Górnolotni

Nie będzie mnie przez kilka dni. Dzisiaj o 18.30 opowiadam w Tarnowie o zeszłorocznej Laponii, jutro prowadzę warsztaty: Jak nie marznąć. Zabrałam ze sobą sporo kwarków do obejrzenia, zmierzenia, niektóre można będzie kupić. Plan całej imprezy jest tutaj.

Wpadnijcie jeśli jesteście blisko.

Górnolotni, Centrum Sztuki Mościce, Tarnów

Laponia fot Katarzyna Nizinkiewicz

FacebookTwitterGoogle+Udostępnij

Picos d’Europa- zima

Jeszcze przed świtem wiedziałam, że przyszła zima. Światło za oknem było dziwnie blade. Parapet szeleścił. Las ucichł. Para prowadząca schronisko wstała chwilkę później niż ja. Ojciec zwiózł dzieci do szkoły. Śniegu było jeszcze niewiele, kilka centymetrów -Idź na dół- radziła mi sympatyczna pani- Do Soto, gdzie indziej się nie da. Miałam wrażenie, że musi mieć rację, ale nie mogłam się zdecydować. Wypiłam herbatę, potem kawę. Było cichutko. Płatki wielkie i mokre opadały majestatycznie na drzewa, na halę, na pasące się niedaleko konie. Topiły się w rzece, w tym świetle zupełnie czarnej. Wiedziałam, że jeśli wyjdę za dwie najdalej trzy godziny będę mokra. Że pewnie przemiękną mi buty. Że mój namiot przecież bez podłogi, że wczoraj jak na złość pękł mu stelaż…

Siedząc obejrzałam wszystkie schroniskowe mapy. Na jednej z nich jakieś 2-3 godziny stąd był schron. Zapytałam. Do niczego na zimę, bez kominka, ale jest inny, lepszy Refugio Llosa. Odrobinkę dalej. Latem idzie się tam bez żadnych problemów, drogę widać, teraz chyba nie do znalezienia… Wrócę jeśli nie trafię obiecałam i wyszłam, chowając w kieszeni mapę z odręcznym rysunkiem.

Było pięknie. Taka bywa tylko wczesna zima. Wszystko delikatne, pierzaste, nietknięte. Trochę oczywiście podmokłe, trochę zbyt gęste, nieoznakowane, ale bardzo długo, tak długo zanim nie wyszłam na grań szłam w tej bieli jak zaczarowana. Było sporo kopczyków niektóre niezawiane. Wystarczało mi to.

Tuż pod grzbietem skończył się las i zerwał się lodowaty wiatr. Zmieć, śnieg w oczach, w uszach i za kołnierzem. Kopczyki pozawiewane, ale ścieżka ogołocona z żarnowców wciąż widoczna- wciąż płytsza niż ten zasypany gąszcz. Widoki na wszystkie strony te same- biało. Podchodziłam tak kilkadziesiąt minut, potem skręciłam za drogowskazem i wypatrzyłam szczerbę w grani ze strzałką. Niewiele wyżej niż 1900 metrów był już solidny mróz i zlodzone zaspy wysokie na kilka metrów. Przez chwilkę wyglądało to przerażająco, ale szybko osłoniła mnie grań. Długo szłam poniżej skał wypatrując prawie niewidocznych znaków. Nie było tam już wydeptanej ścieżki. Jakieś kamieniste łąki, żleby, uskoki. Gdzieś w dole ciemniejszy bukowy las, w górze skała. Czasem ktoś musiał tędy chodzić. Widziałam resztki szlakowych słupków, kilka kopczyków, przerwy w krzakach. Kiedy łąka opadła troszkę i mogłam odejść od skał, zgubiłam i te liche znaki, więc przez chwilę łaziłam w kółko. Nie było jak wyjąć mapy, ale wydało mi się, że widzę ślad ścieżki spadającej zboczem z samej góry. Nie wiem czym naprawdę była- może resztką kopalni. Tak czy siak odchodząc na bok zobaczyłam, że za skałą jest kamienny mur- nowa, ładna cabana- bardzo malutka. Własność lasów państwowych prowincji Leon. Znów wyszłam z Asturii i znów oznaczało to brak płotów i zamków. Drzwi otwarte, wewnątrz trochę drewna, i typowa, chociaż niezbyt ciepła betonowa ława do spania. Szłam tylko 3 godziny, a wydawało mi się, że to cały dzień. Resztę- długi błękitny wieczór spędziłam ratując stosik drewna zostawiony przez kogoś pod ścianą, łamałam na mniejsze i przenosiłam do środka. Sechł przy moim oszczędnym ogniu, który i tak do nocy poradził sobie z mokrą peleryną, rękawiczkami, spodniami…

Świetnie mi się tam spało. Nocą spadło obiecane pół metra śniegu, więc nie mając innego wyjścia wyszłam w dół.  Schodziło mi się łatwo, leśną drogą- tunelem z przygiętych świeżym puchem drzew. Czym niżej tym było cieplej, tym bardziej mokro. Szlak kluczył i rozwidlał się, ale były znaki. W końcu zeszłam pod chmury i pojawiły się też widoki. Ośnieżony, nadal rudy las, daleka szosa i miejscowość jak z malunku impresjonistów- Caldevilla.

Picos d’Europa -Vegabaño

Zwijałam mój biwaczek niemrawo. Nad szczytami, nad lasem przelewała się mgła, czasem opadając, nawet znikając, tak że widziałam cały łańcuch wysokich gór, czasem osiadając tak, że nie widziałam zupełnie nic. Najciekawsze, jak zwykle były wszystkie te chwile pomiędzy i blask podnoszącego się coraz wyżej słońca, na pierzastej szadzi. Piękne widoki towarzyszyły mi przez całą drogą na Collado de Panderrueda. Szłam laskiem i łąkami wzdłuż ocienionej, zamarzniętej na biało szosy. Zupełnie pustej. To kilka kilometrów, niemal po płaskim. Kiedy wyszłam z lasu, szerokie zabudowane stołami piknikowymi siodło było już zielone-wolne od lodu, a na najwyższych szczytach Picos- widocznych stamtąd jak na dłoni usiadły grube obłoki. To piękne miejsce. Przez chwilę żałowałam, że to nie tu rozbiłam namiot. Było sporo gładkich trawek i woda. Była też niestety szosa, na której szybko pojawił się samochód. Panowie z parku narodowego. Inspekcja. Poinformowali mnie, że ma spaść śnieg. Co najmniej pół metra- pokazali nawet na migi żebym na pewno wiedziała. Pomimo tej miażdżącej prognozy nie odradzili przejścia przez góry do Vegabaño. Tylko wątpili czy mi się uda. Obiecałam, że gdyby nie- wrócę i ruszyłam nieznakowaną ścieżką. Nie była zła. Niewidoczna, ale okopczykowana rozsądnie. Bardzo ładna. Dzika, urozmaicona, chyba niepopularna. Minęłam pierwszy grzbiet (wspaniałe, kolorowo obrośnięte porostami zlepieńce) kiedy znikąd przyleciał wał lepkich chmur i zaczęło troszeczkę padać. Ścieżka wspięła się na lekko ośnieżoną grań, w zarośla żarnowców, złotych brzózek i obwieszonych owocami jarzębinek (połamanych, nie wiedziałam przez śnieg, czy przez głodne misie). Zerwał się wiatr, mgła zgęstniała, temperatura spadła poniżej zera. Idąc wzdłuż kopczyków zgubiłam odejście w dół do schroniska i wyszłam na grzbiet Jeremoso- nie wiem czy w najwyższym miejscu- bo zupełnie niczego nie widziałam. Ostatni kopczyk, który wypatrzyłam w mleku był w już łatwiejszym terenie na gładkim trawiastym zboczu i nie wiedziałam czy prowadzi dalej czy już w dół. Krążyłam, ale bez skutku. Wróciłam. Trochę wystraszona, przez oblepione świeżym lodem skały, gołoborza, labirynty ośnieżonych żarnowców, plątaniny korzeni na stromych opadających w mgłę zboczach. Był moment, że myślałam nawet o powrocie na Collado Panderrueda, ale udało mi się tym razem nie przegapić zejścia. Przypadkiem. Szukając wody (którą tylko słyszałam, nie widziałam) znalazłam prowadzący w dół kopczyk. Długo szłam wzdłuż potoku, przez mokre hale, płaty śniegu, zagmatwany nieoznakowany las (musiałam zgubić tam znaki), potem ścieżką przez zarośla- okopczykowaną znów idealnie. Ściemniało się, ale znalazłam Vegabaño. Schronisko wygląda jak zwykły domek, stoi na hali, na granicy lasu, za rzeczką. Z komina unosił się dym, ale światła były zgaszone, drzwi pozamykane. W otwartym przedsionku kominek. Usiadłam tam i poczekałam przy ogniu. Właściciele przyjechali już po ciemku, przez kilka godzin odrabiali z dziećmi lekcje. Schronisko jest czynne tak długo jak da się dojechać. Teraz się jeszcze dało, więc tam mieszkali.

Miłe miejsce. Przyjazne, ciepłe. Jakby z dawnych czasów, kiedy schroniska były jeszcze sobą nie restauracjami czy hotelami.

Monochrome Awards 2016

Dostałam aż 3 wyróżnienia (na 4 zgłoszone zdjęcia:)), więc bardzo się cieszę.

Pierwsze to Korsyka ze stycznia 15-roku. Nie miałam czasu jej wcześniej wysłać. Ostatnie- Pireneje z maja 15– też kiedyś odłożone na później (nawet niepokazane na blogu- nie byłam pewna). Środkowe to Laponia z marca 16– Finlandia dzień drogi przed Norweską granicą. Dodałam linki do tekstów opisujących okoliczności powstania tych fotografii. To były piękne dni.

Galeria wszystkich nagrodzonych w kategorii krajobraz amatorskich prac jest tu 

PS: W piątek 20 stycznia w Tarnowie mam pokaz zdjęć z zeszłorocznej Laponii, to wyróżnione też oczywiście pokażę, ale przy tej okoliczności w kolorze. Zapraszam każdego kto jest blisko i może wpaść!

Centrum Sztuki Mościce, piątek 20 stycznia godzina 18.30

Picos d’Europa Puerto Ponton

Rano w znów piękną pogodę, którą z pogrążonego w cieniu Soto było tylko widać z daleka wyruszyłam leśną ścieżką do Oseja de Sajambre. Bardzo przyjemnie. Jesienne liście, szemrzące strumyki, włoskie orzechy wraz z wygodną ławeczką (był nawet kamień do tłuczenia), paprocie, chaszcze, na koniec piękny widok na skalisty kanion. W miasteczku wyszłam na słońce, ale zanim zrobiłam zakupy i zjadłam nadleciały deszczowe chmurska i przez chwilkę popadał deszcz. Potem znów słońce, znów błoto, jaskrawy las, piękne widoki. Było też sporo szlakowych znaków i źródło. Tuż za nim szlak się rozwidla. Można iść na Puerto de Puanderueda lub na Puerto del Ponton. Po zastanowieniu poszłam jak najdłuższą trasą czyli na Ponton- zresztą dlaczego miałabym schodzić z Senda Arcediano- skończę i już uparłam się chociaż rzymski splendor historycznej drogi na tym odcinku wyraźnie zbladł. Chwilkę dalej mój szlak się pogubił. Traciłam i znajdowałam znaki, antyczną trasę zajęła asfaltowa szosa, a próba obejścia wyprowadzała mnie w skaliste chaszcze- ciekawe, ale bardzo powolne. Raczej nieuczęszczane. Na koniec gdzieś poszłam nie tak, bo po bardzo długim trawersie leśnymi drogami (chyba z 10 nadłożonych kilometrów, gdzie na dodatek warknął na mnie jakiś zwierz) wyszłam wprawdzie na Puerto Ponton, ale nie szlakiem. Na szczęście z pół godziny przed zmrokiem, więc pozostały mi do nocy czas zainwestowałam w znalezienie bezpiecznego lokum. Wybrałam łąkę otoczoną laskiem na górce z dalekim widokiem. Do wody był stamtąd spory kawał (strumień przecina nieużywaną, już zarośniętą szosę). Zeszłam, przyniosłam. Miałam czas.

Miałam też telefoniczną sieć więc pozawracałam trochę głowę Edkowi prosząc o wyszukanie dla mnie dalszych tras. W międzyczasie zapadła noc. Miałam właśnie napisać kolejny sms leżąc w przytulnym namiocie kiedy usłyszałam, że tuż obok coś chodzi… Klick klick, trzaskały deptane gałęzie… Zamarłam. To coś też. Po chwili polaną wstrząsnął donośny ryk. Przez myśl przeszły mi wszystkie rzeczy, którymi mogłabym się ewentualnie bronić (zdechła latarka, ważący 13 g nożyk, rozchwiany statyw…) nieszczególne, więc zdecydowałam, że lepiej nie robić nic. Leżałam tak w ciemności dobrych kilkanaście minut, oddychając ostrożnie, nie szeleszcząc. Potem nastąpił drugi ryk, lekko zrezygnowany…coś w tonie- no dobrze leż jeśli chcesz. Pozwalam, tylko jutro ma cię tu nie być… Tu się zgadzaliśmy.

Zimowe noce są upiornie długie. Obudziłam się z godzinę przed świtem. Polanę pokrył gęsty szron. Wyszłam popatrzyć jak wstaje dzień i łażąc tak po pięknej szadzi i patrząc jak wszystko ślicznie lśni odkryłam świeże kości- duże, krwawe na główkach, jeszcze nie całkiem wyssane- też oszronione. Nie wiem czyje… konia czy krowy. Jakieś dwa metry od namiotu. Możliwe, że źle zrozumiałam nocny komunikat- niewykluczone, że brzmiał- hmm…leżysz na moim talerzu…?