Nowy numer Kontynentów- spotkanie

23 marca o 18-tej Kontynenty zapraszają do  Muzeum Azji i Pacyfiku na uroczystą premierę nowego numeru.  Już go widziałam. Jest ciekawy. Kolorowy, egzotyczny i co dla mnie zawsze bardzo ważne poruszający. To nie (turystyczno-reklamowe) ślizganie się po powierzchni i podpowiedzi gdzie spędzić wakacje (czy jakikolwiek wolny czas). To opowieść o innych kulturach, innych ludziach, innych spojrzeniach. Bardzo w duchu dawnych Kontynentów, które kiedyś przechowywałam jak skarby w specjalnym sztywnym kartonie, dla których biegałam wielokrotnie do kiosku sprawdzając czy już przyszła prenumerata. Byłam mała, a świat był dla mnie całkiem nowy. Teraz kiedy sama już dużo widziałam to uczucie zaskoczenia, otwierania oczu, sprawdzania gdzie jest mój punkt widzenia, przesuwania horyzontu jest rzadkie, dlatego tak się z niego cieszę.

Na spotkaniu można będzie kupić Kontynenty taniej i znacznie taniej zamówić prenumeratę. Ja nie wpadnę, nie wyrobię się, ale jeśli ktoś z Was jest blisko zapraszam. W nowym numerze jest też mój- bardzo skromny tekst o podróży autostopem wokół Islandii.

I koniecznie napiszcie mi co sądzicie, o spotkaniu, o Kontynentach o moich tekstach i zdjęciach, o pisaniu, o fotografowaniu… o czym zechcecie. Zapraszam!

Share

pocztówki z Lofotów

Po Lofotach snują się tłumy fotografów. Niemal każdy przechodzień ma fotograficzną torbę lub plecak, a na ramieniu solidny statyw-w porównaniu z nimi mój malutki (ale niestety ważący aż 700 g) wpędzał mnie w nieustanne kompleksy. Nie tylko to, że żeby widzieć muszę się niemal kłaść na śniegu, ale też cała procedura- odkładanie kijków, ściąganie plecaka, wysupływanie baterii z kieszeni, aparatu z torby (zmiana obiektywu jeśli trzeba), wszystko to na oczach innych grzejących się wygodnie w samochodach, wyposażonych w chusteczki do czyszczenia obiektywów, czyste rękawiczki, zestawy filtrów … w czas. Z tego powodu nie przywiozłam typowych ujęć. Odpuściłam po pierwszej próbie na moście w Reine, gdzie zdenerwowana gapieniem się innych fotografów, nudzącym się Jose, wiatrem i lodem upuściłam niechcący szerokokątny obiektyw. Stłukł się przy tym ochronny filtr, a gwint wygiął tak, że niczego już się na to nie nakręci. To był sam początek trasy. Wypadek wytrącił mnie z równowagi, nie mogłam robić moich przezroczystych zdjęć, machać folią, rozmywać się. Teleobiektyw jest do tego raczej kiepski- trudno się precyzyjnie ustawić w kadrze biegając po lodzie czy śniegu. Przez klika kolejnych dni fotografowałam po prostu to, co widziałam. Nie miałam planu, ani pomysłu na zdjęcia. Wydawało mi się, że cokolwiek zrobię zginie w tłumie, w zalewie powstających codziennie pocztówek, dla których ludzie wydają tysiące euro, wyczekują godzinami na mrozie, wdrapują się na zalodzone góry lub okupują schrony na plażach. Mając czas, samochody, nocując w komforcie i cieple, byli ode mnie pod każdym względem lepsi. Znali najpiękniejsze miejsca, najlepsze godziny, nie musieli oszczędzać baterii.

Z czasem przestałam się tym przejmować. Zdjęcia, które przywiozłam są zwykłe. Takie, jakie się robi w podroży. Relacja z tego co się samo trafiło, co było obok, stało mi na drodze, co dzień po dniu, minuta po minucie tworzyło tę zimową opowieść. Po doświadczeniu z Reine wyszukiwaliśmy jak najbardziej bezludne miejsca.  Tak skutecznie, że całymi dniami nie spotykaliśmy nawet śladu ludzi. Możliwe, że dużo przegapiliśmy, że ominęło nas coś bardzo pięknego. Najprawdopodobniej zawsze tak jest. Podróż, życie- wyzbierają tylko jedną drogę. Nie wiadomo czy na pewno lepszą. Nie dowiemy się, nie warto nawet się zastanawiać, a jedyne co na pewno ma sens to wykorzystanie każdej minuty, każdego miejsca, błysku słońca, przyjaznego gestu, każdego ciepła. To co mamy, co dostaliśmy, co się trafiło jest unikalne i przez to niepowtarzalnie piękne. Dużo o tym teraz myślałam idąc.

Share