pocztówki z Lofotów

Po Lofotach snują się tłumy fotografów. Niemal każdy przechodzień ma fotograficzną torbę lub plecak, a na ramieniu solidny statyw-w porównaniu z nimi mój malutki (ale niestety ważący aż 700 g) wpędzał mnie w nieustanne kompleksy. Nie tylko to, że żeby widzieć muszę się niemal kłaść na śniegu, ale też cała procedura- odkładanie kijków, ściąganie plecaka, wysupływanie baterii z kieszeni, aparatu z torby (zmiana obiektywu jeśli trzeba), wszystko to na oczach innych grzejących się wygodnie w samochodach, wyposażonych w chusteczki do czyszczenia obiektywów, czyste rękawiczki, zestawy filtrów … w czas. Z tego powodu nie przywiozłam typowych ujęć. Odpuściłam po pierwszej próbie na moście w Reine, gdzie zdenerwowana gapieniem się innych fotografów, nudzącym się Jose, wiatrem i lodem upuściłam niechcący szerokokątny obiektyw. Stłukł się przy tym ochronny filtr, a gwint wygiął tak, że niczego już się na to nie nakręci. To był sam początek trasy. Wypadek wytrącił mnie z równowagi, nie mogłam robić moich przezroczystych zdjęć, machać folią, rozmywać się. Teleobiektyw jest do tego raczej kiepski- trudno się precyzyjnie ustawić w kadrze biegając po lodzie czy śniegu. Przez klika kolejnych dni fotografowałam po prostu to, co widziałam. Nie miałam planu, ani pomysłu na zdjęcia. Wydawało mi się, że cokolwiek zrobię zginie w tłumie, w zalewie powstających codziennie pocztówek, dla których ludzie wydają tysiące euro, wyczekują godzinami na mrozie, wdrapują się na zalodzone góry lub okupują schrony na plażach. Mając czas, samochody, nocując w komforcie i cieple, byli ode mnie pod każdym względem lepsi. Znali najpiękniejsze miejsca, najlepsze godziny, nie musieli oszczędzać baterii.

Z czasem przestałam się tym przejmować. Zdjęcia, które przywiozłam są zwykłe. Takie, jakie się robi w podroży. Relacja z tego co się samo trafiło, co było obok, stało mi na drodze, co dzień po dniu, minuta po minucie tworzyło tę zimową opowieść. Po doświadczeniu z Reine wyszukiwaliśmy jak najbardziej bezludne miejsca.  Tak skutecznie, że całymi dniami nie spotykaliśmy nawet śladu ludzi. Możliwe, że dużo przegapiliśmy, że ominęło nas coś bardzo pięknego. Najprawdopodobniej zawsze tak jest. Podróż, życie- wyzbierają tylko jedną drogę. Nie wiadomo czy na pewno lepszą. Nie dowiemy się, nie warto nawet się zastanawiać, a jedyne co na pewno ma sens to wykorzystanie każdej minuty, każdego miejsca, błysku słońca, przyjaznego gestu, każdego ciepła. To co mamy, co dostaliśmy, co się trafiło jest unikalne i przez to niepowtarzalnie piękne. Dużo o tym teraz myślałam idąc.

Share

zimowy trawers Lofotów- w skrócie

Wróciłam wczoraj, to była piękna podróż. Mieliśmy wielkie szczęście do pogody- naprawdę trudno mi się oprzeć myśli, że wyczarowaliście ją specjalnie dla nas. Temperatury były przez cały czas ujemne. Wiatry umiarkowane. Tylko kilka razy spadł śnieg, akurat wtedy, kiedy byliśmy nisko- blisko wsi. Szliśmy z południa, zaczynając od Værøya. Skończyliśmy w Sortland i mając jeszcze kilka dni (o jeden za mało żeby iść do Risoyhamn) zawróciliśmy i ruszyliśmy w stronę Stokmasters. Stamtąd z powrotem do Bodo Hurtigrutenem- to podobno najpiękniejszy odcinek promowej trasy.

Værøya była ciepła, prawie bezśnieżna. Moskenesøya poszła nam łatwo pomimo bezludzia i stromizn. Na Flakstadøya wędrowaliśmy przez kilka dni nadmorskimi szlakami, zaskakująco trudnymi. Raz musieliśmy zawrócić.  Tuż przed Napp utknęliśmy na oblodzonej ścianie- kilkusetmetrowym skalnym urwisku. Vestvågøy nie ma wysokich gór i chodzi tam sporo narciarzy, szło nam się tam przyjemnie czasem trafialiśmy na ślad, był nawet fragment nartostrady. Austvågøy jest piękna, w części nieprzechodnia nawet latem- więc nie chcąc wędrować szosą zadecydowaliśmy się iść równolegle przez Storemolla. Czym dalej na północ tym było zimniej, a lód i skały powoli zastępował śnieg. Na Hinnøya (już w archipelagu Vesterålen )trochę błądziliśmy. To trudny, zagmatwany teren. Lasy, pozamarzane fiordy, kopny śnieg na zmianę z lodowiskiem. Bezludzie. Raki, rakiety, czasem łatwiej było w gołych butach. Noce tak zimne, że pewnie przespaliśmy niejedną zorzę, nie odważając się wystawić nosa z namiotu. Pomimo tego ta wyspa wydawała nam się najpiękniejsza. Może ze względu na dzikość i duże oddalenie od ludzi, może przez wysokie góry przypominające Pireneje czy Dolomity zanurzone do jakiś 2500 metrów i otoczone fiordami. Wracaliśmy główną granią Langøya z widokiem na Vesterålen i nieprzechodnią północ Austvågøy górami przypominającymi Czerwone Wierchy z przepięknym widokiem na wszystkie strony.

Na początku słońce wstawało przed ósmą, a tuż po czwartej była już ciemna noc, pod koniec od wpół do szóstej do wpół do siódmej było wystarczająco jasno żeby iść, ale tak zimno, że odechciało nam się wstawać przed świtem. Prawie wszędzie znajdowaliśmy pitną wodę, czasem trzeba było trochę skruszyć lód. Gdyby nie to mielibyśmy poważny kłopot. Palnik zamierał już przy kilkunastostopniowym mrozie, raz zamarzła nawet zapalniczka. Szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się takiego zimna-zdarzyło się pierwszy raz od 25-ciu lat.

Zdjęcia autorstwa Jose Antonio, moje wraz ze szczegółowym opisem za chwilkę.

Share