Półwysep Reykjanes

Pewnie już to kiedyś pisałam, ale powtórzę, bo wiele tłumaczy. Od lat, odkąd pamiętam, możliwe, że nawet od zawsze mam zwyczaj poznawać nowe rejony od podstaw. Stopniowo. Nie wchodzę od razu na najwyższy szczyt. Nie jadę w najbardziej polecane miejsca. Częściowo wynika to z szacunku. Nie chcę przecież zdobywać, zaliczać. Chcę poznać, doświadczyć, coś odkryć. Bywa, że zaczynam gdziekolwiek, losowo, tam gdzie blisko, gdzie dociera autobus, gdzie akurat przypadkiem mnie zniosło.

Częściowo winna jest moja niezależność. Nie chcę przejmować czyiś osądów. Możliwe, że najpiękniej jest gdzieś tam…, ale mnie ucieszy każda ilość piękna, więc te tereny gdzie być może (czyimś zdaniem) jest tego piękna nieco mniej wcale nie wydają mi się gorsze. Jestem ich ciekawa, jestem gotowa wydobyć z nich co najlepsze, dopatrzyć się ich urody, nauczyć. Wolę to, niż naczytać się o czymś, dotrzeć tam, a potem się rozczarować. Bo przecież bywa i tak.

Konsekwentnie i też chyba od zawsze omijam wszelki możliwy tłok. Więc teraz lądując w Keflaviku pomyślałam, że zacznę gdzieś blisko. Darek („nasz” wędkarz, o którym wspomniałam-Darku, wielkie dzięki!) podrzucił mnie do sklepu, a potem na koniec półwyspu do latarni morskiej Reykjanesviti, obszaru geotermalnego Gunnuhver i pełnego ptasich gniazd morskiego klifu. Piękne miejsce. W zasadzie mieliśmy zamiar stanąć wcześniej. Szlak, który wypatrzyłam na właśnie mi podarowanej mapce (nie uwierzysz, ale znalazłem ją przed chwilka na ulicy!) zaczyna się przy żałosnym mostku mającym łączyć Europę i Amerykę. Zagadaliśmy się i minęliśmy go. Żeby dojść do znakowanej ścieżki poszłam potem wprost na wschód przez pole lawowe, doszłam do gruntowej drogi i ze 2 km dalej trafiłam na szlakowe tyczki.

Ścieżka zmierza do Blue Lagoon, którą ja tylko obejrzałam z góry. Przenocowałam gdzieś po drodze, za pięknym miejscem gdzie ze skał sączą się obłoki pary (cieplutkiej). Kolejnego dnia wdrapałam się na najwyższą górę (tam szczęśliwie znalazłam zbiornik z wodą- chyba deszczową- więc przegotowałam) i dalej kombinacją różnych krótkich szlaków przez łąki i łany łubinu dotarłam do szutrówki zmierzającej do Krisuviku. Być może ciekawiej jest pójść dalej szlakiem, który ostatecznie znów mi się objawił w Seltun- z tym, że nie miałam już wody, a przez Krisuvik przepływa rzeczka (ta sama wypływa zresztą w Seltun, ze względu na wodę lepiej chyba odwiedzić po drodze niedaleki Grindavik). Zanocowałam nad brzegiem niedaleko zburzonego kościółka. Na trawkach, wśród owiec, bardzo wygodnie.

Rano ścieżką przez łąki dotarłam do widocznych z daleka obłoków pary, które okazały się nieudanym odwiertem i farmą, częściowo w ruinie. Szlak nie wiem, ten sam czy kolejny (przyszedł ze wschodu, nie było go na mojej mapce) wdrapuje się na grań i schodzi po drugiej stronie zbocza w Seltun. Można tam też dojść szosą. Seltun jest ciekawe, ale zatłoczone. Podjeżdżają tam całe autobusy, jest spory ruch. Od sympatycznej pary starszych Szwajcarów dowiedziałam się, że wyżej za granią biegnie inny znakowany szlak (chyba zaczynał się już w Krisuviku). Widziałam z daleka buchającą parę więc przeszłam przez rzeczkę (muliście i grząsko), wdrapałam na zbocze, zeszłam i cały rejon pełen gorących źródeł był tylko dla mnie! Dalej przez kwitnące pięknie bagno przebijała się ścieżka- czyli rząd samotnych tyczek. Nikt chyba tamtędy nie chodzi. Piękne dzikie miejsce, troszkę niebezpieczne, bo wszystko tam bulgocze paruje i bucha, troszkę męczące, bo bagno mocno wciągające, za to wody (dla odmiany) było tam pod dostatkiem… na jakiś czas. Ścieżka dociera do jeziora Kleifarvatn (znanego z tego, że od kilku lat lustro wody konsekwentnie opada), przez jakiś czas trzyma się brzegu raz nisko raz na klifie, a potem odchodzi na pole lawowe. Zanocowałam wygodnie na trawkach tuż przed tym polem. Po wodę musiałam niestety wrócić.

Dalej szlakiem, pod górę, przez pola śniegu aż do urwiska, cały czas wzdłuż pomarańczowych tyczek opisanych tym razem Dalal (poprzednio tyczki wskazywały Krisuvik). Stromo w dół, potem chwilkę wzdłuż gór przez stare, zarośnięte już lawowe pola. Ścieżka do nieznanego mi Dalal przechodzi przez niską grań, schodzi na polną drogę i przecina asfaltową szosę. Krócej byłoby kontynuować wzdłuż gór.

Na szosie spotkałam jeden samochód. Jego pasażerowie też nie mieli mapy i pojęcia gdzie szlak idzie dalej. Mieli za to zapas wody, którym się uprzejmie ze mną podzielili. Nadal mi jej brakowało, chociaż już od rana (o ironio!) padał deszcz. Przeszłam potem jakieś 500 m szosą. Zboczyłam wzdłuż tyczek- gdzie można wejść pod pole lawowe (o ile ma się wiedzę gdzie iść i latarkę). Magma zastygała wrząc więc pola to trójwymiarowe struktury pełne przekłutych i pękniętych bąbli. Jak sklepienia piętrowych piwnic. Żałowałam, że nie mam latarki, bo chętnie bym tam też zajrzała… W dziurze pod powierzchnią leżał jeszcze śnieg. Nie widziałam śladów, ale na szosie stał samochód więc chyba weszła tam cała wycieczka…

Ze 200m dalej po prawej stronie szosy pojawia się gruntowa droga. Zboczyłam na nią. Szybko zmieniła się w niewyraźną ścieżkę. Dociera do szlaku prowadzącego na górę Kistufell, wysoką niewiele ponad 600 m npm, ale ośnieżoną i bardzo stromą. Wdrapałam się tam okrężnie (po lewej), długo krążyłam we mgle szukając porzuconego szlaku, a potem kiedy go już szczęśliwie znalazłam przenocowałam przy płacie śniegu – a raczej przy wypływającej spod niego strużce wody. Od rana lało, a ja byłam cała mokra, pomimo to woda była dla mnie jak skarb :). Fajnie było sączyć gorącą herbatkę w namiocie susząc przy okazji mokre mankiety kubkiem.

Rano to samo. Mgła i drobny, ale bezlitosny deszcz. Szybko, może po godzinie pokazały się wyciągi Blafjoll, a pod nimi jakiś schludny domek. Okazał się czymś w rodzaju schroniska- biura firmy oferującej wejścia do wnętrza wulkanu. Przewodnicy udzielili mi kilku sensownych rad i pozwolili troszkę posiedzieć i przeschnąć. Grzały kaloryfery. Po godzinie byłam już całkiem sucha. Szlak poprowadził mnie dalej przez ośnieżone zbocza, potem łany porostów na pięknym lawowym polu, wśród czerwonych wulkanicznych stożków i (o dziwo!) wśród stawków wypełnionych czyściutką wodą. Pogoda poprawiła się i kiedy wczesnym popołudniem dotarłam do szosy nr 1  świeciło słońce i było bardzo pięknie.

Półwysep Reykjanes został za mną. Już nigdzie później nie spotkałam tak pięknych, koronkowych lawowych pól i takich poduch porostów. Podczas suszy srebrzystych, pozornie martwych. Po deszczu, lub choćby muśnięciu mgły żółknących aż do nasyconej oliwki, po to żeby zaraz znów zaschnąć i czekać.

Przeszłam w odległości tylko kilkunastu kilometrów od Reykjaviku. Przez cały czas (poza Seltun) byłam zupełnie sama w pięknym dzikim terenie. To ok 80 km, może odrobinę więcej. Zajęło mi prawie 4 dni.

FacebookTwitterGoogle+Udostępnij

trawers Islandii w spódniczce :)

Drodzy Panowie- to piękna trasa (też dla Was), ale nieco drażniły mnie bombastyczne opisy „wielkich podróżników”, więc w ramach protestu wyruszyłam w spódniczce (i nawet nie zapakowałam spodni).

Opisuję ze szczegółami, bo to chyba najprostszy i najbezpieczniejszy trawers Islandii. Możliwy do przejścia już wiosną (od czerwca, kiedy otwierają Kjolur) i chyba wtedy właśnie najciekawszy. Zróżnicowany, przechodzący przez szereg fascynujących miejsc, niemal w całości omijający drogi (nawet te szutrowe) za to pozwalający na dokupienie jedzenia co jakieś 6-10 dni. Powolny- bo teren bardzo dziki. Niełatwy, chociaż bez większych technicznych trudności. Długo myślałam jak go „zaprojektować”. Zrobiłam kilka błędów, ale już wiem jak ich uniknąć więc moim następcom pójdzie szybciej i łatwiej. Przejście wymaga kombinacji otyczkowanych lub kopczykowanych szlaków i kilku niemal niewidocznych w terenie dróg (ślad kół, czasem jakaś tyczka), są też kilkudniowe fragmenty bez ścieżek – opiszę je dokładnie w kolejnych odcinkach, moim zdaniem nie sprawią nikomu kłopotu.

Na całość potrzeba kilkunastu dni (mi wyszło 15). W razie kłopotów w odległości od kilku do dwudziestu kilku kilometrów jest jakaś droga, na którą można się awaryjnie wycofać (o ile jest już otwarta). Jest kilka kempingów (prysznic, ładowanie baterii). Bywa zasięg. Są brody, ale nie ma niebezpiecznych rzek. Bywają pola lawowe (czyli trójwymiarowy labirynt- można polubić), bardzo strome piarżyska (lepiej ostrożnie). Bywa stromy i zlodowaciały śnieg (bezpieczniej obejść, to nie do przejścia w miękkich butach bez raków, ale dźwiganie raków na kilka miejsc też chyba jest bez sensu). Jest trochę bagien, są bezdenne piaski- niebezpieczne- trzeba je omijać. Są obszary geotermalne gdzie można wdepnąć niechcący we wrzątek- czyli bardzo ostrożnie, jeśli trawiaste- najlepiej śladami owiec, jeśli piaszczyste po gładkim i suchym. To niezwykłe miejsca więc szkoda ominąć. Są gorące źródła i ciepła kąpielowa rzeka… jest kilka wielkich wodospadów i częsty widok na lodowce. Są zwierzęta, morza kwiatów. wspaniała bujna przyroda. Są miejsca jak z księżyca, jest las. Są dodatkowe atrakcje: Seltun, Geysir, Gullfoss, Thingvellir, Kerlingarfjoll, nawet wejście do wnętrza wulkanu (jak ktoś ma kasę). Są słynne islandzkie wyżyny. Jak dla mnie (nowicjusza) ten trawers to kwintesencja Islandii. Cieszę się, że od niego zaczęłam.

Narysowałam Wam prowizoryczną mapkę. Czerwone przeszłam pieszo, zielone- podjechałam stopem (trochę krążyłam poszukując drogi, lub zbaczając do jakiś ciekawych miejsc). Fioletowe to niezrealizowane warianty- albo nieprzekraczalne płoty, albo asfaltowa szosa…wybrałam bardziej interesujące obejścia. Jak widzicie nie doszłam do oceanu (zostało mi ok 10 km solidną szutrówką i ze 20 km asfaltu). Padało od 3 dni, temperatura spadła prawie do zera, byłam mokra i głodna, a dzicz się właśnie skończyła. Utwardzone drogi wśród płotów raczej mnie nudzą… poza tym aż tak bardzo nie zależy mi na zdobywaniu, także ten pięknie się zapowiadający trawers zostawiam innym. Jeśli ktoś ma ochotę na palmę (czy plamę?) pierwszeństwa, wciągać spódniczkę i w drogę! Pierwszy polski trawers Islandii w spódniczce czeka:)

Na początku galerii jest mapka. Dwa dorysowane domki to dobre biwaki- otwarte i dla każdego (niezaznaczone na żadnych mapach). Żółte kropki to miejsca gdzie spałam, niebieskie trójkąty to fajne kempingi. Jeden też dobry-(Hveravellir) ominęłam (napiszę potem). Są jeszcze dwa ważne punkty- informacja turystyczna i Bonus w Hveragerdi, i informacja turystyczna w Thingvellir (tam dostaniecie mapki). Pominęłam z lenistwa jeden sklep-trzeba by do niego podjechać jest w Uthlio (poza nim jest jeszcze jeden, mały i jeszcze mniej po drodze w Laugarvatn).

Na całej trasie nie widziałam ani jednej wędrującej osoby. Na jednym z kempingów poznałam parę Niemców, którzy się wystraszyli i zrezygnowali (niepotrzebnie przeszli śnieg, który ja po kilku podejściach ominęłam, mieli raczki, ale i tak walczyli o życie), spotkałam kilkoro jednodniowców w Kerlingarfjoll i dużo miłych ludzi w samochodach. Po samotnych wędrowaniu nawet króciutki kawałek, który się z kimś podjeżdża to możliwość przyjemnej rozmowy i często ogromna pomoc. Mam same miłe wspomnienia. Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy zatrzymują się, podwożą, karmią, ogrzewają… Te spotkania są jednymi z najpiękniejszych rzeczy, które zapamiętałam. No i widoki… popatrzcie sami!

PS: pozostałe 2 tygodnie wykorzystałam na wędrówkę z Holmaviku na Hornstandir. To zupełnie inny świat. Trudniejszy, dzikszy. Też go zaraz opiszę. Cieszę się, że Islandia jest taka duża i jeszcze tam tyle miejsc gdzie nie byłam!

Islandia pieszo- instrukcja obsługi

Przejście Islandii pieszo zdobyło w Polsce wielką sławę. Co roku ktoś ogłasza „pierwszy polski trawers”, w opisach dominują trudności i przeszkody. Rzeczywistość jest troszeczkę inna, chociaż to faktycznie niełatwe. Pierwsza trudność to informacje. W internecie jest kilka poświęconych islandzkim trawersom stron (głównie po angielsku). Łatwo je wygooglać więc nie podaję. Ich autorzy są przekonani o swoim pierwszeństwie, natomiast jeśli popytać Islandczyków- przechodzenie Islandii wzdłuż, wszerz lub po przekątnej (wzdłuż pęknięcia pomiędzy Europą i Ameryką) jest powszechne. Islandczycy chodzą grupami, często z przewodnikiem, na wielu trasach można wykupić komercyjną wycieczkę gdzie plecaki przewożone są samochodem. Jedzenie wysyła się do schronisk autobusami lub łodziami. Ludzie wynajmują postawione po drodze domki. Wybierając się na Islandię pieszo nie odkrywamy wcale Ameryki i nie wytyczamy całkiem nowych szlaków. Co nie zmienia faktu, że przeważnie będziemy sami, że trasa długa, klimat surowy, a do cywilizacji zwykle daleko. Czy warto? Myślę, że tak. Mi się tam podobało.

Opiszę Wam dwie skromne dwutygodniowe trasy. Wytyczyłam je sobie, bo przekraczają miejsca, które najbardziej chciałam zobaczyć. Ponieważ wyszłam bardzo wcześnie, miesiąc przez głównym sezonem nie wszystko było jeszcze możliwe, ale bardzo mnie to nie martwiło. To piękny, nieprzewidywalny kraj. Ludzie, z którymi rozmawiałam powtarzali zgodnie, że idąc przez Islandię lepiej nie mieć sprecyzowanych planów. O tym czy coś się uda czy nie i tak zdecyduje pogoda. Topiące się śniegi, wichury, błoto, deszcz, wzbierające rzeki. Kiedy świeci słońce jest tam niewyobrażalnie pięknie, kiedy wieje i pada bywa ciężko.

Islandia kopczyk przy ścieżce

1- bezpieczeństwo

Islandczycy nigdy nie chodzą pojedynczo. Samotnik naraża się na pytania „wszystko w porządku?” w podtekście „zwariowałeś? Ostrożność wynika z nieprzewidywalności pogody, z ryzyka przekraczania rzek z kilkudziesięcio-kilometrowego oddalenia od cywilizacji (szczególnie w miejscach niepopularnych i niedostępnych samochodem jak np zachodnie fiordy, bo na typowych trasach bywa sporo samochodów) i z pewnego rodzaju przyzwoitości, która nakazuje nie narażać innych na nieprzyjemności związane z akcją ratunkową. Pomoc jest na Islandii darmowa, ale zajmują się nią wolontariusze. Czyli ktoś je niedzielny obiad, a tu dzwonią, że turystę poniosła rzeka… O niefrasobliwości przyjezdnych krążą legendy. -Oni nic nie rozumieją- mówią miejscowi- jak piszemy: „prosimy nie podróżuj samotnie”  to naprawdę dlatego, że to ryzykowne, że potem my musimy delikwenta ratować. A mógłby sam… Zimą trzech Amerykanów poszło na Vatnajokull i musieliśmy wysłać helikopter. Nas jest mało, a turystów tysiące…

Islandczycy zawsze mają ze sobą telefon satelitarny, gps-a i SPOT. Często ma je przewodnik grupy. Trudno mi było wytłumaczyć, że ja sobie radzę bez tych rzeczy nawet w trudnym i skomplikowanym terenie. Pokazłam jak odnajduję ścieżkę czy bród i dopiero wtedy zostałam zaakceptowana. Z tym, że ja chodzę po bezdrożach od lat. Nauczyłam się szukać odcisków racic czy stóp. Złamanych traw, trąconych kamieni. Najbardziej logicznej, najłatwiejszej drogi. Czasem sama jestem zdziwiona, że znajduję. Mam wrażenie, że wielokrotnie, powtarzalnie zdarza mi się cud. Lubię ten proces dogadywania się z naturą, ale jestem pewna, że to nie dla każdego. Islandia to nie najlepszy kraj żeby się uczyć. Zbyt wielki, zbyt pusty.

W razie kłopotów w wielu miejscach jest telefoniczna sieć. Pojawia się częściej niż można by się spodziewać, nawet kilkadziesiąt km od cywilizacji. Jest na wysokich przełęczach, bywa w okolicach dróg. Pomimo tego lepiej liczyć tylko na siebie i nie ryzykować bardziej niż trzeba.

Islandia grupa przechodzaca przez fjord podczas odpływu

2- mapy

Na mapach, które można kupić w sklepach nie ma prawie zupełnie nic. Zwykle są pozaznaczane samochodowe drogi i schroniska (prawie zawsze zamknięte, bo trzeba je zamawiać wcześniej). Islandczycy noszą wielkie szczegółowe mapska, ale nie dowiedziałam się skąd je wziąć. Idąc w długą trasę raczej nie warto, bo to ogromne laminowane płachty, a trzeba by ich mieć kilkanaście. Ja poradziłam sobie niosąc mapę w skali 1;500000 (1 cm to 5 km!) dostępną w Sklepie Podróżnika za jedyne 25 zł. Świetnie się sprawdzała jako osłona palnika przed wiatrem :).

Interesujące mnie fragmenty wydrukowałam wcześniej z internetu, ale one też nie pokazywały pieszych tras. Troszkę lepszą mapkę Hornstandir kupiłam w Holmaviku. Szczegółowe i przydatne mapy można często uzyskać za darmo w punktach informacji turystycznej. Pokrywają teren 2-3 dni i pokazują wytyczone niedawno piesze szlaki, oznakowane tyczkami, ale często jeszcze niewydeptane. Jest ich mnóstwo i w przeciwieństwie do dróg dla terenowych samochodów (nimi zwykle poruszali się ludzie, których opisy czytałam) wyprowadzają w trudny i różnorodny teren. Przecinają pola lawowe, chadzają po gorących geotermalnych obszarach (fajnie iść przez nie samemu bez tłumu turystów okupujących drogi), przez łąki zarośnięte po pas, po skałach, po piargach i po bagnach. Wymagają solidnych górskich butów, bez których można by się obyć korzystając z dróg.

Islandia Krerlingarfjoll, tyczki znakujace ścieżkę

Tereny gdzie nie wytyczono szlaków przeszłam z kompasem, też bez problemu, a czasem znajdowałam tam pojedyncze kopczyki.

Jeśli korzystacie z drukowanych map przyjrzyjcie się uważnie legendzie. Na wybrzeżu ścieżki czasem narysowano na oceanie. To takie, które przechodzi się tylko przy odpływie (czyli są dwie szansy na dobę). Na niektórych mapach (np świetnej, darmowej rowerowej) są zaznaczone brody. Jeśli ich nie ma miejsce może być nieprzekraczalne pieszo, pomimo tego, że można je pokonać samochodem (np takim na ogromnych oponach, jak od traktora). Chatki (domki) opisane w legendzie jako schroniska górskie mogą być pozamykane na klucz i może tam nie być żadnej obsługi. Chatki zaznaczone jako ratunkowe są zwykle (ale też nie na 100%) otwarte i zaopatrzone w telefon ratunkowy. Zwyczajowo nie używa się ich poza skrajnymi sytuacjami (załamanie pogody, awaria namiotu, wypadek, choroba). Jednej nie dałam rady otworzyć, przechyliła się i drzwi się zacięły.

Islandia. Kapsuła ratunkowa, Hornstandir

3- ubranie

Islandia jest mokra, wietrzna i zimna- to prawda, chociaż nawet tam bywa ciepło. Ok 16-17 stopni. Mi się to niestety zdarzyło tylko raz. Padało przez mniej więcej połowę dni. Wiało bez przerwy. Chmury są bardzo niskie, dosłownie się ocierają o grunt stąd często idzie się we mgle. Bywa sucha lub mokra, ale z reguły jest mętna i chłodna.

Miałam ze sobą:

1-dwie nasze bluzy z Powerstretch pro (do noszenia jedna na drugą)

2- dwie kwarkowe koszulki z wełny ( Abeile i cienką, obie z długim rękawem)

3- dwie pary legginsów z powerstretch pro

4- majtki z wełny i z powerstretch, kostium kąpielowy

5- czapkę, szalik i rękawiczki (dwie pary z powertsretch pro)

6-3 pary skarpet z powerstretch pro

7- rzeczy od deszczu (spodnie z Deca za 50 zł- działają tylko z taśmą klejącą, ale poza tym na jeden wyjazd ok, ważą 200g, wiatrówkę Laponię, i pelerynę na plecak- która niestety mocno mi ciekła)

8-lekkie górskie buty i buty do przechodzenia rzek (zabrałam tanie z Deca na kamienistą plażę- były zbyt wiotkie, zbyt cienka podeszwa, zbyt zimne, przydałyby się też skarpety z neoprenu)

9- spódniczkę Tendenerę (często nosiłam ją jako kamizelkę)

Bywały dni kiedy miałam to wszystko jednocześnie na sobie (poza np kostiumem kąpielowym :)). Bywały noce kiedy spałam w mokrym, chociaż na szczęście pomimo zamoczenia zewnętrznego powerstretcha ten wewnętrzny (i na nogach, i na ciele) pozostawał w zasadzie suchy, poza mankietami.

Szalik z jedwabiu (dostałam go kiedyś od sławnego mediolańskiego projektanta) służył mi za uszczelkę. Inaczej woda spływająca po twarzy wlewała mi się w dekolt i ściekała do majtek. Taki cieniutki jedwab da się jakoś wysuszyć, chociaż i z tym bywało ciężko. Skarpety, mankiety suszyłam w namiocie gorącym kubkiem (z herbatą czy z zupą). Ubranie tylko na sobie.

Zabrałam miękkie gąbkowe wkładki do butów, które o dziwo okazały się genialne w procesie suszenia (kupiłam je za jakieś 9 zł w zwykłym sklepie z butami). Wciągały wodę i jeśli się je kilkakrotnie wyżęło buty robiły się przyjemnie suche. Na chwilkę oczywiście, bo proces moczenia jest na Islandii ciągły…

Islandia, moje buty i błoto

4- jedzenie

Islandia jest droga, ale podobnie jak w Norwegii można spokojnie przeżyć, rezygnując z niektórych rzeczy.

Najtańsze są supermarkety Bonus. Ceny w innych bywają od 30-50% droższe, a niektórych produktów może tam nie być. To nie jest jakiś ogromny problem, coś do jedzenia znajdzie się i tam.

Na Islandię wolno legalnie wwieźć tylko 3 kg jedzenia. Nie wolno suszonego mięsa, więc tym razem go nie jadałam. Przywiozłam sobie ok 800 g suszonych w domu jabłek (bo lubię), ok 1 kg suszonych warzyw (nie wiedziałam, że są dostępne w Bonusie za ok 10 zł za paczkę – u nas kosztują tylko 3 zł, ale to niewielka cena tak czy siak), pieczoną wołowinę od Mamy i trochę orzechów, które też nie są na Islandii drogie. Jadałam wiórki kokosowe, ziarno sezamu, słonecznika, pestki z dyni, orzechy nerkowca i włoskie (inne były droższe). Tanie są duże opakowania rodzynek- używałam ich zamiast cukru.

Sery żółte kosztują od 1400-1800 koron za kg i są raczej niesmaczne (jadłam i tak). Masło jest solone i bardzo smaczne (kupowałam jakiś rodzaj masmiksa w plastikowych opakowaniach po 400 g), suszone ryby są pyszne, niektóre rodzaje są mniej drogie niż inne. Jadałam (wdł rady Patrycji) z masłem- warto wziąć, bo taka ryba to prawie samo białko.

Z wędliny spróbowałam tylko parówek (dostałam paczkę)- smakowały baraniną.

Poza tym moje podstawowe jedzenie- czyli płatki owsiane. Kilogram kosztuje od 1000 do 200 koron (tańszych szukajcie na półkach z mąką, nie z musli).

Zużyłam jedną półkilogramową butlę z gazem. Butle z Bonusa mają taki sam gwint jak te od Primusa czy MSR-a, ale innej długości igłę. Żeby się dostać do gazu, trzeba zdjąć z palnika gumową uszczelkę (tą dużą tuż nad gwintem) i wkręcić go bardzo mocno. Gotowałam w przedsionku namiotu osłaniając palnik laminowaną mapą (na dworze się w zasadzie nie da). Używałam swojego kubeczka za 3 zł (80g), który w plecaku wkładam na butelkę, więc nie zajmował miejsca i silikonowej elastycznej pokrywki.

Islandia, moja kuchenka

Piłam wszystkie rodzaje wody. Z rzek, z potoków z kałuży (tę przegotowałam), z roztopów. Na polach lawowych zwykle nie ma wody, weźcie to pod uwagę planując przejścia.

Na wyżynach w zasadzie nie ma sklepów. Wszystkie punkty gdzie można cokolwiek dostać zaznaczono na mapie rowerowej. To nie zawsze oznacza jedzenie, ale można ponegocjować. Ja np (po uprzednim telefonie) dostałam w Kerlingarfjoll kg płatków owsianych i jeszcze masło i 12 jajek na twardo (które im zostały ze śniadania). Płatki ściągnęli dla mnie (1000 koron), masło i jajka akurat mieli- więc były tańsze (600 i 600). Zdobycie jedzenia jest jednym z największych islandzkich problemów więc warto to dobrze przemyśleć. Nigdzie po drodze nie widziałam gazu z gwintem, na stacjach benzynowych, nawet w hotelach bywa przebijany.

5- noclegi

Namiot podobnie jak w Skandynawii można rozbić wszędzie gdzie się tylko chce. W praktyce to ograniczone, bo bagno, bo stromizna, bo skały. Kempingi są częste i nie bardzo drogie. Od 1000 do 2000 koron. Od czego zależy cena nie odkryłam. Czasem zawiera nieograniczoną ilość ciepłej (geotermalnej) wody, nawet basen, kuchnię, miejsce do suszenia, piękne łazienki, a czasem to tylko miejsce na trawie, wcale niekoniecznie skoszonej. Paradoksalnie na takim drogim niczego nie oferującym kempingu zaproszono mnie na dobry obiad, inny wytrzasnął spod ziemi troszkę jedzenia na sprzedaż, gdzie indziej naładowałam wszystkie baterie, więc w zasadzie żadnego nie żałowałam. Spałam na nich 5 razy. 2 razy trafiłam na schron.

Islandia, Latarnia morska w Latraviku- prawdziwe, przyjazne górskie schronisko

Zabrałam ciepły śpiwór puchowy (Robertsa z 700 g najlepszego puchu) raz było mi w nim za ciepło dwa razy chłodnawo (byłam zmęczona i mokra, a akurat upiornie wiało).

Miałam ciepły i solidny namiot (starą jedynkę Hannaha, 2,5 kg). Używałam zwykłych szpilek (najwyżej dociśniętych kamieniem), jednego odciągu- służy mi głównie do uziemiania składanego czy stawianego namiotu (lubi uciekać). Namiot dzielnie trzymał się na wietrze, chociaż czasem strasznie łomotał. Pod koniec lekko przeciekał (weźcie taśmę), a podłoga zaczęła pić wodę (warto ją przed wyjazdem zaimpregnować, stawia się na mokrym lub na bardzo mokrym).

Islandia- mój awaryjny biwak nad oceanem- złapał mnie przypływ

miałam karimatę Z-line (szczęśliwie zawsze spałam na przyjaznym podłożu, nawet na polach lawowych bywają płaty mięciutkiego mchu).

Rurki od namiotu wykorzystałam jako stelaż plecaka. Udało się je wstawić zamiast pionowych metalowych prętów (Kajetan zrobił mi przedłużki z plastikowych rurek, brakowało ok 10 cm). Oszczędziłam w ten sposób ok 300g.

Na Islandii nie ma niebezpiecznych zwierząt. Nie ma też komarów, ale niestety są muchy. Warto zabrać ze sobą moskitierę, zwłaszcza w czerwcu.

To chyba wszystko … resztę dopiszę w opisach tras, jeśli macie jakieś pytania piszcie. Spisałam na gorąco, żeby nie zapomnieć, ale możliwe, że coś przegapiłam

 

Islandia pieszo

Nie dam rady już nic dzisiaj napisać. Wróciłam po południu, wrzucam tylko kilka przypadkowych zdjęć. Wyruszyłam z końca półwyspu Reykjanes (ok 20 km na południe od lotniska w Keflaviku), przez dwa tygodnie szłam po pęknięciu oddzielającym od siebie Amerykę i Europę aż do Kerlingarfioll.  Potem na północ-północny zachód do Vatnsdalur, kawałek wzdłuż oceanu pokonałam stopem (farmerzy postawiali tam mnóstwo płotów, a nie chciałam iść po asfaltowej szosie) i znów pieszo z Holmaviku, wzdłuż Drangajokull do Hesteyri na półwyspie Hornstandir. Stamtąd łodzią do Isafjordur i ok 500 km stopem. Teren, po którym się poruszałam był różnorodny. Na południu pola lawowe pokryte dywanem porostów, kratery, stożki, gorące źródła, pumeks, który przerobił mi dłonie na tarkę. Kilka dni wzdłuż wielkiej lodowcowej rzeki wśród stad kaczek, gęsi, łabędzi, wśród gęgania, kwilenia, poświstywania, nerwowego zgarniania puchatych dzieci, chrzęstu skorupek. Wśród wodospadów. Potem Kerlingarfioll- góry jak z bajki i ulewy, od których wezbrały rzeki. Dalej kwitnąca tundra interioru, potem ocean. Trudna, pełna rzek ścieżka wśród klifów. Przypływy, odpływy, topnienie śniegów- rytm, który narzucał poruszanie się. Łany kwiatów, polarne liski, rozmowy kaczek, wrzaski mew, bagna, piarżyska, strome płaty śniegu. Piękne, bardzo dzikie miejsca. Przyjaźni ludzie. Nadal jestem tym oszołomiona. Poukładam i napiszę Wam przepis na zachodnią Islandię pieszo. Jest znacznie więcej ścieżek i szlaków niż można by wywnioskować z mapy. Bardzo mało ludzi, troszkę więcej tylko w centrum Hornstandir, ale też nie tyle żeby narzekać.  Zresztą, wszyscy okazali się fajni. Do wschodniej części wyspy bardzo bym chciała wrócić. Teraz było na nią jeszcze za wcześnie. Zbyt dużo śniegu i wraz z nim wody w rzekach. To wyjątkowo zimna wiosna. Droga z Nyidalur do Askji jest jeszcze nadal zamknięta.

znikam na Islandii

Nie będzie mnie przez miesiąc. Jutro wyruszam z Keflaviku, na razie jeszcze nie wiem gdzie. Z tego co usłyszałam od jednego z naszych klientów – wędkarza z Islandii (na szczęście nasi są wszędzie!) na wschodzie jest jeszcze bardzo źle. Koledzy próbowali wyjść i zrezygnowali. To nic dziwnego, jest dopiero połowa czerwca, sądzę że to się niedługo poprawi. W związku z tym możliwe, że ruszę w przeciwnym niż planowałam kierunku z zachodu na wschód. Tak czy siak mam nadzieję na piękną wędrówką. Mam aparat i dwa obiektywy, 9 baterii i filtry. Mam solidny, chociaż ciężki namiot- jedynkę Hannaha, która była ze mną np w zeszłym roku w Norwegii. Mam moją leciutką kuchenkę i warty 3 zł garnuszek. Poza tym bardzo niewiele- ten sam co zawsze puchowy śpiwór. Dwa powerstretche do noszenia jeden na drugi, dwie koszulki z wełny, kostium kąpielowy (planuję odwiedzać wszystkie gorące źródła:)) i spódniczkę. Mam jeszcze dwie pary powerstretchowych skarpet (na zmianę), dwie pary kwarkowych majtek, czapkę, szalik i rękawiczki, aluminiową łyżkę od Lidki, przykrywkę do kubeczka od Hani i Julki, osłonkę na nożyk od syna, płaszczyk przeciwdeszczowy od Jose (czyli moje szczęśliwe gadżety), nasz lniany ręczniczek- na głowę, wiatrówkę Laponię i tanie przeciwdeszczowe spodnie. … Plecak bez jedzenia waży ok 11 kg czyli tyle ile zaplanowałam. Po dopakowaniu wyjdzie 19 i tyle (mam nadzieję) mogę nieść.

Mam mapy: jedną ze Sklepu Podróżnika i sporo wydrukowanych przez Lidkę (Lidka wielkie dzięki!) Mam kompas. Nie mam latarki i zegarka- bo przecież jasno przez cały czas… Mam nadzieję, że niczego ważnego nie zapomniałam…

bawcie się dobrze beze mnie:) Przy okazji wiadomość z ostatniej chwili: dostałam dwie nominacje w Fine Art Photography Awards!

Pokazuję okładki pod linkami zobaczycie całe serie:

w kategorii krajobraz- za Simple world

simple world, fot Kasia Nizinkiewicz

i w kategorii otwartej za Wilderness

wilderness fot Kasia Nizinkiewicz

Bardzo się cieszę :)