Islandia cz8- Drangavik- Reykarfjordur

W oświetlonym niespodziewanie, a z natury ciemnym namiotku zrobiło się bardzo gorąco. Nic dziwnego miałam na sobie wszystkie rzeczy. Wyskoczyłam oczywiście natychmiast, pozdejmowałam, porozwieszałam- to niełatwe w kraju pozbawionym krzaków i drzew. Świat pod pięknym błękitnym niebem zupełnie nie przypominał mętnego poprzedniego dnia. Znad morza wynurzył się skalisty grzebień Drangaviku, po zboczach spływało mnóstwo wodospadów, zasilając przedzielającą mi drogę rzekę. Szeroką, chyba nie płytką, ale idealnie spokojną. Nic strasznego. Zabrałam się za nią po godzinie, kiedy moje rzeczy przeschły tak, że można je już było spakować. Zdjęłam spodnie, ale beztrosko zostałam w podkasanej spódniczce. Była za długa i trochę mi się niestety zmoczyła. Bród może nie sięgał majtek, ale rzeka była szeroka i tak zimna, że zwijałam się z bólu wychodząc na drugi brzeg. Moje lekkie, służące do pokonywania brodów kapcie zupełnie się tu nie sprawdziły. Wszystkie kolejne rzeki przechodziłam w butach żałując, że nie zabrałam neoprenowych skarpet.

Za rzeką spotkała mnie niespodzianka- wyczekiwany poprzedniego wieczoru cud. Na szkierach stała kupka namiotów- dogoniłam wyprzedzającą mnie grupę! Tym razem zapytali czy się do nich przyłączę. Gratulowali mi, wcześniej chyba pewni, że odpuszczę, nie dojdę, albo nie przejdę szerokiej rzeki. Przyłączyłam się oczywiście chętnie, ale ponieważ byłam już spakowana wyszłam chwilkę przed nimi szukając ścieżki. Nie była oczywista i wypatrując kopczyków czy śladów trochę kluczyłam. W międzyczasie Islandczycy wyruszyli, ku mojemu zdziwieniu nie za mną (chociaż machałam, że już mam szlak), ale wprost do góry po stromym piarżystym zboczu- tak im wskazywał gps. Czekałam na nich potem na przełęczy z pół godziny. Weszli umęczeni, spoceni, ścieżki są jednak dużo łatwiejsze. Dalej znów wyszłam wcześniej, znów czekałam troszkę przy zamieszkałych przez jakąś rodzinę, dostępnych tylko z morza domkach. Ciekawe doświadczenie. Nad nami, nad całym wybrzeżem unosiły się setki ptaków, tych samych, które wystąpiły w Ptakach Hitchcocka – atakowały każdego z wielkim zapamiętaniem broniąc ułożonych wprost na trawach prowizorycznych gniazd. Miejscowe panie używały na nie parasoli. Bardzo skuteczne zwłaszcza, że rozjuszone ptaszyska stosowały każdą dostępną im broń, również bombardowanie.

Czekając spotkałam kolejną grupę idącą z przeciwka. Chwilkę sobie z nimi pogadałam. Szwedzi mocno koloryzowali. Rzeki nie były wcale aż tak złe, generalnie nie było się czym martwić. Odrobinkę gnębił mnie znikający w przyśpieszonym tempie gaz (susząc się sporo go zużywałam), ale i tu spotkała mnie niespodzianka. Jeden z panów dał mi butlę wypełnioną jeszcze w 1/4. Miał drugą, a do cywilizacji już tylko 2 dni. Byłam przeszczęśliwa. Jakby tego mało, kilka godzin później goniąc uciekającą mi grupę (gdzieś tam zostałam robiąc zdjęcia) znalazłam rurki od namiotu podstępnie schowane wśród wyrzuconych przez ocean plastików. Szczęśliwy posiadacz uratowanego namiotu dał mi (w nagrodę) niepotrzebnego mu liofila…

Cuda zdarzały się nieustannie przez cały ten dzień. Fjord, który trzeba było przejść przy odpływie, a nad który żeśmy się niestety spóźnili, przepuścił nas jakoś łaskawie, chociaż wyglądał przerażająco- ok 800 może 900 metrów na wprost przez błękitną zatokę. Woda miejscami po uda, dość silny prąd. Przeszliśmy to grupami trzymając się nawzajem pod pachy. Ja w butach, bojąc się powtórki z porannego zimna. Tak naprawdę to była nikła różnica, moje lekkie górskie buty i tak były stale mokre- bo bagna, bo wczorajszy deszcz.

Za fiordem czekało nas strome podejście (nie miałam już siły szukać ścieżki więc wdrapałam się tam po urwisku razem ze wszystkimi), potem podmokły, czasem zaśnieżony, kamienisty teren typowy dla islandzkich płaskowyżów. Pozbawiona roślin błotnista pustynia. Wszystko to z piękną lodową czapą Drangajokull w tle.

Kilka godzin później zeszliśmy znów na wybrzeże, wzdłuż ciągu oszałamiających wodospadów, przez podmokłe łąki, nad którymi snuły się strzępy mgły, przez wielką lodowcową rzekę, mętną, szybką i zimną, ale z otyczkowanym, używanym przez koniarzy brodem, głębokim ponad kolana i w sumie nie takim złym. To znaczy nie był zły kiedy szło się w dużej grupie. Nie wiem czy przeszłabym taką rzekę sama. Byłam szczęśliwa, że nie musiałam, że ktoś mi powiedział jak, poradził. Technika przechodzenia przez silny nurt jest w miarę oczywista, ale przejęta nową dla mnie sytuacją kilka razy się zagapiłam. Podstawowa zasada- przed wejściem odpinamy wszystkie pasy plecaka (piersiowy, biodrowy), tak robi każdy islandzki wędrowiec, automatycznie, zawsze, nawet na niewielkich rzekach. Po wywrotce trzeba się szybko pozbyć bagażu inaczej namoknie i nas utopi (lub nie namoknie i nas powlecze). Wolałam nawet nie rozważać takiej możliwości (mój aparat!), ale tu była mocno prawdopodobna. Druga rzecz, o której zapominałam, to nie odrywać stóp od dna- tylko szurać. Rzeczywiście każde chociaż lekkie podniesienie stopy w nurcie skutkuje natychmiastowym porwaniem jej przez prąd i poważnym zachwianiem równowagi. Cieszyłam się, że założyłam moje górskie buty na solidnej mało śliskiej podeszwie. Kapcie byłyby znacznie bardziej ryzykowne, no i to zimno… brr…

Za rzeką czekało nas jeszcze kilkaset metrów bagienek i rzeczek o różnej temperaturze wody- jedna parująca, przyjemnie ciepła. Nie zatrzymywałam się już tylko brodząc w czym popadnie, ubłocona, w samej spódniczce gnałam do upatrzonego z góry końca dzisiejszej wędrówki- basenu geotermalnego w Reykarfjordur. Najpierw zamoczyłam same zamarznięte nogi, ale po namyśle rozebrałam się do kostiumu i wskoczyłam. To nic, że było już po północy, że wiało, że atakowały nas ptaki… Woda miała ok 36- ciu stopni. To był bardzo przyjemny wieczór. Jedna z pań zaprosiła mnie też na obiad (Islandczycy znów wynajęli dom, do którego kazali sobie dostarczyć jedzenie łodzią, więc mieli i warzywa i mięso). Już bardzo śpiąca rozbiłam namiot na tutejszym polu biwakowym (1000 koron), w towarzystwie małej grupki Czechów.

Masz czeski namiot! -przywitał mnie radosny okrzyk o poranku…

FacebookTwitterGoogle+Udostępnij

Islandia cz7 pieszo na Hornstrandir

Spałam tak długo jak umiałam. W drewniany daszek toalety stukał deszcz. Wiatr gwizdał w szczelinach, słyszałam jak huczy ocean. Coś tam mi czasem kapało na namiot. Ogólnie beznadzieja. Jedynym światełkiem w tunelu była prognoza. Po południu miało się poprawić, wierzyłam w to. Przewracając się z boku na bok, w półśnie widziałam, że wyszli Islandczycy. Przyjechali ogrzani, tylko na kilka dni. Rozumiałam ich, ale nie miałam ochoty się moczyć. Wyruszyłam 4 godziny później kiedy deszcz troszeczkę osłabł. Mijając zabudowania skinęłam głową panu, który wieczorem uznał, że zwariowałam. Że sama, że bez gps-a, nawet bez dobrych map. W deszcz. W tym on i islandzka grupa byli zgodni. Wariatka, narobi wszystkim kłopotów. Pan przestawiał coś na podwórku. Też skinął głową. Chwilkę potem dogonił mnie samochodem. Zdziwiłam się. Myślałam, że chce mnie zawrócić. Pytał (dzisiaj już nienaganną angielszczyzną, wczoraj głównie po islandzku), pytał czy na pewno chcę iść. Czy jestem pewna. Powiedziałam, że spróbuję, że pójdę. Czy byłam pewna? Pojęcia nie mam. Jak wiele razy w życiu w podobnych sytuacjach pocieszałam się, że umiem zawracać, że jak sobie nie poradzę, jak mi się nie spodoba, nie wyjdzie wrócę i poszukam innych ciekawych miejsc. Więc kiwnęłam głową, że tak, że idę-Dobrze-usłyszałam zdziwiona-to wskakuj przewiozę cię przez bród samochodem…

Za rzeką zaczęła się ścieżka. Początkowo dość dobrze widoczna, prowadząca do kolejnej rzeki przeciętej mostem. Potwornej, szalonej. Mostek wydawał się dla niej zbyt wątły, trochę podejrzany. Tuż za nim całkiem znikła ścieżka. Przez godzinę może dłużej wlokłam się wybrzeżem szukając śladów moich poprzedników. Czasem je znajdowałam czasem nie. Mokre trawy, śliskie kamienie, porośnięte mchami pagórki, bagienka, szkiery i skruszone skały. Islandczycy ostrzegali, że bez gps-a nie dam rady, bo są uskoki gdzie jest tylko jedno przejście, jedno możliwe zejście czy wejście. Znajdowałam je bez problemu jak zawsze w górach. W takich miejscach zwykle jest jakiś ślad. Chodzimy nimi wszyscy i my i zwierzęta wydeptując troszkę trawy i mchy, przesuwając luźne kamienie, kopiąc piach. W jednym z takich wąskich gardeł wypatrzyłam polarne liski. Wykorzystując chwilkę bez deszczu zmieniłam obiektyw i podeszłam do nich trochę bliżej. Nie bały się. Były bardzo ciekawskie.

Potem znalazłam jeszcze szkielet wieloryba, głowy jakiś dużych ryb, muszle. Było coraz bardziej mokro, coraz zimniej. Pogoda wcale się nie poprawiała, ale nie poddawałam się. Wybrzeże było piękne i dzikie. Podobało mi się. Po południu wzmógł się deszcz, widoczność siadła. Na jakimś bagienku bardzo zdziwiona wypatrzyłam idącą z przeciwka grupę. Jak się okazało Szwedów. Ociekające małolaty. Mokre chyba jeszcze bardziej niż ja. Twardziele. Ich przewodnik powiedział, że daleko nie zajdę. Że od Hornstrandiru dzieli mnie jeszcze 9 rzek i że wszystkie sięgały im prawie do majtek. Że przechodzili je trzymając się nawzajem za ramiona, bo bardzo ich spychał prąd. Na kolejnej, tej najbliżej nas jest most -pocieszył mnie. Pójdź sobie jeszcze kawałek i wróć. Gdyby trafiła ci się jakaś grupa miałabyś szanse, ale widzieliśmy tylko jedną półtorej godziny temu…Nie dogonisz ich. -Nie dogonię -pomyślałam. Szli w przeciwnym kierunku więc dzielą nas 3 godziny. Nie do nadrobienia…

Bardzo zdołowana, z poczuciem ciężkiej beznadziei, szłam dalej moknąc i moknąc. Przeszłam przedzieloną mostkiem, wezbraną potwornie rzekę, powlokłam się przez zalane płaty mchu, przez zwężone przez narastający przypływ plaże. Kamieniste więc powolne, bardzo śliskie. Pomyślałam, że dojdę do Drangaviku. Nie wiem czemu akurat tam. Czym dalej szlam tym mocniej rosło we mnie przekonanie, że tam właśnie zdarzy się cud. Nie miałam pojęcia jaki, na nic szczególnego nie liczyłam, ale byłam pewna, że tam wszystko się zmieni, więc szłam. Jednocześnie byłam przekonana, że wrócę. Nawet nie sfotografowałam niektórych miejsc. Kwiecistych łąk sięgających mi niemal do pasa, mokrych jeszcze bardziej niż prysznic, ściekających po klifach strumyków, morskich ptaków, polujących jakby nie przeszkadzał im deszcz. Pospiesznie strzeliłam fotkę pięknego skalnego łuku myśląc, że rano (jak będę wracać) będzie dla niej lepsze światło. Niespodziewanie doszłam do rzeki. Więc to był Drangavik. Takie nic zatopione w gęstej mgle. Nie myśląc (bo było już na to za zimno) rozbiłam namiot na pięknej piaszczystej łasze. Nie zainteresowała mnie przecinająca dalszą drogę rzeka. Przecież wrócę. Nie było żadnego cudu. Mokra, nadal we wszystko ubrana, zaszyta w ciepłym śpiworze (miałam nadzieję, że ta cała wilgoć jakoś się w nim pomieści, że nie klapnie, nie pokleja się w kluchy), zmarznięta pomyślałam, że ta sytuacja ma też pewne dobre strony, wracam więc nie muszę oszczędzać jedzenia. Jak miło…Leżałam sobie w moim mikro namiotku i jadłam słuchając deszczu…  Obudziło mnie słońce.

39 przypadkowych zdjęć

Ostatnio znów gnębi mnie problem celu i przeciwnego bieguna- swobodnego błądzenia. Jednym z eksperymentów, które w tej kwestii zrobiłam (bo ciągle siedzi we mnie fizyk doświadczalnik) jest seria przypadkowych zdjęć. Wielu z nas uważa, że nie ma przypadków i rzeczywiście jeśli spojrzeć wstecz wspomnienia, drobne i wielkie fakty, odczucia, wszystko to układa się w liniową całość sprawiając wrażenie, że „tak miało być”. Że świat, los, cokolwiek poprowadziło nas do celu, o którym wcale nie musieliśmy wiedzieć. Trudno skonstruować doświadczenie sprawdzające czy na pewno tak jest. To jest uproszczeniem, naprawdę wielkim, ale akurat takie przyszło mi teraz do głowy. Wybrałam 39 przypadkowo zrobionych zdjęć. Łączy je tylko to, że powstały w Polsce, w ciągu ostatnich dwóch lat (odkąd fotografuję cyfrowo) wszystkie zupełnie, ale to zupełnie bez celu. Coś mi się spodobało, miałam akurat aparat… Przez kilka dni starałam się je poukładać tak, żeby pojawił się sens. Każde wiąże się jakoś z poprzednim i (zwykle inaczej) z następnym. Te relacje są przeróżnych rodzajów, nie wiem czy zawsze czytelne. Myślenie o nich było zabawne, ale poza przyjemnością z układania nie wygenerowałam chyba żadnych ważnych treści. Podobnie zrobiłam wiele lat temu z tekstem- układając rymy do przypadkowych słów. Powstała książeczka dla córek. Była zabawna, ciekawa. Możliwe, że pisząc celowo trudno uzyskać podobną lekkość, z drugiej strony taka skrajnie bezcelowa działalność to typowa „radosna twórczość”. Istnieje sama dla siebie. Uszczęśliwia autora, czasem zabawi też widza i tyle.

Do stworzenia czegoś ważniejszego potrzeba więcej i myślę, że podobnie jest w każdej dziedzinie. Dużo o tym myślałam na Islandii. Pierwsza część mojego trawersu miała cel. Byłam na nim skupiona, zależało mi. W jakiś sposób chyba mną rządził. Patrzyłam na to świadomie, z zainteresowaniem, ciekawa co napędza wszelakiej maści „wielkich podróżników”.  Chciałabym to mądrze opisać, ale z dnia na dzień odkładam na później. To dość trudne, bo nie chodzi mi o propagandę. Te rzeczy nie są wcale jednoznaczne.

W drugiej części- przypadkowej, nieokreślonej i niepewnej czułam się za to jak ryba w wodzie (trochę oczywiście zmarznięta). Wolna, szczęśliwa, chociaż nie robiłam nic poważnego. Tylko sobie szłam i patrzyłam na piękny świat. Bardzo spontanicznie. Ale ja chyba taka jestem. Kolekcjonerka niespodzianek.

Nie chciałabym wyciągać wniosków, za mało wiem, za mało jeszcze sprawdziłam. Zaryzykowałabym hipotezę, że najciekawsze pomysły rodzą się zwykle z błądzenia. Potem same sobie nadają kierunek, zbierają w jedno jak strumyki w rzeczkę, jak przypadkowo wydeptane ścieżki na które automatycznie (i my i zwierzęta) wchodzimy pogłębiając je i przerabiając w drogę. Gdyby zrobić odwrotnie i już na początku ustanowić cel, gdyby trzymać się go kurczowo i nie rozważać odwrotów, nie wątpić, gdyby nie mieć przed sobą horyzontu, bezdroża (czyli każdej możliwej drogi), prawdopodobieństwo satysfakcji z działania byłoby nikłe. Wręcz przeciwnie płynącą niezgodnie z grawitacją rzeczkę trzeba by stale utrzymywać, pompować, a arbitralnie wyznaczoną ścieżkę oznakować albo jeszcze lepiej ogrodzić. Inaczej zniknie.

To luźne myśli… idę błądzić dalej, chociaż mam świadomość, że kluczowe (dla jakiegokolwiek sukcesu) jest nie tyle samo błądzenie co gotowość do pogłębiania rodzących się (skromnie i na uboczu) strumyków i ścieżek.  Znikam w Szwecji i wracam za tydzień. Pa :).

PS: podpisów nie widać (chyba żeby najechać myszką na fotkę), zresztą nie chcę narzucać swojej interpretacji. Jestem bardzo ciekawa jak Wam się mój eksperyment podoba.

Islandia cz6 pieszo na Hornstrandir

Szło mi się z początku bardzo ciężko. Świeciło słońce, wiatr nie docierał zza zbocza, a przede mną wyjście na płaskowyż. Kilkaset metrów, dość strome, dość długie, dość gorące. Na górze zrobiło się wietrznie i zimno- wysokość robi tu wielką różnicę. Już po godzinie doszłam do płatów śniegu. Nie było ścieżki, prowadziła mnie linia z prądem i podążające wzdłuż niej wielkie kopczyki. Przede mną kołowała się mgła, w dotyku jak się potem okazało oślizła i lodowata. Chwilkę przed tym jak się w nią zanurzyłam do mojej linii dołączyła biegnąca z doliny droga- odcisk kół na kamieniach i mchach. Nie zeszłam na nią, bo na górce w pewnej odległości od szlaku wypatrzyłam pomarańczową kapsułę- ratunkowy schron, który wprawdzie służy tylko do pomocy w ciężkich przypadkach, ale byłam upiornie zmęczona. Wyłaziła ze mnie cała dwutygodniowa wędrówka, wyłaził rozregulowany żołądek, bolała głowa. Do tego w schronie grzał kaloryfer! Dobrodziejstwo biegnącej przez góry elektryczności. Temu już się nie oparłam. Mrożący do kości wiatr, mgła, a wewnątrz ciepło i łóżka. Wyspałam się tam jak mops i rano, trochę głupio zamiast wrócić do miejsca gdzie ostatnio widziałam szlak poszłam dalej wzdłuż słupów mając nadzieję na kolejne spotkanie z drogą.

W międzyczasie trafił mi się śnieg, potem jeszcze więcej, bardzo grubego, szczeliny jak w lodowcu, śnieżny most. Przelazłam nim ponad rwącą rzeką, a potem widząc wielkie kopce zagapiłam się i jak zahipnotyzowana zeszłam na wprost przepięknego widoku nad fiord. Pomyślałam dopiero na dole- na niewielkiej wysokości nad morzem, i znów mozolnie wdrapałam się trochę wyżej, trawersując dzikie strome zbocza w poszukiwaniu zagubionej ścieżki. Nie od razu odkryłam co się w zasadzie zdarzyło. Namordowałam się strasznie szukając znaków i w końcu wypatrzyłam mizerne, bardzo rzadko postawione kopczyki. Wyprowadziły mnie na akrobatyczne zejście po niemal pionowej ścianie. Przez cały czas byłam tak skupiona na odnajdywaniu trasy, na fiordzie, nad który naciągał deszcz, że nie pomyślałam o odszukaniu porzuconej wczoraj drogi. Linia z prądem, która mnie prowadziła zdążyła w międzyczasie zniknąć (pod ziemią), kopce odbiły aż na sam dół w przeciwnym niż interesujący mnie kierunku, nie miałam dokładnej mapy (pożałowałam pieniędzy, bo pokrywałaby tylko jeden dzień). W efekcie godzinami snułam się po upiornie stromych, na zmianę kamienistych lub podmokłych zboczach i w końcu (i tak) zeszłam nad ocean. Były tam jakieś zabudowania i tabliczka z nazwą- po tym zorientowałam się, że zeszłam o fiord za wcześnie. Mogłabym teoretycznie ominąć kolejne zbocze nadmorską drogą, ale odkrycie, że aż tak się zagapiłam natychmiast wydobyło we mnie zapas energii.

Pomyślałam chwilkę (krótką niestety) i zaryzykowałam powrót na płaskowyż wzdłuż rzeki. To oczywiście nie najlepszy pomysł. Najpierw bagna, potem podmokłe łąki, znów bagna, rząd kolejnych wodospadów, siatka dopływów, w której z trudem odnajdywałam główny nurt, podmokłe kamieniste łąki, pola śniegu, śnieżne mosty, śniegowe błoto. Mgła, deszcz, brak widoczności. Moja rzeka wyprowadziła mnie na urwisko, które pokonałam po trzecim podejściu, z wielkim strachem. Wszystko się tam obrywało, sypało, zapadało, a w dole huk rzeki nakrytej mgłą. Na wprost na wpół zamarznięty staw. Obeszłam. Starając się nie gubić kierunku, w ciemno (czyli w jasno, ale różnica niewielka) przeszłam wzdłuż czegoś ciemniejszego- może zbocza, przez miękki, zalany, czasem zaśnieżony grunt aż natknęłam się na samotny kopczyk. Tam się poddałam i rozbiłam namiot. Padało, a ja chciałam odpocząć i zjeść. Przeżyłam przy tym chwilę grozy- kilkaset metrów dalej było jezioro zeszłam nad nie po wodę i wracając długo krążyłam we mgle szukając ciemnozielonego namiotu idealnie wtopionego w pełen głazów teren. Uff… Rano było jeszcze gorzej. Mgła zgęstniała, bardzo wzmógł się deszcz.

Nie mając wyboru spakowałam się i wyruszyłam przed siebie z kompasem w dłoni porównując co chwilkę widok przede mną i za mną. Według mapy, którą na szczęście, za namową pana z informacji sfotografowałam (i która bardzo się różniła od mojej papierowej 500-tki) niecały kilometr przede mną powinnam przeciąć zgubioną wczoraj gruntową drogę. Rzeczywiście na nią trafiłam- niemal po omacku. Tu, daleko od cywilizacji była już ledwo widoczna, co gorsza kręciła i nie miałam pewności czy chwilowy kierunek na północny zachód- (odpowiadający mi) nie zaprowadzi mnie znów do Holmaviku, mogłam przecież przeciąć jakiś wielki zakręt i niechcący pójść w przeciwnym niż powinnam kierunku. Borykałam się z tym problemem przez cały dzień. Droga kręciła tak, że kompas wskazywał naprzemiennie wszystkie strony świata. Miałam wrażenie, że poruszam się głownie na południe, ale w sumie… po drodze do Holmaviku czekał przecież ten ogrzewany schron… Tym się pocieszałam starając się wypatrzeć jakikolwiek ślad kół na piarżyskach, na polach błota ubitego przez zimowe deszcze, na skałach. Najtrudniejsze były płaty śniegu. Tak duże, że we mgle widziałam tylko nieskończoną biel. Musiałam mozolnie obchodzić każdy wokół patrząc gdzie wydobywa się spod niego droga- która zwykle była tylko cieniem czegoś, nawet nie ścieżki, wspomnieniem po kimś kto wdarł się tu ostatni jesienią ubiegłego roku. Przeczuciem. Kilka razy się pomyliłam i wracałam powtarzając te same czynności.

Padało bez przerwy, znów przemoczyłam rzeczy, znów nie odpoczywałam, nie jadłam. Mgła przedarła się lekko po kilku godzinach, pokazując mi seledynowo obrośnięty strumyk i piaszczystą górę. Widok ginął jeszcze wiele razy, ale za górką chmura coraz bardziej rzedła, czy też raczej ja zeszłam pod nią z mlecznej mżawki wprost w regularny deszcz.

Doszłam tak aż do grubszej, gruntowej drogi, skręciłam w lewo (po namyśle, bo wcale nie byłam pewna) i z półtorej godziny później weszłam do wyglądającej na opuszczoną wsi z ruinami jakiejś starej fabryki. To rozpoznałam. Byłam na mapie!

Przez chwilkę miałam zamiar znaleźć jakieś schronienie w ruinie, ale obwieszono ją napisami „teren prywatny”, więc z żalem powlokłam się dalej wzdłuż fiordu wystawiona na całkiem poziomy deszcz. Trudno w to uwierzyć, ale zatrzymałam się w cieniu jakiejś opuszczonej przyczepy i tam było zupełnie sucho. Ubrałam się cieplej, coś zjadałam. Zmusiłam się żeby z tego bezpiecznego miejsca wyjść i jakiś kilometr dalej znienacka złapałam stopa. Po prostu cud.

Grupa Islandczyków z Reykjaviku wynajęła na jedną noc duży dom tuż nad fiordem. Za nim ostatecznie kończyła się droga. Ogrzałam się tam, posiedziałam pod dachem klika godzin, przez jakiś czas sama, ciesząc się wygenerowanym dla mnie ciepłem- grzejnikami na gaz, uruchomionym piecem (dom stał pusty i początkowo było w nim lodowato). Para, które mnie zabrała wróciła po kogoś czyj samochód nie dałby sobie rady z tą drogą, a kiedy w domu zaczęło przybywać gości przeniosłam się do dużej drewnianej toalety nad oceanem (z 500 m od tego budynku). Zmieściłam się  w niej razem z namiotem. Dobrze mi się tam spało no i miałam miejscówkę z łazienką :). Rzeczy zdążyły wyschnąć kiedy czekałam więc pomimo pewnej ażurowości tego przybytku było mi w nim wystarczająco ciepło.

 

Islandia cz5-autostopem do Holmavik

Z przyjaznej informacji turystycznej w Blondous wyszłam troszkę ogrzana, bogatsza o wydrukowaną mapkę i zdecydowana dostać się jak najszybciej do Holmaviku. Ponieważ miła dziewczyna nie wiedziała nic o Zachodnich Fiordach umówiła mnie przez telefon z facetem w kolejnej informacji, który potwierdził, że da się stamtąd dojść na Hornstrandir, i że jak do niego dotrę wszystko mi wytłumaczy. Było w tym jechaniu coś totalnie abstrakcyjnego. W dobie internetu, natychmiastowego dostępu do każdej informacji tłukłam się stopem przez kilka godzin po radę. W deszczu, w temperaturze bliskiej zera, brudna, zmarznięta i mokra. Na oko wydawało się to proste-niewiele ponad 100 km. Północne wybrzeże na tym odcinku to zielone pastwiska pełne zwierząt, samotne farmy, sporo koni. Piękne miejsca. Gdyby nie dzielące te tereny płoty może zdecydowałabym się pójść pieszo, pomimo braku szlaku czy ścieżki. Płoty kolczaste, nie do pokonania więc została mi tylko ta szosa. Jedynka. Padało, wiało i było upiornie zimno. Nie przebrałam się, więc nadal byłam mokra. Całe zgromadzone w informacji ciepło uleciało, peleryna znów zaczęła przepuszczać deszcz. Siekło po twarzy, wpływało w dekolt- nic nowego. W drodze do dogodnego (do machania) miejsca spotkałam parę autostopowiczów z Polski, którzy uprzejmie minęli mnie (puszczając tym samym przodem), bo byłam bardziej zmarznięta i bardziej mokra niż oni. Byłam im bardzo wdzięczna (nadal jestem). Pogadaliśmy tylko przez chwilkę, stojąc we trojkę niczego byśmy nie zatrzymali. Warunki były paskudne, prawie nic nie jechało, a jak jechało fontanna spod kół zostawiała na nas błotnisty prysznic. Pomimo tego ruszyłam po jakiejś pół godzinie, a kobieta, która mnie zabrała żałowała, że nie zmieści już tej mokrej dwójki. Mam nadzieję, że długo nie czekali. Dziewczyna podwiozła mnie do stacji benzynowej gdzie szosa nr 1 odbija od wybrzeża na południe radząc żebym spróbowała łapać w restauracji, nie wychodząc na ten paskudny deszcz, ale było mi głupio. Ubrałam się i wyruszyłam na północ drogą nr 68. Nie mogłam stać, bo za bardzo bym marzła. Po kilkudziesięciu minutach zgarnęły mnie stamtąd dwie Hiszpanki (matka z córką), z którymi dojechałam aż na kemping w Holmaviku. Asfalt się szybko skończył i jadąc w deszczu wąską gruntową drogą usmarowałyśmy cały samochód błotem, tak że wyglądał jak bryła z kamienia. To piękna trasa, pusta, tuż nad fiordami pełnymi ptaków, jedzących wodorosty owiec, małych rybackich domków, kamienistych plaż i mgieł. Dużo dłuższa niż przypuszczałam.

Potem nocleg na kempingu w Holmaviku. Lodowatym, nieprzyjaznym, wystawionym na ciągnący od oceanu wiatr. Grunt jest tam tak ubity, że niemal nie da się wbić szpilki, wspólną część, razem z kuchnią zamykają już o 9-tej (żeby nikt tam nie nocował- wiem, bo spytałam), prysznice podobnie (pewnie żeby ich nikt nie zniszczył). Ogólnie czułam się tam jak więzień wymagający stałej kontroli nie gość. Kemping nie oferował nic poza miejscem na namiot i drewnianą toaleto- łazienką. Kosztował sporo. Rano straciłam kupę czasu czekając aż mi się naładują baterie, bo kuchnię otwarto dopiero po 9-tej. Ani się wysuszyć ani ugotować… Generalnie byłam rozczarowana. W Holmaviku jest duży, niezbyt drogi sklep czynny znacznie dłużej niż kemping, więc można tam pójść i się ogrzać, to blisko. Jest też porcik, kilkadziesiąt skromnie wyglądających domów, kościół i informacja (w restauracji połączonej ze sklepem z wyrabianymi na miejscu artystycznymi pamiątkami). To obejrzałam już rano, w piękną słoneczną pogodę. W informacji kupiłam mapkę, wysłuchałam rad i popatrzyłam jak obsługa, dla mnie zwyczajnie miła rozpływa się w przesadnych uprzejmościach wobec pary bogatych turystów. Holmavik wygląda biednie. Nawet w sklepie miałam wrażenie, że ludzie ledwo wiążą tu koniec z końcem. Z domów łuszczy się farba, port świeci pustką. To koniec świata. Ścieżka, którą ja wybrałam nie jest dla każdego (chociaż nic o tym nie usłyszałam w informacji, odniosłam nawet wrażenie że pan który mi doradzał sądził, że przejdę kawałek i zawrócę, więc za dużo mi nie opowiadał), zresztą to długa wielodniowa trasa, a pieniądze przynoszą raczej samochodowi turyści sypiający w hotelach, jadający w restauracjach. Nie widziałam ich tam zbyt wielu.

Wyszłam szosą, nie zauważając, że przez kilka km można kontynuować marsz wzdłuż wybrzeża. Nie dopytałam też o to, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie z tymi (pewnie długo wyczekiwanymi) turystami i potem żałowałam, bo szosa nie jest nadzwyczaj ciekawa… chociaż nudna też w zasadzie nie jest. To piękne tereny, porośnięte cudną zielenią, pełne ptaków. Droga kompletnie pusta, pomimo to, po kilku km złapałam stopa. Dwójka młodych Niemców (bardzo miłych) podwiozła mnie na początek szlaku jakieś 10 km na północ od miasta. Ścieżka nie była znakowana, nie była jakoś specjalnie widoczna, ale nie miałam orientacyjnych problemów. Wyszłam pod górę objuczona bardzo ciężkim plecakiem z jedzeniem na kolejne 10 dni. Tyle mi jeszcze zostało (plus dwa w rezerwie na powrót). W Holmaviku udało mi się dokupić wszystko co potrzebne, oprócz gazu.