Noc była mroźna, rano śnieg iskrzył jak brokat i skrzypiał. Szlak biegł inaczej niż zaznaczono na mapy.cz, ale mężczyzna, który pracował dla DNT wstał wcześniej niż ja i widząc, że się wpatruję w mapę wskazał mi drogę. Teraz znakowały ją czerwone krzyże, jak w Szwecji. W śniegu rysował się lekko zawiany ślad. Słońce wstawało zza dalekiej Forollhogny, wiatr niósł rozświetlony pył, z komina chatki zaczął unosić się dym, widać obudzili się też studenci. Złapałam zasięg i wysłałam wiadomość do Agnieszki. Odpisała zanim znikła sieć. Uporała się już z wiązaniami (kupiła nowe i pasujące do nich buty) i zamierzała wrócić w góry i pójść moim śladem. Opisałam jej w takim razie ważniejsze miejsca, te gdzie miewałam problemy.
Szlak biegł doliną, łagodnie bez większych podejść i zejść. Przechodząc strumień (był most) weszłam w pas cienia, pomiędzy drzewka pokryte piękną szadzią. Późniejsza trasa zlała się w mojej pamięci w jedno. Monotonny trawers z okazjonalnym przedzieraniem się przez krzaki, wyraźny ślad łap, dużych jak moje dłonie, który wzięłam za odciski stóp rosomaka. Jaskrawy błękit nieba i bezkresna biel. Tu śniegu było pod dostatkiem, miejscami brnęłam i wpadałam w zaspy, w których lądowali też moi poprzednicy. Teraz już widziałam, że było ich trzech i jak podejrzewałam musieli to być mężczyźni. Nie wiem skąd ta myśl, ale okazała się prawdą. Trzech Szwedów. Wszyscy zostawiamy po sobie ślady w chatkach. W książkach trzeba wpisać nazwisko, miasto, skąd i dokąd się idzie… Z biegiem lat coraz bardziej mnie to denerwuje i bywa że bazgrzę, albo coś pomijam. Numer członkostwa i data powinny przecież wystarczyć do rozliczeń, zresztą gdyby ktoś miał ochotę kręcić wpisze cokolwiek.
Po południu śnieg osiadł i zmiękł, szłam wolniej. 20 km i zajęło mi cały dzień. Kiedy zobaczyłam budynki DNT słońce chowało się już za horyzont. Na krótkim, a stromym zjeździe wywróciła mi się pulka i ponieważ jechałam zbyt szybko ja też. Oblepiłam się przy tym jak bałwan.
Zimowe schronisko leżało w ostatnim budynku, zabytkowym i na swój sposób pięknym jak inne, to musiało być stare gospodarstwo. Odłożyłam oglądanie na później. Czułam się zmęczona. Otworzyłam kłódkę, oparłam narty i kije o ścianę, wytaszczyłam torbę z pulki. Wnętrze było bardzo ciepłe, jakby moi poprzednicy wyszli przed chwilą, lub może siedzieli dwa dni i domek porządnie się rozgrzał.
Klapnęłam przy stole z niedopitą resztką z termosu. Nie chciało mi się rozpalać, w zasadzie nie chciało mi się nawet ruszyć. Miałam nadzieję, że będę tej nocy sama i niczym się nie muszę przejmować. Ale choć zapadł już zmierzch przyszli ludzie. W okienku mignęła kobieta w kombinezonie z kapturem okolonym futrem, jakby wystylizowana na polarniczkę. Ładnie wyglądała. Miała długie, mocno obładowane pulki. Pomachałam jej. Jeszcze nie wypiłam do dna kiedy do jadalni wpadł facet. Zwykle ludzie mówią dzień dobry, czy jakieś „hej” i zajmują się swoimi sprawami, a jeśli o cokolwiek pytają, to które miejsca są wolne, lub gdzie jest woda. Czasem, ale to dużo później o imię. Ten stanął na mój widok jak wryty (nie zamykając za sobą drzwi) i zasypał mnie gradem pytań. Nie zdążałam odpowiadać, nie dawał mi dojść do słowa. Dlaczego siedzę? Skąd jestem? Jak to z Polski, ale skąd w Norwegii?- Znikąd- powtórzyłam- mieszkam w Polsce- niemożliwe, wszyscy tak mówią. Czy ty w ogóle masz jakiekolwiek doświadczenie? Zimowe? Z tej Polski?
Tego było dla mnie za dużo. – Z Polski żadnego- uściśliłam, ale z innych miejsc jakieś 3500 km na nartach i niewiele mniej w rakietach. W Norwegii byłam już na Nordkappie i na Nordkinnie, przeszłam zimą Lofoty i Finnmark Plateau, w Szwecji przeszłam przez całe góry zimą, a była też Finlandia, Pireneje, nawet Alpy choć tam mniej.
Teraz zamilkł, więc odpowiedziałam też na pierwsze pytanie. Nie napaliłam, bo było mi ciepło. Nie spytałam go o doświadczenie, ani nie wyjaśniałam gdzie mieszka. Wyrwało mi się tylko jedno -dokąd idziecie?
Myślałam, że może wzdłuż przez całą Norwegię, albo coś równie szalonego i wielkiego, więc kiedy odpowiedział, że do Storlien zamarłam- przyszłam z wybrzeża- powiedziałam zdziwiona- tam prawie wcale nie ma śniegu. Nie będzie łatwo z tymi dużymi pulkami.
Zajęli pokój na górze i facet zajrzał do mnie już tylko raz. Zabrał mi drewno. Zwykle poprzednicy nanoszą do kuchni zapas, tym razem zostało tylko kilka szczap. Nie wiedziałam nawet gdzie jest drewutnia, nie widziałam napisów na budynkach. Stopiłam trochę śniegu na gazie i poszłam spać.
Strop nie był izolowany i noc przerywał co jakiś czas potężny łomot. Coś z przeogromnych bagaży wywracało się i grzmociło w podłogę? Brzmiało jak stal.
Rano znów ucięliśmy sobie miłą rozmowę. -Czy te twoje narty w ogóle mają jakieś krawędzie?- dotknij- powiedziałam -tylko ostrożnie są ostre.
-Czemu ta pulka taka malutka nie masz namiotu?- Mam, jest w środku- a śpiwór? Masz jakiś ciepły śpiwór?- tak, waży kilogram i jest w plecaku.- My mamy profesjonalny polarniczy sprzęt- wyjaśnił z dumą, widzisz te materace- wskazał długaśne torby na pulkach-wystarczy tylko wyrzucić i można spać, a namiot jest od razu przygotowany do rozbicia, pałąki pospinane, w razie sztormu rozbiję go w pięć minut!
Ugryzłam się w język i nie spytałam czy już to sprawdził. Przypomniała mi się wietrzna noc na Finnmarksviddzie, przed laty. Nasz namiot malutki i okrągły (jak iglo) przetrwał, choć mocno go zasypało. Trzyosobowy tunelowy Hilleberg dwójki Norwegów, którzy biwakowali z kilometr od nas załamał się i złożył wpół. Czy rozbiłabym swój w 5 minut w dobrą pogodę? Wątpię, pewnie potrzebowałabym 10, przy sztormie mogłabym go sama wcale nie rozbić. Dlatego sypiałam w schroniskach. A oni też. Na całej trasie do Storlien mieli do dyspozycji łańcuch schronisk. Ile się trzeba będzie natargać po schodach z tym całym super profesjonalnym bagażem… -Mogę to sfotografować? – spytałam, a on się zgodził.
Od Agnieszki dowiedziałam się potem, że byli to Norwegowie z Trondheim. Nie mieli żadnego doświadczenia, tego dnia kiedy się spotkaliśmy ruszyli ze swojej chatki po drugiej stronie jeziora. Przeszli jeszcze dwa odcinki do Schutzhytte i z Prestoyhytte wrócili do domu. Agnieszka oceniła ich jako miłych. O nic jej nie wypytywali.
Poranek był mętny. Ledwo widziałam wspaniałe góry na wprost mnie. Szlak Norge pa twers skręcał na południe w stronę Stugudalen nie ocierając się nawet o granicę. Pomyślałam, że pójdę do Szwecji. Wszerz to wszerz, pod morza do granicy kraju. Mogłabym tam zrobić pętlę i poczekać w ten sposób na Agnieszkę. A może pójść do schroniska Sylarna i wziąć prysznic. Przydałby się bardzo.
Było pod górę, choć wcale nie tak stromo jak myślałam. Na granicznej rzece wisiał most, minęłam ratunkowy schronik. Wyżej pogoda nieco się poprawiła i kiedy zobaczyłam płaskowyż beztrosko porzuciłam szlakowe krzyże i poszłam na wprost. Było tak pięknie, pusto, bezkreśnie. Bez śladów ludzi, bez dróg. Trochę kluczyłam, niechcący wpakowałam się w skały, ale nic nie niszczyło mojego zachwytu. Kocham taką otwartą przestrzeń. Kocham bezludzia. Pod wieczór mocno się ochłodziło i mój zapał do zabiwakowania na dzikim osłabł. Daleko na zboczu rysowały się dwa punkciki. Porównałam je z mapą i choć nie byłam pewna, były malutkie i dość niestety daleko pognałam.
Światło żółkło. Za plecami słońce zaszło kolorowo. Gładkie półkoliste szczyty po lewej nakrywał coraz ciemniejszy róż. Punkciki rosły, ale bardzo powoli i dopiero w błękitnym świetle zmierzchu zobaczyłam w nich szpiczaste dachy schronu i drewutni czy toalety. Pojawiły się też szlakowe krzyże, od razu dużo. Schron leżał na skrzyżowaniu. Malutki, dwuosobowy. W kącie pół worka drewna. Nie rozpalałam, bo to zapas dla kogoś w potrzebie, miałam ciepłe ubrania i gaz. Niczego mi nie brakowało.




















































