Trollaskaga cz3- Reykjaheidi

O Reykjaheidi usłyszałam od pary, która podrzuciła mnie do sklepu w Dalviku. To stary szlak, znakowany kopcami, jest tam schronisko. Na mojej mapie był zaznaczony przerywaną linią (czyli z tych łatwiejszych). Po stresującym zwiedzaniu lodowca, wobec prognozy zapowiadającej zachmurzenie i deszcz -w sam raz. Wyszłam pod wieczór, objedzona, obładowana. Planowałam tylko dojście do chatki. Nie było jej na mojej mapie, była na tablicy informacyjnej za kościołem. Nazywała się Kofi. Schematyczny rysunek pokazywał też Mosi, ale nie wiedziałam co to.

Na drodze prowadzącej w głąb doliny Upsadalur spotkałam dziewczynę w spódniczce. Zagadałam. Chodzę w spódniczkach od lat, myślałam, że tylko ja. Po chwili zdziwiłam się jeszcze bardziej. Anna (Czeszka) fotografowała analogiem! Zrobiłyśmy sobie nawzajem po portrecie. Ana schodziła, wyszła tylko na chwilkę, po pracy. Przyjechała tu na wakacje dorobić. -Wielu moich znajomych podróżuje, rok, dwa, pięć lat. I nic z tego nie ma, tylko własne zadowolenie. Nie interesuje mnie to. Te słowa, do których później dołożył się komentarz Michała zmusiły mnie do obejrzenia własnego życia i motywacji od podszewki. Czy rzeczywiście skutkiem moich wędrówek jest tylko moje własne zadowolenie? Czy cokolwiek po mnie zostaje? Pomaga innym? I jeśli tak to komu i w czym? Nie odpowiedziałam sobie na to. Pewnie tego nigdy nie zrobię. To jedno z pytań, które zostają otwarte i dobrze.

Kofi jest malutkie, z tego co zrozumiałam to wyremontowany schron ratunkowy. Służy głownie jako miejsce piknikowe, ale wyspałam się tam wygodnie. W pięknej scenerii, nad którą wieczorem napływało coraz więcej mgły. Kolory bladły. Huczały wodospady. Chmury podnosiły się i opadały. Przez chwilkę zobaczyłam na górze drugi schron-Mosi. Gdybym o nim wiedziała pewnie bym tam doszła przed nocą. Teraz już mi się nie chciało ruszać.

Poranek był wilgotny, mglisty. Poszłam wzdłuż tyczek prowadzących do Mosi. Nie było ścieżki, pewnie ta trasa jest nowa. Stara, bezpośrednio na przełęcz rysowała się z daleka na zboczu. Tak długo, jak miałam widoczność. Mosi wtapiało się w biel, gdyby nie tyczki może bym je minęła. Zajrzałam. To spory klubowy schronik. Drewniana boazeria, ogrzewanie, miękkie łóżka. Była skarbonka, ceny za nocleg przystępne. Gdybym nie trafiła tu w środku dnia chętnie bym zanocowała. Tak, tylko ugotowałam herbatę, zalałam owsiankę. Zawsze przyjemniej zjeść przy stole, gotowanie wewnątrz zużywa mniej gazu. Było tam trochę map i książka. Trzech mężczyzn przeszło prawie wszystkie granie Trollaskaga. W tym, tę, którą pominęłam. Żałowałam, że nie mogę poczytać (po islandzku). Obejrzałam tylko zdjęcia i mapki. Bardzo inspirujące. 

Pogoda nie poprawiała się, chyba nawet robiło się coraz gorzej. wykorzystałam tyczki prowadzące do Holsdalur i odeszłam z nich przy Reykjaheidi. Nie był łatwo, bo niewiele widziałam. Mgła pokazywała mi tylko kilkanaście metrów. Nie wystarczało do wypatrzenia kolejnej tyczki. Krążyłam, zawracałam, obchodziłam namokły grunt, przeskakiwałam rzeczki. Reykjaheidi było obstawione kopcami. Starymi, takimi sprzed stuleci („nasze” kopczyki są na Islandii zakazane, nie wolno dostawiać). Była też lekko wydeptana. Nie miałam wątpliwości, że to tu. Przez moment cieszyłam się swoim sukcesem, potem dotarłam do śniegu. Tu ślad deptania znikł. Hmm… rozejrzałam się po bezkresnym terenie i jak na zamówienie wyrosła przede mną grupa jeźdźców prowadząca stado wolnych koni. Było ich z kilkadziesiąt! Gdyby nie ich ślad (trudno uwierzyć, ale i on czasem znikał) nie przeszłabym na drugą stronę gór. Mgła zgęstniała, było mnóstwo śniegu. Zero widoków, skały, błoto, firn. Na górze zimno. Silny, lodowaty wiatr. Szlak kluczył, potem opadł. Przez moment zobaczyłam otwartą dolinę ponad wałem chmur (pewnie zakrywających drogę). Przeszłam rzekę śnieżnym mostem (konie brodem). Wyszłam pod chmury. Mżyło. Ścieżka opadła stromo do drogi numer 82. 5 kilometrów na południe powinien być ratunkowy schron. Prognoza zapowiadała 3 deszczowe dni. Pomyślałam, że muszę się schować. Przeczekać to.  Ruszyłam szosą. Czym wyżej tym bardziej zamgloną. Kiedyś, przed wykopaniem tunelu jeździło się tędy z Olafsfjordur do Siglufiordur. Tu, wysoko nie było już farm. Piękna rzeczka, neonowa zieleń mchów. Mgła. Na zakręcie (który jest też przełęczą) tak gęsta, że niewiele widziałam. Nie znalazłam biwaku, pomimo tego że mapa podawała współrzędne. Mokra, poszłam jeszcze z 5 kilometrów. Zapadł zmierzch. Mżawka zgęstniała do deszczu. Łąki podmokłe, góry niewidoczne. Zrobiłam zdjęcie pięknej doliny kiedy usłyszałam samochód. Rowerzysta jechał do Dalviku. Podrzucił mnie do Olafsfjordur. Znów zobaczyłam Reykjaheidi, tylko końcówkę niezżartą przez chmury. Wyszukałam w nawigacji kemping. Okazał się miejskim trawnikiem z toaletą. Obok basenu. Stał tam kempingowiec i jeden namiocik, wiało okrutnie. Nie było prysznica czy jakiejkolwiek jadalni, schronienia. Schowałam się na moment w toalecie. Podładowałam baterie, ubrałam cieplej, policzyłam zapasy i ruszyłam na północ. Chłopak, który mnie podwiózł powiedział, że jest tam łatwy szlak, że go znajdę pomimo deszczu. Było tuż przed północą. Byłam senna. W błękitnym mroku kotłowały się bure chmurska. Jeszcze raz sprawdziłam prognozę, pokazywała kilka okien pogodowych, bez deszczu. Teraz miałam mieć dwie godziny, wykorzystałam je. 

Share

Trollaskaga cz2

Nie zniechęciło mnie pochmurne niebo. Poprzedniego dnia rozwiewało się nie raz więc uwierzyłam, że się poprawi. W górę, wzdłuż potoku wspinała się jakaś ścieżka. Owcza jak później odkryłam. Zwierzaki wdrapywały się na pięterko doliny, ostatnie zielone miejsce i tam rozłaziły lub zawracały. Wyszłam w kamienie, goły grunt. Chmur przybywało, opadały, były coraz bliżej mnie. Zanim straciłam widoczność obejrzałam czoło spękanego lodowca i odkryłam, że poszłam źle. Za bardzo na północ. Próbowałam to nadrobić na różne sposoby i dopiero po dłuższym czasie zrozumiałam jak biegnie szlak. Wspinał się zboczem, które już minęłam. Ośnieżonym zakończonym nawisem. Tamtędy nie wejdę… Poczekałam na rozjaśnienie, w wieńcu skał, który spinał całe zbocze znalazłam szczerbę, coś jakby żlebik. Podeszłam. Krucho i stromo. Do tego glina namokła od roztopów. Znów nakryła mnie mokra mgła. Było zbyt niebezpiecznie. Zawróciłam, zeszłam z 50 metrów, przeszłam fragment trawersem. Chmury znów się na moment przerwały. Z tej strony żlebik wyglądał lepiej. Wróciłam. Wdrapałam się tam. Szczelina wyprowadzała na gliniaste zbocze wypłaszczające się kilkaset metrów dalej. Nie wiedziałam jak daleko się ciągnie, zbyt gęsta mgła, ale przez moment zobaczyłam grań. To był jeden z wariantów szlaku. Wystraszył mnie. Pasy śniegu. Grzbiet, początkowo szeroki, dalej zębaty, jak ogon smoka. Wydawało mi się, że widzę nawisy. Nie byłam pewna, przejaśnienie było zbyt krótkie. Więc w drugą stronę…tylko gdzie? Grzbiet szeroki, ośnieżony nad nim uskok potem drugi grzbiet. Dalej do góry w chmury, które już się nie rozwiewały. Też nie. Włączyłam telefon, tak dla bezpieczeństwa. Przyszedł sms od Wieśka.- Dojechałaś już?- schodzę nieznanym lodowcem. Trzymaj kciuki żeby nie miał szczelin- odpisałam i zeszłam. Większość oczywiście widziałam. Śnieg nie był nigdzie bardzo stromy. Asysta Wieśka, doświadczonego wędrowca, miłośnika Islandii spadła mi jak z nieba. Wprawdzie sieć pojawiała się często, prawie na każdej górce, ale internet (a z nim prognozy pogody już nie). Sygnał był na to zbyt słaby. Poza tym, podwożący mnie facet miał rację. To niebezpieczne, bezludne miejsca. Dobrze, że ktoś wiedział gdzie jestem.

Halsjokull opadł do Halsdalur. Daleko na stoku rysowała się jakby ścieżka, widziałam też coś na mapie. Szłam początkowo dnem dolinki, po skałach, potem trawersem po zboczu- głupio. Było zbyt stromo, zbyt dużo wyrytych przez strumienie rynien. W jednej obsunęłam się i stłukłam kolano. Owce sobie w tym terenie radziły, widziałam je nad sobą i pod sobą, ale nie wydeptały tu ścieżek. Wyjątek stanowił fragment, który widziałam z lodowca. Niepołączona z innymi dróżkami owcza łączka. Dobrze zrobiłam trzymając się prawego stoku. Na lewo rzeka wyrwała kawał ściany. Trudno byłoby tamtędy przejść. Widziałam to z góry z wygodnego zielonego balkonu. Przenocowałam tam. Był płaski fragment i rzeczka, były wspaniałe widoki. Kamieniste zbocze zmęczyło mnie. Poszłabym spać od razu, ale trudno mi się było oderwać od widoku. Słońce zaszło wyjątkowo jaskrawo. Niebo nie bladło chyba przez całą noc. Poranek był pochmurny. Starałam się iść ścieżką chociaż skręcała mocno na wschód. Byłam ciekawa jak wygląda z bliska moja grań. Nie zobaczyłam jej całej, znów fragmenty. Wydawały się nieprzystępne i strome. Miałam do pokonania ponad 1000 metrów w dół. Zajęło mi to czas do popołudnia. W międzyczasie zgubiłam ścieżkę, znalazłam inną, potem znów inną. Wyszłam na szosę przy farmie Krossar. Świeciło słońce. Latały morskie ptaki. Ruszyłam w stronę Dalviku i po kilku kilometrach zabrała mnie para, którą pamiętałam z samolotu. Mieszkali na wyspie Hrisey, jechali na basen.

Dalvik pachniał rybami. Sklep był duży, z toaletą, stolikami, bezpłatną kawą. Zjadłam tam i naładowałam baterie. Schowałam mapę Trollaskaga No3 i wyjęłam dwójkę. Na trójce zostało sporo niezbadanych ścieżek, ale wszystkie bez wyjątku były trudne. Wymagały idealnej pogody. Odłożyłam je na nieokreślone później.

Share