W Prestoyhytta dowiedziałyśmy się o szlaku Norge pa tvers. Jego mapa wisiała na ścianie, leżały na nim wszystkie układające się w ciąg schroniska DNT, które nam wpadły w oczy tylko dlatego, że były. Nie chciałyśmy nocować w namiotach. Szlak zaczynał się w Stjordal i początkowo biegł inaczej niż poszłyśmy (biegł szosą), a dołączyłyśmy do niego w miejscu gdzie spotkałyśmy pana zmierzającego po naszych śladach do chatki. No cóż my też miałyśmy zamiar przejść Norwegię wszerz, wprawdzie nie dokładnie tą sama drogą, ale skoro już wiedziałyśmy, że taka jest, oznakowany szlak pełen wygodnych chatek zaczął nas kusić. Wychodząc o świcie myślałam, że zdążę go przejść zanim Agnieszka upora się z wiązaniami. Śnieżyca wyczyściła wszystkie ślady. Pożegnałyśmy się przed drzwiami, Agnieszka filmowała chyba mój zjazd, a przynajmniej tą część, którą było widać bez wychodzenia daleko. Stromizna była teraz cała zasypana, ale i tak ominęłam miejsce gdzie zapamiętałam lód. „jest ok” wysłałam sms do Agnieszki zapominając, że wyjęła polską kartę. Zjazd był szybki i nawet przyjemny, nic groźnego. Nie było już śladu skutera, nie widziałam żadnych znaków więc szłam tak jak się dało w górę doliny, potem zakosami na przełęcz do domku z wysokim masztem i flagą. Był zamknięty, pewnie prywatny, ale stała za nim wygodna ławeczka. Zanim zjadłam niebo się zachmurzyło, znikły widoki. Próg, na którym stała chatka nie był przełęczą, szłam do góry, tak łagodnie, że niemal nieodczuwalnie. Nie zauważyłam przełęczy. Zaczął padać śnieg i w zasadzie niewiele widziałam. Skraj jeziora (na wszelki wypadek je obeszłam), domek na zboczu, kępa brzóz. Śnieg był ciepły i lepił mi się do nart. Stawałam, smarowałam, wystarczało na mniej więcej godzinę. Byłam mokra.
Przejaśniło się po południu. Dolina skręciła i poszerzyła się. Nie wiedząc jak biegnie szlak obijałam się z prawa do lewa, i rozładowywałam telefon szukając trasy w nawigacji. Nie była dokładna, wpakowałam się w gęsty las, wycięłam orła w puchatej zaspie, twarzą w śnieg i długo nie mogłam się wygrzebać. Słońce już żółkło kiedy zobaczyłam Schultzhytte, ale nadal było do niej daleko. Dotarłam po zachodzie. To był duży budynek, taki gdzie latem siedzi obsługa i gdzie taki jak ja nie ma żadnych praw. Nie wolno gotować, jeść własnego jedzenia, spać w śpiworze… „Teraz mogę robić co tylko chcę” myślałam. Otworzyłam, wyszłam z wiadrem w poszukiwaniu wody i nie znalazłam… „czyli jednak nie wszystko co chcę” pomyślałam wracając ze śniegiem. Wewnątrz była tylko odrobina drewna 3 małe szczapki, Wyjrzałam jak wygląda drewutnia, ale nikt jej nie odkopał tej zimy, lub może wczorajsza burza tak ją zawiała. Nie miałam siły i spaliłam tylko odrobinkę, szczapkę i jakieś resztki. Niewiele dało. Nie znalazłam też włącznika światła, była tylko lampka na baterie. Stopiłam garnek śniegu na gazie i padłam bardzo zmęczona. Rano znalazłam na podłodze w pokoju kabelek, identyczny jak ten, który wcześniej zgubiłam – do ładowania latarki. Zabrałam go. Niektóre przedmioty wędrują, widać tak musi być.
Za schroniskiem narciarski szlak pobiegł inaczej niż na mojej mapie. Tak jak letni prowadził na wiszący most. Rzeka płynęła akurat w kanionie i zejście było upiornie strome. Wpadałam w zaspy po kolana, pulka tonęła. Upiorne miejsce. Sam most był wypełniony śniegiem po barierkę, ale przechodni. Łatwiej zrobiło się dopiero na płaskowyżu. Tu też nie zachowały się żadne ślady, ale widziałam słupki i nie miałam wątpliwości jak iść. No może raz gdzie szlak się rozdzielił i przez moment zamarzyła mi się inna trasa. Taka, jaką planowałam w domu. Do chatki miałabym tylko 10 km, nie 20 i byłoby to darmowe Notbu (niespecjalnie dozwolone, ale nie miałam zamiaru się tym martwić). Ostatecznie się nie zdecydowałam. Poszłam szlakiem. Biegł wspaniale, wąską doliną otoczoną skalistymi szczytami i był precyzyjnie otyczkowany. Widziałam piękne biwakowe miejsca, w ciepły słoneczny dzień biwak wydawał się czymś bardzo przyjemnym, ale oczywiście nie teraz, było zbyt wcześnie.
Do popołudnia wdrapałam się na przełęcz. Pojawił się wspaniały widok na Sylarnę, tak kuszący, że od razu zapragnęłam tam pójść. Do schroniska zostało już tylko kilka kilometrów. Zdjęłam foki i pomknęłam w dół. Troszkę sobie ułatwiłam życie na jeziorze, zamiast je trawersować, jak szlak poszłam wzdłuż brzegu. Było tak dużo śniegu, że lód nie wydawał się niebezpieczny. Do Ramsjohytta doczłapałam bardzo zmęczona. Zapadał już błękitny zmierzch, z daleka widziałam światełko w oknie wiedziałam, że czeka mnie nagrzane wnętrze, może i woda. Zwłaszcza, że minęłam niezamarzniętą rzeczkę.
Wewnątrz była para studentów z Trondheim. Siedzieli w chatce już od popołudnia, nanieśli kilka wiader wody. Mili ludzie. Nocą przyszedł jeszcze jeden człowiek. Z pulką jak ja. Był pracownikiem DNT, pomógł nam odblokować toaletę (zamarzła) i choć w moim pokoju było miejsce rozłożył się spać w części dla ludzi z psami. Miło, bo znów dopadła mnie alergia i zaczęłam kasłać.









































