Magazyn Góry

W najnowszym specjalnym numerze Magazynu Góry- w całości poświęconym zimie znalazł się mój artykuł o Laponii. 500 kilometrów bieli. Na nartach z Finlandii na Nordkapp. Opisywałam to szczegółowo na blogu tekst w Górach jest bardziej skondensowany, opowiada o tym, co czuje człowiek zanurzony w bezkresnej przestrzeni, mierzący się z czymś czego nie widać- zimnem, jednostajnością, samym sobą.

okladka_magazyngory_252

 

FacebookTwitterGoogle+Udostępnij

szukam spokoju

Teraz na jakiś czas znikam, lecę do Santander (za grosze), dalej nie wiem- pójdę na zachód. Mam czas. Wracam dopiero w grudniu. Chcę przejść kawał nieznanego mi świata. Popatrzyć na nadchodzącą zimę. Pofotografować- spokojnie, bo będę sama. Zostawiam Wam serię zdjęć, nad którą pracowałam latem, i którą chyba chcę dalej rozwijać. „Szukam spokoju”. Kiedy ją zaczynałam myślałam o kontynuacji „Simple World”, ale wyszło mi coś innego. Moje zdjęcia nie powstają w głowie, nie planuję ich więc zwykle mnie zaskakują. Lubię ten proces. Lubię dziwić się światu, odkrywać przegapione wcześniej niuanse. Szukać sensu.

Wyjazd teraz, kiedy jest tak dużo pracy, jest nierozsądny- wiem, przepraszam wszystkich, których to dotknie, ale wiem też, że muszę mieć jakąś twórczą pracę- inaczej czuję jak marnuję czas. Góry Kantabryjskie to nic egzotycznego. Pewnie nie zrobią wielkiego wrażenia (to nie Laponia czy Islandia), ale ja raczej nie szukam wrażeń. Szukam spokoju, takiego, który można podzielić i rozdać, bo wydaje mi się, że mamy go coraz mniej.

PS: Trzymajcie kciuki za pogodę:)

idzie zima

Za chwilę jadę w Góry Kantabryjskie. Myśląc o zimie, o tym jak się zaczyna, o świeżym śniegu, który często znika po kilku dniach, ale zostaje na każdym zdjęciu zapominam zwykle, że było też mokro, że zimno, że lód, że marzyłam o noclegu pod dachem, o piecyku. Pakując się przejrzałam swoje stare wpisy. Stare zdjęcia. Wybrałam te, na których czuć nadchodzącą zimę. Świeżą, mokrą, marznącą. Wietrzną i ciemną. To Pireneje i Alpy z ostatnich lat. Listopad, październik, grudzień. Teraz też pewnie będzie podobnie i wolę pamiętać o tym pakując się. Góry Kantabryjskie są mokre. Nie znam ich. Na zdjęciach najczęściej pojawiają się Picos d’Europa, ale wzdłuż całej Zatoki Biskajskiej ciągną się niższe lub wyższe pasma gór. Są górskie hale w Cantabrii i lasy Asturii pełne niedźwiedzi i wilków. Są parki krajobrazowe (Parque Narural) Ponga, Redes, Ubinas la Mesa… Jestem tego bardzo ciekawa, bo chyba jak się zastanowić lubię niespodzianki…

ciepłe góry na zimę

Nie napisałam Wam o tym miejscu w zeszłym roku- nie wyrobiłam się. Teraz piszę, bo nadszedł na nie najlepszy czas. Jeśli kiedykolwiek jechaliście szosą z Lleridy do Vielhy (to trasa popularnych autobusów w Pireneje) musieliście zapamiętać wąski kanion otoczony ścianami urwistych gór (Sierra de Montsec). Jakieś 40 km przed Pont de Suert (to tam zaczyna się GR15). Przez ten sam masyw przejeżdża się też innymi drogami, wszędzie trafiając na piękne skały (np wspinaczkowe rejony w Oliana). Ten kanion zapamiętałam najlepiej. Przez lata przyglądałam mu się zafascynowana i zastanawiałam się czy kiedykolwiek zdarzy mi się obejrzeć go z bliska. I zobaczyłam.

Na początku grudnia zeszłego roku uciekliśmy z zasypanych śniegiem wysokich gór. Mieliśmy jeszcze 2 wolne dni, pani w informacji turystycznej poradziła nam żeby jechać do Congosto de Mont Rebei. Pojechaliśmy nie wiedząc gdzie to. W Pirenejach szalał huragan, sypał śnieg. Zjazd spod tunelu Vielha był zasypany, dla Jose nieprzyzwyczajonego do śniegu, nieznającego zimowych opon- makabra. Przykleiliśmy się do jakiegoś pługu i w ciągu godziny wydostaliśmy z zimy. Przez kolejną, może niecałą padało i nagle wyjechaliśmy z chmur. Świeciły gwiazdy. Stanęliśmy na pierwszym parkingu. Jose padł. Rano okazało się, że jesteśmy już w paśmie nadmorskich gór ciągnącym się równolegle do Pirenejów. Bez wielkich kłopotów znaleźliśmy Congosto. Był tam parking – płatny i to aż 10 Euro. Panienka widząc, że się dziwimy zaznaczyła, że to tylko w weekend, i że jak chcemy możemy sobie zostać na noc. Tak zrobiliśmy. Wychodząc widzieliśmy jak plac się zapełnia. To znane miejsce, ale ludzie chodzą nim tylko kawałek- wzdłuż błękitnego kanionu, w którego ścianie wykuto przejście. Prowadzi nim długodystansowy szlak- GR1- historyczna, kupiecka ścieżka biegnąca przez kilkaset kilometrów równolegle do Pirenejów. Ciekawa, jedna z tych, które odłożyłam na później. My wyszliśmy na inną- jednodniową górską pętelkę (jest kilka możliwości). Nie było tam żywego ducha, były za to piękne widoki i dzicz (rezerwat). Była też wieś- na oko niemal opuszczona- Alsamora. Zrobiliśmy tam wielką głupotę. Widząc drabinę wdrapaliśmy się na skalny balkon pod służącą kiedyś do obrony średniowieczną wieżą. W drugą stronę prowadziły schody- sądziliśmy, że to wygodne zejście, niemniej na końcu znów była drabina schodząca na drewniany podest- dobrze, że go nie obciążyłam całym ciężarem- był zapadką!

Kanion zostawiliśmy na poniedziałkowy poranek. Dzięki temu byliśmy sami, ale góry nakrywał jeszcze cień. Przepiękne miejsce. Łatwo dostępne z Barcelony (z dworca Nord co jakieś dwie godziny jeździ autobus do Vielha, trzeba wysiąść w Montfalco), ciepłe nawet zimą (w słoneczny dzień prawdopodobny jest upał), dzikie, interesujące- w sam raz na ucieczkę od śniegu i pluchy. Widać stamtąd Pireneje, ale pogoda z reguły jest inna. Suchsza, cieplejsza.

autostopem przez Islandię cz2

W samochodzie było tak ciepło, tak spokojnie, że szybko straciłam kontakt z rzeczywistością. Do tego wjechaliśmy na gruntowy odcinek i widok przez moje okno się ujednolicił. Błoto. Drzemałam, budziłam się na wybojach, raz wysiadłam na jakiejś stacji kupić jogurt. Para, która mnie zabrała nie powiedziała dokąd jadą, ale kierunek był słuszny więc się nie martwiłam. Wysiadłam przy hotelu na końcu błotnistego odcinka. Byłam tak rozespana, że przycięłam sobie palec drzwiami do łazienki- masakra. Musiałam wypić dwie kawy żeby stanąć na nogach. Teraz szczęście już mnie nie opuszczało. Wegańska para z Kanady podrzuciła mnie na jakieś rozstaje. Skręcili w błoto podpuszczeni niepotrzebną mi już rowerową mapą, którą im przed chwilką oddałam. Jeszcze nie znikli kiedy zatrzymała się ciężarówka jadąca w przeciwnym kierunku. Kierowca powiedział, że będzie wracał i że jak chcę mogę się z nim zabrać już teraz. Chciałam oczywiście i przez godzinę zwiedzałam gruntową drogę przecinającą łąki pełne jaskrawych balotów z sianem i koni. Znów lało. W międzyczasie autobus (chyba tylko w Islandii można spotkać autobusy poza asfaltem) urwał mojej ciężarówce lusterko… Kierowca opowiadał o swojej pracy i o poprzednich pracach- ciekawie, bo były ciekawe. Wracał po odwiezieniu ładunków wybuchowych do kopalni (zresztą w Zachodnich Fiordach), wcześniej był wielorybnikiem, dodatkowo współwłaścicielem rodzinnej farmy. Zobaczyłam ją później, kilometry żywo zielonych pól. Po odstawieniu ciężarówki do miasta pomyślałam, że mam dużo czasu i że mogę zboczyć i obejrzeć jeszcze zachodnią stronę Langsjokull. Tak też zrobiłam. Chłopak podrzucił mnie własnym samochodem do Reykholt, stamtąd podjechałam zobaczyć Hraunafossar i dalej na zaznaczony na mapie kemping.

Hraunafossar był niezwykły. Spod pola lawy wyciekała cała duża rzeka. Przez tyle dni szłam przez lawowe pola zastanawiając się gdzie znika woda i teraz to widziałam. Robiło wielkie wrażenie.

Kemping był straszny. Zatłoczony, huczący muzyką, falujący od alkoholu- podobno za chwilkę miał się tam odbyć wielki koncert. Uciekłam, pomimo wycieczki do lodowych jaskiń na, którą chyba mogłabym się rano załapać. Jaskinie były sztuczne (raczej jak kopalnie) więc bardzo nie żałowałam.

Długo szłam szosą, potem zgarnęła mnie para starszych ludzi nie mówiąca w żadnym języku poza islandzkim, chciałam wysiąść przy Hraunafossar, ale z niedogadania pojechałam dalej aż do rozstajów dróg. Przenocowałam na łące, nieco zbyt na widoku, ale bez kłopotów.

Rano znów kawał pieszo, krótkie, sympatyczne podwózki, na koniec chłopak, który do malutkiego auta zgarnął wcześniej dwójkę Amerykanów i teraz dopakował i mnie. Dojechałam tak do Reykjaviku, znacznie szybciej niż się spodziewałam.

Połaziłam po ulicach, poszłam do muzeum fotografii na wystawę o opuszczonych farmach Zachodnich Fiordów- po tym co widziałam na własne oczy bardzo ciekawą. Po południu zgarnął mnie Dariusz wracający niespodziewanie wcześniej z ryb- jakoś tej niedzieli nie brały. Kiedy zadzwonił, że jedzie byłam w kościele na mszy (o dziwo!) odprawianej po polsku. Obok stała para Islandczyków najwyraźniej już przyzwyczajonych, cały kościół tłumnie wypełniali Polacy.

Dariusz i Dorotka nakarmili mnie, odwieźli na lotnisko. Było mi miło się z nimi spotkać. Są tacy spokojni i gościnni. Mieszkają pięknie nad oceanem. Żyją jak chcą.

Już oddałam bagaż kiedy zawołał mnie ktoś z tłumu. Chłopak, który wiózł nas rano autostopem taszczył duży tkaninowy bukłak- Twój?- spytał i rozczarował się kiedy zaprzeczyłam-Musiał być tych Amerykanów-ustaliliśmy wspólnie. Byłam pod wielkim wrażeniem, jadąc rozmawialiśmy o tym, że lecę wieczorem, więc w niedzielne popołudnie przejechał 40 km do Keflaviku żeby poszukać mnie, obcej kobiety…

-Znam tylu fajnych Polaków-powiedział, chyba żeby mnie jeszcze bardziej zdziwić -Kiedyś sporo jeździłem autostopem. W Szkocji jeden Polak zaprosił mnie na obiad do domu. Jesteście takim miłym narodem…

Powinnam się wtedy ucieszyć, ale się przeraziłam… czyżby ci wszyscy mili, gościnni… wyjechali?