Gruzja, jezioro Tabatskuri

Z Bakuriani wyszliśmy szlakiem- istniał tylko na naszej mapie, ale nie martwiliśmy się tym. Chłopak, który tak na nas nakrzyczał w informacji potwierdził, że da się tamtędy przejść, pokazał nawet łatwiejszy wariant- okrężną, wygodniejszą drogę. Rozterki zaczęły się dopiero za Didi Mitarbi, rozwlekłą, pięknie położoną wsią. Doszliśmy tam szutrową drogą przez przełęcz, na której stała kapliczka. Wszystko to zgadzało się z mapą. Didi Mitarbi z daleka wyglądało pięknie. Błękitne drewniane domy rozrzucone w bezkresnej zieleni. Kępy kwitnących owocowych drzew. Góry we mgle. Cisza. Spotkaliśmy tylko jeden samochód (na zdjęciu), potem kilku młodych mężczyzn odpoczywających po orce (orali krową). Czym wyżej tym więcej opuszczonych domów. Pozapadane dachy, puste okienne otwory. Domy nie wyglądały na bardzo stare, wręcz przeciwnie, niektóre miały przestronne werandy, ozdobne balkony. Wyglądały jakby ludzie odeszli nagle, po katastrofie. W górnej części wsi były też opuszczone zabudowania biur- może PGR-u. Dalej już tylko stada krów w wiosennym lesie. Po południu wystraszył nas tam głównodowodzący byk, służbisty i bez poczucia humoru. Zwialiśmy widząc jak chyli łeb i kopie nogą- zupełnie jak na kreskówkach. Chwilę potem minął nas też samochód, panowie zwolnili, spytali czy wszystko ok. Przyjaźnie i uprzejmie, jak to w Gruzji.

Czym wyżej tym  drzewa niższe, a wiatr silniejszy. Halami ponad stawkiem (dobrym punktem orientacyjnym na mapie) targał prawdziwy huragan. Było tam też sporo błota i płatów śniegu. Staraliśmy się przejść jak najszybciej, po drugiej stronie grani zaznaczono jakiś pasterski schron. Byłby osłoną przed wiatrem marzyliśmy- każde oddzielenie, bo wiało tak, że się nie mogliśmy rozmawiać. Nie dało się też wyciągnąć mapy. Liczyłam, że dobrze ją zapamiętałam, ale niestety zrobiłam błąd. Przegapiłam prowadzącą do chatki drogę (musiała być jeszcze pod śniegiem). Pod granią dopadły nas chmury, widoczność siadła. W burym mleku szliśmy plątaniną polnych dróg, rozmiękłym błotem. Było tam niewiarygodnie pięknie. Łagodne pagórki, zielone, pozatapiane we mgle. Morza kwiatów, jak sądzę psizębów, chociaż takiego koloru nigdy jeszcze nie widziałam. Czysty błękit. Były też krokusy (białe i bardzo drobne), prymulki, szafirki i kaczeńce. Nie od razu zorientowaliśmy się, że nie zmierzamy do chatki. Rozczarowanie dopadło nas tuż przed nocą w mokradłach jakiejś płytkiej dolinki. Wyjrzeliśmy jeszcze za zakręt, ale wszędzie było mniej więcej tak samo. Jedyne miejsce gdzie wiało jakby trochę mniej minęliśmy może z kwadrans wcześniej. Wróciliśmy tam. To była bardzo zimna noc. Bogdan zmarzł.

Rano rozgryźliśmy gdzie nas zaniosło. Niedaleko płynęła duża rzeka, na mapie intrygująco omijała jezioro. Teraz kiedy widzieliśmy już strukturę tych gór zrozumieliśmy ostrzegającego nas wcześniej chłopaka. To był labirynt, bez grani i walnych dolin charakterystycznych dla miejsc gdzie działały lodowce. Bez logiki. Kierując się już tylko kompasem (nasza mapa się tu bezpowrotnie skończyła) ruszyliśmy wzdłuż rzeki – na nasze oko nie do przebrnięcia. Spróbowaliśmy przechodząc przez dopływ (w sandałkach), ale dno pokrywała warstwa błota- miękka i wciągająca. Nad nim woda do pasa, szybki nurt- zbyt duże ryzyko. Na szczęście kawałek dalej był most. Chwilę za nim zaczęli się pojawiać ludzie. Pasterze wypalali kępy traw, biegały konie. Nad zielonymi, łagodnymi górami wynurzyły się ośnieżone szczyty. Trzytysięczniki, wulkany oddzielające nas od jeziora Paravani. Bardzo chciałam tam przejść. Wydrukowałam wcześniej mapy z netu, niestety męża (obdarzonego moim starym puchowym śpiworem, bardzo już wysłużonym Małachowskim)  śniegi jakoś nie pociągały.  Był jeszcze jeden problem- znacznie gorszy. Błoto odkleiło fragment podeszwy jego buta. Na to już nic się nie dało poradzić. Zamiast brnąć w trzytysięczniki ruszyliśmy wzdłuż nich, pięknymi zielonymi wzgórzami.

We wsi Tabatskuri,  położonej na cyplu jeziora- teraz rozbujanego przez wiatr był sklep. Otwarty, pomimo niedzieli. Usiedliśmy tam na chwilkę, wypiliśmy piwo. Skrępowani odmówiliśmy starszej pani zapraszającej nas do siebie na chachapuri. Czuliśmy się tam lekko zdezorientowani. Wysoko w górach nie było już prawie drzew. Wieś wydawała nam się bura, bardzo biedna. Kupy gnoju- suszącego się na zimowe paliwo, czy po prostu postawionego gdziekolwiek, choćby przed domem. Kupy błota, do tego też kupy śmieci. Dziwaczna plątanina rur- jak się okazało gazowych. Podobnie wyglądała kolejna wieś, do której doszliśmy szutrówką.  Małe, ręcznie obrabiane pólka. Stare samochody. Kobiety sadzące ziemniaki, siejące. Panowie w konnych dwukółkach. I mocny kontrast -cmentarz pełen kamiennych grobów. Rzeźbionych. Pięknych.

Za jeziorem skręciliśmy w łąki.  Pod wieczór dotarliśmy do polanki z niemal lotniczym widokiem- skraju płaskowyżu. To był bardzo przyjemny biwak. Jezioro i jego okolica są terenem chronionym (Ktsia- Tabatskuri) zdecydowanie wartym odwiedzenia i przejścia.

Share

Gruzja Borjomi-Bakuriani

Nigdy wcześniej nie byłam w postsowieckim kraju. Nie znam wschodu. Przyzwyczajenie się do tego specyficznego klimatu zajęło mi kilka dni. Na początku troszkę to uwierało, nie wiedzieliśmy jak patrzyć żeby widzieć. Przylecieliśmy do Gruzji przypadkowo. Zdecydowało to, co zwykle- tanie bilety. Kiedy mąż zaproponował żebyśmy wyskoczyli razem na majówkę tradycyjne kierunki były już oblężone, a ceny poszybowały w kosmos. Zostało Kutajsi. Na lotnisku wsiedliśmy w Georgian Busa, zaopatrzywszy się wcześniej w gaz (w ich kasie biletowej). Mieliśmy też ulotki z lotniskowej informacji turystycznej (z mapkami w skali 1:350000) i mapę Borjomi Geolandu ( 1;50000) kupioną w Polsce. Z nieznanych mi powodów nie obejmowała Parku Narodowego Borjomi- Kharaguali, ale pokazywała jakieś inne szlaki.

Wysiedliśmy w Chaszuri, bo autobus nie chciał się zatrzymać wcześniej- w kasie nieprecyzyjnie podaliśmy nazwę przystanku. W ten sposób pominęliśmy jeden z widocznych na mapie szlaków. Zmęczeni i przyznam troszkę zagubieni, uwierzyliśmy, że przed nocą nie pojedzie już żadna marszrutka i wydaliśmy 30 lari na taksówkę do Borjomi. To oczywiście niedrogo (za ponad 30 kilometrów). Wysiedliśmy trochę za wcześnie, przeszliśmy przez przedmieścia i tuż przed zmrokiem wdrapaliśmy się na skarpę, gdzie jak sądziliśmy znajdziemy znakowany szlak. Zabiwakowaliśmy przy ruinie nigdy chyba nieskończonej kolejki, na górce z widokiem na całe miasto. Rano wróciłam do ostatniego domu po wodę.

Nie znaleźliśmy żadnych szlakowych znaków, ale szliśmy tak, jak pokazywała mapa, leśnymi drogami, grzbietem, lub tuż pod nim, gęstym lasem. Pogoda, czy raczej klimat zaskoczyły nas. Było chłodno, wiosna nawet mniej rozwinięta niż w Polsce. Na wysokości 1800 metrów lasy jeszcze bezlistne, kwitły prymulki i morza  niezapominajek. Mlaskało tłuste błoto. Zaraz po tym jak ugotowaliśmy  zupę z pokrzywy (na lunch)  minął nas uzbrojony człowiek. Jego pies długo snuł się za nami bojąc się podejść. Pozbyliśmy się go dopiero na wysokiej łące z dalekim widokiem gdzie jego pan na chwilkę zszedł z konia. Nieświadomi, że się zaraz zgubimy nie podeszliśmy i nie spytaliśmy o drogę. Dalej las zgęstniał, a drogi porozdzielały jak rzeki przy ujściu, zbladły i zatonęły w gąszczu. Ktoś chaotycznie, chyba nielegalnie wycinał las. Cześć pni pocięto, cześć wywieziono, niektóre leżały połamane, nawet zmurszałe. Dziwiło nas to, bo to przecież Park. Wielkie maszyny, zdolne wywlec taki ciężar wygniotły w lesie labirynt kolein. Nadal wierzyliśmy, że wiedzie nas szlak więc staraliśmy się trzymać jakiejś drogi i poddaliśmy dopiero odkrywając, że idziemy w stronę Borjomi!

Wróciliśmy i na przełaj, ufając już tylko kompasowi przeszliśmy lasem na wysoką grań. Doskonałe miejsce na biwak. Pod dostatkiem opalu, niedaleko prawie czystej wody- zarośniętego leśnego źródełka.

Używaliśmy kuchenki na chrust. Nie turystycznej- bo ta nie przetrwała Chile, poza tym gotowanie dla dwóch osób było na niej straszną mordęga. Ta pochodziła ze sklepu dla hobbystów, ważyła aż 400 g, ale dawała prawdziwy płomień i wymagała czyszczenia paleniska dopiero po ugotowaniu dużego garnka. Nie zawsze umieliśmy sobie poradzić z chrustem, niektóre patyki kopciły i  zwęglały się, ale mąż był zdecydowany zachować gaz na czas kiedy zostanę sama, więc dzielnie walczył okadzając przy tym całe połacie lasu. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że prawdopodobnie tylko to ocaliło nas od bliskich kontaktów z wilkami i niedźwiedziami.

Rano zeszliśmy wzdłuż niewyraźnej rzeczki i po kilku godzinach z labiryntu kolein wyłoniła się droga prowadząca do ładnej wsi- Tori. Tam pierwszy raz zobaczyłam zielone wzgórza, jeszcze w większości porośnięte lasem, ale miejscami już pięknie gołe. Dobrze się czułam na tych odkrytych polanach.

Tori wyglądało na bezludne, ale musiało tam mieszkać parę osób, bo widzieliśmy prosiaki i kury. Samochodowa droga odbija na grzbiet, przegapiliśmy to, ale w zamian trafiliśmy na leśną ścieżkę.  Biegła ciągiem polanek i doprowadziła nas do Bakurianis Andeziti. Przywitały nas ruiny. jakaś ogromna, niedokończona inwestycja- słupy z betonu, które z daleka wzięliśmy za akwedukt, porośnięte lasem dachy budowli- hoteli? magazynów? Dalej linia kolejowa, przy niej ruina fabryki. Padał deszcz,  drogami spływały strumienie błota. Troszkę się krępując weszliśmy pomiędzy bloki. Z każdego balkonu sterczała rura piecyka. Las rur. Plątanina kabli.  Zrujnowany dom kultury, opuszczona poliklinika. W końcu sklepik. Tam usiedliśmy. I zaraz poczuliśmy się jak  w domu. Ktoś znalazł dziewczynę mówiącą po angielsku. Mąż przypomniał sobie nagle rosyjski. Ktoś przyniósł z domu filiżanki i zsiadłe mleko. Okazało się, że we wsi mieszka Polak. Nie poznaliśmy go, ale pomachał nam jego wnuk- z urody bardzo gruziński.

Pożegnał nas sam Józef Stalin, pomalowany optymistycznie na srebrno, obsadzony narcyzami, ale ustawiony skromnie na pastwisku. W deszczu odeszliśmy gruntową drogą prowadzącą do Bakuriani i długo przed nocą rozbiliśmy namiot na wielkiej łące z widokiem na rząd ośnieżonych gór. Wystraszyła nas burzowa chmura, ale okazało się, że niepotrzebnie. Pogoda poprawiła się, niebo oczyściło. Długo siedzieliśmy patrząc na piękne widoki. Za nami świeciło wysypisko śmieci i czasem odzywał się pilnujący tegoż skarbu pies.

Bakuriani było w tak wielkiej kontrze do szumnego opisu z mapy, że poczuliśmy się zagubieni.  Kilka niepowiązanych z sobą narciarskich tras. Błoto, które zimą zapewne znika pod śniegiem. Chaos ruin, zaniedbanych gospodarstw i hoteli. Rozgrzebane budowy. Kilka dobrze zaopatrzonych sklepów, nieczynna kolejka linowa i informacja turystyczna z miłą, bardzo zmarzniętą dziewczyną i przypadkowym chłopakiem- Gruzinem, który  storpedował pomysł naszej dalszej wędrówki. -Gór Trialeckich nie da się ot tak sobie przejść. Jeśli już, to tylko z przewodnikiem. Pogubicie się, zabłądzicie, zginiecie… Bez GPS-a bez dobrej mapy, jeśli siądzie widoczność nie macie szans… Chłopak był naprawdę wzburzony, a kiedy pokazałam kompas wyszedł.

-wiecie, że numer ratunkowy to 112? -spytała nas lekko skonfundowana dziewczyna. Nie schodźcie z dróg. Tam są polne drogi, zawsze w końcu doprowadzą do ludzi. Macie zapas jedzenia, ciepłe rzeczy?

Żałuję, że nie wzięłam do niej żadnego kontaktu. Napisałabym, że wszystko ok.

Share