jadę w Andy

Aktualną pozycję w wędrówce po Andach można śledzić tutaj

Lecę za chwilkę, 8-mego listopada.  Bilety do Santiago upolowała na jakiejś promocji Jagoda, ja się dołączyłam. Jak na tak ogromną odległość były tanie (poniżej 2000 w obie strony). Powód tej niskiej ceny jest oczywiście pewnym problemem. W Chile jest wiosna. Niby taka jak w Alpach w początkach maja, ale z tego co widzimy na kamerach internetowych śnieżna i wietrzna. Długo myślałyśmy gdzie pojechać. Odrzuciłyśmy drogą i turystyczną południową Patagonię- prognoza pogody dla Punta Arenas pokazywała 30 deszczowych dni. Kiedy na nią patrzę dzisiaj widzę, że pojawiły się przebłyski słońca, tak czy siak zniechęciła nas turystyczna organizacja i biznes- w parkach narodowych na południu wszystko co lubię jest zabronione, ceny z kosmosu, do tego tłok. Podobnie nie znalazłyśmy sposobu na Atacamę- z braku wody trzeba by pożyczyć samochód, bo piesze odległości zbyt duże- to jeden z pomysłów, które odkładam na starość. Kiedyś to zrobię.

Szukając innych rozwiązań trafiłam na GPT- Greater Patagonian Trail– ścieżkę (wirtualną, bo w naturze nic nie ma) poprowadzoną z Santiago na koniec Ziemi Ognistej. To świeży projekt, zapoczątkowany przez Niemca Jana Dudeck’a. Jak dotąd nikt go w całości nie przeszedł, nie na raz- szlak jest zbyt długi na letni sezon. Nasz próba pokonania jakiegokolwiek odcinka wiosną spotkała się z dezaprobatą Jana, nawet oporem, pomimo tego udostępnił mi mnóstwo informacji. Bazując na nich, na mapach google earth (widać tam nawet brody i mostki), na tej mapie (znalazłam ją, bo jest bazą dobrej prognozy pogody) i na przeczuciach, moich górskich doświadczeniach z europejskiej wiosny zdecydowałyśmy się na fragment pomiędzy Talca, Chillan i Los Angeles- północny kraniec Patagonii.

To góry sięgające 3500 tys metrów, więc niższe niż te na północy, ale nie tak niskie jak samo południe. Klimat na dole łagodny, śródziemnomorski, w górach wiatrznie i zmiennie. Udało nam się zdobyć 4 mapy tego obszaru. Są pomiędzy nimi luki- uzupełnione wydrukami z netu. Nie wiem jak wiele zdziałamy. W zeszłym tygodniu strony meteorologiczne co noc  zapowiadały po 40-60 cm świeżego śniegu i boję się o lawiny. Górskie drogi są jeszcze nieodśnieżone. Rzeki straszą, wiem, będzie z tym kłopot, ale być może uda się coś pokonać rano (bo noce mroźne), wyżej liczę na śnieżne mosty- i co zawsze powtarzam na moją zdolność do zawracania, która przez lata pozwalała mi uniknąć kłopotów.

Wracamy na początku grudnia. Kilka dni zejdzie nam na dojazdy, coś pewnie byśmy chciały zobaczyć, na góry zostaną tylko 3 tygodnie. Chcemy zacząć w parku narodowym Radal Siete Tazas, a skończyć nad Laguna Del Laja o ile uda nam się dojść tak daleko.  Po drodze musimy zejść (bo nie dźwigniemy aż tyle jedzenia). Z gór do sklepów jest po 60-100 km więc stracimy na to sporo czasu. Przez chwilę miałyśmy nadzieję, że szybciej byłoby do Argentyny, niestety Paso Pehuenche (gdzie jest posterunek graniczny) nadal nieodśnieżona, a przez zieloną granicę nie wolno.

Piękne miejsca, przez które mamy zamiar przejść to: park narodowy Radal Siete Tazas, rezerwat Altos de Lircay, Laguna del Maule, park narodowy Laguna del Laja, miniemy liczne wulkany- Descabetazo Grande, Nevados de Chillan, Antuco i gorące źródła (na pewno je wykorzystamy). W górach żyje troszkę drapieżników puma, ocelot chilijski, dwa gatunki lisów (czyli zorro) i żmij, ale są spotykane rzadko i raczej ich nie zobaczymy (a one mam nadzieję nie zainteresują się nami).

Jak widzicie jesteśmy skromne, zamiast zwiedzania przygotowanych do tego parków narodowych rozsianych po całym kraju- czyli wyjadania rodzynek z ciasta jedziemy poznać zwyczajne Chile- jeden tylko kawałek, ale jak mamy nadzieję, dobrze. Powoli, spokojnie i pieszo.

PS: Dziękujemy Łukaszowi Superganowi– za pożyczenie SPOTa , Mateuszowi Waligórze za pożyczenie GPSa (i Edwardowi Krzyżakowi, za jego stary model, który schowałam i nie zdążyłam znaleźć na czas…), Fiordowi Nansenowi za pożyczenie namiotu, Geraldowi Klamerowi za wypatrzenie mostu linowego na Rio Nubles i za to, że nie uznał nas za wariatki, Janowi Dudeckowi, który wprawdzie uznał, ale wytyczył bardzo ciekawy szlak… i jeszcze wszystkim, którzy trzymają za nas kciuki. To się na pewno przyda :)

P.S. 2

Islandia, wschodnie Fiordy Víknaslódir cz4

Schron stał tuż nad oceanem i fale wracające po kamienistej plaży zagłuszały deszcz. Spałam na wąskiej pryczy pełnej wełnianych koców, grubych i szorstkich, takich jakie robiło się przed 50-ciu laty. Po zerdzewiałej rurze piecyka spływały krople, a przez okno wlewała się mętna biel. Grzebałam się długo, nie chcąc wychodzić w deszcz. Temperatura musiała być bliska zera, tylko kilkaset metrów nade mną góry były już jednolicie białe. Czekając obejrzałam rzeczy znalezione w schronie. Był tam plakat zespołu z lat 80-tych, były nożyce do strzyżenia owiec, narzędzia, świeczki, resztki jedzenia. Była też miseczka- na oko wielkości niecałej szklanki wypełniona zardzewiałymi gwoździami. Zalana wodą- leżała pod piecem. Czując się podle (nigdy nie zabieram niczego ze schronów) przełożyłam gwoździe do plastikowego pudełka, w którym jadam płatki. Mój garnek do niczego się nie nadawał, a zostało mi jeszcze kilka dni. Miseczka musiała być bardzo stara- miękkie, skorodowane aluminium. Powierzchnia tak szorstka, że nie do doszorowania, dno cieniutkie, prawie dziurawe. Pewnie nie była już wiele warta, nikomu niepotrzebna, w schodnie było kilka dobrych garnków, niemniej nadal mam wyrzuty sumienia. Może kiedyś wrócę i odniosę…

Szlak do Bakkagerdi wspina się na zbocze zaraz za schronem. Jest stromy i jak to bywa w Skandynawii bagnisty, cmokający błotem, bardzo śliski. Grań zaśnieżona, obok piękny urwisty szczyt, a po drugiej stronie…Bajka! Sławne strzeliste szczyty Dyrfjoll- zupełnie białe. Miałam szczęście. Pogoda zaczęła się poprawiać. Przez kilka godzin niebo było całkiem czyste i schodząc an wprost błękitnego fiordu podziwiałam ośnieżone góry po drugiej stronie zatoki. Szybko, szybciej niż przypuszczałam zeszłam do szosy 94 i zamiast w lewo skręciłam w prawo. Była tam jakaś atrakcja turystyczna z daleka, z góry widziałam zielony półwysep i porcik- jak się okazało kiedy podeszłam kolonię ptaków- mewy, puffiny, parking i tłok.

Nic złego, wiedziałam, że ludzie przejeżdżają setki kilometrów dla takich miejsc, puffiny pozowały jak zawodowi modele, toaleta miała ciepłą wodę, niby wszystko było zupełnie ok, ale mi było żal dzikości.

Odjechałam stamtąd autostopem. Znów zaczął padać deszcz, góry zakryły chmury, a ja oddałam swoją mapę (wydruk przygotowany przed wyjazdem) troszkę szalonej Amerykance, która mnie kawałek podwiozła. W zasadzie mogłam jeszcze iść przez dzień- dwa, tylko miałam już mało jedzenia, tylko ten śnieg leżący na bezdennym błocie i góry naprawdę wysokie. Poza tym byłam ciekawa południa Islandii, a zostały mi niecałe 4 dni. Chwilkę po tym jak zabrał mnie kolejny samochód ściana deszczu zasłoniła urwiste szczyty i widziałam już tylko śnieg i błoto, wezbrane rzeki, kłęby mgły. Pod chmurami, gdzie zjechaliśmy za granią padał regularny deszcz. Jechaliśmy przez trawiaste równiny, rozlewiska ogromnych rzek, nawet laski. Wysiadłam w Egilstadir pod znajomym sklepem i godzinę później jechałam już z parą Amerykanów wzdłuż Wschodnich Fiordów- jedną z najpiękniejszych szos jakie kiedykolwiek widziałam.

Nie byłam pewna czy poznałam Víknaslódir. Byłam, przeszłam, ale niewiele zobaczyłam…