Zimowy trawers Lofotów- Langoya

Nad Sortland jest schron. Pokazywała go nasza mapa, wspominali ludzie w informacji turystycznej, i nawet pani na kempingu. Na mapie jest do niego bardzo blisko, pomyśleliśmy, że wejdziemy, pomimo śnieżycy. I poczekamy a nuż się poprawi. Byliśmy bardzo wyluzowani. Kupiliśmy dużo dobrego jedzenia, wypraliśmy ubrania, wykąpaliśmy się, wyszliśmy późno, wprost z kempingu. Pod górą powinny się pojawić znaki i rzeczywiście coś znaleźliśmy, tylko nazwy z drogowskazów miały się nijak do nazw z naszej mapy. Długo nie wiedzieliśmy czy gdziekolwiek trafimy. Co jakiś czas widzieliśmy stary narciarski ślad. Śledziliśmy go z wielkim zapamiętaniem i wpadaliśmy w popłoch jak się zagubił. Najbardziej ja. Padał śnieg i były chwile, że znikała jakakolwiek widoczność. Doszliśmy tak do schroniska DNT zamkniętego na specjalny klucz. Przeczekaliśmy chwilę pod daszkiem i  wdrapaliśmy prosto w górę do majaczących gdzieś daleko (chyba) kołków. Były szlakowe. Schron stał na samej górze, widoczny z daleka. Z drugiej strony wiodła do niego wydeptana ścieżka- widać nie wybraliśmy najprostszej drogi, tak czy siak byliśmy z niej bardzo zadowoleni. Za plecami otworzył się wspaniały widok na rozwiewającą się pod fiordami mgłę. Piękną.  Chatkowa książka była pełna wpisów. Wnętrze zaśmiecone śniegiem-nikt go najwyraźniej nie usuwał. Wymietliśmy co się udało, pozbieraliśmy śmieci. Zdjęłam buty żeby zobaczyć jak też się sprawdzają foliowe worki mające ochronić buty przed zalodzeniem. Skarpetki (Walonki) były z wierzchu zupełnie mokre.

W domku stała koza, ale nie znaleźliśmy ani odrobiny drewna. Tylko mnóstwo ozdobnych świec. Zdążyliśmy z nich zrobić suszarkę do skarpet, kiedy przyszło dwóch panów- opiekunów schronu. Troszkę się wystraszyliśmy czy nas nie wyproszą, ten schron był ewidentnie dzienny, stoły, wazoniki, ławki, ale ani kuchni ani łóżek. Niepotrzebnie. Dostaliśmy drewno, gorącą wodę i jeszcze po czapce z logo sponsora- wielkiego norweskiego banku. Wieczorem, tak jak kiedyś w Gomma, przywitaliśmy cały tabun gości. Nie było zorzy, ale widoki i tak bardzo piękne. Rano czyste niebo, iskrzący śnieg i odkrycie co przedstawia norweska flaga- to słońce wpadające poziomo przez okno! Powrót wiosny.

Przez cały dzień wędrowaliśmy granią, tak wysoko jak tylko się dało. Szlak schodził kilkukrotnie i gubił się w zaspach, w brzozowych laskach, na skarpach. Było pięknie, ale mozolnie, miękko i głęboko.  Czasem lodowato i stromo.  Bez śladów.  Pod wieczór zeszliśmy z wysokiej przełączki nad zamarznięte jezioro gdzie z daleka widzieliśmy rzeczkę. Była tam zadziwiająca strzałka- „pitna woda” i koniec nieużytej jeszcze nartostrady. Dobre biwakowe miejsce. Zejście zajęło nam ze dwie godziny. Chwila na plaży w oczekiwaniu na autobus i już poczekalnia promowa w Stockmasters i pośpiech. Jak zwykle w podróży. Na promie padliśmy. Może to przejedzenie- kupiliśmy wszystkiego za dużo, może miękkie fotele i ciepło. Zachowaliśmy przytomność tylko na tyle żeby obejrzeć najpiękniejszy fragment promowej trasy- Trollfiorden. Potem druga, nieznana strona Storemolla, i już Svolvaer w ostatnim blasku zachodu. Pięknie.

W Bodo zdrzemnęliśmy się w tej samej poczekalni co pierwszego dnia, tym razem nie sami- było tam też dwóch panów, chyba nie tyle bezdomnych co wycieńczonych jakąś huczna imprezą. Nie zauważyli nas, więc pewnie się  zdziwili widząc co im zostawiliśmy na śniadanie.

PS: jadę do Gruzji zaraz wracam:). Pa

Share

Zimowy trawers Lofotów- Snytindhytta

Ten wieczór pokazał mi do czego służą norweskie schroniska- to komfortowe miejsca na weekendowe pikniki. W kraju gdzie ludzie żyją zwykle oddzielnie, miało to sens. Moja niechęć do DNT nieco po tym wydarzeniu zbladła. Początkowo mieliśmy wrażenie, że troszeczkę tam przeszkadzamy, ale udało nam się zasymilować. To była zżyta, sympatyczna grupa. Starsza od nas, poza jedną bardzo dla nas miłą dziewczyną. Dostaliśmy od niej dużo pysznego jedzenia. Wybawiło nas to z kłopotu, bo szliśmy zbyt wolno i zejście do sklepu wypadłoby nam w weekend-czyli wtedy kiedy wszystko nieczynne. Reszta też podarowała nam potem nadwyżki, dzięki czemu nie musieliśmy się martwić. W ramach rewanżu ugotowałam dla wszystkich warzywną zupę. Z powodu kłopotów z palnikiem zostało nam mnóstwo suszu. Zupa, ku zdziwieniu Jose smakowała. To było leniwe sobotnie popołudnie. Susząc rzeczy odkryłam, że moje buty są mokre w środku. Przy dużym mrozie wilgoć ze stóp skraplała się, zbierała przez kolejne dni, a w namiocie nie było jej jak wysuszyć. To tłumaczyło skostniałe palce. Wśród różnych rad, które dostaliśmy od Norwegów znalazła się i prawda o workach foliowych. W górskich butach, z których nie da się wyciągnąć kapcia, najwyraźniej były przy tych mrozach nie do uniknięcia. Przynajmniej w moich, bo Jose nie narzekał.

Wieczorem zaczęły się gromadzić chmury. Zachód słońca był jaskrawy i dziwny. Przez wiele godzin nad górami przesuwał się słup światła, pomarańczowy, po zmierzchu błękitny z czasem utopiony w zorzy. Pomimo zimna  wychodziłam co i rusz fotografować. Wewnątrz było bardzo ciepło,  nocą musieliśmy otworzyć okno. Nikt tu nie oszczędzał drewna. W saunie zrobił się taki ukrop, że wytrzymałam tam może ze 3 minuty- tyle ile potrzebowałam żeby wziąć prysznic. Norwegowie pokazali nam jak się żyje w schronisku- jak w SPA!

Ta przyjemność nie było oczywiście tania, z braku koron wrzuciliśmy do skrzynki 50 Euro. Żadne z nas nie miało drobnych, a z wyliczeń (nieco na oko) wyszło nam, że chyba powinno być ich 60-siąt. W porównaniu z kempingami to rzeczywiście nie jest straszna cena. Po prostu Norweska.

Rano nadleciał na nas wał szybkich  chmur i cieszyłam się, że nie nocowaliśmy w namiocie. Wyszliśmy późno, trochę przed norweską grupą, wiedząc, że i tak nas dogonią. Narty są szybsze. Widoczność była mizerna, ale z czasem trafialiśmy na dziury w chmurach i zejście, chociaż najprostsze z możliwych bardzo nam się podobało. Pod wpływem rad Grety (najmłodszej) zrezygnowaliśmy z prowadzącej wysokimi górami trasy, na kilku odcinkach niebezpiecznie stromej. Jak się okazało rozsądnie, chociaż byłoby bardziej po drodze.  Zanim zeszliśmy do Djupfiorden kilkukrotnie dorwała nas śnieżyca, na dole rozpadało się na dobre. Prawdziwy atak zimy. Schowaliśmy się na chwilkę w jakiejś budce-  przystanku autobusowym czy może pojemniku na śmieci. Machaliśmy kilkukrotnie, bez skutku, rozważaliśmy już rozbicie namiotu, bo stojąc bardzo marzliśmy, a wyjść w sumie nie było jak, aż zabrała nas dwójka starszych ludzi.  Pojechaliśmy na drugą stronę przesmyku Sortlandsunded do Sortland, gdzie nasi wybawcy znaleźli nam kemping. Nie był to cud, daleko mu do eleganckiej Kongsmarki, ale w śnieżycę też nam się spodobał. Wyszliśmy wieczorem do miasta. Wykupiliśmy ostatnie (już przecenione) ciastka na stacji benzynowej (dla Jose), kiszoną kapustę i pure ziemniaczane dla mnie (nie było wyboru) i spędziliśmy  wieczór w kościele- nie jestem pewna jakiego wyznania. Msza bardzo przypominała naszą, katolicką, ale ksiądz był odwrócony tyłem. Czytania, psalmy, nawet Ewangelię przerobiono na rodzaj teatru- dzieci, w sumie już nastolatki przedstawiły przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (współczułam chłopcu, który zagrał osła), chłopcy odśpiewali fałszywie psalm. Dziewczynki chichotały. Publiczność patrzyła na to życzliwie, modliliśmy się za pokój i imigrantów.

Myśleliśmy, że to w zasadzie koniec wędrówki. Zostały nam już tylko trzy dni. Za mało żeby iść do Risoyhamn (gdzie jak podejrzewał Jose analizując mapę teren wyglądał podobnie jak w Vestpollendalen- labirynt z rzek).  Za daleko żeby zwiedzać Andoyę…  Przy śnieżycy, w ciepłym wnętrzu, wszystko wydawało nam się niemożliwe. Upiornie zimne, bezsensowne… nie damy rady. Rano oczywiście wstał nowy dzień i chociaż za oknem nic się nie zmieniło, ubraliśmy się i wyszliśmy jak zwykle.

Share