Norwegia w poprzek cz5

Nad ranem zerwał się silny wiatr. Obudził mnie i już nie zasnęłam. W chatce było tylko jedno okienko, niewiele widziałam, więc co jakiś czas wychodziłam patrzeć jak wstaje dzień nad Sylarną. Było pięknie. Nie śpiesząc się natopiłam do termosów śniegu i wyruszyłam w stronę schroniska Sylarna z myślą o pokoju i prysznicu. Wiało w twarz, naprzeciw mnie sunęły tumany śniegu, które choć niebo było błękitne wyglądały jak gęste niskie chmury. Może było w tym też trochę chmur… Wszystko to zlało się w jedno, blask raził. Podchodziłam na przełęcz i czym wyżej tym było trudniej. Niewiele widziałam, z trudem przesuwałam się do przodu, a wiatr narastał. To było jednocześnie piękne i groźne, gdybym była bardziej zdeterminowana pewnie osłoniłabym czymś twarz i jakoś bym się przez ten armagedon przebiła. Bywałam przecież w takich miejscach. „Tylko po co?” chodziło mi po głowie coraz częściej. Znałam tę trasę, tuż przed schroniskiem wchodziła w kanion, stał tam wprawdzie ratunkowy schron, już kiedyś nawet w nim spałam, ale teraz niczym mnie nie kusił. Na tym płaskowyżu jest więcej schronów, a drogi do ciepłego prysznica broniła wąska dolina. Wyobraziłam sobie jak wbija się w nią strumień puchu, jak kręci i przestawia zaspy po ścianach. „Brr”…Pomyślałam. Nie było jak zerknąć na mapę. Odwróciłam się plecami do wiatru. Wspaniale. Taka ogromna różnica! Postałam tak kilka minut i poszłam w dół. Teraz poruszałam się bardzo szybko. Co za ulga!

Zanim ponownie dotarłam do swojego schronu minęła mnie para. On szedł pierwszy, w cienkiej czapce i okularach (nie solidnych goglach jak ja, nie opatulony kapturem), ona skulona za jego plecami. Pomyślałam, że są bardzo odważni. „Pewnie przyzwyczajeni” przeszło mi przez myśl i przez chwilkę było mi żal, że stchórzyłam.

Przy chatce wiało jak oszalałe, śnieżna mgła zalewała budynek do połowy, ale już kilkaset metrów dalej było cicho. Jak ręką odjął. Stanęłam zdezorientowana. Za moimi plecami nadal szalał biały tuman, chmury zlewały się z górami, znikały szlakowe słupy. A tu cisza… „To musi być wiatrowy cień Sylarny” dotarło do mnie i natychmiast postanowiłam to wykorzystać. Zamiast do Blahamaren (gdzie jak sądziłam też powinien być prysznic) skręciłam w kierunku pięknych gładkich wzgórz i przez cały dzień włóczyłam się po płaskowyżu. Wspaniale, dziko i w pełnym słońcu.

Wiatr zerwał się równie nagle jak wcześniej ustał. Było już popołudnie, prawie wieczór. Przede mną pełzały śniegowe macki, grań była niewyraźna, rozmyta. Z żalem obejrzałam się w tył. Wróciłam kilkadziesiąt metrów i złapałam prognozę pogody. Armagedon, huragan przez cały dzień, a wieczorem też świeży śnieg. Gdzieś trzeba to będzie przeczekać. Do wyboru było Blahamaren lub Storeriksvollen, wybrałam Norwegię. Czego by nie mówić o DNT ich chatki są prawie o połowę tańsze niż szwedzkie, zwłaszcza, że wykupiłam zniżkę na norweskie i w Szwecji płaciłabym pełną kwotę.

Byłam za daleko żeby zejść przed nocą, musiałam zabiwakować w ratunkowym schronie, który minęłam wcześniej na granicy. Był identyczny, jak ten gdzie spałam. Prawie bez drewna, z jakąś marną resztką, której podobnie jak poprzedniej nocy nie tknęłam. Wiało tak, że trudno było otworzyć drzwi do toalety, trudno wyjść, bo wszystko pokrył wywiany lód. Nocą wiatr łomotał linami, które utrzymywały budynek w pionie, rzęziły, jęczały, a mogły zagrać jak harfa eolska. Ociepliło się i spadł marznący deszcz. Świat obrósł świeżą warstwą lodu. Nie mogłam spać, a że był zasięg łapałam jakieś wiadomości z fb. Odezwał się Mateusz Waligóra, gdzieś z Finnmarksviddy. Myślałam, że może idzie naszym śladem, przez 10 lat nikt jakoś naszej trasy wzdłuż płaskowyżu nie powtórzył, ale wybrał krótszy wariant, w poprzek, niżej, z chatki do chatki. Tak jak poprowadzono szlak DNT. Tą drogę też już widziałam, ale jesienią i w porównaniu z tym, czego doświadczyliśmy z Jose w marcu 2016 wydawała mi się bardzo łatwa. Wtedy nie było wyboru, bo rzeki, ale zimą na północy cały świat stoi otworem. Ciekawa byłam dlaczego Mateusz nie może spać, ale jakoś go nie zapytałam. Gryzła mnie myśl co jest nie tak, ze mną, ze światem. Dlaczego wszyscy chodzą po szlakach, a ja bez i często takie wyznakowane przez kogoś obcego trasy mnie nudzą, a pociągają mnie nieznane bezdroża. W górach i w życiu, choć niektóre muszą przecież prowadzić donikąd.

Wstałam wcześnie i wyszłam jeszcze długo przed świtem. Jaśniało już, za granią pięknie zachodził księżyc w pełni. Trasę zjazdu pokrywał goły lód z wystającymi co i rusz letnimi kładkami. W lesie ponarastało kopnych zasp, a wszystkie stare ślady zawiało. Został tylko jeden, dziewczyny z obsługi Blahamaren, którą minęłam już na dole. Szła z psem, troszkę ją ciągnął, ale i tak była to bardzo trudna droga do pracy. Współczułam.

Do Storerikvollen dotarłam długo przed południem. Zdążyłam napalić, nagrzać wody i umyć włosy zanim nadeszła para Szwedów. Tych samych, którym minęłam poprzedniego dnia. Podeszli już tylko kawałek po tym jak mnie minęli i zawrócili do Blahamaren. -Myślałam że jesteście bardzo odważni- zaśmiałam się- bardzo głupi!- zaśmiał się Magnus. Astrid musiała to wydarzenie odespać. Mieliśmy dwa pokoje, pełen luksus. A w Blahamaren wcale nie było prysznica, trwał remont i w zasadzie niczego nie było. Mała salka z kilkoma łóżkami. Dlatego szli do Sylarny się umyć. Śmialiśmy się z tego bardzo wieczorem. Mili ludzie.

Przed nocą dotarło jeszcze dwóch Austriaków. Szli z Nedalshytta i kilka dni wcześniej rozpadły im się wiązania, tak jak Agnieszce. Były z wypożyczalni w Storlien i udało im się je wymienić na inne, ale stracili dzień i teraz się nieco śpieszyli. Poszli nawet skrótem przez jezioro. Spali na górze, więc nadal korzystaliśmy z luksusów.

Wiatr niestety wyczyścił ich ślad, a sama nie odważyłam się wchodzić na lód. Wiedziałam, że miejscami jest wytopiony, jezioro było zaporowe, więc niezbyt pewne. Widoczność słaba. Poszłam brzegiem wzdłuż krzyży przez świeże zaspy i krzaki. Do Nedalshytte było 24 km, głównie w górę, byłam przekonana, że nie zdążę. Wychodząc wahałam się nawet czy nie zaczekać. Agnieszka spodziewała się być w Storerikvollen wieczorem. Tylko potem wybierała się do szewca w Szwecji i do koleżanki w Dalarnie i i tak musiałybyśmy się rano rozstać. Szkoda mi było dnia, nie zaczekałam.

Share

Norwegia w poprzek cz4- Storerikvollen i Sylan

Noc była mroźna, rano śnieg iskrzył jak brokat i skrzypiał. Szlak biegł inaczej niż zaznaczono na mapy.cz, ale mężczyzna, który pracował dla DNT wstał wcześniej niż ja i widząc, że się wpatruję w mapę wskazał mi drogę. Teraz znakowały ją czerwone krzyże, jak w Szwecji. W śniegu rysował się lekko zawiany ślad. Słońce wstawało zza dalekiej Forollhogny, wiatr niósł rozświetlony pył, z komina chatki zaczął unosić się dym, widać obudzili się też studenci. Złapałam zasięg i wysłałam wiadomość do Agnieszki. Odpisała zanim znikła sieć. Uporała się już z wiązaniami (kupiła nowe i pasujące do nich buty) i zamierzała wrócić w góry i pójść moim śladem. Opisałam jej w takim razie ważniejsze miejsca, te gdzie miewałam problemy.

Szlak biegł doliną, łagodnie bez większych podejść i zejść. Przechodząc strumień (był most) weszłam w pas cienia, pomiędzy drzewka pokryte piękną szadzią. Późniejsza trasa zlała się w mojej pamięci w jedno. Monotonny trawers z okazjonalnym przedzieraniem się przez krzaki, wyraźny ślad łap, dużych jak moje dłonie, który wzięłam za odciski stóp rosomaka. Jaskrawy błękit nieba i bezkresna biel. Tu śniegu było pod dostatkiem, miejscami brnęłam i wpadałam w zaspy, w których lądowali też moi poprzednicy. Teraz już widziałam, że było ich trzech i jak podejrzewałam musieli to być mężczyźni. Nie wiem skąd ta myśl, ale okazała się prawdą. Trzech Szwedów. Wszyscy zostawiamy po sobie ślady w chatkach. W książkach trzeba wpisać nazwisko, miasto, skąd i dokąd się idzie… Z biegiem lat coraz bardziej mnie to denerwuje i bywa że bazgrzę, albo coś pomijam. Numer członkostwa i data powinny przecież wystarczyć do rozliczeń, zresztą gdyby ktoś miał ochotę kręcić wpisze cokolwiek.

Po południu śnieg osiadł i zmiękł, szłam wolniej. 20 km i zajęło mi cały dzień. Kiedy zobaczyłam budynki DNT słońce chowało się już za horyzont. Na krótkim, a stromym zjeździe wywróciła mi się pulka i ponieważ jechałam zbyt szybko ja też. Oblepiłam się przy tym jak bałwan.

Zimowe schronisko leżało w ostatnim budynku, zabytkowym i na swój sposób pięknym jak inne, to musiało być stare gospodarstwo. Odłożyłam oglądanie na później. Czułam się zmęczona. Otworzyłam kłódkę, oparłam narty i kije o ścianę, wytaszczyłam torbę z pulki. Wnętrze było bardzo ciepłe, jakby moi poprzednicy wyszli przed chwilą, lub może siedzieli dwa dni i domek porządnie się rozgrzał.

Klapnęłam przy stole z niedopitą resztką z termosu. Nie chciało mi się rozpalać, w zasadzie nie chciało mi się nawet ruszyć. Miałam nadzieję, że będę tej nocy sama i niczym się nie muszę przejmować. Ale choć zapadł już zmierzch przyszli ludzie. W okienku mignęła kobieta w kombinezonie z kapturem okolonym futrem, jakby wystylizowana na polarniczkę. Ładnie wyglądała. Miała długie, mocno obładowane pulki. Pomachałam jej. Jeszcze nie wypiłam do dna kiedy do jadalni wpadł facet. Zwykle ludzie mówią dzień dobry, czy jakieś „hej” i zajmują się swoimi sprawami, a jeśli o cokolwiek pytają, to które miejsca są wolne, lub gdzie jest woda. Czasem, ale to dużo później o imię. Ten stanął na mój widok jak wryty (nie zamykając za sobą drzwi) i zasypał mnie gradem pytań. Nie zdążałam odpowiadać, nie dawał mi dojść do słowa. Dlaczego siedzę? Skąd jestem? Jak to z Polski, ale skąd w Norwegii?- Znikąd- powtórzyłam- mieszkam w Polsce- niemożliwe, wszyscy tak mówią. Czy ty w ogóle masz jakiekolwiek doświadczenie? Zimowe? Z tej Polski?

Tego było dla mnie za dużo. – Z Polski żadnego- uściśliłam, ale z innych miejsc jakieś 3500 km na nartach i niewiele mniej w rakietach. W Norwegii byłam już na Nordkappie i na Nordkinnie, przeszłam zimą Lofoty i Finnmark Plateau, w Szwecji przeszłam przez całe góry zimą, a była też Finlandia, Pireneje, nawet Alpy choć tam mniej.

Teraz zamilkł, więc odpowiedziałam też na pierwsze pytanie. Nie napaliłam, bo było mi ciepło. Nie spytałam go o doświadczenie, ani nie wyjaśniałam gdzie mieszka. Wyrwało mi się tylko jedno -dokąd idziecie?

Myślałam, że może wzdłuż przez całą Norwegię, albo coś równie szalonego i wielkiego, więc kiedy odpowiedział, że do Storlien zamarłam- przyszłam z wybrzeża- powiedziałam zdziwiona- tam prawie wcale nie ma śniegu. Nie będzie łatwo z tymi dużymi pulkami.

Zajęli pokój na górze i facet zajrzał do mnie już tylko raz. Zabrał mi drewno. Zwykle poprzednicy nanoszą do kuchni zapas, tym razem zostało tylko kilka szczap. Nie wiedziałam nawet gdzie jest drewutnia, nie widziałam napisów na budynkach. Stopiłam trochę śniegu na gazie i poszłam spać.

Strop nie był izolowany i noc przerywał co jakiś czas potężny łomot. Coś z przeogromnych bagaży wywracało się i grzmociło w podłogę? Brzmiało jak stal.

Rano znów ucięliśmy sobie miłą rozmowę. -Czy te twoje narty w ogóle mają jakieś krawędzie?- dotknij- powiedziałam -tylko ostrożnie są ostre.

-Czemu ta pulka taka malutka nie masz namiotu?- Mam, jest w środku- a śpiwór? Masz jakiś ciepły śpiwór?- tak, waży kilogram i jest w plecaku.- My mamy profesjonalny polarniczy sprzęt- wyjaśnił z dumą, widzisz te materace- wskazał długaśne torby na pulkach-wystarczy tylko wyrzucić i można spać, a namiot jest od razu przygotowany do rozbicia, pałąki pospinane, w razie sztormu rozbiję go w pięć minut!

Ugryzłam się w język i nie spytałam czy już to sprawdził. Przypomniała mi się wietrzna noc na Finnmarksviddzie, przed laty. Nasz namiot malutki i okrągły (jak iglo) przetrwał, choć mocno go zasypało. Trzyosobowy tunelowy Hilleberg dwójki Norwegów, którzy biwakowali z kilometr od nas załamał się i złożył wpół. Czy rozbiłabym swój w 5 minut w dobrą pogodę? Wątpię, pewnie potrzebowałabym 10, przy sztormie mogłabym go sama wcale nie rozbić. Dlatego sypiałam w schroniskach. A oni też. Na całej trasie do Storlien mieli do dyspozycji łańcuch schronisk. Ile się trzeba będzie natargać po schodach z tym całym super profesjonalnym bagażem… -Mogę to sfotografować? – spytałam, a on się zgodził.

Od Agnieszki dowiedziałam się potem, że byli to Norwegowie z Trondheim. Nie mieli żadnego doświadczenia, tego dnia kiedy się spotkaliśmy ruszyli ze swojej chatki po drugiej stronie jeziora. Przeszli jeszcze dwa odcinki do Schutzhytte i z Prestoyhytte wrócili do domu. Agnieszka oceniła ich jako miłych. O nic jej nie wypytywali.

Poranek był mętny. Ledwo widziałam wspaniałe góry na wprost mnie. Szlak Norge pa twers skręcał na południe w stronę Stugudalen nie ocierając się nawet o granicę. Pomyślałam, że pójdę do Szwecji. Wszerz to wszerz, pod morza do granicy kraju. Mogłabym tam zrobić pętlę i poczekać w ten sposób na Agnieszkę. A może pójść do schroniska Sylarna i wziąć prysznic. Przydałby się bardzo.

Było pod górę, choć wcale nie tak stromo jak myślałam. Na granicznej rzece wisiał most, minęłam ratunkowy schronik. Wyżej pogoda nieco się poprawiła i kiedy zobaczyłam płaskowyż beztrosko porzuciłam szlakowe krzyże i poszłam na wprost. Było tak pięknie, pusto, bezkreśnie. Bez śladów ludzi, bez dróg. Trochę kluczyłam, niechcący wpakowałam się w skały, ale nic nie niszczyło mojego zachwytu. Kocham taką otwartą przestrzeń. Kocham bezludzia. Pod wieczór mocno się ochłodziło i mój zapał do zabiwakowania na dzikim osłabł. Daleko na zboczu rysowały się dwa punkciki. Porównałam je z mapą i choć nie byłam pewna, były malutkie i dość niestety daleko pognałam.

Światło żółkło. Za plecami słońce zaszło kolorowo. Gładkie półkoliste szczyty po lewej nakrywał coraz ciemniejszy róż. Punkciki rosły, ale bardzo powoli i dopiero w błękitnym świetle zmierzchu zobaczyłam w nich szpiczaste dachy schronu i drewutni czy toalety. Pojawiły się też szlakowe krzyże, od razu dużo. Schron leżał na skrzyżowaniu. Malutki, dwuosobowy. W kącie pół worka drewna. Nie rozpalałam, bo to zapas dla kogoś w potrzebie, miałam ciepłe ubrania i gaz. Niczego mi nie brakowało.

Share
Translate »