jadę na Islandię

Lecę w połowie czerwca na miesiąc. To marzenie, które odkładałam na później od lat i teraz realizuję pod wpływem impulsu. Bilet z Warszawy do Reykjaviku kosztował tylko 200 zł, z powrotem był niestety droższy, ale też go kupiłam (przyznam, że tu pomyślałam dłużej :)). Od kilku tygodni zastanawiam się gdzie i jak chcę iść. To o tyle trudne, że Islandia jest wielka i przejście jej pieszo pochłonie czas. Mi pójdzie go więcej niż innym. Ani nie jestem szybka (bo szkoda), ani nie pójdę asfaltem (bo nudno), na pewno nie raz zboczę jeśli tylko coś mnie zaintryguje, coś zwabi. Czytając w ten weekend książkę Łukasza o przejściu Zagrosu uzmysłowiłam sobie, że jest pomiędzy nami wielka różnica, chociaż oboje chodzimy pieszo. Poza oczywistymi- wiekiem, siłą i płcią różni nas to, co gladiatora od pustelnika. Ja nie walczę. Chodzę, bo podziwiam świat, szukam skupienia, nawet medytacji- po to żeby rozumieć i dostrzegać głębiej. Kiedy idę, kiedy fotografuję mój umysł przełącza się w stan niemożliwy w żadnym inny miejscu. Jestem zakochana w świecie. Zachwycona, oczarowana. Naprawdę kocham góry. Kocham Naturę, kocham Piękno.

Nie spodziewam się uznania dla siebie, nie robię przecież nic niezwykłego. Nie chcę niczego udowadniać, sobie czy innym.  Wiem kim jestem i wiem kim nie jestem. Chciałabym za to żebyście podziwiali „mój” świat. Nie wiem czemu wydaje mi się, że to go ochroni, a Wy staniecie się przez to bogatsi, spokojniejsi. Może się mylę, może nie powinnam ufać czytelnikom i najpiękniejsze miejsca zachować tylko dla siebie, może czytają nas „zdrajcy” tacy jak biura podroży, którzy potem zadepczą, sprzedadzą, którąś z odkrytych przeze mnie tras. Wybieram nieatrakcyjne dla nich. Poboczne, długie i trudne. Dla nas, dla tych, którzy kochają dzikość one też będą w sam raz. Znane miejsca widziało już sporo ludzi, te peryferyjne czasem tylko garstka, lub nikt.

Teraz, planując podróż po Islandii najchętniej wyruszyłabym przez nią jakkolwiek. Gdziekolwiek, całkiem bez planu. Niestety to jest strasznie trudne. Na wybrzeżu jest zbyt dużo ludzi, nie ma szlaków tylko siatka dróg. Interior to, w którą stronę nie liczyć około 300 km pustki. Tam też są drogi (trudne, gruntowe), ale w czerwcu powinny być jeszcze zamknięte. To oczywiście dobrze i źle. Mogę liczyć tylko na siebie, mogę sobie nie poradzić i wrócić. Mogę też znudzić się wulkaniczną pustynią i pójść inaczej, trochę bliżej ludzi. Szukając informacji o islandzkich trasach trafiłam wyłącznie na opisy „gladiatorów”. Niektóre śmieszne. Pierwsze polskie trawersy, piętrzące się terenowe przeszkody, wysychające akweny wodne (to moje ulubione:)), kamienie odpryskujące z pod kół samochodów (trudność, z którą się jeszcze nigdy nie zmierzyłam :)), poza tym bardzo prawdopodobne meszki, zimno, śnieg i silny wiatr. I chyba najgorsze- rzeki, może naprawdę nie do przekroczenia.

Do tego wszędzie tyle fotograficznych pokus! Chyba pierwszy raz w życiu muszę myśleć co, i po co robię… Przecież mogłabym pojeździć stopem, pooglądać te cuda przyrody, wybrać je jak rodzynki z ciasta i strzelić im fantastyczne foty. Mogłabym, ale robiąc tak nie osiągnę tego stanu skupienia, który pozwala mi widywać cuda. Bez wędrówki nie zauważę ich. Przegapię, nie ucieszą mnie. Wiem, bo już spróbowałam. To tak jakby zamiast zostać sam na sam z ukochaną osobą (i smętną jajecznicą czy zupą) iść z nią do supermarketu, gdzie przecież jest absolutnie wszystko.

Reasumując wygląda na to, że z braku innych możliwości muszę zmierzyć się z trasą dla gladiatorów. Liczę kilometry i kilogramy. Odchudzam co tylko mogę, serio rozważam zostawienie śpiwora i sypialni od solidniejszego namiotu (pałatki się tym razem boję). Roman (Werdon) pociesza, że w samej kurtce puchowej i takiż spodniach powinno mi być nocą w sam raz (a mogę w nich też w razie potrzeby chodzić). Zdecydowałam się nie zabierać zwykłych spodni (spódnica jest lżejsza i może mi też służyć za szalik, a przeciwdeszczowe muszę przecież i tak mieć). Od kilku dni próbuję kupić lżejszy plecak… Myślcie, może macie jakieś dobre rady. Na 16-cie dni muszę zabrać około 8-10 kg jedzenia. Czyli cała reszta nie może ważyć więcej niż 10. Moje fotograficzne zabawki (po okrojeniu) to 3,5 kg- i tego nie oddam za nic :)

PS: Przepraszam, że głośno myślę, ale to mi bardzo pomaga.

Zdjęcia z Norwegii. Przejrzałam je ponownie zastanawiając się jaki zabrać sprzęt.

FacebookTwitterGoogle+Udostępnij

Łukasz Supergan- Pieszo do irańskich nomadów, prawie recenzja

Kilka dni temu dostałam paczkę. Książkę z dedykacją. Krótkie zdanie napisane dokładnie w dzień moich urodzin, zaintrygowało mnie. Ale nie chciałabym uprzedzać faktów. Pieszo do irańskich nomadów Łukasza Supergana to wciągająca, mięsista lektura. Początkowo troszkę patetyczna, niepozbawiona drobnych potknięć, miejscami odrobinkę pyszałkowata, z czasem zdecydowanie głębsza tak, że na koniec zaczęłam się zastanawiać czy początkowo denerwujący mnie ton nie był przypadkiem zamierzony, a celem kilku powtarzających się truizmów nie jest kontrast z dalszą częścią. Być może nadinterpretuję, pewnie dlatego, że znam Łukasza nie tylko z książki. Pieszo do irańskich nomadów to opowieść o drodze. Szczera i prosta. Dużo w niej Iranu, sporo Łukasza, dużo jedzenia (a dokładnie jego braku), trochę gór, mnóstwo trudności. Nie chcę omawiać treści, byłoby szkoda. To książka, którą warto przeczytać.

Pewnie patrzę na nią inaczej (być może nawet bardziej krytycznie), bo obserwuję Łukasza od lat, tak czy siak piszę, bo informacja podana przez wydawnictwo jest bałamutna: „Relacja z pierwszego w historii pieszego przejścia irańskiego łańcucha gór Zagros z północy na południe, na dystansie  około 2300 km”.

Samo „pierwsze w historii” przejście od razu nastawia mnie wrogo- jestem przekonana, że podczas tysięcy lat niejedno mogło się zdarzyć.  Wiele osób nie pisze o swoich przygodach, albo opisuje je w nieznanych nam językach, lub na nośnikach, których się nie da wygooglać (np na pergaminie). Nie dowiemy się komu przyznać tę palmę.  Takie hasło to typowe marketingowe zagranie, płytkie i szkodliwe. To czy Łukasz był, czy nie był pierwszy nie ma dla tej historii żadnego znaczenia. Podjął bardzo ryzykowną wędrówkę. Za granicą, tylko kilkadziesiąt kilometrów od jego trasy trwała wojna, zaczynała się zima, szedł sam przez kraj, w którym rządzi policyjny reżim. Miał mało pieniędzy. Mógł o nie żebrać u sponsorów, jak wielu innych, finansujących w ten sposób swoje wakacje. Nie zrobił tego. Kupił fotograficzny sprzęt za środki z uczciwej zbiórki, inne rzeczy wygrał w konkursie. Od nas dostał tylko sprytnego bufa mającego go zasłaniać przed słońcem. Chciałam, żeby miał coś naszego, wierzę w magię dawanych na drogę przedmiotów. Wiem, że to idiotycznie brzmi, ale już nie raz „zapakowałam” w nie życzenie żeby ich właściciel szczęśliwie wrócił. I wracał.

Czytając książkę uśmiałam się widząc, że ten efekt częściowo zadziałał. Cieniutka lniana koszulka (którą Łukasz zabrał na wyjazd chociaż wiedział, że poprzednia identyczna też mu się w końcu podarła w drodze do Santiago, to zbyt ciężkie warunki, zbyt długo) poszarpała się i powodowała, że ludzie zapraszali go, karmili. Łukasz, przykro mi bardzo, ale może tak właśnie miało być?  Na szczęście druga, wełniana przetrwała.

Celem Łukasza było poznanie nomadów. Tyle tytuł, tyle notka i okładka. Istotą tej książki nie są jednak pasterze, z którymi Łukasz w zasadzie tylko się minął, nie jest pierwsze w historii przejście, czy 2300 km trasy. Nie jest też wartka, interesująca akcja. Najważniejsze jest zmierzenie się z nieznanym, pytanie o sens podróżowania, o wagę ewentualnej sławy, o próżność i o wierność sobie. Łukasz na te pytania nie odpowiedział, bo do końca pozostał szczery. Nie wiedział. Zostawił je nam. I dobrze. Literatura (sztuka) nie jest od udzielania odpowiedzi, to umie przecież byle kto, ale od stawiania pytań, a to jest naprawdę trudne.

Po przeczytaniu, przez chwilkę korciło mnie żeby podpowiedzieć. Bo tę odpowiedź już (przypadkiem) znam, ale nie będę. Nie dlatego, że nie jestem pewna. Myślę, że Łukasz też już to wie.

Łukaszu, powodzenia, jestem bardzo ciekawa co będzie dalej!

PS: Zdjęcia z Zagrosu, które dostałam od Łukasza zaraz po jego powrocie.

PS2- cienką lnianą koszulkę wycofałam

Laponia- Stabburstadalen

Zanim zmontowaliśmy pulki tuż obok zatrzymał się samochód. Wysiadło z niego kilka osób, tak jak my z nartami, z pulkami. Poszli w tym samym kierunku co my, wyraźnym świeżym śladem. Chwilkę potem minęła nas jeszcze para z dzieckiem, później znów dogoniło kilka osób. Dziewczyna Pawła poleciła nam tę trasę jako najciekawszą w okolicy. Stabbursdalen to park narodowy, czytałam o nim przed wyjazdem. Zgodziliśmy się sądząc, że i tak nie zdążymy dojść na Nordkapp. Na wylocie z Alty stała tabliczka Honingsvag 200 km, a zostało nam już tylko kilka dni. Był 26-ty marca, 5-tego kwietnia mieliśmy loty z Tromso, w Alta straciliśmy cały dzień. Wyluzowani, wypoczęci szliśmy tym popularnym śladem sądząc, że trafiliśmy na znakowany szlak, i że teraz już nie będziemy sami. Świeciło słońce, temperatura wzrosła w okolice zera, śnieg lepił się do moich fok. Chwilkę po tym jak zaczęło mi to przeszkadzać minęła nas kolejna para. Mężczyzna w wełnianej wzorzystej czapce zwolnił i kawałek szliśmy obok siebie rozmawiając. Miło. Od niego dowiedzieliśmy się, że godzinę dalej jest chatka, gdzie możemy się napić herbaty, coś zjeść. Doszliśmy tam jako ostatni. Zdążyły nas jeszcze minąć dwa zaprzęgi i kilku pojedynczych narciarzy. Przed typowym drewnianym domkiem kłębił się tłum. Początkowo nie zrozumieliśmy z jakiego powodu, ale szybko się zintegrowaliśmy.

Trafiliśmy na kultywowane od dziesiątek lat klubowe spotkanie! Co roku w Wielką Sobotę. Starszy, wyglądający na gospodarza pan mówił, że był tu zawsze, od dziecka dokładnie od 60-ciu lat. Wypiliśmy herbatę (mieliśmy 3 termosy), Jose dostał kawałek tortu, ja kilka wykluczających się rad na temat fok. Na chybił trafił wybrałam jedną z nich i natarłam drugie, suche foki kawałkiem liliowego wosku. Dostałam go „na wynos”, bo czynność należało powtarzać. Po namyśle zastosowałam jeszcze drugą radę i po prostu pozbyłam się fok. Moje narty miały łuskę, która na tym ciepłym śniegu zupełnie mi wystarczała. Wywieszone nad ogniem foki nie wyschły więc zwinęłam je żeby wysuszyć potem… Tu pojawił się kłopot. Słyszeliśmy, że za kilkanaście kilometrów jest chatka, ale baliśmy się, że nie zdążymy tam dojść. W nasze rozważania włączył się cały domek. Ben (człowiek, z którym rozmawiałam po drodze) podarował mi mapę, na której dorysował dwie chatki i łączący nas i nie szlak. Drugi pan (ten sugerujący zdjęcie fok) zaprosił nas do swojego domku ( bliższej chatki).

-Lepiej tam nie idźcie, jest mało komfortowa- tłumaczył nam na boku Ben- nazywamy ją Komarzanką, to bardzo mała budka na bagnach… Nie przejęliśmy się tym. Była bliżej, miała piec. Nie potrzebowaliśmy nic więcej. -Tylko koniecznie powieście materace pod sufitem – usłyszeliśmy jeszcze od gościnnego pana- mam mysz! -Pewnie niejedną- pomyślałam i pomachałam mu jak odjeżdżał. Holowały go dwa nieduże psy. W ciągu kilkunastu minut wszyscy wyszli i na progu żegnał nas już tylko ten najstarszy, chyba odrobinę szalony pan… – Macie jedzenie? Gdyby coś nie tak wracajcie- upewniał się, a my obiecaliśmy, że tak zrobimy. Obiecaliśmy też wysłać mu kartkę z Saragossy (Jose już to oczywiście zrobił).

Wyszliśmy w narastający wiatr. Początkowo śladem, potem według naszej nowej mapy. Pod laskiem z półtorej godziny później znów pojawił się ślad, wcześniej zawiany, a niewiele dalej chatka schowana wśród gęstych drzew. Prowizoryczna, sklecona z dykty, desek, z jakiś płyt. Wsparta na telefonicznym słupie i wypełniona po brzegi świecami na komary. Malutka, ale dla nas jak pałac.

Wichura nasilała się. Drzewa jęczały, trochę prószyło. Przez cały wieczór topiliśmy śnieg na piecu myśląc, że w tej samej chwili w dziesiątkach tysięcy katolickich kościołów odbywa się wielkosobotnie nabożeństwo światła i wody. Woda i Ogień. Były, są i zawsze będą święte. Tu w Laponii trudno mieć choćby cień wątpliwości, że tak jest.

Laponia- Alta

Z tamtego wieczoru zapamiętałam czarne oczy. W tle jarmark sztucznej żywności, bezładny jazgot kolorów, na nim czarne oczy. Skupione na mnie. Na stacji musiało być więcej osób, stała kolejka, do kasy czy do hot dogów- jedynego dostępnego w Alcie jedzenia. Tych ludzi nie zapamiętałam. Nie patrzyli na mnie, chociaż mogli. Wkurzona i zbita z tropu, nie zważając na to jak mały ma to sens, wyłuszczyłam Jose wszystko co myślę o hotelach, pijanych recepcjonistach, świętach Wielkanocy, konserwantach, jajkach niespodziankach i o hot dogach…

-ale co się dokładnie stało?- spytał mnie w końcu właściciel czarnych oczu. Jose milczał wiedząc, że mój słowotok lepiej przeczekać. Opowiedziałam jeszcze raz o recepcjoniście i o tym, że przeszliśmy kilkaset km i potrzebujemy hotelu i jedzenia.

-chodźcie za mną- usłyszałam, a ponieważ i tak nie miałam nic do roboty, odwróciłam się od lady i poszłam. Jose pośpiesznie zgarnął hot doga i wyszedł za nami. Nasze narty i pulki nie zmieściłyby się do osobowego samochodu, ale w ciągu kilku sekund nasz wybawca zagadnął kogoś w furgonetce. Wsiadłam tam z nartami i swoim plecakiem, a Jose wcisnął się do małej osobówki z resztą naszych klamotów.

-Skąd jesteście?

-ja z Polski, a on to Hiszpan…

O kur…! usłyszałam i  tak poznaliśmy Pawła.

Ponieważ jechałam z nieznajomym Azjatą nie miałam pojęcia dokąd… Pojechaliśmy do Pawła. Jak się szybko dowiedzieliśmy miał zamiar właśnie przykleić tapetę więc jeden pokój był akurat wolny i mogliśmy tam zostać na noc. Najlepiej jedną, bo rano wraca dziewczyna, no i bo ta tapeta… Jedna nam zupełnie wystarczała więc bardzo się ucieszyliśmy.

U Pawła poznaliśmy Jurka (Jurku miałeś do mnie napisać, Jose Cię nieustannie pozdrawia!), wypiliśmy flaszkę żubrówki i ostatecznie porzuciliśmy plany związane z tapetą.

Wieczór minął nam bardzo przyjemnie w typowo polskiej (i dla Jose wybitnie egzotycznej) atmosferze. W międzyczasie nastawiliśmy pranie, w którym utknęła większość moich rzeczy. Pralka je skutecznie zmoczyła po czym odmówiła dalszej współpracy. Okazało się, że zamarzł odpływ. Panowie wywlekli mokre ciuchy i odwieźli je do wyprania do Jurka. My po prostu padliśmy.

Rano okazało się, że Jurek je wprawdzie rozwiesił (wielkie dzięki!), ale zupełnie u niego nie schły. Paweł znalazł otwarty sklep (na stacji nas okłamano, niektóre markety były otwarte jeszcze rano, przez kilka godzin), zrobiliśmy zakupy, odwiedziliśmy informację turystyczną (na północ nie było już żadnych autobusów, jedyny jaki stamtąd odjeżdżał- następnego dnia rano- był do Tromso).

Nie wiem czy z powodu nadal mokrych ciuchów, czy też brakującego autobusu Paweł zadzwonił do swojej dziewczyny uprzedzając ją, że w domu jest dwójka odmarzających narciarzy, w tym jeden prawdziwy Hiszpan. Dziewczyna nie uwierzyła i po chwili zobaczyłam jak Jose rozpływa się słysząc w słuchawce hiszpański. Buenos dias… muchos gracias…sami wiecie jak ten język pięknie brzmi.

W efekcie zostaliśmy na kolejną noc, a rano jeden z mieszkających z Jurkiem Polaków (Krystian wielkie dzięki!) i dziewczyna Pawła (Norweżka, której pięknego elfickiego imienia nie zapamiętałam, boję się przekręcić) odwieźli nas kawałek za Altę, w miejsce skąd można było wyruszyć dalej.

Nadal było bardzo zimno, pożyczony duży samochód zdechł zawracając. Popchnęliśmy go, pomachaliśmy i znów staliśmy sami wśród gołych, białych wzgórz.

Poprzedniego wieczoru nasi gospodarze kupili sobie bilety na pociąg transyberyjski do Władywostoku. Dużo podróżowali  i obiecali, że kiedyś zajrzą też do nas. Nie zapomnijcie. Była nam bardzo miło, dzięki Wam stanęliśmy na nogi. Dziękujemy i zapraszamy!

PS: Hotel Scandic był czynny, a w recepcji siedziałam miła dziewczyna z Murmańska (zostawiłam tam mapy Jensa, dotarły). Otwarty przez chwilę sklep i informacja turystyczna były tuż obok. Od końca szlaku dzieli to miejsce ok 2km (w kierunku na Nordkapp). Wyjście z Alty na nartach (na północ) byłoby bardzo trudne. Przez ok 30 km ciągną się niewysokie, ale poszarpane i skaliste pagóry porośnięte karłowatymi laskami, bez szlaków czy skuterowych dróg. Alta jest ładna, malutka, spokojna i jak twierdzą jej mieszkańcy wcale nie tak daleka. Tylko 2 godziny lotu do Oslo :)

żegnamy błękitny len

To smutna wiadomość. Zdecydowaliśmy się nie kupować więcej błękitnego lnu. Był kontrowersyjny. Miał i zwolenników i wrogów. Większość z Was była z niego bardzo zadowolona, ja też, ale prawda o łyżce dziegciu w beczce miodu zadziałała i w tym przypadku. Kilka osób napisało nam, że czują się rozczarowani więc zniechęciliśmy się.

Na zdjęciach jedna z odesłanych nam przed kilkoma dniami koszulek.

Tak, to prawda. Len to nie syntetyk. Ma trochę wad. Nigdy nie stanie się jedną z tych przewracających się latami po szafach rzeczy. Taką, z którą nie wiadomo co zrobić. Posłuży nam przez sezon czy dwa i odejdzie. Jeśli chcecie może nawet odejść na kompost.

Nie wiem tylko co teraz zrobić? Len nie jest łatwy w produkcji. Jest zbyt drogi żeby zainteresowały się nim wielkie marki. Pewnie zawsze zostanie w niszy. Są ludzie, którzy go bardzo lubią, innym (być może) nie spodoba się nigdy. Nie chciałabym zawieść tych pierwszych (sama zresztą do nich należę) i nie chcę narażać na rozczarowanie tych drugich.

Znalazłam awaryjne wyjście- dzianinę z troszkę grubszych włókien. Noszę ją teraz. Jak to len pięknie pachnie mi sianem. Schnie w oczach, w upał (akurat mamy) czuję chłód. Na pewno nie będziemy go barwić (żeby nikomu nie wyblakł w plamy i żeby w przypadku zalania złośliwym sokiem można go było ugotować lub wymoczyć w wybielaczu). Z tych powodów pewnie okaże się mocniejszy i trwalszy (jeśli zaakceptujecie coraz jaśniejszy z czasem kolor- to typowe dla naturalnego lnu). Ma jedną istotną wadę. Z wyglądu przypomina bardziej naszą starą koszulkę Włosiennicę- tylko cieńszą. Wagowo nie odbiega od błękitnego (moja koszulka waży ok 100 g), ale ze względu na użycie grubszych włókien i inny, znacznie luźniejszy splot jest też jeszcze bardziej przezroczysta.

Napiszę Wam za kilka dni jak się nosi. Na razie jestem zadowolona.

PS: o kolejnej koszulce, która padła przed końcem drogi wyczytałam wczoraj w książce Łukasza. Tym bardziej cieszę się, że przechodzimy na grubszy, solidniejszy splot. Nigdy nie polecałam tych cieniutkich na ekstremalnie ciężkie warunki, ale nie rozmawiam przecież z każdym, a ponieważ wszystkie inne nasze rzeczy są legendarnie trwałe, trudno się dziwić, że delikatność lnu komuś umknęła. Fakt faktem, że nosi się go cudownie.