Radość do podziału

Zdarzyła mi się w tym tygodniu poruszająca historia. Boję się, że nie zrozumielibyście bez wstępu, więc trochę się w nim rozpisałam. Jak zwykle przed wakacjami dostajemy mnóstwo maili z prośbą o pomoc, czasem nawet po kilka dziennie i jak łatwo sobie wyobrazić nie jesteśmy w stanie wszystkiemu sprostać. Czasem zwyczajnie nie chcemy, bo elaboraty (zatytułowane najczęściej- „propozycja współpracy”) są napisane tak roszczeniowo, że mnie- osobę podróżującą niemal za darmo, niebogatą do tego wroga reklamy z miejsca odrzuca. Staram się to sobie jakoś tłumaczyć, podejrzewam, że to młodzi ludzie, że ten ton może wynikać z niezrozumienia świata, czy zafascynowania wielkimi markami.

W tym wszystkim, w tym całym mętnym bigosie trafiają się czasem prawdziwe perełki. I o tym ten tekst. Napisał do mnie Przemek Zaręba. Tracący wzrok rowerzysta i piechur. Rozmawiałam z nim jestem poruszona. Jego marzeniem jest zwiedzić Polskę, teraz, kiedy jeszcze ją widzi. Plan na ten rok to wszystkie polskie parki narodowe i jeśli się uda Główny Szlak Beskidzki.

Z tego powodu bardzo Was proszę zerknijcie tutaj:  pomagam.pl. Poza pieniędzmi, potrzebny jest sprzęt- namiot, śpiwór- może ktoś ma coś niepotrzebnego?  Z ubrań to, czego nie mamy w Kwarku. Bardzo możliwe, że możecie też pomóc inaczej.  W działalności Przemka jest dużo dobrej energii. Przypomina, że trzeba cieszyć się każdym dniem, że nasz czas jest ograniczony i żadnej chwili nie można marnować. Jest o radości- jednej z niewielu rzeczy, które się mnożą jeśli się je dzieli.

lekcja kaligrafii

Poza pięknymi kolorowymi dniami- choćby takimi jakie pokazałam w poprzednim wpisie w Laponii bywały też dni, blade i mętne. Prawie nic nie było widać. Czasem padał śnieg, często nic się nie działo, tylko rozproszone przez chmury światło nie rzucało choćby najbledszych cieni i białe szczegóły na białym tle ginęły. W zeszłym roku najpierw mnie to strasznie drażniło, później nauczyło dostrzegać niuanse. Z uzbieranych wtedy zdjęć powstał cykl Simple World, za który dostałam kilka wyróżnień i nagród. Oczywiście rzeczywistość nie zawsze była interesująca trafiały się długie godziny niepewności, dezorientacji, zawieszenia w czymś nierealnym, niepoznawalnym nawet. Męczące. Wpadałam w zaspy, spadałam z niewidocznych uskoków. Pomimo tego liczyłam, że w tym roku uda się kontynuować tamten cykl, i że znów zobaczę piękno prostego świata. Tak się nie stało. Nie wiem dlaczego. Byliśmy w innych miejscach, widzieliśmy inne krajobrazy. Tak jak poprzednio przeszłam przez wszystkie stadia rozczarowania (robienie planów zwykle skutkuje niezadowoleniem), a potem siedząc gdzieś i czekając na Jose uparłam się, że wynajdę piękno w tym co mnie teraz otacza. Nazwa- Lekcja kaligrafii przeszła sama. Spodobała mi nawet się nie dlatego, że moje zdjęcia przypominały rysunki. Kaligrafia wymaga skupienia i czasu, podlega regułom, dąży do ideału. Tu, w tym bezwzględnym świecie ideałem było zwykłe trwanie- samo w sobie wystarczająco piękne.

Teraz to wszystko znów stało się bardzo malutkie, nieważne, ale w tamte pozbawione widoków dni było wciągającym zajęciem- skromnym i (wiedziałam to) bezsensownym, ale dającym wrażenie odkrywania czegoś bardzo podstawowego, jakiejś nieznanej mi równowagi. Szło powoli, niewiele zdziałałam, więc kiedy wracało słońce bywałam rozczarowana. Świat robił się zbyt złożony, zbyt gęsty i znów trudno mi go było zrozumieć.

PS: Mętne dni trafiały się nam regularnie. Początkowe zdjęcia pochodzą z Finlandii, głownie z odcinka Utsjoki-Levajok. Kilka brzózek sfotografowałam też idąc przez Ifjordfjellet. Stara linia telefoniczna i chatka to dzień drogi przed Nordkinn, zadymka trafiała się wielokrotnie zostawiłam tylko jedno zdjęcie. Bobki zawsze mi się podobały. Są znakiem własności- „tu byłem” wypisanym na śniegu przez renifera.