Termas de Chillan- Antuco cz9

Wieczorem zjadłyśmy wszystkie resztki, zostawiając na śniadanie odrobinkę. Prawie nic. To była piękna noc, Jagoda spała, a ja mając nadzieję na widoki poczekałam kilka godzin patrząc jak buja się mgła. Fotografowałam, ale te zdjęcia nie wyszły, było zbyt ciemno żeby ustawić ostrość. Kiedyś mam wrażenie widziałam lepiej, albo może latarka była jaśniejsza… Czekając i próbując zobaczyłam w końcu gwiazdy, a potem wulkan Antuco ponad chmurą. Kiedy się obudziłam o świcie resztka tej nocnej mgły przesuwała się u podnóża góry w pięknym poziomym słońcu. Zanim wstała Jagoda nie było po tym ani śladu – zwykłe chilijskie błękitne niebo.

Nie śpieszyłyśmy się. Żal mi było stamtąd odchodzić. Z dna lasu wyparowywała rosa, śpiewały ptaki. Droga początkowo bardzo mokra- kicałyśmy po zalanych łąkach, słuchając nawoływania gęsi. Było ich tam mnóstwo, zebranych w pary. Za rozlewiskiem kończącym płaski balkon szlak opadł i otoczenie się radykalnie zmieniło. Mało roślin, Sucho. Trochę nieziemsko- wręcz księżycowo. Albo może tak jak na Marsie. Lawa, chaotyczne zwaliska, rumosz jak po katastrofie, wszystko to przecięte nartostradą, same wyciągi niemal niewidoczne na ciemnych skałach. Ścieżka wcale nie oczywista, nie rozdeptana doprowadziła nas do gruntowej drogi, akurat w remoncie. Jedna z wożących piach ciężarówek wywiozła nas aż za obręb kurzu, chociaż kierowca miał tylko jedno siedzenie, a my plecaki. Byłyśmy wdzięczne. Przeszłyśmy jeszcze kawałek drogą, w kierunku pokrytej żółtymi kwiatami doliny. Intrygującej. Zanim zdążyłam podejść  i to sfotografować zabrali nas żołnierze z przejścia granicznego. Jechali do sklepu. Obiecali, że będą wracać i za godzinę (gdybyśmy chciały) podwiozą nas z powrotem w góry, ale Jagoda była tak przejęta swoim zamoczonym telefonem , że nie udało mi się jej namówić na powrót. Nie chciałam jej też zostawiać samej.  Zresztą wszystko potoczyło się zbyt szybko. Jeszcze zanim zrobiłyśmy zakupy zaczepił nas sympatyczny Amerykanin. Po chwili jechałyśmy już z nim do Chillan. Miał domek w Termas de Chillan i wracając tam po jednodniowym wypadzie (przypadkiem do „naszego” rozlewiska, nie wiem jak to możliwe, że żeśmy się tam nie spotkali)  w symboliczny sposób zamykał naszą pętelkę. Za Los Angeles wyjechaliśmy na szosę nr 5- autostradę. Za szybą całymi kilometrami przesuwały się sadzone lasy, dziwne, złożone z niepasujących tu obcych gatunków. Amerykanin opowiadał, że ziemia należy do dużych firm, a ludzie żyją bardzo skromnie. W Chillan złapałyśmy autobus do Talca, przez gapiostwo osobowy nie pośpieszny. Dojechałyśmy w związku z tym za późno i nic już nie jechało dalej. Siedziałyśmy na ciemnym terminalu dwie godziny. Słuchałyśmy wykluczających się rad, pogryzając posłodzony popcorn- nasze jedyne jedzenie. Dopiero kiedy zamykali ostatnie stragany, już po 22-giej ktoś wyjaśnił, że nocą kursuje jednak jedna linia, a przystanek jest po drugiej stronie ulicy, poza tym terminalem. Najwcześniejszy autobus w kierunku Santiago odjeżdżał stamtąd już po północy. Przeczekałyśmy to w sympatycznym hotelu. Recepcjonista pozwolił Jagodzie skorzystać z whatsappa, poczęstował nas herbatą i poprosił ochroniarza żeby nas odprowadził na autobus. Nie wiem jak minęło 45 minut, pamiętam tylko skórzane siedzenia rozkładające się całkiem, jak łóżko i kogoś trzęsącego mnie za ramię, że wysiadać, że to już. W Molinie, chyba przez sen uszyłyśmy kawałek w stronę miasta (autobus zatrzymał się oczywiście przy szosie). Miałyśmy numer taksówki, ale bałyśmy się dzwonić i tłumaczyć o co chodzi po angielsku. Zanim doszłyśmy do oświetlonej stróżówki, gdzie jak miałyśmy nadzieję łatwiej nam się przyjdzie dogadać na migi, minęła nas pusta taksówka. Machnęłyśmy. Za chwilkę (i za 8000 pesos) dojechałyśmy do Rancho Itauhe. W pokoju obok chrapał Włoch…

Zostały nam jeszcze 4 dni. Jeden przesiedziałam z Jagodą susząc pranie i próbując naprawić telefon, przez dwa kolejne włóczyłam się nad ocean. Ostatni spędziłyśmy z Victorem w Vina del Mar i w Valparaiso. Pewnie jeszcze to kiedyś opiszę.

Share

Termas de Chillan -Antuco cz8

To był ostatni biwak na otwartej przestrzeni, tak, wysoko, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałyśmy. Skończył się gaz, kuchenka na chrust zapiekła więc ugotowałyśmy wodę na ognisku. Już nie pierwszy raz więc z lekkim strachem, że cienkie blaszane kubeczki tego nie zniosą. Niepotrzebnym, nic się nie stało. Nocowałyśmy na gliniastej wyspie wśród śniegów. Nocą był mróz więc nawet pójście po wodę przypominało jazdę na łyżwach-  stromo w dół. Pył, mrówki, niepewność gdzie iść- zwykły andyjski poranek. Ruszyłyśmy późno, ale śnieg zmiękł dopiero po kilku godzinach. Z tego powodu i z niechęci do podchodzenia poszłyśmy dołem, trawersem równolegle do grani, przez skomplikowany, pocięty strumieniami teren z dalekim widokiem w dół. Za rozlewiskiem wypełniającym wysoki balkon wypatrzyłyśmy na horyzoncie linię energetyczną i dążąc do niej- jak sądziłyśmy do cywilizacji dotarłyśmy do zamarzniętego jeziorka- ukrytego w ładnym polodowcowym cyrku. To było na naszym wydruku z netu.  Wróciłyśmy kawałek i wynurzonym już spod śniegu żebrem wdrapałyśmy się na grań. Linia przechodziła na drugą stronę, my zostałyśmy w plątaninie skał, nawisów i przecinających je szczelin wywieszonych ponad tym pięknym stawem. Niewykluczone, że można było pość inaczej, ale tak podpowiadał ślad (gpx, który sobie wydrukowałam)-  już kiedyś tędy ktoś szedł. Z grani były piękne widoki na obie strony więc fakt, że wymagała skupienia, że trochę ręcznej roboty i ekspozycja jakoś nam umknął. Najwyższe szczyty przetrawersowałyśmy- to ponad godzina w eksponowanym śniegu,  na szczęście już odpowiednio miękkim. Potem wąwóz, który musiałyśmy obejść, groźne obrywy. Grań rozszerzyła się na moment, po to żeby opaść do przełączki wąskim, ale nietrudnym grzbietem obklejonym solidnym nawisem. Za przełączką trochę się pogubiłyśmy. Kupy śniegu, który do tego czasu bardzo zmiękł skapywały tam ze wszystkich zboczy, spływały ze skał. Być może gdyby się bardzo zaprzeć dałoby się w tym zejść do ślicznego stawku, z którego prawdopodobnie było zejście nad Laguna del Laja, ale jak widziałyśmy z góry -przez las, a to zwykle nie okazuje się łatwe.

Zostałyśmy wysoko, tuż pod granią. Ostrożnie pokonałyśmy kilkaset metrów trawersu, a kiedy zrobiło się niebezpiecznie- zbyt miękko, zbyt stromo wdrapałyśmy się na grań i zeszłyśmy po drugiej stronie. Brzmi prosto jak się opowiada, rzeczywistość wyglądała dość mozolnie.  Wchodziłam i schodziłam, sprawdzałam różne warianty. Przekonywałam Jagodę, że to tu. Wyglądałam kawałek i jak się nie dało kontynuować wracałam. Zwykle nie widziałam całego zbocza więc było to obarczone ryzykiem porażki. Pod wieczór wypatrzyłam ślady- były bez wątpienia ludzkie. To zdecydowało, że zamiast wracać na grań (do śladu Jana) i biwakować nad zamarzniętym stawem, pogrążyłyśmy się w lesie, wprawdzie już widocznym na prawdziwej mapie (dotarłyśmy do skraju – Antuco 1:30000), ale zawalonym zaspami i zagmatwanym. Andyjskie lasy bywają straszne, ten nie okazał się wyjątkiem. Ślady doprowadziły nas do rzeki i znikły. Próbowałyśmy po jednej i po drugiej stronie. Wspinałyśmy się po pionowym błocie, po śniegu, po gałęziach. Zeszłyśmy kawałek rzeką- nic, że buty mokre, byłyśmy zdeterminowane. To też nam się w końcu urwało- w serii wodospadów. Stromo, gęsto tak, że nie ma jak siąść, wokół śnieg, a daleko, na wprost Sierra Velluda i nadciągający nad nią nieuchronnie zmrok. Przed mocno niekomfortową nocą uratował nas chyba przypadek. Uparłam się żeby jeszcze raz przejść przez rzekę – pomiędzy wodospadami. Wokół nieprawdopodobny gąszcz, kupy śniegu. Martwe drzewa. Bardzo stromo. Kiedy dobrze stanęłam na nogach metr przede mną pokazała się wygodna ścieżka- po prostu cud. Znikąd jej nie było widać. Zamieszała nam już tylko raz gubiąc się w rozlewiskach rzek. Topiąc w nurcie i rozmywając w wiosennym błocku. Potem jak gdyby nic znów zamieniła się niemalże w drogę doprowadzając nas przed nocą na kemping. Pusty oczywiście, jeszcze nieczynny, ale bogaty w drewno na opał i w wodę (było tam nawet źródło). Leżała tam też butla z gazem, pewnie sprzed zimy, bo zardzewiała- w sam raz dla nas.

Share