Choć od pani z informacji turystycznej wiedziałam, że można bezpiecznie przejść jeziorem na widok stosów połamanej kry nieco się wystraszyłam. To był zaporowy zbiornik, z którego spuszczono wodę. Poziom opadł o dobrych kilka metrów i idąc wzdłuż tyczek znaczących skuterowy szlak łudziłam się, że może spuszczono całą… Dopóki nie wypatrzyłam wędkarza. Lód był goły, wywiany, miejscami poroztapiany, lub topiony i zamrażany wielokrotnie, czasem czarny. Nie czułam się pewnie, choć widoki były wspaniałe. Nad górami, z których zeszłam wczoraj snuły się chmury tak niskie, że się ocierały o lód. Za tą kłębiącą się mgłą wstawało słońce. Do przejścia było kilka kilometrów może 3, z zatoki na drugim brzegu powinien wyruszać szlak narciarski, który, okrężną drogą doprowadzał do kolejnego i kolejnego aż w końcu miałam trafić na szlak DNT. W rzeczywistości słabo się to pokrywało z mapy.cz. Część nie została wyratrakowana, zwykłe drogi dojazdowe do domków, część urywała się w środku wsi, spędzałam kilka godzin w lasach zanim udało mi się dotrzeć na szlak, który zresztą na początku też jakoś mi nie pasował do mapy i znów zrobiłam pętlę próbując trafić. Nie przeszkadzało mi bardzo to błądzenie, bo mimo natłoku letniskowych domków las był ładny, pięknie pokryty szadzią, a do chatki tak daleko, że wątpiłam czy się i tak wyrobię. Nie wiało mocno, więc perspektywa biwaku nie przerażała. Czym wyżej tym mniej wyraźne były ślady ludzi. Ponad lasem widziałam już tylko jeden, a potem spotkałam narciarza z psem, który nim wracał. Podejście na Kjolifjellet na mapie wydawało się ogromne, ale było bardzo łagodne i długie. Wspinałam się powolutku krok po kroku. Znikły iglaste drzewa, weszłam w brzózki z czasem coraz bardziej karłowate aż zostały z nich tylko niskie krzaki. Przez cały dzień utrzymała się na nich szadź. Może, nie byłam pewna, opadała i narastała ponownie z każdą kolejną snującą się nisko chmurą?
Szlak był letni i oznakowany na ziemi, więc wielokrotnie się na nim gubiłam. Kilka razy musiałam wejść po bardzo stromym lodzie czy zjechać po urwisku pełnym zasp. Gdybym widziała tyczki czy krzyże pewnie zdołałabym obejść takie miejsca, ale że nic nie widziałam trzymałam się nawigacji w telefonie, z różnym skutkiem. Letnie szlaki lubią trawersy po zboczach (omijają w ten sposób mokradła), narciarz wolałby pójść bagnem, bo równe i płaskie, podobnie upiorne zimą są krzaki na stromym. Tworzą się w nich przepastne zaspy naprawdę trudne do pokonania, prawie wpław.
Poczułam się swobodniej na gołym grzbiecie, z daleka widziałam drogę w dolinie, zimą zmienioną w skuterowy szlak (był zakaz wjazdu dla samochodów). Znów szłam łagodnie pod górę, niby prosto, ale często nie wiadomo gdzie, bo brakowało większości znaków. Było też trochę wywianych do gołego skał i dziwne ślady zwierząt. Ten najdziwniejszy sfotografowałam. Wzdłuż odbicia łap ciągnął się zamaszysty, pogięty jak sinusoida ślad drapania. Długi i obmarznięty ogon? Łup w pysku? Choć ten ślad towarzyszył mi długo i był doskonale zachowany, pewnie świeży nie udało mi się wyjaśnić co to. Pogoda za to bardzo się poprawiła. Za mną wynurzyły się wysokie góry zwieńczone już daleką Sylarną. Żałowałam, że miałam je za plecami nie na wprost. Były piękne, otoczone resztkami chmur, z biegiem dnia coraz bardziej złote, w końcu różowe i błękitne. Gdzieś w połowie podejścia od strony drogi dołączył ślad narciarzy. Idąc po nim próbowałam odgadnąć kto to. Choć narty były identyczne (może z wypożyczalni?), gładkie (bez łuski) z przyklejoną na stałe krótką foką ,w trudnych miejscach rozbiegały się i każdy odcisk był odrobinę inny. Doliczyłam, że ludzi musiało być troje. „Dwie kobiety i mężczyzna czy chłopiec” myślałam, bo ten trzeci ktoś musiał być niski. Nie wiem skąd przypuszczenie, że dwie pozostałe to kobiety, ale byłam pewna. Jedna silniejsza i jedna mniejsza, czy słabsza. Na ostrym oblodzonym podejściu upewniałam się, że się nie mylę, słabsza z pań zdjęła narty i na stoku odbiły się damskie buty i chwiejny, wąsko ustawiony ślad stóp kogoś kto już bardzo się zmęczył. Pozostała dwójka podeszła na nartach, kobieta bezpieczniejszym zygzakiem facet na siłę, na wprost, ja musiałam stanąć i przykleić foki. Mocno wiało, skały pokrywał na zmianę lśniący lód i barchanowe, faliste zaspy.
Kolejne wzniesienie znów okazało się gołe, ciemniejszy punkt, który z nadzieją brałam na domek był skałą i choć wydawało mi się, że czuję dym chatka była daleko. Jeszcze ze 3 km. Doczłapałam do niej chwilę przed zmrokiem. Mocno zmęczona. O ścianę stały oparte 3 pary nart z wąskimi połówkowymi fokami. Schronisko otulały wysokie zaspy, drzwi się zacięły. Pomyślałam, że są zamknięte od wewnątrz, więc wspięłam się na zaspę i zapukałam w okno. Za szybą gotował coś niski mężczyzna, a dwie kobiety, starsza i młodsza w pośpiechu wpisywały się do książki gości. Starsza przyszła potem otworzyć drzwi. Nie były zamknięte, tylko przymarzły do framugi. Wewnątrz było bardzo ciepło, trójka Niemców mieszkająca na stałe w Trondheim zdążyła już natopić 2 wiadra wody. Zajęli jeden pokój, więc z przyjemnością rozłożyłam swoje rzeczy w drugim.
Były też dwa długie stoły, więc sobie nie przeszkadzaliśmy. Miły wieczór. Taki, po którym nie zostają wspomnienia, nic ważnego, żadnych wiadomości, czy spostrzeżeń, tylko lekkie uczucie ciepła, wygody.




































































































