Norwegia w poprzek cz1- Elvran

Czułam ostatnio niedosyt ludzi. Nie anonimowego tłoku, jak w miastach, ale kogoś podobnego do mnie, z kim można by było pogadać, wymienić opinie, podzielić się tym co się dzieje na szlakach. Błądzeniem, wątpliwościami, radością. W sumie sama nie wiedziałam czego mi brak, ale miałam nadzieję, że naprawi to obecność ludzi. A o ludzi, którzy mogą mi towarzyszyć w górach nie jest łatwo. Jose zużył cały urlop na Chile, Edek miał coś ważnego do zrobienia w pracy. Ucieszyłam się kiedy Agnieszka zainteresowała się moim wstępnym planem. Troszkę go odwlekłyśmy, czekała na nowe wiązania i narty (nie przyszły), troszkę zmieniłyśmy (miała nieco inne priorytety). Ostatecznie wyjechałyśmy miesiąc przed Kolosami z zamiarem powrotu prosto do Gdyni. Rozsądnie.

Agnieszka leciała 19 lutego wieczorem z Krakowa, ja 20 lutego rano z Gdańska. Umówiłyśmy się w sklepie w Hommelviku. To tylko kilka kilometrów z lotniska w Stjordal (Trondheim), jedna czy dwie stacje w pociągu. Agnieszka nocowała w wiatce i chwilkę na nią poczekałam pod sklepem z widokiem na odgrodzone drucianym płotem morze. Zakupy, zwłaszcza zdobycie gazu zajęły trochę więcej czasu niż planowałam. Liczyłam, że gaz będzie w sklepie Extra (kiedyś w jakimś takim już go zdobyłam), ale nie. Zostałam z bagażami, a Agnieszka poszła do metalowego i przyniosła nam po dwie duże butle. Ruszyłyśmy późno, z nartami przypiętymi do pulek. Drogi były jeszcze białe, chodniki miejscami poodśnieżane, poszłyśmy niechcący nieco w kółko, tak niestety bywa w miejscowościach. Piesze szlaki nie były jakoś znacząco lepsze niż droga. Pod kilkoma centymetrami śniegu zgrzytał piach. Liczyłam, że wyżej będzie łatwiej, ale para spacerowiczów wyprowadziła nas z błędu. Nie ma śniegu. Nigdzie. No może na tej drodze w bok. To nie była trasa, którą wybrałam, nieco nadkładałyśmy, ale co zrobić, poszłyśmy tak jak radzili z nadzieją, że może tam będzie lepiej.

Już w samolocie widziałam, że coś jest nie tak, lecieliśmy nad pasmem niemal gołych szczytów. W domu nawet mi nie przyszło do głowy, że w lutym może w Skandynawii zabraknąć śniegu. Agnieszka obserwowała na Instagramie ludzi ruszających w górę Szwecji na nartach. Tonęli w zaspach. Całkiem niedaleko nas, w Grovelsjon. Tu na wybrzeżu było jednak inaczej i nie miałyśmy innego wyjścia niż w to brnąć.

Jeszcze długo po zmierzchu miałam nadzieję, że dotrzemy do chatki. Od Hommelviku dzieliło ją tylko 6,5 km. Szłyśmy lasem aż zrobiło się całkiem ciemno. Szlak był nieprzetarty, oznakowany tylko sporadycznie, odległość do chatki wcale się nie zmieniała 1,5 km. Jakbyśmy chodziły wokół niej po okręgu. To była wąziutka piesza ścieżka, miejscami przekraczała skały, czasem musiałam wciągać pulkę na jakiś próg na czworaka. Agnieszka zostawała z tyłu. Wracałam i jej pomagałam. Poddałam się na popękanym lodzie jakiegoś ciemnego leśnego jeziorka. Możliwe, że dałoby się jednak przejść, ale zbyt mocno się bałam. Nie było jak spytać o zdanie Agnieszki, została na rozwidleniu. Moją decyzję przyjęła z ulgą, tak mi się przynajmniej wydawało. Zeszłyśmy ze 200 metrów do leśnej drogi i na jej zakręcie w nieco szerszym miejscu i w krzakach (i tak chyba nikt tamtędy nie jechał od lat) robiłyśmy po ciemku namioty.

Zabrałam starą dwójkę, którą mieliśmy z Jose na Lofotach. Dla jednej osoby była wygodna jak pałac, jedyna rzecz, która mi przeszkadzała to materac. Jakoś mi podejrzanie oklapł nocą. Obudziłam się wcześnie, jeszcze przed świtem. Namiot obkleił świeży śnieg, ale wnętrze było przyjemnie suche. Wilgoć pojawiła się tylko w przedsionku, dopiero rano, kiedy gotowałam wodę na herbatę.

Długo czekałam na Agnieszkę. Przygotowała sobie zapas herbaty, jej namiot (bardziej profesjonalny niż mój) dłużej się składał i o dziwo był mocniej zaparowany wewnątrz. Może dlatego, że mniejszy, choć nie lżejszy, ważyły tyle samo. Może, bo gotowała też kolację, a ja już wieczorem nie jadłam. Padłam.

Teraz szłyśmy na nartach, po świeżym śniegu. Leśna droga opadała i się wznosiła. Długo miałam nadzieję, że dojdziemy taką wygodną trasą do chatki. Nie doszłyśmy. Znów znalazłyśmy się na jakimś łuku, o tym samym promieniu co w nocy. 1,5 km. Nie było innej możliwości niż pieszy szlak. Wróciłyśmy. Obiecałam Agnieszce, że jej pomogę i choć czułam, że ją wlokę na siłę wbiłam się w pozawiewany las. Nie było śladu, jeśli czasem pojawiała się ścieżka była rowkiem w omszałych skałach. Pulka się na tym wieszała, na stromiznach czułam się jak objuczony koń. Jeszcze trudniej mi było ciągnąć pulkę Agnieszki. Jest troszkę węższa i częściej niż moja się klinowała. Były odcinki gdzie ja ciągnęłam, a Agnieszka pchała, lub odwrotnie. Szkoda, że nie zrobiłyśmy zdjęć. 1,5 km zajęło nam czas aż do zmroku. Po drodze był jeszcze płot z mostkiem. Mnóstwo szarpania się z nartami, z bagażem. Byłam skonana.

A chatka okazała się wspaniała. Z piecem, kanapą, dwiema miękkimi łóżkami i zapasem drewna. Spędziłyśmy tam miły wieczór i rano znów trochę się guzdrałyśmy. Przyspieszyłyśmy kiedy zaczęły się zjeżdżać traktory. Panowie wyrąbywali las.

Bardzo blisko, ale niestety znów pieszym szlakiem leżała druga otwarta chatka. Można było też do niej dojść w kółko, leśnymi drogami. Miałam nadzieję, że dałoby się z niej wyjść lasem bez szlaku, lub o ile byłby już wyznakowany szlakiem skuterowym, ale nawet nie sprawdziłyśmy czy się da. Agnieszce nie podobał się dziki las. Bała się, że utkniemy w kanionie i stracimy w ten sposób kolejny, dzień. Ja z kolei nie czułam, że coś tracę. Zawsze różniłyśmy się w kwestii czasoprzestrzeni. Agnieszka liczyła kilometry, ważna była pokonana przestrzeń, dystans, dla mnie liczył się tylko czas i choć prawie się nie posuwałyśmy nie miałam temu czasowi nic do zarzucenia. Las jak las, dziki, nikt go nie zepsuł i nie ułatwił ludziom przemieszczania się. I dobrze. Mi to nie przeszkadzało. Byłam w górach, po to tu przyjechałam.

Na rozwidleniu zaczekałam dla pewności na Agnieszkę. Nie zmieniła zdania, chciała jak najszybciej do szosy i nią do zaznaczonych na mapach narciarskich tras. Miałam nadzieję, że istnieją też w rzeczywistości.

Do szosy było prosto w dół. Droga szeroka, przejechana już przez drwali. Nie miałam fok, poprawiłam tylko mocowanie pulki i pomknęłam. Trochę się bałam. Zabrałam nowe narty. Długie, szerokie i sztywne, zupełnie inne niż te, do których przywykłam. Na razie umiałam na nich skręcać tylko pługiem, a były przerażająco szybkie. 4 km zajęły mi kilkanaście minut… chyba, że źle popatrzyłam na zegarek? Czekałam trochę ponad pół godziny. Agnieszka zjechała na fokach. Moherowe, nowe były bardziej śliskie niż moje stare plastiki i przyjemnie spowalniały Agnieszce zjazd.

Szosa była pusta i biała. Pierwsze 6 czy 7 km do Elvranu poszło szybciutko. Na lunch schowaliśmy się w cieplutkiej toalecie na cmentarzu. Podłączyłam do ładowania latarki i telefon, i wyszłam na zewnątrz zjeść. W osłoniętym kąciku stało ogrodowe krzesełko, słońce grzało w twarz. Zasiedziałyśmy się, aż przyszła chmura i zrobiło się lodowato. Próbowałyśmy nadrobić czas gnając boczną wiejską drogą, ale czym dalej szłyśmy tym więcej było na niej górek i nasypanego dla wygody samochodów piachu. Na szosie tymczasem narastał tłok. Była niedziela, z tysięcy, czy dziesiątek tysięcy letnich domków zjeżdżały kolejne rodziny. Samochód za samochodem. Jakby przeniosło się tu na weekend całe Trondheim. Kiedy nasza droga dobiła tego głównego traktu zapadł już zmrok. Błyszczał oblodzony asfalt, nie było już prawie wcale śniegu, może troszkę na prawej stronie. Przez chwilę próbowałyśmy złapać stopa, ale sznur samochodów nawet nie zwalniał. Uczynny człowiek zatrzymał się dopiero kiedy przeszłyśmy już kilkaset metrów (po prawej…). Nie mógł nas zabrać, ale obiecał, że wróci jak wypakuje samochód. Odetchnęłam z ulgą. Od nartostrad dzieliło nas jeszcze 3,5 km, a marsz po zatłoczonej szosie, wąskiej, wbitej pomiędzy barierki był przerażający. Latarki blade, nie miałyśmy żadnych odblasków. Poza tym nie było śniegu, a nasze pulki, choć małe zbyt ciężkie żeby je załadować na plecy.

Wróciłyśmy do naszej polnej drogi. Pan przyjechał po jakiś 20 minutach i za moment wysadził nas na ogromnym i pustym parkingu w Selbu. Restauracja była zamknięta, w hotelu nie paliły się światła, potrzebna mi była toaleta, była zaznaczona na mapie więc ją szybciutko znalazłam, a wraz z nią znalazłam też prysznic. Duże suche i ciepłe pomieszczenie z wodą i prądem… Nie opanowałyśmy się i zostałyśmy na noc. Gdyby ktoś zapragnął się umyć była jeszcze druga identyczna kabina, choć musiałby to być bardzo zdeterminowany człowiek, woda niestety była tylko zimna, a niebo bezchmurne i temperatura na zewnątrz spadła do minus kilkunastu stopni. Byłyśmy bardzo zadowolone z tego biwaku.

PS: Agnieszka jak zawsze nakręciła film możecie go obejrzeć tutaj.

Share

Wiosna w Andach cz17 Santiago de Chile i podsumowanie

Od czasu, kiedy wyruszyliśmy z Santiago minęło 40 dni. Zaczęło się lato i ceny w hotelach wzrosły dwukrotnie. Byliśmy zaskoczeni. Już w Pucon Jose wygooglał alternatywne miejsce, mieszkanie na wynajem w bloku niedaleko dworca. Właściciel zgodził się żebyśmy przyszli tam już rano. To dało nam cały dzień w Santiago. Mogliśmy się umyć, zjeść, zostawić plecaki. A wszystko to za 40000 (hotel kosztowałby co najmniej 100000). To nie były wielkie luksusy, maleńka kawalerka z wnęką kuchenną i łazienką, zakurzona jak wszystko w środkowym Chile, lekko zużyta. W tych okolicznościach idealna.

Lekko odświeżeni kupiliśmy kartę na transport miejski z nabitymi kilkoma biletami i ruszyliśmy obejrzeć centrum. Santiago ma metro i autobusy, łatwo nam poszło. Byliśmy niedospani i zdecydowaliśmy się na tylko jedno muzeum- wybraliśmy Sztukę Prekolumbijską. Zbiory dotyczące środkowego Chile i północnej Patagonii były skromne. Troszkę rękodzieła i strojów Mapuchy, troszkę zdjęć. Poza tym sztuka i ceramika wielu indiańskich plemion z południa Ameryki Południowej. Najbardziej fascynujące były figurki ludzi i zwierząt. Mocno wystylizowane, bliższe naszej sztuce współczesnej niż realistycznym podobiznom miały niesamowitą siłę wyrazu. Spojrzenie, mimika wspaniale oddawały ich charakter. Nawet wyrwane z kontekstu, ustawione w sterylnych muzealnych szafkach miały osobowość. Czułam, że do mnie mówią.

Było mi troszkę żal, że zabrakło czasu na słynne Museo de la Memoria. Po nieprzespanej nocy zwyczajnie nie mieliśmy na nie siły.

W tradycyjnej restauracji wybraliśmy dziwne danie kukurydzianą papkę nadziewaną mielonym mięsem zapieczoną w ceramicznej miseczce. Nie było złe, choć słodkie i tłuste, i tak sycące, że nie zmieściliśmy już nic aż do wieczora, a w planach był jeszcze targ rybny.

Po południu wjechaliśmy kolejką na wzgórze San Cristobal z rozległym widokiem na ogromną metropolię wciśniętą w przedgórza Andów. Nad miastem unosiła się lekka mgiełka, po śniegu, którym nas przywitały Andy zostały resztki.

Byliśmy pewni, że tu wrócimy, że będziemy za Chile bardzo tęsknić. Tyle jeszcze tu zostało nieznanych gór. Tyle parków narodowych, i cudownej pustej przestrzeni.

Podsumowanie:

Wiosna w Andach ujawniła więcej plusów niż minusów, choć mieliśmy świadomość własnego szczęścia. Zima 25 była wyjątkowo mało śnieżna, wiele miejsc, przez które ostrożnie przeszliśmy mogłoby być niedostępne.

Przełęczy ze śniegiem nie miało być bardzo dużo. Nie wzięliśmy raków i czekanów. To zwiększyło nasz zasięg, każdy dzień wędrówki to prawie kilogram jedzenia, a mieliśmy odcinki bez sklepów dłuższe niż 170 km z ryzykiem powrotu.

Ze względu na nocne mrozy zabraliśmy kurtki puchowe, warstwę ciepłej bielizny (ja grubą wełnę i legginsy z powerstretch, Jose koszulkę i legginsy z wełny) i ciepłe puchowe śpiwory. Ze względu na silne UV kapelusze, koszulki Pustynne z długimi rękawami (ja sukienkę) i długie spodnie do tego kremy z filtrem. Nic na zmianę, więc ciągle byliśmy brudni.

Od deszczu mieliśmy nieprzemakalne lekkie spodnie i peleryny na plecak. Szliśmy w lekkich skórzanych górskich butach (ja miałam Keen Pyrenees, Jose Bestardy), do rzek wkładaliśmy lekkie plażowe butki z Deca.

Szlaki, które przed wyruszeniem tak dokładnie oglądałam na mapach trochę mnie rozczarowały. Najbardziej Greater Patagonian Trail, który okazał się mechanicznym połączeniem tras wyznakowanych przez CONAF (lasy państwowe) z siatką lokalnych dróg widocznych na popularnych mapach. Tak jak zrobiłyby to np mapy.com po kliknięciu „wyznacz pieszą trasę”. W efekcie do „szlaku” włączono setki kilometrów pylistych szutrówek, w tym wiele miejsc prywatnych z wyraźnym zakazem przejścia. W ostatnich latach bardzo przybyło zamkniętych dolin z potężnymi, trudnymi do sforsowania bramami, pojawiły się też tereny strzeżone, gdzie nie da się dyskretnie skoczyć przez płot. To rodzi dylematy. Czy moje przejście (moje wakacje) są warte zawracania głowy właścicielom ziem i łamania ustalonych przez nich reguł? W tysiącstronicowym memoriale Jana Dudecka (twórcy Greater Patagonian Trail) wielokrotnie powtarza się potrzeba szacunku dla mieszkańców Andów, a kwestia nieuniknionego pokonywania ich płotów jest przemilczana. Łatwo napisać, że lepiej spytać o zgodę. W praktyce nie ma żadnej możliwości żeby to zrobić. Na forach GPT na Vickiexplora powtarzają się żale do Chilijczyków o brak szacunku dla „międzynarodowego szlaku”, którego nikt przecież z mieszkańcami nie uzgadniał. Ich obawy przed zwiększonych ruchem są uzasadnione. Turyści śmiecą (choć długodystansowi najmniej) i co gorsza palą ogniska, a to grozi pożarami lasu.

W przebiegu GPT (wyznaczonego teoretycznie, zza biurka na podstawie satelitarnych zdjęć) nie brakuje też niebezpiecznych, trudnych do pokonania brodów. Patrząc na mapy, na zlewnie i spadki, od razu je odrzuciłam. Letni wędrowiec, nieprzyzwyczajony do oceny map może się sparzyć. Zdarzają się wypadki, zdarzało się wzywanie helikoptera.

Planując wiosenną trasę znalazłam kilka lepszych wariantów. Niektóre na mapach, inne na miejscu po rozmowach z ludźmi. Najlepszym przykładem jest idiotyczne przejście przez Rio Nuble w kanionie, na zakręcie tuż przed ciągiem niebezpiecznych skał. A można wcale tej rzeki nie przekraczać (my niestety przebiliśmy się w innym miejscu gdzie nurt rozdzielił się na 3 odnogi). Od drogi prowadzącej do Les Sauces odbija szutrówka, na której jest most. Wzdłuż Rio Nuble po przeciwnej stronie niż GPT prowadzi szlak pasterzy, który wyżej na halach łączy się z GPT. Nie widać go na mapach, ale w rzeczywistości, poza fragmentem od ostatniego domu do przełęczy jest wydeptany.

Moja ocena GPT jest subiektywna i dotyczy tylko 1000 km (spośród 3000). Być może dalej na południe to się zmienia, być może oficjalne mapy tego szlaku, które Dudeck udostępnia wybranym hikerom są lepsze niż te naniesione przez kogoś na mapy.com. Nie dostąpiliśmy zaszczytu sprawdzenia tego, Dudeck zlekceważył mnie już raz 8 lat temu a do Jose się nie odezwał choć umówił się z nim na rozmowę. Wątpię żebym jeszcze kiedyś miała ochotę sprawdzać czy coś się w naszych relacjach zmieniło.

Korzystniejsze wrażenie zrobił na mnie oficjalny chilijski szlak Sendero de Chile. GPT zaanektował niektóre jego fragmenty, ale zostało wiele innych. Plusem tego potężnego szlaku (pokrywa ponad 1000km ścieżek i leśnych dróg) są pięknie wyznakowane przejścia przez rezerwaty i parki narodowe. Minusem regulacje (szlaki są otwarte tylko latem często dopiero w połowie grudnia i często płatne) i fragmentaryzacja. Poszczególne odcinki się nie łączą. Szlak rwie się na nieprzekraczalnych prywatnych ziemiach i na drogach. Pomimo tego każdy jego kawałek mi się podobał i chętnie posklejam kolejne. Szkoda, że zarzucono ten projekt.

W każdym chyba rezerwacie przyrody (a jest ich mnóstwo) wyznakowano jakiś kawałek pieszego szlaku, z tym że nie zawsze prowadzi daleko. Czasem to tylko droga do punktu widokowego lub jeziorka i powrót.

Pozostałe możliwości to ustalone, znane od lat trasy przepędu bydła. To miejsca bez restrykcji i bram, ale wszędzie tam, gdzie teren na to pozwala to polne drogi, które dopiero w wyższych partiach, w skałach czy kamienistych korytach rzek zwężają się do ścieżek lub znikają i trzeba sobie radzić samemu. Na gołych wzgórzach czy skałach nietrudno utrzymać kierunek. Gorzej w chaszczach.

Tylko raz zdarzyło nam się wędrować bez szlaku i ścieżki przez las. To był krótki odcinek mniej niż 10 km, zaznaczony na mapy.com jako GPT, w terenie kompletnie niewidoczny. Bez linii w nawigacji nie do przejścia.

Nie było wysokogórskich trudności, znanych z Alp, ale powtarzały się bardzo strome osypiska, czasem bez widocznych ścieżek, ruchome piargi, oślizła glina w eksponowanych miejscach i świeżo wyryte przez wiosenne roztopy rowy o prawie pionowych brzegach. Wiosną było też sporo różnej trudności śnieżnych pól i oczywiście lokalna specjalność brody.

Czy w takim razie warto? Na pewno tak.

Andy to przede wszystkim ogromne niezamieszkane przestrzenie z fantastyczną, dla nas egzotyczną przyrodą. Piękna pogoda (w ciągu 40 dni tylko kilka razy spadł deszcz), uprzejmi ludzie i wcale nie najgorsze jedzenie. Duża część z tego co opisałam nadaje się do powtórzenia, niekoniecznie wiosną, na pewno bezpieczniej jest tam latem, choć należy się spodziewać upałów i potencjalnych problemów z pitną wodą. Najładniejsze dłuższe trekkingi to te w parkach narodowych: Radal Siete Tazas i Altos de Lircay, Laguna del Laja i Villarica. Bardzo ciekawe są też okolice wulkanu Chillan pełne gorących rzek.

Używaliśmy nawigacji w smartfonie. Mapy.com (kiedyś mapy.cz), oparte na open topo map dokładnie pokazują teren. Nie zgadzają się linie lasów, brakuje wielu mniejszych rzek i niektórych ścieżek. W miarę dokładne są mosty. Nie widać terenów prywatnych, płotów i zamkniętych dróg. Jest większa część gorących źródeł.

Na papierowej mapie Condor Cirquit są szlaki, w rzeczywistości zabronione.

Miałam ze sobą komunikator satelitarny Garmin in rich. Przydawał się do kontaktu z rodziną. Nie wiem jak dobra jest chilijska telefoniczna sieć, karta którą kupił Jose nie zadziałała. W wielu miejscach też w parkach narodowych łapaliśmy wifi.

Wiosną w górach było wystarczająco dużo wody, zwykle w strumieniach (filtrowaliśmy), źródła często były rozdeptane przez krowy i nieużyteczne. Wyjątkiem są rozległe wulkaniczne tereny, pola lawowe i łąki na skruszałej lawie. Tam woda pojawia się tylko w lasach i lepiej ją nosić.

W wiejskich sklepikach można kupić tylko podstawowe rzeczy. Chleb, często bywa owsianka i polenta, rybki w puszkach i soczewica. Trudno zdobyć rodzynki i suszone owoce, bywają orzeszki ziemne (nazywają się mani) i żółty ser. W marketach w miasteczkach zdobywaliśmy też suszone mięso (raz), granulat sojowy (często), wędliny typu salami (Jose jadł i przeżył) i algi do sushi (mi bardzo smakowały). W każdej wsi można kupić jajka. Prosiliśmy o ugotowane na twardo. Słodyczy unikaliśmy, były strasznie chemiczne, w zamian nosiliśmy twardą marmoladę z pigwy (dulce de membrillo). Jose polubił słodką zbożową kawę instant o nazwie Milo. Gaz bywa w sklepach myśliwskich (są dość częste).

Gdybyście mieli jakieś pytania, piszcie, pewnie coś mi się jeszcze przypomni.

Share
Translate »