Nad ranem zerwał się silny wiatr. Obudził mnie i już nie zasnęłam. W chatce było tylko jedno okienko, niewiele widziałam, więc co jakiś czas wychodziłam patrzeć jak wstaje dzień nad Sylarną. Było pięknie. Nie śpiesząc się natopiłam do termosów śniegu i wyruszyłam w stronę schroniska Sylarna z myślą o pokoju i prysznicu. Wiało w twarz, naprzeciw mnie sunęły tumany śniegu, które choć niebo było błękitne wyglądały jak gęste niskie chmury. Może było w tym też trochę chmur… Wszystko to zlało się w jedno, blask raził. Podchodziłam na przełęcz i czym wyżej tym było trudniej. Niewiele widziałam, z trudem przesuwałam się do przodu, a wiatr narastał. To było jednocześnie piękne i groźne, gdybym była bardziej zdeterminowana pewnie osłoniłabym czymś twarz i jakoś bym się przez ten armagedon przebiła. Bywałam przecież w takich miejscach. „Tylko po co?” chodziło mi po głowie coraz częściej. Znałam tę trasę, tuż przed schroniskiem wchodziła w kanion, stał tam wprawdzie ratunkowy schron, już kiedyś nawet w nim spałam, ale teraz niczym mnie nie kusił. Na tym płaskowyżu jest więcej schronów, a drogi do ciepłego prysznica broniła wąska dolina. Wyobraziłam sobie jak wbija się w nią strumień puchu, jak kręci i przestawia zaspy po ścianach. „Brr”…Pomyślałam. Nie było jak zerknąć na mapę. Odwróciłam się plecami do wiatru. Wspaniale. Taka ogromna różnica! Postałam tak kilka minut i poszłam w dół. Teraz poruszałam się bardzo szybko. Co za ulga!
Zanim ponownie dotarłam do swojego schronu minęła mnie para. On szedł pierwszy, w cienkiej czapce i okularach (nie solidnych goglach jak ja, nie opatulony kapturem), ona skulona za jego plecami. Pomyślałam, że są bardzo odważni. „Pewnie przyzwyczajeni” przeszło mi przez myśl i przez chwilkę było mi żal, że stchórzyłam.
Przy chatce wiało jak oszalałe, śnieżna mgła zalewała budynek do połowy, ale już kilkaset metrów dalej było cicho. Jak ręką odjął. Stanęłam zdezorientowana. Za moimi plecami nadal szalał biały tuman, chmury zlewały się z górami, znikały szlakowe słupy. A tu cisza… „To musi być wiatrowy cień Sylarny” dotarło do mnie i natychmiast postanowiłam to wykorzystać. Zamiast do Blahamaren (gdzie jak sądziłam też powinien być prysznic) skręciłam w kierunku pięknych gładkich wzgórz i przez cały dzień włóczyłam się po płaskowyżu. Wspaniale, dziko i w pełnym słońcu.
Wiatr zerwał się równie nagle jak wcześniej ustał. Było już popołudnie, prawie wieczór. Przede mną pełzały śniegowe macki, grań była niewyraźna, rozmyta. Z żalem obejrzałam się w tył. Wróciłam kilkadziesiąt metrów i złapałam prognozę pogody. Armagedon, huragan przez cały dzień, a wieczorem też świeży śnieg. Gdzieś trzeba to będzie przeczekać. Do wyboru było Blahamaren lub Storeriksvollen, wybrałam Norwegię. Czego by nie mówić o DNT ich chatki są prawie o połowę tańsze niż szwedzkie, zwłaszcza, że wykupiłam zniżkę na norweskie i w Szwecji płaciłabym pełną kwotę.
Byłam za daleko żeby zejść przed nocą, musiałam zabiwakować w ratunkowym schronie, który minęłam wcześniej na granicy. Był identyczny, jak ten gdzie spałam. Prawie bez drewna, z jakąś marną resztką, której podobnie jak poprzedniej nocy nie tknęłam. Wiało tak, że trudno było otworzyć drzwi do toalety, trudno wyjść, bo wszystko pokrył wywiany lód. Nocą wiatr łomotał linami, które utrzymywały budynek w pionie, rzęziły, jęczały, a mogły zagrać jak harfa eolska. Ociepliło się i spadł marznący deszcz. Świat obrósł świeżą warstwą lodu. Nie mogłam spać, a że był zasięg łapałam jakieś wiadomości z fb. Odezwał się Mateusz Waligóra, gdzieś z Finnmarksviddy. Myślałam, że może idzie naszym śladem, przez 10 lat nikt jakoś naszej trasy wzdłuż płaskowyżu nie powtórzył, ale wybrał krótszy wariant, w poprzek, niżej, z chatki do chatki. Tak jak poprowadzono szlak DNT. Tą drogę też już widziałam, ale jesienią i w porównaniu z tym, czego doświadczyliśmy z Jose w marcu 2016 wydawała mi się bardzo łatwa. Wtedy nie było wyboru, bo rzeki, ale zimą na północy cały świat stoi otworem. Ciekawa byłam dlaczego Mateusz nie może spać, ale jakoś go nie zapytałam. Gryzła mnie myśl co jest nie tak, ze mną, ze światem. Dlaczego wszyscy chodzą po szlakach, a ja bez i często takie wyznakowane przez kogoś obcego trasy mnie nudzą, a pociągają mnie nieznane bezdroża. W górach i w życiu, choć niektóre muszą przecież prowadzić donikąd.
Wstałam wcześnie i wyszłam jeszcze długo przed świtem. Jaśniało już, za granią pięknie zachodził księżyc w pełni. Trasę zjazdu pokrywał goły lód z wystającymi co i rusz letnimi kładkami. W lesie ponarastało kopnych zasp, a wszystkie stare ślady zawiało. Został tylko jeden, dziewczyny z obsługi Blahamaren, którą minęłam już na dole. Szła z psem, troszkę ją ciągnął, ale i tak była to bardzo trudna droga do pracy. Współczułam.
Do Storerikvollen dotarłam długo przed południem. Zdążyłam napalić, nagrzać wody i umyć włosy zanim nadeszła para Szwedów. Tych samych, którym minęłam poprzedniego dnia. Podeszli już tylko kawałek po tym jak mnie minęli i zawrócili do Blahamaren. -Myślałam że jesteście bardzo odważni- zaśmiałam się- bardzo głupi!- zaśmiał się Magnus. Astrid musiała to wydarzenie odespać. Mieliśmy dwa pokoje, pełen luksus. A w Blahamaren wcale nie było prysznica, trwał remont i w zasadzie niczego nie było. Mała salka z kilkoma łóżkami. Dlatego szli do Sylarny się umyć. Śmialiśmy się z tego bardzo wieczorem. Mili ludzie.
Przed nocą dotarło jeszcze dwóch Austriaków. Szli z Nedalshytta i kilka dni wcześniej rozpadły im się wiązania, tak jak Agnieszce. Były z wypożyczalni w Storlien i udało im się je wymienić na inne, ale stracili dzień i teraz się nieco śpieszyli. Poszli nawet skrótem przez jezioro. Spali na górze, więc nadal korzystaliśmy z luksusów.
Wiatr niestety wyczyścił ich ślad, a sama nie odważyłam się wchodzić na lód. Wiedziałam, że miejscami jest wytopiony, jezioro było zaporowe, więc niezbyt pewne. Widoczność słaba. Poszłam brzegiem wzdłuż krzyży przez świeże zaspy i krzaki. Do Nedalshytte było 24 km, głównie w górę, byłam przekonana, że nie zdążę. Wychodząc wahałam się nawet czy nie zaczekać. Agnieszka spodziewała się być w Storerikvollen wieczorem. Tylko potem wybierała się do szewca w Szwecji i do koleżanki w Dalarnie i i tak musiałybyśmy się rano rozstać. Szkoda mi było dnia, nie zaczekałam.



































































































