Laponia jesienią-relacja na bieżąco :)

(Dopisuję wieści z trasy pod wpisem)

Idąc przez Arizonę tęskniłam bardzo za północą. Z powodu rodzinnych spotkań nie mogłam pojechać wcześniej, więc została mi już tylko jesień. Cieszę się na nią, nigdy takiej północnej jesieni nie widziałam. Mam nadzieję, że bardzo nie zmarznę i, że się nie pogubię, bo zaplanowałam odcinki bez szlaków. Gdyby były zbyt mylne (wystarczy słaba widoczność) mam alternatywne pomysły. Także nie wiem dokładnie gdzie będę. Wyznaczyłam sobie początek i koniec- ten drugi raczej orientacyjny. Ok 1000km od Morza Norweskiego do Morza Barentsa. Nie mam zamiaru trzymać się sztywnego planu, nie będę się śpieszyć. Chcę cieszyć się każdą chwilą, każdym dniem, nawet jeśli będzie deszczowy. Mój plecak nie będzie lekki, wezmę szerokokątny obiektyw, bo może pokazać się zorza. Wezmę kalosze, tyle po drodze bagien i rzek, a spadnie śnieg. Wrócę jak skończę, albo jak mnie wypłoszy zima, lub jak mi się odechce iść.

Prawie jak jednorożec… nie sądzicie? Nie mam zamiaru go niepokoić (czy pokonywać) tylko pogłaskać, lub lekko zmierzwić mu grzywkę. :)

pozdrawiam z Narviku!0

29.08 Kilpisjarvi. Za mną Park Narodowy Ovre Dividal i długi 200km odcinek bez cywilizacji (jeśli pominąć pozamykane chatki DNT). Bałam się, że z taką ilością jedzenia będzie mi ciężko, ale nie było tak źle, chociaż z przygodami. Piękne góry i pogoda nie taka zła. Raz było upiornie wietrznie i akurat bardzo wysoko. Wiatr tak strasznie mną rzucał, że ponaciągałam sobie mięsnie, o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Jest ciepło, na razie nic mi nie przecieka, a rzeki są płytsze niż kalosze.

pozdrawiam z Finlandii:)

7.09.22 Kautokeino. W jednej z fińskich chatek w drodze na Halti spotkałam Rosjanina. Jak gdyby nigdy nic gotował grzyby (kozaki!). Zapytany jak to możliwe, że tu jest powiedział, że przecież nadal działają wizy i jeśli ktoś taką ma może robić co tylko zechce. Strasznie to było dziwne. Doszłamwczoraj do Kautokeino. Idę trasą którą rozważaliśmy kiedyś zimą ale ostatecznie pominęliśmy kanion Reisa. I dobrze bo byłoby tam trudno na nartach. Latem jest pięknie. Piękne są też bagna w Finnamrku. Korowe, pełne wspaniałych jagód. W Finlandii sporo ludzi, ale dało się nocować w chatkach. W Nord Reisa też o dziwo są 4 dezpłatne domki, malutkie i śliczne. W jednym spałam. Pogoda wspaniała peawie nie pada.

pozdrawiam z Kautokeino!

10.09.22 Masi. Noce są już całkiem ciemne. Wczoraj była piękna zorza i przymrozek. Dzisiejszej nocy przyleciał do Alty Jose, czekam aż do mnie dojedzie stopem.

15 września. Zeszliśmy nad Porsangerfjorden, jutro powinniśmy być w Lakselv. Pada i prognoza mówi, że nie przestanie. Na razie bardzo nam to nie przeszkadza, w Stabbursdalen były chatki na wybrzeżu kemping. Najważniejsze, że już nam przeszło zatrucie. Żywiliśmy się owsianķą i kompotem z bażyn, teraz wreszcie możemy normalniej jeść. Jesień jest nadal złota i piękna, chociaż wysoko w górach już prawie nie ma liści na brzózkach. Borówki pyszne, jagody już bez smaku, ale za to krzaczki wspaniale czerwone.

Agnieszce niestety nie udało się nas dogonić, wczoraj dzieliło nas niecałe 50km. Dzisiaj odeszliśmy od szlaku na Nordkapp. I mi (nam) i jej przydażały się nieplanowane przestoje, więc sytuacja była dynamiczna. Idzie, nie marznie, chociaż w butach raczej nie ma sucho. Ma co jeść, wysyłamy sobie info na whatsappie.

Pozdrawiamy :)

21 września 22. Na wybrzeżu padało okrutnie, wiało i bardzo się ochłodziło więc wybraliśmy wariant wędrówki przez Finlandię, ze stabilniejszą prawdopodobnie lepszą pogodą. Przez ostatnie dni szliśmy na południe przez piękne góry bez szlaków z fragmentami gruntowych dróg, które musieliśmy sobie jakoś połączyć. A to bagnami (cały czas w kaloszach), a to po gołoborzach, a to po borówkach i bażynach, lub co gorsze zaroślach tundrowych brzóz.

pozdrawiamy znad Tany:)

Share

Arizona trail cz20- koniec i Buckskin Gulch

Las opadł na wietrzny płaskowyż, już z daleka widziałam tumany kurzu, ale nie było wyboru trzeba było w nie wejść. Tak jak kilka dni temu wichura szarpała mną i rzucała na boki, nie bardzo było jak oddychać, ubranie, plecak, twarz, obrosły pyłem, tak drobnym, że potem niełatwo było to wykruszyć. Na szczęście zwykle wiało w plecy, więc trzymałam się kierunku i pionu, patrzyłam jak wyprzedzają mnie toczące się kłęby chwastów i martwiłam jak do toalety… Naprawdę trudno się było zatrzymać. Udało się we fragmencie jałowcowego lasku, zjadłam tam przy okazji i wypiłam. Tam też minęła mnie Cherlane, dziewczyna która nocowała na North Rim. Nie rozmawiałyśmy, bo nie było jak. Szukała wody, a że niczego po drodze nie było zdecydowała się zboczyć do krowiego stawu.

Pod wieczór wichura nieco osłabła, a szlak zanurzył się w gęste zarośla, które miejscami przypominały park. Ładny dobrze utrzymany pełen ciekawych roślin. Znów kwitły jaskrawo kaktusy, kwitły juki. Przed nocą dotarłam do zbiorniczka z wodą (dla pszczół) i wypełniłam wszystkie butelki. Nie byłam pewna co zastanę na dole, szlak kończył się już za kilka mil, ale do szosy było jeszcze daleko i myślałam, że będę musiała tam dojść. Byłam brudna jak nieboskie stworzenie, w zębach zgrzytał mi pustynny piach, wszystko co wyjęłam z plecaka było zakurzone, i nic z tym nie było można zrobić. Za wodopojem ścieżka zrobiła się bardzo wąska, skalistym kanionem wdrapała się na otwartą przestrzeń, kamieniste, pyliste wzgórza na których chyba kiedyś rósł las, teraz wypalony do gołej gleby. Na wprost otworzył się wspaniały widok. Niekończący się ciąg kolorowych gór- już w Utah. Szłam zafascynowana, rozbiłam namiot tak żeby nic mi tych gór nie zasłaniało, i gapiłam się na nie i wieczorem i rano. Nocą daleko, pewnie kilkadziesiąt mil dalej błyskało światełko jakiejś samotnej wsi. Moje mapy kończyły się na granicy Arizony, więc zupełnie nie wiedziałam na co patrzę. Miałam sieć, ale słabe baterie. Przeczytałam tylko sms od Nicka- „mam dwuosobowy pokój w Kaibab, wpadaj jak chcesz”. Najwyraźniej znów kawał podjechał. Zrobiło to chyba więcej znajomych, bo w książce na końcu szlaku rozpoznałam tylko kilka imion. Elliott, Mush, Ceci, Wodo, i Jason z Van Goghiem o 2 dni szybsi niż ja (ale oni skrócili przez Flagstaff).

Kiedy wyszło słońce jaskrawe kolory gór przybladły. Szlak opadł w szeroką dolinę i szybko znalazłam się na jego końcu. Dużym parkingu. Była tam toaleta (bez wody), stolik pod dachem i pęczek związanych baniaków przeznaczonych dla takich jak ja. Jeden półpełny. Nie potrzebowałam wody tym razem, przyniosłam sobie, więc usiadłam jak człowiek przy stoliku i próbowałam zdecydować co robić. Szlak skończył się zdecydowanie zbyt szybko. Po 48 dniach marszu nie potrafiłam tak po prostu przestać iść. Nie czułam żadnej satysfakcji z sukcesu, nie wiedziałam co teraz z sobą zrobić. Idąc Arizona Trail pierwszy raz w życiu tak od początku do końca jednym szlakiem, czułam że to nie jest taka wędrówka jaką lubię. Nie było w niej miejsca na wahania i zmiany planów, nie było planowania i ryzyka. Ktoś wszystko poustalał za mnie, wszyscy pracowicie o wszystkim się informowali, wiedziałam co mnie czeka, gdzie zrobię zakupy, znajdę wodę. To nie tak, że mi się nie podobało, ale to był zupełnie inny czas niż to, co przeszłam przez ostatnie czterdzieści parę lat. Myślałam, że takie szlaki będą wspaniałe na starość, że to świetnie, że są, że wiem już czego się po nich spodziewać. Ale pomimo tych prawie dwóch miesięcy w drodze nadal byłam głodna wędrówki. Takiej jaką znam, obarczonej ryzykiem, wymagającej wyborów, i przede wszystkim takiej, która nieustannie zaskakuje i dziwi. Nie z powodu adrenaliny. Z powodu niczym nie skrępowanej wolności jaką daje własna droga, lepsza czy gorsza- nieważne. Swoja.

I myśląc o tym ruszyłam przed siebie. Oczywiście mogłam już łapać stopa na parkingu stało kilka samochodów, mogłam popytać, poczekać. Ale szlam i było mi z tym bardzo dobrze. 1,5 mili dalej był drugi parking, a na nim mapy i sporo ludzi. Zaczynał się tu jakiś szlak. Tablica informowała, że można wykupić pozwolenie przez Internet. Nie miałam sieci, ale inni mieli. Wiedziałam już jak działa system pozwoleń. Każdy może dołączyć do siebie 8 osób. Rodzina, którą zaczepiłam miała w takim razie 5 wolnych miejsc. Robili to pierwszy raz, ale się zgodzili. Podałam dane, wręczyłam im 6 dolarów i zrobiłam zdjęcie pozwolenia. Buckskin Gulch to wspaniały bardzo wąski kanion (slot canion). Było w nim sporo ludzi, ale szli w ciszy, z dużymi dystansami, pozwalając innym na samotność. Ponieważ nie miałam mapy zabrnęłam za daleko i ktoś wyprowadził mnie z błędu, żeby wyjść ponownie na drogę (co zaplanowała „moja” rodzina) musiałam wrócić kilka mil i skręcić w boczną odnogę na północ. Gdybym chciała pójść dalej musiałabym zdobyć pozwolenie na nocleg, a to nie byłoby już takie proste. Nie martwiłam się, cieszyłam się tym co mi spadło z nieba. A było piękne. Niesamowite, wspaniałe, brakowało mi słów.

Ładna była też odnoga, którą wyszłam. Wypływała z szerokiej doliny również ładnej, i tam troszkę trudniej było znaleźć szlak, Po obu stronach otaczały mnie pasiaste skały (to druga strona słynnej formacji Wave dostępnej z Page). Przysiadłam w cieniu pod jedynym w miarę gęstym drzewem, trzeba było wysypać z butów piach. Z naprzeciwka podeszło trzech mężczyzn. Nie pamiętam już jak to się stało, że zaczęliśmy rozmawiać. Czesi, znajomi Agnieszki… świat jest jednak naprawdę malutki.

Na drodze nie od razu poszło jak z płatka. Szłam, zabrali mnie Francuzi, co tak słabo rozumieli po angielsku, że nie dowiedziałam się nawet dokąd jadą. Na szosie skręcili w stronę Page, a chciałam do Vegas. Wysiadłam, czekałam, szłam, mijał mnie ciąg samochodów, ale żaden nawet odrobinę nie zwolnił. Naszą drogą, tą która prowadziła do kanionu toczył się terenowy samochód w obłoku kurzu. Nie wiedziałam jak skręci na szosie, nie wiedziałam czy jest w nim miejsce dla mnie, ale pobiegłam i zamachałam. Stanęli. Rodzina z dwójką nastoletnich chłopców. Zabrali mnie ze sobą do domku, który wynajęli na kilka dni. To były światła, które widziałam nocą z gór. I następnego dnia do Vegas, też wracali. Wynajęłam sobie najtańszy hotel (Excalibur za 25 dolarów), złożyliśmy tam wszystkie bagaże, oni odebrali swoje wieczorem i odlecieli na zachodnie wybrzeże. Mój lot był po południu następnego dnia, więc troszkę sobie jeszcze pozwiedzałam. To byli wspaniali ludzie i 2 niezwykle przyjemne dni. Byłam im za nie niezmiernie wdzięczna.

Ostatnie 4 zdjęcia to powrót.

Czytaj dalej „Arizona trail cz20- koniec i Buckskin Gulch”
Share
Translate »