Finlandia zimą

Fińska i norweska Laponia bardzo się różnią. To nie tylko inna kultura, nie tylko przyjazne znakowane szlaki i darmowe chatki wyposażone w drewno i gaz, których niemal się nie spotyka w Norwegii. To też inny (kontynentalny) klimat, inny krajobraz i roślinność. W porównaniu z Norwegią gdzie człowiek jest zdany tylko na siebie Finlandia wydaje się rajem. Wprawdzie bywa tam znacznie zimniej, nam trafił się kilkudniowy mróz ok -35 stopni, ale wilgotność jest bardzo niska i prawie wcale nie wieje. Można by zaryzykować twierdzenie, że niemal nie czuje się zimna, ale to tylko część prawdy. W takich temperaturach w namiocie ciągnie od ziemi i ciepłe zwykle maty przestają wystarczać. Zmarznięty tropik trudno naciągnąć, pękają nieprzystosowane do mrozu plastikowe elementy, mi skruszyła się izolacja kabelka od aparatu i klamra fotograficznej torby. Nie klei się samoprzylepna taśma. Tuż przed świtem wszystko porasta szron. Topienie wody wymaga czasu. Uzyskanie 6 litrów zajęło nam przy -35 stopniach prawie pół dnia i zużyło ok 200 g zimowej mieszanki primusa, przy -10 to samo da się zrobić w ciągu godziny- dwóch. Na szczęście nocowanie w namiocie zdarza się w Finlandii rzadko. Chatki na szlakach narciarskich i pieszych (zimą letnich znaków nie widać) stoją co kilka- kilkanaście kilometrów. Na skuterowych co 25-35 i ten dystans trudno już pokonać na nartach, zwłaszcza w lutym czy na początku marca kiedy dzień jest jeszcze bardzo krótki (nam udawało się przejść tylko po ok 20-23 km).

Tym całym dobrem zarządzają lasy państwowe -Metsahallitus udostępniające też przydatne internetowe mapy. Piszę o tym z wdzięcznością, z podziwem.  To wspaniały gest, a Finlandia jest małym krajem. To też wielkie zaufanie do odwiedzających. Domki są drewniane, łatwo w nich zaprószyć ogień. Niedomknięte okno czy drzwi grożą zasypaniem wnętrza śniegiem, ktoś mógłby też cóż zniszczyć czy naśmiecić. Na szczęście nikt tego nie robi. Regulamin wywieszony w każdej chatce jest przejrzysty i prosty. Nie zostawiaj śmieci (w kilku chatkach są kosze), zasyp urobek w toalecie wiórkami (stoją obok), przynieś z drewutni nowe drewno, wynieś po sobie popiół. Zostań na noc lub dwie (tu bywa różnie), ale tylko jeśli nie jesteś komercyjną grupą. Gdyby zabrakło miejsca wyjdź i wpuść tego, kto przyszedł po tobie. To ostatnie brzmi brutalnie, ale ma sens, skoro już się ogrzałeś, już zjadłeś, dasz radę jakoś wytrwać w namiocie. Nie zdarzyła nam się taka sytuacja, chociaż spotkaliśmy w chatkach innych ludzi. Parę Holendrów, która przyszła przed nami (ta chatka była 6-cio osobowa) i młodego Fina, który obudził nas o 4-tej rano (tylko parę minut przed naszym budzikiem), bo spaliśmy w chatce dziennej, gdzie on miał zamiar wypić kawę o świcie (wypiliśmy razem).

Wiedziałam już trochę o Finlandii planując wyjazd, o fińskich schronach pisałam już w zeszłym roku. To o czym nie wiedziałam, co mnie zdziwiło to piękno lesistego krajobrazu. Północno-wschodnia Finlandia jest niemal płaska. Łyse pagóry wynurzają się z bezkresnych lasów poprzerywanych płaszczyznami jezior. Na wysokości Sevetijarvi rosną w większości sosny, wyżej, bliżej Utsjoki i Nuorgam już tylko karłowate brzozy. Północ jest bardziej górzysta, goła, pozbawiona drzew. Wyjeżdżając myślałam, że ten płaski las będzie nudny (mieszkam w sosnowym lesie). Myliłam się. Był różnorodny i piękny. W suchym powietrzu nad rzekami (które w tym roku nie pozamarzały) zbierała się mgła. Co rano osiadała świeża szadź, czasem pierzasta, gruba nawet na 20 cm, czasem przezroczysta i szklista. Nieustannie zmieniało się światło. Niebo często bywało czyste, więc co noc podziwialiśmy zorze.

Piszę o tym jeszcze przed relacją, na gorąco, bo być może ktoś zechce pojechać tam jeszcze w tym roku. Pokrywa śniegowa ma grubość tylko 30-40 cm- w sam raz żeby mogły się wyżywić renifery, ale podobno to dużo i utrzyma się do końca kwietnia. Na północy, gdzie dociera norweski wiatr, na graniach i wzgórzach śnieg jest wywiany, jest sporo lodu i skał, niżej jest spokojniej, ciszej.

Zdjęcia to trasy: Naatamo- Sevetijarvi (29 km, popularna ubita skuterowa, bez chatek, na południowym wariancie są dwie wiaty, ale nie znaleźliśmy ich ), Sevetijarvi- Nourgam (ok 80 km-narciarska- poza ostatnim noclegiem nad jeziorem Pulmak mnóstwo chatek, świetnie oznakowana, nieubijana, ale był ślad), Nuorgam -Utsjoki (50 km, znakowana, skuterowa, niejeżdżona poza kilkoma kilometrami z obu stron, bez chatek- ta zaznaczona na papierowych mapach jest zamknięta) i Utsjoki -Ilakongas- ok 40-tu km. Pierwsze 15 km po nieznakowanym szlaku skuterowym do chatki Goahppelasjavri  (jest też bardziej stromy znakowany szlak narciarski) dalej bez szlaku (tu już trudno) do Ylakongas w dolinie Tany. Zjazdy do Pulmak i do Tany są, szybkie raczej alpejskie niż backcountry, poza tym nie ma narciarskich trudności. Na tych stromiznach konieczne są pętle hamujące do pulek. Nie trzeba mieć fok (da się podejść te strome fragmenty w butach), namiot i gaz są potrzebne na kilka noclegów i na wypadek jakichkolwiek kłopotów.

Sklepy w Naatamo, Nuorgam i Utsjoki mają wszystko co można sobie wymarzyć. Nocleg w hytte na kempingu w Sevetijarvi kosztuje 45 euro (to domek na ok 4 osoby) W Utsjoki spaliśmy bardziej luksusowo, bo małe domki były nieczynne zimą. Na obu kempingach są sauny. Nie zajrzałam na kemping w Naatamo (minęliśmy go idąc z Neiden), ale widziałam, że był otwarty. Do Naatamo kursuje norweski autobus z Kirkenes (linia Kirkenes- Alta przez Karasjok o 16-tej)  z Nuorgam fiński z Rovaniemi (ok 10-tej rano). Nie sprawdziłam dojazdu do Utsjoki. W Nuorgam można wynająć pulki (co wiem od Holendrów), ale taniej jest je kupić w internecie z dostawą np na kemping. Szlak narciarski Sevetijarvi- Nuorgam jest zwykle przechodzony z Nuorgam do Sevetijarvi i z powrotem ze względów logistycznych (nic nie jeździ zimą do Sevetijarvi). Można wracać tak, żeby nocować w innych chatkach (jest ich nadmiar), lub obejść fragment równoległym szlakiem skuterowym. Cala trasa jest piękna.

Powodzenia!

trawers Islandii w spódniczce :)

Drodzy Panowie- to piękna trasa (też dla Was), ale nieco drażniły mnie bombastyczne opisy „wielkich podróżników”, więc w ramach protestu wyruszyłam w spódniczce (i nawet nie zapakowałam spodni).

Opisuję ze szczegółami, bo to chyba najprostszy i najbezpieczniejszy trawers Islandii. Możliwy do przejścia już wiosną (od czerwca, kiedy otwierają Kjolur) i chyba wtedy właśnie najciekawszy. Zróżnicowany, przechodzący przez szereg fascynujących miejsc, niemal w całości omijający drogi (nawet te szutrowe) za to pozwalający na dokupienie jedzenia co jakieś 6-10 dni. Powolny- bo teren bardzo dziki. Niełatwy, chociaż bez większych technicznych trudności. Długo myślałam jak go „zaprojektować”. Zrobiłam kilka błędów, ale już wiem jak ich uniknąć więc moim następcom pójdzie szybciej i łatwiej. Przejście wymaga kombinacji otyczkowanych lub kopczykowanych szlaków i kilku niemal niewidocznych w terenie dróg (ślad kół, czasem jakaś tyczka), są też kilkudniowe fragmenty bez ścieżek – opiszę je dokładnie w kolejnych odcinkach, moim zdaniem nie sprawią nikomu kłopotu.

Na całość potrzeba kilkunastu dni (mi wyszło 15). W razie kłopotów w odległości od kilku do dwudziestu kilku kilometrów jest jakaś droga, na którą można się awaryjnie wycofać (o ile jest już otwarta). Jest kilka kempingów (prysznic, ładowanie baterii). Bywa zasięg. Są brody, ale nie ma niebezpiecznych rzek. Bywają pola lawowe (czyli trójwymiarowy labirynt- można polubić), bardzo strome piarżyska (lepiej ostrożnie). Bywa stromy i zlodowaciały śnieg (bezpieczniej obejść, to nie do przejścia w miękkich butach bez raków, ale dźwiganie raków na kilka miejsc też chyba jest bez sensu). Jest trochę bagien, są bezdenne piaski- niebezpieczne- trzeba je omijać. Są obszary geotermalne gdzie można wdepnąć niechcący we wrzątek- czyli bardzo ostrożnie, jeśli trawiaste- najlepiej śladami owiec, jeśli piaszczyste po gładkim i suchym. To niezwykłe miejsca więc szkoda ominąć. Są gorące źródła i ciepła kąpielowa rzeka… jest kilka wielkich wodospadów i częsty widok na lodowce. Są zwierzęta, morza kwiatów, wspaniała bujna przyroda. Są miejsca jak z księżyca, jest las. Są dodatkowe atrakcje: Seltun, Geysir, Gullfoss, Thingvellir, Kerlingarfjoll, nawet wejście do wnętrza wulkanu (jak ktoś ma kasę). Są słynne islandzkie wyżyny. Jak dla mnie (nowicjusza) ten trawers to kwintesencja Islandii. Cieszę się, że od niego zaczęłam.

Narysowałam Wam prowizoryczną mapkę. Czerwone przeszłam pieszo, zielone- podjechałam stopem (trochę krążyłam poszukując drogi, lub zbaczając do jakiś ciekawych miejsc). Fioletowe to niezrealizowane warianty- albo nieprzekraczalne płoty, albo asfaltowa szosa…wybrałam bardziej interesujące obejścia. Jak widzicie nie doszłam do oceanu (zostało mi ok 10 km solidną szutrówką i ze 20 km asfaltu). Padało od 3 dni, temperatura spadła prawie do zera, byłam mokra i głodna, a dzicz się właśnie skończyła. Utwardzone drogi wśród płotów raczej mnie nudzą… poza tym aż tak bardzo nie zależy mi na zdobywaniu, także ten pięknie się zapowiadający trawers zostawiam innym. Jeśli ktoś ma ochotę na palmę (czy plamę?) pierwszeństwa, wciągać spódniczkę i w drogę! Pierwszy polski trawers Islandii w spódniczce czeka:)

Na początku galerii jest mapka. Dwa dorysowane domki to dobre biwaki- otwarte i dla każdego (niezaznaczone na żadnych mapach). Żółte kropki to miejsca gdzie spałam, niebieskie trójkąty to fajne kempingi. Jeden też dobry-(Hveravellir) ominęłam (napiszę potem). Są jeszcze dwa ważne punkty- informacja turystyczna i Bonus w Hveragerdi, i informacja turystyczna w Thingvellir (tam dostaniecie mapki). Pominęłam z lenistwa jeden sklep-trzeba by do niego podjechać jest w Uthlio (poza nim jest jeszcze jeden, mały i jeszcze mniej po drodze w Laugarvatn).

Na całej trasie nie widziałam ani jednej wędrującej osoby. Na jednym z kempingów poznałam parę Niemców, którzy się wystraszyli i zrezygnowali (niepotrzebnie przeszli śnieg, który ja po kilku podejściach ominęłam, mieli raczki, ale i tak walczyli o życie), spotkałam kilkoro jednodniowców w Kerlingarfjoll i dużo miłych ludzi w samochodach. Po samotnych wędrowaniu nawet króciutki kawałek, który się z kimś podjeżdża to możliwość przyjemnej rozmowy i często ogromna pomoc. Mam same miłe wspomnienia. Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy zatrzymują się, podwożą, karmią, ogrzewają… Te spotkania są jednymi z najpiękniejszych rzeczy, które zapamiętałam. No i widoki… popatrzcie sami! (Instrukcja przejścia jest tu, szczegółowe opisy każdego odcinka w kolejnych tekstach)

PS: pozostałe 2 tygodnie wykorzystałam na wędrówkę z Holmaviku na Hornstandir. To zupełnie inny świat. Trudniejszy, dzikszy. Wyjątkowo piękny. Też go zaraz opiszę. Cieszę się, że Islandia jest taka duża i tyle tam jeszcze miejsc gdzie nie byłam!

Islandia pieszo- instrukcja obsługi

Przejście Islandii pieszo zdobyło w Polsce wielką sławę. Co roku ktoś ogłasza „pierwszy polski trawers”, w opisach dominują trudności i przeszkody. Rzeczywistość jest troszeczkę inna, chociaż to faktycznie niełatwe. Pierwsza trudność to informacje. W internecie jest kilka poświęconych islandzkim trawersom stron (głównie po angielsku). Łatwo je wygooglać więc nie podaję. Ich autorzy są przekonani o swoim pierwszeństwie, natomiast jeśli popytać Islandczyków- przechodzenie Islandii wzdłuż, wszerz lub po przekątnej (wzdłuż pęknięcia pomiędzy Europą i Ameryką) jest powszechne. Islandczycy chodzą grupami, często z przewodnikiem, na wielu trasach można wykupić komercyjną wycieczkę gdzie plecaki przewożone są samochodem. Jedzenie wysyła się do schronisk autobusami lub łodziami. Ludzie wynajmują postawione po drodze domki. Wybierając się na Islandię pieszo nie odkrywamy wcale Ameryki i nie wytyczamy całkiem nowych szlaków. Co nie zmienia faktu, że przeważnie będziemy sami, że trasa długa, klimat surowy, a do cywilizacji zwykle daleko. Czy warto? Myślę, że tak. Mi się tam podobało.

Opiszę Wam dwie skromne dwutygodniowe trasy. Wytyczyłam je sobie, bo przekraczają miejsca, które najbardziej chciałam zobaczyć. Ponieważ wyszłam bardzo wcześnie, miesiąc przez głównym sezonem nie wszystko było jeszcze możliwe, ale bardzo mnie to nie martwiło. To piękny, nieprzewidywalny kraj. Ludzie, z którymi rozmawiałam powtarzali zgodnie, że idąc przez Islandię lepiej nie mieć sprecyzowanych planów. O tym czy coś się uda czy nie i tak zdecyduje pogoda. Topiące się śniegi, wichury, błoto, deszcz, wzbierające rzeki. Kiedy świeci słońce jest tam niewyobrażalnie pięknie, kiedy wieje i pada bywa ciężko.

Islandia kopczyk przy ścieżce

1- bezpieczeństwo

Islandczycy nigdy nie chodzą pojedynczo. Samotnik naraża się na pytania „wszystko w porządku?” w podtekście „zwariowałeś? Ostrożność wynika z nieprzewidywalności pogody, z ryzyka przekraczania rzek z kilkudziesięcio kilometrowego oddalenia od cywilizacji (szczególnie w miejscach niepopularnych i niedostępnych samochodem jak np zachodnie fiordy, bo na typowych trasach bywa sporo samochodów) i z pewnego rodzaju przyzwoitości, która nakazuje nie narażać innych na nieprzyjemności związane z akcją ratunkową. Pomoc jest na Islandii darmowa, ale zajmują się nią wolontariusze. Czyli ktoś je niedzielny obiad, a tu dzwonią, że turystę poniosła rzeka… O niefrasobliwości przyjezdnych krążą legendy. -Oni nic nie rozumieją- mówią miejscowi- jak piszemy: „prosimy nie podróżuj samotnie”  to naprawdę dlatego, że to ryzykowne, że potem my musimy delikwenta ratować. A mógłby sam… Zimą trzech Amerykanów poszło na Vatnajokull i musieliśmy wysłać helikopter. Nas jest mało, a turystów tysiące…

Islandczycy zawsze mają ze sobą telefon satelitarny, gps-a i SPOT. Często ma je przewodnik grupy. Trudno mi było wytłumaczyć, że ja sobie radzę bez tych rzeczy nawet w trudnym i skomplikowanym terenie. Pokazłam jak odnajduję ścieżkę czy bród i dopiero wtedy zostałam zaakceptowana. Z tym, że ja chodzę po bezdrożach od lat. Nauczyłam się szukać odcisków racic czy stóp. Złamanych traw, trąconych kamieni. Najbardziej logicznej, najłatwiejszej drogi. Czasem sama jestem zdziwiona, że znajduję. Mam wrażenie, że wielokrotnie, powtarzalnie zdarza mi się cud. Lubię ten proces dogadywania się z naturą, ale jestem pewna, że to nie dla każdego. Islandia to nie najlepszy kraj żeby się uczyć. Zbyt wielki, zbyt pusty.

W razie kłopotów w wielu miejscach jest telefoniczna sieć. Pojawia się częściej niż można by się spodziewać, nawet kilkadziesiąt km od cywilizacji. Jest na wysokich przełęczach, bywa w okolicach dróg. Pomimo tego lepiej liczyć tylko na siebie i nie ryzykować bardziej niż trzeba.

Islandia grupa przechodzaca przez fjord podczas odpływu

2- mapy

Na mapach, które można kupić w sklepach nie ma prawie zupełnie nic. Zwykle są pozaznaczane samochodowe drogi i schroniska (prawie zawsze zamknięte, bo trzeba je zamawiać wcześniej). Islandczycy noszą wielkie szczegółowe mapska, ale nie dowiedziałam się skąd je wziąć. Idąc w długą trasę raczej nie warto, bo to ogromne laminowane płachty, a trzeba by ich mieć kilkanaście. Ja poradziłam sobie niosąc mapę w skali 1;500000 (1 cm to 5 km!) dostępną w Sklepie Podróżnika za jedyne 25 zł. Świetnie się sprawdzała jako osłona palnika przed wiatrem :).

Interesujące mnie fragmenty wydrukowałam wcześniej z internetu, ale one też nie pokazywały pieszych tras. Troszkę lepszą mapkę Hornstandir kupiłam w Holmaviku. Szczegółowe i przydatne mapy można często uzyskać za darmo w punktach informacji turystycznej. Pokrywają teren 2-3 dni i pokazują wytyczone niedawno piesze szlaki, oznakowane tyczkami, ale często jeszcze niewydeptane. Jest ich mnóstwo i w przeciwieństwie do dróg dla terenowych samochodów (nimi zwykle poruszali się ludzie, których opisy czytałam) wyprowadzają w trudny i różnorodny teren. Przecinają pola lawowe, chadzają po gorących geotermalnych obszarach (fajnie iść przez nie samemu bez tłumu turystów okupujących drogi), przez łąki zarośnięte po pas, po skałach, po piargach i po bagnach. Wymagają solidnych górskich butów, bez których można by się obyć korzystając z dróg.

Islandia Krerlingarfjoll, tyczki znakujace ścieżkę

Tereny gdzie nie wytyczono szlaków przeszłam z kompasem, też bez problemu, a czasem znajdowałam tam pojedyncze kopczyki.

Jeśli korzystacie z drukowanych map przyjrzyjcie się uważnie legendzie. Na wybrzeżu ścieżki czasem narysowano na oceanie. To takie, które przechodzi się tylko przy odpływie (czyli są dwie szansy na dobę). Na niektórych mapach (np świetnej, darmowej rowerowej) są zaznaczone brody. Jeśli ich nie ma miejsce może być nieprzekraczalne pieszo, pomimo tego, że można je pokonać samochodem (np takim na ogromnych oponach, jak od traktora). Chatki (domki) opisane w legendzie jako schroniska górskie mogą być pozamykane na klucz i może tam nie być żadnej obsługi. Chatki zaznaczone jako ratunkowe są zwykle (ale też nie na 100%) otwarte i zaopatrzone w telefon ratunkowy. Zwyczajowo nie używa się ich poza skrajnymi sytuacjami (załamanie pogody, awaria namiotu, wypadek, choroba). Jednej nie dałam rady otworzyć, przechyliła się i drzwi się zacięły.

Islandia. Kapsuła ratunkowa, Hornstandir

3- ubranie

Islandia jest mokra, wietrzna i zimna- to prawda, chociaż nawet tam bywa ciepło. Ok 16-17 stopni. Mi się to niestety zdarzyło tylko raz. Padało przez mniej więcej połowę dni. Wiało bez przerwy. Chmury są bardzo niskie, dosłownie się ocierają o grunt stąd często idzie się we mgle. Bywa sucha lub mokra, ale z reguły jest mętna i chłodna.

Miałam ze sobą:

1-dwie nasze bluzy z Powerstretch pro (do noszenia jedna na drugą)

2- dwie kwarkowe koszulki z wełny ( Abeile i cienką, obie z długim rękawem)

3- dwie pary legginsów z powerstretch pro

4- majtki z wełny i z powerstretch, kostium kąpielowy

5- czapkę, szalik i rękawiczki (dwie pary z powertsretch pro)

6-3 pary skarpet z powerstretch pro

7- rzeczy od deszczu (spodnie z Deca za 50 zł- działają tylko z taśmą klejącą, ale poza tym na jeden wyjazd ok, ważą 200g, wiatrówkę Laponię, i pelerynę na plecak- która niestety mocno mi ciekła)

8-lekkie górskie buty i buty do przechodzenia rzek (zabrałam tanie z Deca na kamienistą plażę- były zbyt wiotkie, zbyt cienka podeszwa, zbyt zimne, przydałyby się też skarpety z neoprenu)

9- spódniczkę Tendenerę (często nosiłam ją jako kamizelkę)

Bywały dni kiedy miałam to wszystko jednocześnie na sobie (poza np kostiumem kąpielowym :)). Bywały noce kiedy spałam w mokrym, chociaż na szczęście pomimo zamoczenia zewnętrznego powerstretcha ten wewnętrzny (i na nogach, i na ciele) pozostawał w zasadzie suchy, poza mankietami.

Szalik z jedwabiu (dostałam go kiedyś od sławnego mediolańskiego projektanta) służył mi za uszczelkę. Inaczej woda spływająca po twarzy wlewała mi się w dekolt i ściekała do majtek. Taki cieniutki jedwab da się jakoś wysuszyć, chociaż i z tym bywało ciężko. Skarpety, mankiety suszyłam w namiocie gorącym kubkiem (z herbatą czy z zupą). Ubranie tylko na sobie.

Zabrałam miękkie gąbkowe wkładki do butów, które o dziwo okazały się genialne w procesie suszenia (kupiłam je za jakieś 9 zł w zwykłym sklepie z butami). Wciągały wodę i jeśli się je kilkakrotnie wyżęło buty robiły się przyjemnie suche. Na chwilkę oczywiście, bo proces moczenia jest na Islandii ciągły…

Islandia, moje buty i błoto

4- jedzenie

Islandia jest droga, ale podobnie jak w Norwegii można spokojnie przeżyć, rezygnując z niektórych rzeczy.

Najtańsze są supermarkety Bonus. Ceny w innych bywają od 30-50% droższe, a niektórych produktów może tam nie być. To nie jest jakiś ogromny problem, coś do jedzenia znajdzie się i tam.

Na Islandię wolno legalnie wwieźć tylko 3 kg jedzenia. Nie wolno suszonego mięsa, więc tym razem go nie jadałam. Przywiozłam sobie ok 800 g suszonych w domu jabłek (bo lubię), ok 1 kg suszonych warzyw (nie wiedziałam, że są dostępne w Bonusie za ok 10 zł za paczkę – u nas kosztują tylko 3 zł, ale to niewielka cena tak czy siak), pieczoną wołowinę od Mamy i trochę orzechów, które też nie są na Islandii drogie. Jadałam wiórki kokosowe, ziarno sezamu, słonecznika, pestki z dyni, orzechy nerkowca i włoskie (inne były droższe). Tanie są duże opakowania rodzynek- używałam ich zamiast cukru.

Sery żółte kosztują od 1400-1800 koron za kg i są raczej niesmaczne (jadłam i tak). Masło jest solone i bardzo smaczne (kupowałam jakiś rodzaj masmiksa w plastikowych opakowaniach po 400 g), suszone ryby są pyszne, niektóre rodzaje są mniej drogie niż inne. Jadałam (wdł rady Patrycji) z masłem- warto wziąć, bo taka ryba to prawie samo białko.

Z wędliny spróbowałam tylko parówek (dostałam paczkę)- smakowały baraniną.

Poza tym moje podstawowe jedzenie- czyli płatki owsiane. Kilogram kosztuje od 1000 do 200 koron (tańszych szukajcie na półkach z mąką, nie z musli).

Zużyłam jedną półkilogramową butlę z gazem. Butle z Bonusa mają taki sam gwint jak te od Primusa czy MSR-a, ale innej długości igłę. Żeby się dostać do gazu, trzeba zdjąć z palnika gumową uszczelkę (tą dużą tuż nad gwintem) i wkręcić go bardzo mocno. Gotowałam w przedsionku namiotu osłaniając palnik laminowaną mapą (na dworze się w zasadzie nie da). Używałam swojego kubeczka za 3 zł (80g), który w plecaku wkładam na butelkę, więc nie zajmował miejsca i silikonowej elastycznej pokrywki.

Islandia, moja kuchenka

Piłam wszystkie rodzaje wody. Z rzek, z potoków z kałuży (tę przegotowałam), z roztopów. Na polach lawowych zwykle nie ma wody, weźcie to pod uwagę planując przejścia.

Na wyżynach w zasadzie nie ma sklepów. Wszystkie punkty gdzie można cokolwiek dostać zaznaczono na mapie rowerowej. To nie zawsze oznacza jedzenie, ale można ponegocjować. Ja np (po uprzednim telefonie) dostałam w Kerlingarfjoll kg płatków owsianych i jeszcze masło i 12 jajek na twardo (które im zostały ze śniadania). Płatki ściągnęli dla mnie (1000 koron), masło i jajka akurat mieli- więc były tańsze (600 i 600). Zdobycie jedzenia jest jednym z największych islandzkich problemów więc warto to dobrze przemyśleć. Nigdzie po drodze nie widziałam gazu z gwintem, na stacjach benzynowych, nawet w hotelach bywa przebijany.

5- noclegi

Namiot podobnie jak w Skandynawii można rozbić wszędzie gdzie się tylko chce. W praktyce to ograniczone, bo bagno, bo stromizna, bo skały. Kempingi są częste i nie bardzo drogie. Od 1000 do 2000 koron. Od czego zależy cena nie odkryłam. Czasem zawiera nieograniczoną ilość ciepłej (geotermalnej) wody, nawet basen, kuchnię, miejsce do suszenia, piękne łazienki, a czasem to tylko miejsce na trawie, wcale niekoniecznie skoszonej. Paradoksalnie na takim drogim niczego nie oferującym kempingu zaproszono mnie na dobry obiad, inny wytrzasnął spod ziemi troszkę jedzenia na sprzedaż, gdzie indziej naładowałam wszystkie baterie, więc w zasadzie żadnego nie żałowałam. Spałam na nich 5 razy. 2 razy trafiłam na schron.

Islandia, Latarnia morska w Latraviku- prawdziwe, przyjazne górskie schronisko

Zabrałam ciepły śpiwór puchowy (Robertsa z 700 g najlepszego puchu) raz było mi w nim za ciepło dwa razy chłodnawo (byłam zmęczona i mokra, a akurat upiornie wiało).

Miałam ciepły i solidny namiot (starą jedynkę Hannaha, 2,5 kg). Używałam zwykłych szpilek (najwyżej dociśniętych kamieniem), jednego odciągu- służy mi głównie do uziemiania składanego czy stawianego namiotu (lubi uciekać). Namiot dzielnie trzymał się na wietrze, chociaż czasem strasznie łomotał. Pod koniec lekko przeciekał (weźcie taśmę), a podłoga zaczęła pić wodę (warto ją przed wyjazdem zaimpregnować, stawia się na mokrym lub na bardzo mokrym).

Islandia- mój awaryjny biwak nad oceanem- złapał mnie przypływ

miałam karimatę Z-line (szczęśliwie zawsze spałam na przyjaznym podłożu, nawet na polach lawowych bywają płaty mięciutkiego mchu).

Rurki od namiotu wykorzystałam jako stelaż plecaka. Udało się je wstawić zamiast pionowych metalowych prętów (Kajetan zrobił mi przedłużki z plastikowych rurek, brakowało ok 10 cm). Oszczędziłam w ten sposób ok 300g.

Na Islandii nie ma niebezpiecznych zwierząt. Nie ma też komarów, ale niestety są muchy. Warto zabrać ze sobą moskitierę, zwłaszcza w czerwcu.

To chyba wszystko … resztę dopiszę w opisach tras, jeśli macie jakieś pytania piszcie. Spisałam na gorąco, żeby nie zapomnieć, ale możliwe, że coś przegapiłam.

PS: Byłam na Islandii od połowy czerwca do połowy lipca.

 

niski szlak pirenejski: GR15 i kilka wariantów

<— Podział tego szlaku na etapy jest orientacyjny i w zasadzie ma niewielki sens. Nie ma powodu żeby gdziekolwiek jakiegokolwiek dnia dojść. I tak nie bardzo da się przejść tę trasę bez namiotu więc w razie potrzeby można go sobie rozbić niemal w każdym miejscu. Najwygodniej oczywiście tam, gdzie jest woda. Odcinki, na które podzieliłam opis to jednorodne kawałki, które można obejść innymi wariantami. Warianty opisałam kursywą. Podałam linki do relacji, które już  były zamieszczone na blogu. GR15 może zająć od 10 do  kilkunastu dni, zależnie od tempa i wybranej trasy.

Pomijam kilka pierwszych i kilka ostatnich dni. Nie widziałam tych miejsc. Według map GR15 wyznakowano od Acumuer  u stóp Sierra de Partacua do Pont de Suert na granicy Katalonii.  Na stronie z opisem wszystkich aragońskich szlaków Guia de los Pirineos opisano szlak już od Anso (tam jest nieznakowany). Ja przeszłam fragment od Cyrku Armena w Masywie Cotiella do Biescas.  Koniec:  Biescas – Anso to niskie zalesione góry i sporo polnych dróg. Wydaje mi się, że to najmniej interesujący fragment, ale jeśli tam z jakiegoś powodu trafię, na pewno to opiszę. To około 90 km. Podobno planuje się przedłużenie szlaku aż do Pampeluny.

Gdybyście mieli ochotę przejść niska trasą przez całe Wysokie Pireneje polecam wariant idący wyżej (na północ od GR15). Opisałam go w punkcie 9.

Opisuję trasę ze wschodu na zachód, chociaż można ją z powodzeniem przejść w obu kierunkach.

Początek- czyli fragment z Pont de Suert do Cyrku Armena najprawdopodobniej zajmie 3 dni *. To około 50 km. Szlak (według map) biegnie niskimi zalesionym wzgórzami na stokach Masywu Turbon. Z tego co pamiętam z szosy, wzgórza są skaliste i interesujące, ale niskie więc w środku lata może tam być i gorąco i sucho. W Bassa Mora- dzień drogi na wschód od Cyrku Armena jest schron.

Innym pomysłem na dojście do Cyrku Armena w Cotielli od wschodu jest częściowo oznakowany szlak z Sahun prowadzący przez wyższe, ale nie bardzo trudne przełęcze. Sahun leży  ok. 50 kilometrów na południe od Pont De Suert przy drodze z Lleridy do Benasque. Łatwo tam dojechać. W tym wariancie pomija się El Turbon, ale można obejrzeć bardzo mało znany i bardzo dziki rejon jezior Barbarisa.

Z Sahun trzeba podejść do Sanktuarium Guayen.  

Z parkingu do góry i w prawo odchodzi ścieżka- stara droga dla mułów wspinająca się na skaliste zbocze. Prowadzi w dolinę Aiguera de la Vall.  

Na wysokim piętrze nad doliną dochodzi do niej ścieżka z Eriste- niewygodnie stroma, ale idąc w drugą stronę można nią  w razie nagłej potrzeby zejść. W Eriste jest kemping. Dalej ścieżka prowadzi przez dziką, bardzo zarośniętą dolinę do mokradeł- rozlewisk rzeczki. Tam kończy się oznakowanie.  Rzekę pokonałam kiedyś w bród. Szlak wspina się na dość strome, ale nietrudne zbocze po lewej do cabany Pradines,

a potem przechodzi wzdłuż jeziora i wdrapuje na przełęcz Pradines (na innych mapach La Vall, lub Ravall).

Z przełęczy kamieniste zejście do jezior Barbarisa, nie ma trudności orientacyjnych- jeziora widać.

Idąc w drugą stronę przy dolnym końcu Ibon Barbarisa ostro w prawo. Na inne przełęcze nie da się łatwo wejść, więc wybór drogi jest dość jasny.  Nie jest trudno, jest kilka kopczyków. Od Ibon Barbarisa znów pojawia się żółte oznakowanie.  Ścieżka prowadzi na Collado Sahun.

Po drodze jest stromy, trawiasty próg, a pod nim dwie cabany. Duża- ładna i zamknięta (jest z niej drugie zejście do Sahun- nie znam) i wyżej druga mała i brzydka, ale otwarta. Woda jest tylko w rzece przy dużej cabanie. 10 minut (betonową drogą) na południowy zachód z Collado Sahun jest czynne przez cały rok schronisko Refugio Marradetas. Z Collado Sahun można przejść szutrowymi i gruntowymi drogami na Collado del Crus (ok 2- 3 godziny) i dalej do Cyrku Armena – gruntową drogą i kawałkiem GR15 lub żółto znakowaną ścieżką jak w mojej relacji.  Idąc w drugą stronę można zobaczyć czy na przełęczy Ravall (Pradines) jest śnieg- gdyby był zawsze można zejść do Sahun od cabany Barbarisa lub drogą od schroniska Marradetas. Przełęcz widać z zejścia z Cyrku Armena i z Collado Sahun.

Taki wariant to ok 2 dni. Planowałam kiedyś przejście jeszcze bardziej na wschód z Conangles w Dolinie Barraues  do Celler  w dolinie Benasque przez Tuca Castaniesa lub niżej przez Collada Baciver, ale poszłam wtedy inaczej. Być może warto to kiedyś sprawdzić. Byłby piękny wyższy wariant naszej niskiej pirenejskiej trasy kończący się na katalońskiej granicy. Z Doliny Castanesa do wsi Aneto prowadzi polna droga, a Collada Baciver jest niestety blisko wyciągów, ale góry są tam chyba ładne, chociaż nie są strzeliste i strome. Tak wyglądają z daleka:

1- Od Cyrku Armena (jest schron**)

szlak wspina się na Collado del Ibon- opisałam relację z początku maja. Podejście początkowo dość strome po kamieniach i piargu, przełęcz nietrudna, szeroka i płaska, zejście miejscami strome. Prawdopodobnie to też kamienie i piarg (widziałam tylko śnieg). Stromy próg nad Ibon del Plan nie najlepiej oznakowano ***. Niżej szlak obchodzi jezioro od wschodu. W progu jest źródło.

Na płaskiej łące nad jeziorem stoi drogowskaz, widać ścieżkę schodzącą do Plan i na przełęcz -nad brzegiem jeziora. Jest też znak do schroniska. Szlak przechodzi rzekę i wspina się na leśną polanę gdzie kończy się gruntowa droga. Ok 15 minut. Schron jest duży i nowy ze stołem i ławkami, bez łóżek i bez wody. Z fantastycznym widokiem ****. Od Cyrku Armena ok. 3,5 godziny.

Będąc w Cyrku Armena można wdrapać się na Cotiellę.

2-Dalej do Sarvillo prowadzi leśna ścieżka przecinająca czasem gruntowe drogi, a potem stara droga dla mułów. W połowie jest poidło dla krów ze źródłem. Źle oznakowano skrzyżowania z drogą i trzeba uważać. W Sarvillo jest bar i sklep (na zapleczu baru), na rynku woda w kranie. Szlak idzie dalej do góry, a potem trawersuje stok starą drogą dla mułów. Na przełęczy zgubiłam znaki. Powiniam zejść do Lafortunady, ale zeszłam do doliny Gistain. Z tego co widać z góry i z szosy las nad Lafortunada to niskie ostre krzaki na mapie zaznaczone jako las. Lafortunada jest bardzo nisko to tylko 500 m npm do tego w wąskiej dolinie. Może tam być gorąco. Za wsią GR 15 podchodzi przez las do Telli. Ok. 3 godzin do Sarvillo, 2,5 do Lafortunada i ze 2 godziny do Tella- może to zając trochę więcej, bo to spore podejście ok 800 m. W dół będzie oczywiście łatwiej.

Gdyby był straszny upał można ominąć kawałek nr.2 . Z Ibon del Plan należałoby zejść do Plan (ok 2 godziny, w Plan jest sklep- na dole miejscowości przy wyjściu szlaku,obok baru).  Stamtąd GR 19-1 można podejść na Collado de Crus del Guardia ok 4 godziny.  

Po drodze ok. godzinę przed przełęczą jest pozbawiony wygód schron. Na przełęczy drugi. Woda w korycie nad pierwszym schronem, drugi nie ma wody. Najbliższe źródło na podejściu i z drugiej strony przełęczy ok. 100 metrów poniżej grani.

Zejście do Bielsa- leśną ścieżką zajmie ok 3,5 godziny. Jest przyzwoite oznakowanie.

Z Bielsy (szlak wychodzi na dole miejscowości przy parkingu) szlakiem nad kanałem– niemal płasko do Telli ok 2,5 godziny. Żółte znaki.  To interesująca wykuta w skale ścieżka z pięknymi widokami. Raz trzeba się przytrzymać ręką- szlak się obsunął, ale miejsce ubezpieczono. W Bielsie są sklepy, kemping (ładny jest kemping Bielsa poniżej wsi, ma też dobry hotel), dwa drogie hostele i kilka hoteli.  Inne połączenie Bielsy i Telli to Gr 19 przez przełęcz Portillo. Można iść tamtedy bezpośrednio do Lamiana. Od północy pod samą przełęczą stromo, poza tym ok, woda przy cabanach. Piękne widoki na La Munia, Monte Perdido, Punta Suelza.

3- Z Telli GR15 idzie do Escuain.  W Lamiana (ok. godziny od Tella) jest gite. W Escuain warto podejść na punkt widokowy- pięknie stamtąd widać kanion Escuain.

Wieś jest teoretycznie wyludniona, ale mieszkają tam dwie panie.

Za miejscowością ostre podejście przez las na Cuelo Raton obok Castillo Mayor (szlak odchodzi od drogi przed rzeką, obok tablicy Park Narodowy i szlabanu. Są znaki, ale wyższych partiach nie ma ścieżki).

Z przełęczy wyraźna ścieżka do drogi schodzącej do Bestue od schronu Plana Canal. Przy drodze woda. Ścieżkę idącą do góry w stronę Cuello Raton widać z drogi.

Będąc w Escuain warto przejść wzdłuż kanionu, 

można wejść na Cuello Vicenda- piękne widoki na Monte Perdido i kanion Anisclo.

Da się stamtąd wrócić do Lamiana drugą stroną kanionu przez Revilla- to byłaby długa całodzienna wycieczka. Niestety trzeba by powtórzyć fragment Lamiana- Escuain bo drogę przecina kanion. Inna możliwość to zejść do Refugio Vicenda i dalej do Plana Canal omijając Cuello Raton.

Można też wrócić górą tak jak opisałam we wrzesniu. Lub nadłożyć drogi i pójść z Lamiany do Escuain przez Puntas Verdas, Cuello Vicenda i drogę wzdłuż kanionu. Nie ma znaków i nie zawsze jest bardzo łatwo, ale widoki są niesamowite.

4- Drogą ok. 1,5 godziny do Bestue, dalej w dół do rzeki (ok. godzina) i ok 3 godzin do Puente de San Ubrez. W Bestue nie ma nic do jedzenia*****, nie widziałam też wody.

Będąc w Puente de San Urbez warto przejść się kawałek kanionem. Można też zrobić skrót – z la Ribereta można wyjść na Cuelo Arenas. Nie znam tej drogi, ale widziałam znak, to niedaleko. Drugą możliwość przejścia do Cuelo Arenas opisałam we wrześniu.

odcinek 4 można przejść wyżej, ale nie będzie już bardzo łatwy. Prościej jest iść w odwrotną niż opisałam stronę. Miejscami ekspozycja, brak oznakowania poza kilkoma drogowskazami. Drogą pod Cuelo Raton zamiast w dół- w górę do schronu Plana Canal. Potem wyraźną ścieżką na Sestrales.

Trawiaście i łatwo.

Zejście jest na platou za ostatnim szczytem w grani -Sestrales Bajo.

Po wschodniej stronie z płaskowyżu opada wąskie gardło z wygiętym drzewkiem. Ostro w dół, potem półką pod skałami- trochę widać ścieżkę, miejscami dość duża ekspozycja.

Po przejściu na południową stronę zejście kamienisto- skalistym terenem, a potem plątaniną wąskich, ale zarośniętych półek (nie wiem czy też zostały oczyszczone). Woda dopiero przed samym połączeniem z GR15. Dalej GR15 do Puente de San Urbez. Ok. 6-8 godzin zależnie od stanu krzaków. Piękna trasa i fantastyczne widoki.

Inna możliwość to iść z Plana Canal polną drogą do cabana Vicenda. W miejscu gdzie kończy się droga, ścieżką przy brzegu kanionu na Paso Fondiello.  To przejście jest troszkę ukryte w krzakach. Na skraju łąki jest znak. Można zejść do dna Kanionu Anisclo i iść do Puente de San Urbez kanionem. Na Paso Fordiello trzeba czasem użyć rąk, ale nawet przy deszczu czy małym śniegu jest łatwo (bywa bardzo stromo). Ok 6 godzin.

5- Puente de San Urbez – Nerin- ok 1,5 godziny. Ścieżka biegnie przez początek kanionu, a potem wspina się na porośnięte krzakami zbocza.

Są piękne widoki na kanion Anisclo i Sestrales.

W Nerin jest gite i hotel, ale nie ma sklepu. Ścieżka prowadzi dalej przez niskie krzaki przypominające skalny ogródek. Wiosną kwitną tam żarnowce lawenda i narcyzy, latem kolcolisty i róże, a miejscami irysy. Na kawałku szlak idzie szosą, ale odejścia są oznakowane i je dość dobrze widać. Ok 1,5 godziny do Busain i Fanlo. Bywa woda.

6- Z Fanlo GR15 schodzi doliną Vio do Servillo,  nie wiem niestety którędy.  W teorii są dwa warianty przez Buerbę i Vio i drugi idący powyżej szosy. Ja niestety znalazłam tylko szosę (na szosie poniżej serpentyn przed Fanlo jest schron). To ok 15 km.

Z Sarvillo do Broto jest biegnący powyżej drogi leśny szlak.

Z Fanlo można pójść wyżej i bardziej interesująco (niż szosą). Z zakrętu szosy w kierunku Nerin odchodzi szlak na Cuelo Arenas. Jest oznakowany na żółto chociaż to (polna) droga. Na Cuelo Arenas jest schron ******. Widać odnogę kanionu Anisclo, można pójść na Collado Goro i do schroniska Goritz– bez znaków, lub zejść drogą biegnąca pod granią Sierra de Cutas do Ermita de Santa Anna i do Torli. Ciekawa biegnąca przez bardzo specyficzny krajobraz trasa.  Z góry jest piękny widok na kanion Ordesy. Ok 6-7 godzin od Cuelo Arenas, ze 2,5 od Fanlo do Cuelo Arenas. W Torli są hotele, kempingi, sklepy i bary. Nawet basen.  Z Torli do Broto jest kilka kilometrów drogą, są znaki GR 15.

7- Za Broto GR 15 przechodzi przez kilka opuszczonych wsi. W pierwszej -Oto podobno jest gite, Yosę widziałam tylko z daleka,

Otal jest bezludny, chociaż można w nim spać pod dachem bo dachy jeszcze tam są. Po drodze ścieżka przechodzi przez nieszczególnie urodziwy szczyt- Pepolin z fantastycznym widokiem. Pod samym szczytem jest spore źródło. W Otal jest rzeka, ale dojście do niej zajmuje ok. 20 minut.

Z Torli można iść na Pepolin i do Otal przez  Collado Cebollar *******. Niezbyt łatwa (T3), ale bardzo piękna droga. Szlak na przełęcz jest oznakowany, zejście nie. Ścieżka odbija od GR 11- w połowie odcinka Torla- Bujaruelo. Po drugiej stronie przełęczy w cyrku Soaso jest dość skromny schron- ref Sorosa. Niżej, w Linas de Broto jest ładna gite i bar. Na przejście od Bujaruelo do Refugio Sorosa potrzeba ok. 7-8 godzin, na zejście do Linas de Broto jeszcze 2 godziny. Podejscie na Pelopin zajmie dalsze 2,5, na zejście do Otal wystarczy godzina.

8-zejście do Biescas******** opisałam w tekście o opuszczonych wsiach. Początek do Yesero jest ładny, reszta już nie- to asfaltowa, ale nieuzywana droga. W Yesero (za kościołem) jest prywatne schronisko, nie ma sklepu.

9– Biescas- dolina Aragon Subordan…. to teoria, bo nie znam tych tras. Na oko ( z góry) GR 15 wygląda na tym odcinku nieszczególnie. Schodzi bardzo nisko i w środku lata będzie tam straszny upał. Nic nie wiem o wodzie. Inny wariant pokonania tego dystansu to:

-Z Biescas GR 15 aż do Puente de Santa Elena, dalej przez most i nie w dół  rzeki jak znaki, ale zboczem do góry do Refugio del Baranco del Puerto, początkowo gruntową drogą. Na mapie wygląda to na schron. Dalej na Plan de Usabas i przez trawiastą przełęcz pod Punta Gabacha (widziałam ją z daleka) na Plan de Igues. Stamtąd dolinką do Valle de Acumuer. Na dnie doliny znów w górę. Powinna być ścieżka na Collado de la Espada. Za nim cabana i schron od schronu drogi aż do Villanua lub do Canfranc *********. Z obu tych miejsc łatwo wrócić do Saragossy.

-można też pość troszkę wyżej, zahaczając o południowy wariant GR11.  Z Biecas do Puente Santa Elena i drogami na zboczach Sierra de Partacua w stronę Pedrafita de Jaca i Refugio Tellera (opis poczatku jest na stronie Moje Pireneje, przy okazji opisu wejścia na Pena Telera).

Powyżej wsi dalej drogą jak w mojej relacji  (lub trochę w kółko drogą do schroniska Tellera i wokół doliny). Dalej na przełęcz Escarra – na zdjęciu widok z Canal Izas. Nie ma znaków, ale są punkty orientacyjne- stacje meteo po obu stronach grani.

Zejście do Canal Izas jest dość dowolne, na dole szlak dołącza do GR11 i schodzi do Canfranc Estacion.

I jeszcze trochę informacji:

Dojazd: autobusem lub pociagiem da się dojechać do Pont de Suert lub do Sahun w Dolinie Benasque, do Lafortunady i Bielsy w dolinie Bielsa, Torli, Broto w dolinie Bujaruelo, Biescas i ewentualnie Panticosa w dolinie Tena i do Canfranc, Villanua i Casteillo de Jaca w dolinie Aragon Subordan. W inne miejsca trudniej się dostać, ale często udaje się z kimś podjechać.

Gaz można kupić (na pewno) w Benasque, na stacji benzynowej w Parzan 5 km powyżej Bielsy, w Torli i prawdopodobnie w Biescas- przy moście jest sklep sportowy, na rynku drugi chyba lepszy. W Ainsa i Jaca są duże sklepy Intersportu i tam też na pewno jest gaz. Nie jestem pewna jak w Bielsa. Nie ma tam typowego sklepu outdoorowego, ale jest sporo kramów z pamiątkami. Mają różne dziwne rzeczy. Na przykład filmy i mapy. Ponieważ szlak idzie nisko i dostępne jest drewno można czasem gotować na ogniu z tym, że w Pirenejach obwiązuje bezwzględny zakaz palenia ognisk. Wolno to robić tylko w cabanach i schronach- w zasadzie wszystkie mają kominki. Ten zakaz jest bardzo serio. Trzeba go przestrzegać.

Poza Parkiem Narodowym Ordesa Monte Perdido- gdzie wolno rozbić namiot tylko powyżej Fuen Blanca (w rejonie kanionu powyżej 1800 m), można go sobie rozbić w dowolnym miejscu. W Escuain poza parkiem jest łączka nad rzeką powyżej wsi. Nie można nocować w Puente de San Urbez – rejon kanionu jest codziennie patrolowany. W Nerin też jest zakaz, ale tam bym spytała o zgodę. Podobnie w Fanlo.

Mapy– najlżej jest wziąć mapy IGN 1:50 000. Wystarczą dwie Gavarnie Ordesa i Posets Maladeta. Obejmują kawałek od Esposa (dzień nad Pont de Suert) do Yosa de Sobremonte w drodze do Acumuer. Jeśli chcielibyście przechodzić warianty przydadzą się dokładniejsze mapy Editorial Alpina lub Editorial Pirineos. Ja miałam Editorial Alpina Ordesa Monte Perdido i Val di Tena, a Editorial Pirineo Val Chistau (czyli Gistain), Ordesa Monte Perdido i Val de Aragon. Mapy można kupić w Canfranc, w Biescas, Torli, Bielsie, gite w Linas de Broto, kempingu w Bujaruelo. Nie zawsze są i nie koniecznie te co potrzeba. Niektóre są dostępne w Polsce w Sklepie Podróżnika.

Jeśli to Wasz pierwszy długodystansowy szlak z namiotem przeczytajcie jeszcze o toaletach i śmieciach. To ważne bo ten rejon jest bardzo czysty i szkoda byłoby go zniszczyć.

PS (31 lipca 2013) : moi przyjaciele przeszli tę trasę w lipcu, gwiazdkami w tekście zaznaczyłam ich poprawki i uwagi:

*Odcinek z Barruerens do Seiry nie pozwala się przejść z powodu kolczastych krzaków. Gdyby to się nie zmieniło, drugą stroną kanionu (podobno bardzo pięknego, co jednak widać dopiero z autobusu) biegnie krótkodystansowy żółty szlak PHU- w znacznie lepszym stanie.

** Drzwi w schronie w Cyrku Armena zacinają się i trzeba się strasznie naszarpać, żeby je otworzyć. Nie sugerujcie się patentowym zamkiem. W schronie jest radio SOS, więc nikt nie może go trwale zamknąć. Tak czy siak interweniujemy w klubie, być może uda się ten zamek naprawić.

*** bez  śniegu nie ma tam żadnego problemu.

**** niestety latem przy schronie panował  okropny tłok, wjeżdża tam mnóstwo wycieczek mikrobusami. Doprowadzono wodę.

***** W Bestue są prywatne gite,  eleganckie i bardzo drogie, jednak obsługują tylko biura podróży, nie mają nawet szyldów. Można próbować się tam wprosić. Jedzenie jest w normalnych cenach.

****** niestety w lipcu schron na Cuelo Arenas był zamknięty, zostawiono wielki jak hangar namiot i strzałkę że nocleg 600 metrów dalej, ale nie bardzo było wiadomo gdzie.

******* Można też przejść przez grań wcześniej, wykorzystując polną drogę wspinającą się na zbocze z Torli. Po zejściu śniegu nie ujawniły się nowe ścieżki, ale możliwości przejścia grani bez szlaku jest więcej. Jest ciężko, ale nie niebezpiecznie.

******** Dorota z Jackiem ( znani być może czytelnikom Wedrówek Pirenejskich) przeszli szlak tym wariantem. Widziałam zdjęcia. To bardzo ładne góry, troszkę przypominające Pieniny. Wyższy schron nad Villanua to ruina. Niższy- dobre otwarte schronisko.

 

 

 

 

GR15 -niski pirenejski szlak – wyzwanie dla początkujących :)

Pewnie zauważyliście, że pisząc kwietniowo- majową relację bardzo często wspominałam GR 15.

To niski szlak trawersujący całe aragońskie Pireneje, trzymający się cieplejszej południowej strony gór. Rozpisany na kilkanaście dni w większej części oznakowany biało- czerwono jak inne GR-y. Na zachodnim końcu nieznakowany. Mało popularny. Jest jednak powód żeby się tam wybrać.

Śnieg lub brzydka pogoda nie zawsze pozwalają przejść wysokie pirenejskie przełęcze. GR 15 takie trudne miejsca omija. Nie można powiedzieć, że to łatwy szlak, jest stosunkowo dziki i nie zawsze go można odnaleźć, ścieżki są mało wychodzone. Teren nietknięty ludzką ręką, kamienisty, bagnisty… jaki się trafi. Czasem niestety trafia się droga.

Ale nie ma trudności typu wysokogórskiego. Szlak da się przejść bez używania rąk i bez większego ryzyka. W tym roku uporządkowano najbardziej eksponowany kawałek- pod Sestrales.  To wyjątkowa okazja. Wcześniej kolczaste krzaki niemal zupełnie zarastały drogę. Nie wiem jak długo ten stan się utrzyma więc chyba nie warto zwlekać :)

Pomimo tego, że niezbyt wysokogórski i stosunkowo niski  (nie wchodzi wyżej niż 2000 m), GR15 nie jest nudny. Pokazuje miejsca, które się zwykle omija jako zbyt oddalone od najbardziej popularnych gór.

Masyw Cotiella,

kaniony Anisclo i Escuain.

Castillo Mayor,

południową stronę Sierra de Tendenera i Sierra de Partacua.

Pokazuje też inne niż GR11 czy HRP oblicze gór. Zahacza o tereny niegdyś zamieszkane, opuszczone, ale wcale nie zniszczone wsie, przechodzi przez stare, zapomniane przez inwestorów miasteczka, mija zabytkowe kościoły i mosty.

Można go przejść niemal przez cały rok. Wędrując w okolicach GR15 przez prawie dwa tygodnie nie spotkałam ani jednej osoby. Być może powodem jest brak możliwości nocowania w schroniskach. Na tym szlaku lepiej liczyć na siebie i najrozsądniej jest zabrać namiot. Jest kilka bezobsługowych schronów, czasem trafia się pasterska cabana, kilka razy można przespać się w hotelu lub na kempingu. Są dwie czy trzy gite.

Szlak jest z grubsza opisany na stronie (użytecznej bo pokazuje też inne aragońskie szlaki: http://www.guiadelospirineos.com/fichadetalle/183/1/GR-15—Senda-Prepirenaica 

Postaram się dopisać te  informacje, których tam brakuje, a bez których trudno się będzie obyć, źródła… sklepy… możliwości noclegu, trudne orientacyjnie miejsca. Mam motywację bo już niedługo na GR 15 wyrusza czwórka moich przyjaciół.

Wybrali tę trasę, ponieważ w Pirenejach jeszcze leży śnieg. To rekordowa zima. Krowy nie mogą wyjść na pastwiska, Francuzi otworzyli ponownie stacje narciarskie, w lawinach wciąż giną ludzie, jak zimą. Latem GR15 nie wymaga ani czekana ani raków. Śnieg może się na nim trafić tylko sporadycznie i można sobie będzie poradzić bez (na przykład wychodząc później kiedy ewentualny poranny lód już zmięknie).

Opiszę też inne wyższe warianty na wypadek gdyby w niskich górach zrobił się upał. Jak wiecie sporo chodzę poza sezonem więc znam dużo ciekawych, ale niskich tras. Być może ten „przewodnik”  (w zasadzie półprzewodnik :)) przyda się nie tylko moim przyjaciołom.

Powinien się bardzo spodobać osobom lubiącym nasze polskie góry. Trudności techniczne nie są istotnie wyższe (określiłabym tę trasę jako T2), za to widoki nieporównywalnie bardziej różnorodne, a góry dzikie, niezadeptane i wolne. Można biwakować (rozbijać namiot na noc), można chodzić gdzie się tylko chce i można zabrać swojego psa (nie wolno do Kanionu Anisclo). Można rozpalić ogień- ale tylko w kominku cabany czy schronu.

To wyższe niż nasze góry, a cywilizacja jest dużo dalej, więc lepiej do przedsięwzięcia podejść z należnym szacunkiem, a góry zostawić w niemienionym stanie .

Ja staram się zawsze zostawić w lepszym (sprzątam), po to, żeby i tam nie wprowadzono stosu idiotycznych zakazów- jak u nas.

Dokładny opis plus kilka innych wariantów jest w kolejnym wpisie.