak. Gubimy się w chaotycznych morenach, skała znika- bo zasłania ją stok. Więc wyżej. Pomiędzy ośnieżonymi blokami w labirynt zasp. Przeciera się idziemy dalej w górę. Stajemy, przed nami urwisko. Trzeba było trzymać się dna, iść jeziorem…

Tak stromo, że nie widzę całego zbocza. Odpinam pulkę opuszczam ją ostrożnie przed sobą, krok po kroku. Wywracam się, zdejmuję narty. Trawersuję, pomiędzy pasami skał. To ze 200 metrów przewyższenia. Prawie pion. Czekam na dole. Jose grzebie się, i nagle widzę, że jedzie! Podłożył hamującą pętlę pod pulkę. Wywraca się dopiero koło mnie, może z napięcia. Pędzimy jeziorem wzdłuż reniferowego płotu. Niebo różowieje. Daleko za kolejnym jeziorem widzę chatkę, dziwnie malutką. Lecę, aż Jose krzyknie, że w prawo. To nie ta chatka… Na górce stoi schronisko STF. Typowe identyczne jak każde inne. Opowiadamy co nas spotkało. Starszy pan, przygarbiony, czymś zajęty pozwala spać w namiocie- za darmo. Możemy sobie wewnątrz ugotować. Jest tam też para starszych ludzi na skuterze, mają wiertło i Jose dowierca się nim do wody. Popatrz co znalazłem w sieni cieszy się- bita śmietana! -Odstaw! To pewnie Schroniskowego- Za późno…

-Mieszkaliśmy kilka lat w Hiszpanii- opowiada Szwed od wiertła zadowolony, że mógł pomóc. Tu strasznie drogo. Jest emerytem, średniego wzrostu i tuszy, średniosiwym. Lekko trzęsie mu się prawa ręka. Żona z wyglądu bardzo lapońska, wpada do nas na chwilę sprawdzić czy wiemy jak rozpalić piec, spod czapki wysypują jej się długie włosy. Wspaniale siwe. Gęstnieje mrok. Wiatr nie ustaje, więc przywiązujemy namiot do schroniska. Chmury rwą się, pojawia się zorza, słaba, lekko przesłonięta. Też piękna. Najładniej widać ją z górki ozdobionej napisem, który uda mi się odczytać dopiero rano. „Miejsce do sikania dla panów”. Dalej jest też drugie- dla psów. To, jeszcze nienapoczęte. 

13 marca. Błękit. Potem pasemko różu. Do Sitasjaurestugorna 19 km. Szlak oznakowany i przejechany. Wspaniały widok, czyste niebo i resztki mgły poupychane po najwyższych górach. Wywiany do lodu śnieg błyszczy. Słońce nie razi schowane w świetlistych chmurkach. Idziemy na wprost wspaniałych gór. Szczęśliwi. Zamiast krzyży pojawiają się witki- czyli jeziorem. Na podejściu mija nas grupka reniferów. Bez pospiechu. Jose wyprzedza mnie, i nagle znikąd nadchodzi mgła. Gubię go, gubię szlakowe znaki. Czekam aż coś się przetrze, wreszcie widzę niebieską kurtkę. Za nią zjazd. Stoimy, czekamy, aż gdzieś dalej zamajaczy samotna witka. Jest przejmująco zimno. Przesuwamy się ostrożnie do przodu. Po omacku, krok po kroku.  Jose trafia na zbyt wąską półkę, pulka spada. Trudno nam do niej zejść, odwrócić wywlec z dziury. Zamieniamy się, w mleku widzę jednak trochę lepiej. Metr za metrem. Ostrożnie, od witki do witki. Dalej czerwień szlakowego krzyża. Huczy wiatr. To pewnie jest wąska przełęcz. Teraz płasko. Po prawej widzę kilka domków. Daleko, ale skręcam. Biegnę skosem do wiatru. Gdybym została na szlaku musiałabym potem iść pod wiatr, a to się nie da. Wdrapujemy się na górkę po zaspach, chowamy za najbliższą chatką. Uff… Jest zamknięta, zamknięta nawet torfowa ziemianka, ale ściana zasłania cały wiatr. Oddychamy, czekamy aż się przetrze. U nosa Jose wisi lodowy sopel- Nie ruszaj sfotografuję go! Ale Jose odruchowo obrywa i lód odchodzi razem ze skórą. Szkoda.

Przejaśnia się. Na błękitny pagór za nami nawija się wstęga mgły. Za nią chmura. Lekka, perłowa. Linia narysowana przez skutery wzdłuż krzyży, odległa od nas o niecały kilometr lśni. Wracamy do niej. Szlak prowadzi nas w kolejną mgłę. Mijamy jeszcze więcej domków. Toniemy w mleku, skręcamy. Gdzieś daleko pojawia się słoneczny blask, przez chwilkę podziwiamy zarys wzgórza. Potem tylko reniferowy płot, linia energetyczna i zjazd do jeziora. Godzina czy dwie w szarości. Pada śnieg. Mija nas skuter. Na nim nasi (wczorajsi) Szwedzi! Machamy, odmachują, ale nie stają. –Myślisz, że przyjechali sprawdzić jak nam idzie?- mhmm- potakuje Jose. I może tak być, bo zaraz wracają.

-Wiedziałem, że idziecie, wita nas Schroniskowy. Jak już go w końcu znajdziemy, zagadanego z parą Szwajcarów. Młody, w swetrze i włóczkowej czapce.  Prosimy o miejsce pod namiot, bo najtaniej. Schroniskowy stoi nad nami aż rozbijemy, jakby się bał, że zmienimy zdanie, może chciał pomóc. Opowiada coś, ale ta rozmowa znika z pamięci jak szybka mucha. Płacimy z żalem, bo to aż 40 euro. Wpisujemy dane do rubryczki, imię, nazwisko, adres rok urodzenia. STF nie interesuje RODO. Dalej „namiot”. Nad nami dwie inne osoby z tą sama datą. „Namiot”, „namiot”, czytam,  a widzę, że nocują w schronisku. –Dziękujemy za to co dla nas zrobiłeś- żegnają Schroniskowego. –Poza sezonem pracuje w stalowni- mówią chociaż tu na północy to chyba nic niezwykłego.

Siedzimy, gadamy. Mili ludzie. Ona grafik, on architekt. Szczupli, dobrze ubrani, dzielą się z nami resztą jedzenia, już wracają. Dostajemy ręcznie suszone warzywa, prosciuto, włoski makaron, pesto w szklanym słoiku. Słoik suszonych pomidorów- w oleju. Jesteśmy wdzięczni, trochę zdziwieni, bo wszystko to luksusowe, ciężkie. Rozmawiamy o górach, o sprzęcie Martin pokazuje tytanowy garnek, bardzo lekki. Myślę, że to nadużycie. Tytan- rzadki, wydobywany w krajach gdzie toczą się wojny (o surowce?), i szklane słoiki… ale może trochę się czepiam, nigdy nie miałam tak wymyślnych rzeczy. Szwajcarzy mają też profesjonalne pulki, duże z wygodnym metalowym holem. Mówią, że wytrzymały już kilka lat (co roku tydzień). Wciągnęli je na noc do schroniska. Je też oglądamy. Nagle, któreś z nas odkrywa sieć. Rozmowa zamiera wszyscy przypinamy się do internetu. Siedzimy długo, zrywa się wiatr, namiot – niedopięty wypełnia się śniegiem. Trzepię, wymiatam. Jak się spało?- zapyta rano pan schroniskowy.

Sieć była słaba, rwała się, ale to wtedy dowiedzieliśmy się o pandemii. I, pierwszy raz zobaczyłam swojego wnuka. Miał jeden dzień.

Share

Szwecja na nartach cz3

10 marca. Noc wietrzna, bardzo zimna. Poranek piękny. Na mapie jest tu piesza ścieżka, nie wiem gdzie. Stromo, kopnie, trudno, gęsty las. Wyżej polanki z płatami twardego lodu. Jose wyjeżdża na jedną zbyt wolno, pulka ściąga go z powrotem w las i wywraca. Znów gąszcz, znów po kolana, potem potok. Pod śniegiem, słyszymy go. Ścieżka jednak musi być gdzieś dalej. Nie znajdujemy jej, ale trafiamy na drugą wieś. Pojedyncze domki rozstawione nad jeziorem. Otwarta przestrzeń, wietrznie, za toaletą robi się śniegowy wir. Jezioro otoczone przez reniferowy płot, za nim ludzie. Trzech narciarzy z pulkami. To Kungsleden. Zwalniamy, jest nam szkoda dziczy. Obchodzimy, szukamy dziury w płocie. Czytamy szlakowy drogowskaz. Przez dolinę przetacza się wał chmur. Świat mętnieje. Do Alesjaure 14 km. Myślimy, że nie dojdziemy przed nocą, więc puszczamy wszystkich, niech idą przodem. Z daleka widzimy ostatniego. Samotny, bardzo szczupły chłopak. Nie odwraca się do nas. Prószy śnieg, marzniemy. Kiedy dojdziemy do schronu jest już regularna śnieżyca. Wnętrze okupuje komercyjna wycieczka, Francuzi. Dziwacznie poubierani w alpinistyczne dolne uprzęże, z których nie usunięto pętli na uda- niepotrzebnych przy ciągnięciu pulki. Pewnie przeszkadzają w pójściu do toalety, ale może nadają wycieczce powagi. Spoceni starsi faceci, dwie obojętne Azjatki. Nawet nie odpowiadają na dzień dobry. Nie przesuwają się, chociaż przy stole jest luz. Ich przewodniczka robi mi miejsce przy półce. –Wystarczy- mówi i to nie jest pytanie. Topi śnieg, ja gotuję przyniesioną wodę. Rozglądam się gdzie postawić garnek z zupą i pojedynczy chłopak, który dopiero przed chwilką usiadł wstaje, robi mi miejsce, wychodzi. Wycieczka zbiera się jeszcze z pół godziny. Zostają po nich rozdeptane kluski, śniegowa ciapa, mokra chustka do nosa i zaparowana od tłoku szyba. Jest po trzeciej. Można by w zasadzie tu zostać, ale te kluski, te ich kichania…ta mokra podeptana podłoga, bez pryczy. Wiatr ucicha, przestaje padać, wychodzimy. Widząc rzekę z przyzwyczajenia nabieramy wody. Na brzegu wiata (to chyba jest letni port), szczelnie wypełniona śniegiem, zbudowana z przezroczystego plastiku wygląda jak dziwna instalacja. Pojemnik z zakonserwowanymi ławkami. Myślimy żeby postawić obok namiot, ale jednak ruszamy. Z nami wiatr. Podrywa tuman ze świeżego śniegu, zasłania szlakowe krzyże. Na jeziorze rozpędza się jak pospieszny pociąg, a wieje w twarz. Był moment kiedy chyba jeszcze dałoby się postawić namiot, zamachałam do Jose, nie chciał. Potem coraz ciemniej coraz mętniej coraz trudniej mi się utrzymać w pionie. Błękitny zmierzch. Dobrze by zdjąć okulary, ale wtedy jeszcze mniej widać. Mam dość -myślę, mam dość … Na horyzoncie nad jeziorem majaczą jakieś ciemne bryły, myślę że się tam schowamy, i widzę światło. Czyli to schronisko. Daleko, dotarcie zajmuje  godzinę. Jest noc, w ciemności już na podejściu do budynków (zawsze stawianych na górkach niestety) wpadam na mężczyznę.- To schronisko? Gdzie jest recepcja? -Za mną.-Poczekaj, wyjmę latarkę- krzyczy Jose. Nie czekam. W drugim budynku pusto i ciemno. Kopcą świeczki, szumi komputer. Chcecie pić? Wypijam chyba z litr słodkiego soku, Jose drugi, facet pyta czy chcemy dokładkę, jasne że tak. Jose opiera się dłonią o słup i robi się jasno. –Wiedziałem, że mamy tu gdzieś wyłącznik!– cieszy się Schroniskowy. Jesteśmy to dopiero od 3 dni- tłumaczy widząc, że się dziwię.

Czytamy cennik. Za nocleg w namiocie 30 euro od osoby. Dziękujemy. Za łóżko po 50 euro. Zniżka dla członków. Członkostwo 30 euro.- Jeśli kupicie -zachęca mężczyzna- w każdym mijanym schronisku będziecie mogli stanąć na kilka godzin w dzień. Ugotować, wysuszyć rzeczy,  za darmo. Nie zastanawiamy się. Nie wiemy, że kilka to tak naprawdę dwie, a do tego tylko w południe. Płacę pierwsza, dodaję jeszcze satelitarny telefon- 5 euro za minutę rozmowy. Dzwonię do domu. Internet wiesza się, już nie przyjmuje karty Jose. –Jutro- mówi facet. Prowadzi do drugiego budynku, pokazuje dwa wolne łóżka. W naszym pokoju jeszcze ktoś jest. Spotykamy go potem. To Ben, Anglik koło czterdziestki, brodaty, siwawy, bardzo szczupły. Rozpoznaję modne wśród długodystansowców rzeczy, znane mi, takich używa Agnieszka. Jak dla mnie zbyt cienkie na zimę. -Taak.. tłumaczy Ben, jeśli jest zimno muszę biec albo się schować w śpiworze. Idzie na nartach przez całą Norwegię. Nie rozumiem dlaczego spotykam go w Szwecji, pewnie skrót. Martwi się, bo zostało mu tylko 29 dni. Opowiadamy jak szliśmy kiedyś z Kilpisjarvi na Nordkapp. Przez miesiąc. Pyta czy na Nordkapp jest lotnisko, czy można stamtąd wrócić autobusem. Nie można, nie zimą. Mówi, że będzie gnał. Nie wie, że za kilka dni Norwegia zamknie granice, bo wirus, że przestaną latać samoloty. My też nie wiemy. Opowiada nam o drodze do Sulitjelma- gdzie wypatrzyłam na mapie sklep, jedyny możliwy. W Norwegii. O chatkach w Padjelenta. O skrócie, którym chcemy iść następnego dnia.

Ale to po kolacji. Weszłam do kuchni czerwona od wiatru, pewnie spuchnięta. -Może ty miałabyś ochotę to zjeść? –Roześmiany chłopak przynosi mi gar parujących ziemniaków- Zrobiło nam się za dużo. Przy jego stoliku grupa młodych mężczyzn, wysokich, wysportowanych, może jakaś drużyna na treningu. Belgowie. –Zjem- zgadzam się, bo padam z głodu. Przelotnie myślę, że koronawirus. –Zjesz?- pytam Jose, ale i jemu nie udaje się skończyć. Pakuję resztę na śniadanie. Szkoda wyrzucić, przed nami jeszcze tyle dni. Jose wyciąga choriso okraja duży kawal Benowi. Ben dziękuje prosi żeby odciąć plasterek- Pojutrze będę w sklepie, a wy nie. Przytakuję, ale Jose nie rozumie. -O co ci chodzi? Chciałem się uprzejmie podzielić- Zostaw- denerwuję się- zjadasz porcję na jutro. Dyscyplina- inaczej tego nie przejdziemy. Jose wychodzi i rozpala w piecyku. Koza jest w każdym pokoju, malutka, szczapki za długie.- Chodź- wołam go- Belgowie przynieśli lody! Kiedy Jose i Ben jedzą je z jednego pojemnika, znów przypomina mi się wirus.

11 marca. Jasno. Jadalnia pustoszeje. Schroniskowy lata zdenerwowany, szuka Jose. Przecież wczoraj nie było jak zapłacić. Grzebiemy się, napełniamy termosy. Wychodzimy chyba ostatni, chociaż nie… Przelotnie widzę, że w schronisku jest też kobieta. Jedyna. Wczoraj myślałam, że sami mężczyźni. Po ziemniakach, przecież z proszku mam wysypkę. -Po co jadłaś!- wkurza się Jose, a ja się drapię. Zjazd stromy, po lodzie, sprowadzam swoją pulkę bokiem. Jose szarżuje i się wywraca. Z naprzeciwka nadjeżdża para z psami. Kolorowa, nawet psy mają czerwone buty. W dolinie utknęła perlista mgła. Widać słońce, rysują się stoki gór. Ale wszystko jest rozmazane. Czasem uważam, że piękne, czasem żałuję, że niewiele widzę. Nie idziemy wyznakowanym szlakiem. Jest oblodzony, mnóstwo małych podejść i zejść trawersy po wywianym lodzie. Tłok. Przyjemniej iść bokiem doliny, po śniegu. Przed stromym progiem, który pewnie byłby bardzo ładny (gdyby nie mgła) skręcamy. Podchodzimy wzdłuż ciągu jezior bez szlaku. W osłoniętych miejscach przetrwał wczorajszy odcisk nart Bena, i starszy polskiej pary, o której nam wspomniał. Szli w Padjelanta. Widoczność poprawia się na chwilkę. Przeciwległe zbocze oświetla ostatni promień słońca. Blask ślizga się po wywianym lodzie, świat błękitnieje. Po przeciwległym zboczu wędrują dwa renifery. Rozbijamy namiot w labiryncie skał i zasp. Tu nie wieje. Kopiemy dół na kuchenkę, na zewnątrz, to nasz luksus. Przez moment przez chmury prześwituje zieleń zorzy, ale znika zanim wyjmę aparat. Siedzimy długo, topimy śnieg. Jest cicho, spokojnie. Wreszcie.

Share