Trollaskaga cz2

Nie zniechęciło mnie pochmurne niebo. Poprzedniego dnia rozwiewało się nie raz więc uwierzyłam, że się poprawi. W górę, wzdłuż potoku wspinała się jakaś ścieżka. Owcza jak później odkryłam. Zwierzaki wdrapywały się na pięterko doliny, ostatnie zielone miejsce i tam rozłaziły lub zawracały. Wyszłam w kamienie, goły grunt. Chmur przybywało, opadały, były coraz bliżej mnie. Zanim straciłam widoczność obejrzałam czoło spękanego lodowca i odkryłam, że poszłam źle. Za bardzo na północ. Próbowałam to nadrobić na różne sposoby i dopiero po dłuższym czasie zrozumiałam jak biegnie szlak. Wspinał się zboczem, które już minęłam. Ośnieżonym zakończonym nawisem. Tamtędy nie wejdę… Poczekałam na rozjaśnienie, w wieńcu skał, który spinał całe zbocze znalazłam szczerbę, coś jakby żlebik. Podeszłam. Krucho i stromo. Do tego glina namokła od roztopów. Znów nakryła mnie mokra mgła. Było zbyt niebezpiecznie. Zawróciłam, zeszłam z 50 metrów, przeszłam fragment trawersem. Chmury znów się na moment przerwały. Z tej strony żlebik wyglądał lepiej. Wróciłam. Wdrapałam się tam. Szczelina wyprowadzała na gliniaste zbocze wypłaszczające się kilkaset metrów dalej. Nie wiedziałam jak daleko się ciągnie, zbyt gęsta mgła, ale przez moment zobaczyłam grań. To był jeden z wariantów szlaku. Wystraszył mnie. Pasy śniegu. Grzbiet, początkowo szeroki, dalej zębaty, jak ogon smoka. Wydawało mi się, że widzę nawisy. Nie byłam pewna, przejaśnienie było zbyt krótkie. Więc w drugą stronę…tylko gdzie? Grzbiet szeroki, ośnieżony nad nim uskok potem drugi grzbiet. Dalej do góry w chmury, które już się nie rozwiewały. Też nie. Włączyłam telefon, tak dla bezpieczeństwa. Przyszedł sms od Wieśka.- Dojechałaś już?- schodzę nieznanym lodowcem. Trzymaj kciuki żeby nie miał szczelin- odpisałam i zeszłam. Większość oczywiście widziałam. Śnieg nie był nigdzie bardzo stromy. Asysta Wieśka, doświadczonego wędrowca, miłośnika Islandii spadła mi jak z nieba. Wprawdzie sieć pojawiała się często, prawie na każdej górce, ale internet (a z nim prognozy pogody już nie). Sygnał był na to zbyt słaby. Poza tym, podwożący mnie facet miał rację. To niebezpieczne, bezludne miejsca. Dobrze, że ktoś wiedział gdzie jestem.

Halsjokull opadł do Halsdalur. Daleko na stoku rysowała się jakby ścieżka, widziałam też coś na mapie. Szłam początkowo dnem dolinki, po skałach, potem trawersem po zboczu- głupio. Było zbyt stromo, zbyt dużo wyrytych przez strumienie rynien. W jednej obsunęłam się i stłukłam kolano. Owce sobie w tym terenie radziły, widziałam je nad sobą i pod sobą, ale nie wydeptały tu ścieżek. Wyjątek stanowił fragment, który widziałam z lodowca. Niepołączona z innymi dróżkami owcza łączka. Dobrze zrobiłam trzymając się prawego stoku. Na lewo rzeka wyrwała kawał ściany. Trudno byłoby tamtędy przejść. Widziałam to z góry z wygodnego zielonego balkonu. Przenocowałam tam. Był płaski fragment i rzeczka, były wspaniałe widoki. Kamieniste zbocze zmęczyło mnie. Poszłabym spać od razu, ale trudno mi się było oderwać od widoku. Słońce zaszło wyjątkowo jaskrawo. Niebo nie bladło chyba przez całą noc. Poranek był pochmurny. Starałam się iść ścieżką chociaż skręcała mocno na wschód. Byłam ciekawa jak wygląda z bliska moja grań. Nie zobaczyłam jej całej, znów fragmenty. Wydawały się nieprzystępne i strome. Miałam do pokonania ponad 1000 metrów w dół. Zajęło mi to czas do popołudnia. W międzyczasie zgubiłam ścieżkę, znalazłam inną, potem znów inną. Wyszłam na szosę przy farmie Krossar. Świeciło słońce. Latały morskie ptaki. Ruszyłam w stronę Dalviku i po kilku kilometrach zabrała mnie para, którą pamiętałam z samolotu. Mieszkali na wyspie Hrisey, jechali na basen.

Dalvik pachniał rybami. Sklep był duży, z toaletą, stolikami, bezpłatną kawą. Zjadłam tam i naładowałam baterie. Schowałam mapę Trollaskaga No3 i wyjęłam dwójkę. Na trójce zostało sporo niezbadanych ścieżek, ale wszystkie bez wyjątku były trudne. Wymagały idealnej pogody. Odłożyłam je na nieokreślone później.

Share

Trollaskaga cz1

Mężczyzna, który podrzucił mnie kawałek za Akureyri uznał, że mi odbiło. Padał deszcz. Zimno. Góry we mgle, ociekające, niewidoczne. -Rzeczywiście na mapie są szlaki? Jesteś pewna? Czy ktokolwiek w ogóle wie gdzie ty idziesz? -Po co? Sama nie wiem gdzie idę. Mam mapę, namiot i zapas jedzenia. Tu nie ma niebezpiecznych zwierząt- Nikogo tu nie ma!- przerwał mi. – Masz telefon? Wyślij do kogoś wiadomość gdzie jesteś i gdzie masz zamiar być za kilka dni. Podziękowałam. Obiecałam, że to zrobię.

Tymczasem przeszłam przez most i ruszyłam wstecz polną drogą. Szlak skręcał dopiero za kilka kilometrów. Droga łączyła farmy i letnie domki. Śledziłam zbocza, powinny tu być jakieś szlaki, na mapie było ich nawet kilka. Detale pasowały, skręt rzeki, wodospad. Most, ale ani drogowskazu ani znaku. Było zbyt mokro żeby studiować mapę. Uważałam tylko żeby trafić w „mój skręt”. Za mostem, pomiędzy dwoma domkami wzdłuż rzeki. Nie było ścieżki. Do nocy podeszłam tylko kawałek. Tyle, żeby mnie nie było widać z drogi. Z zalanej górki obserwowałam fragmenty gór dzielących mnie od Akureyri- białe. Dopiero rano doczytałam, że większość szlaków (na mapie wykropkowanych) jest niewidoczna w terenie i nieznakowana. Ten który wybrałam- najłatwiejszy, zaznaczony przerywaną linią powinien być bądź znakowany bądź oczywisty. Biegł doliną na niewysoką przełęcz i schodził. Nie było na nim ani jednego szlakowego znaku. Na kawałkach widziałam owcze ścieżki. Rozchodziły się w różne strony lub znikały w trawkach. Nauczyłam się je ignorować.

Pomimo złej prognozy pogody (przed wyjazdem pokazywała 14 deszczowych dni) ranek był słoneczny. Chmur coraz mniej, piękne widoki. Dolina wspina się na 500 metrów. Przełęcz jest tak szeroka, że niewidoczna, po prostu rzeka spływa w drugą stronę. Szłam powoli, zawsze tak jest pierwszego dnia. Obserwowałam góry. Porównywałam z mapą. Tu też odchodziło kilka szlaków. Spodziewałam się, że je jakoś zobaczę. Nie było nic. Ani śladu ścieżki, ani kopczyka, ryski na piargach. Nic. Stromo, wysoko dużo śniegu. Nawet nie wyobrażałam sobie jak tam iść. Po południu zobaczyłam po drugiej stronie rzeki chatkę. Wiedziałam o niej. Na mapach Trollaskaga jest zaznaczonych kilka schronów. Ponieważ nie wiedziałam czego się po nich spodziewać, zaraz po przyjeździe odwiedziłam biuro klubu górskiego w Akureyri. Kobieta, która tam pracowała nie umiała mi odpowiedzieć, ale zadzwoniła do kogoś jak się okazało właściciela tej pierwszej chatki. Pozwolił mi przenocować. Gdyby nie to, prawdopodobnie bym ten domek minęła. Żeby do niego dojść trzeba zejść z półtora kilometra, przejść kładkę nad rzeką, wrócić. Byłam bardzo ciekawa co zastanę. Schronik był bardzo podobny do Bard (gdzie spalam 2 lata temu idąc do Askji), czysty spory, nawet z łazienką (wodę nosiło się wiadrem). Miał zamek szyfrowy, ale nie był zamknięty. Nie wiem czy to przypadek czy standard. Byłam wdzięczna. Nie wiedziałam kto jest użytkownikiem, było tam dużo sypialnych miejsc. Sporo talerzy, kubków dużo kawy i zapas kartuszy. Świetnie się tam wyspałam. Wysuszyłam, poczytałam książki z opisami tras. Znów przestudiowałam swoje mapy. Od chatki biegł szlak w górę rzeki. Pod lodowcem rozdzielał się. Obie odnogi prowadziły do Dalviku. To nie mogło być bardzo daleko. Widziałam już fiord i wyspę Hirsley. Najprościej byłoby oczywiście zejść, ale kusiły mnie wyższe góry. Pomyślałam, że zdecyduje pogoda. Jeśli będzie dobra widoczność idę w górę.

 

Share