Wspomnienia z Hiszpanii cz13

Lizarusti- Leinz Gatzaga

Byłam już mokra, więc jest mi wszystko jedno. Szlak oznakowany, w leśnym poszyciu wyraźnie rysuje się ścieżka. Wszystko poza nią jest niewyraźne, mgliste. Wspaniałe omszałe pnie buków, kępy wilgociolubnych traw. Czasem, regularnie co kilka kilometrów papierek. Zbieram, wszystkie są po batonikach. Wszystkie mokre i nieprzyjemne w dotyku. Z czasem zaczną mnie złościć. Podejrzewam, że wyrzucał je rowerzysta, lub biegacz. Zbyt zajęty swoim tempem i celem, żeby je choćby schować do kieszeni. Może nie miał kieszeni, tak jak ja… Każdy kolejny papierek zmusza mnie to chwilowego postoju. Zdjęcia plecaka, pod wieczór też zdjęcia rękawiczek. Kiedy staję marznę, ale chociaż to strata czasu zerkam na mapę. Las jest stromy, gęsty, bez większych szans na dobry biwak, ale pod wyraźnym, ostatnim w grani szczytem poziomice układają się bardziej płasko. Planuję, że tam dojdę o zmroku. Tymczasem podziwiam świat, niemal nierealny w tą pogodę, ścieram wodę spływająca z kaptura na nos i podnoszę kolejne papierki. Ostatni jest wyjątkowo ciężki. Wkurzona ( i jeszcze mam za tego kogoś dźwigać!) wciskam go do bocznej kieszeni plecaka, do innych. Ściemnia się, przy tym zachmurzeniu noc przychodzi z godzinę wcześniej. Ostatni raz rzucam okiem na ekran smartfona- 3 km. Co najmniej 40 minut. -Czemu był taki ciężki- gryzie mnie, nie wytrzymuję i go wyciągam. To batonik!- Skandal, myślę. Ruszam, ale jestem już głodna, więc wyciągam znalezisko jeszcze raz, czytam skład i datę przydatności. Ryż, kakao, cukier, rodzynki. Do marca 24 roku. Chyba nie jest trujący- ustalam i zjadam. Od razu robi się cieplej. To nie jest to o czym marzyłam (a marzyłam oczywiście o chatce). Ale i tak trochę lepiej niż nic. Mokra ściółka, to jedyne na co mogę tu liczyć myślę- i kątem oka widzę zbiornik na wodę. Stara omszała beczka. Hm… wracam zaglądam za krzaki. Jest chatka! W zasadzie wiatka, obudowana ze wszystkich stron plastikowymi płytami. Drzwi pomalowane do połowy na zielono, zamiast kłódki kokardka ze sznurka, też pomalowana do połowy. Nikt ich nie otwiera? -myślę rozsupłując węzeł. Sala jest duża, Pod tylna ścianą rząd piętrowych łózek, spiętrzone materace ponadgryzane przez myszy. Pełno powyciąganych kawałków pianki, mysich kup. I stół długi, nakryty czystą ceratką. Marzę żeby się pozbyć mokrych ciuchów, ale wychodzę jeszcze raz. Po wodę. Beczka jest odłączona od kranu, woda wypływa. Na szczęście stoi krzywo, więc wybieram to co zostało na dnie. Prawie litr. Wiatr łomoce gałęziami buków. Uciekam i zamykam drzwi. Przy latarce rozkładam spanie na stole, rozwieszam pelerynę, spodnie. Szukam miejsca na skarpety i rękawiczki. Nawet nie jem, wślizguję się do śpiwora. Słucham trzasków i pojękiwania lasu. Kręcę się, bo jest twardo i można spaść. Tuż przed północą widzę jak po suficie przesuwa się smuga światła. Nie od razu rozumiem co się dzieje. To nie księżyc, coś jedzie przez las. Przez moment mam nadzieję, że mnie minie.

W ostatniej chwili wyskakuję ze śpiwora, wciągam wiatrówkę (spodnie są za daleko), buty są lodowate, kiedy naciskam wylewa się z nich resztka wody. -Dobry wieczór mówię -kiedy w szczelinie pojawia się męska twarz. Drugi chłopak wygląda zza ramienia pierwszego, zamierają w drzwiach. -Przepraszam- kontynuuję. Byłam mokra, było mi zimno, miałam nadzieję, że nikt tu nie przyjdzie. Wyjdę jeśli trzeba…

– Ależ nie, nie zostań. Jesteśmy myśliwymi, to nasza chatka, zajrzeliśmy tylko po drodze, i strasznie się zdziwiliśmy, że jest tu kobieta! W sezonie robimy tu sobie imprezy, bywa mnóstwo ludzi, sypiają tu. – teraz nie ma sezonu?- upewniam się. To tłumaczy stan materacy. -Skąd jesteś pyta Pierwszy, już rozluźniony. Wysoki, ciemnooki, przystojny. -Z Polski, wędruję od miesiąca od Katalonii. -Przyszłaś z Navarry?- tak, mówię, chociaż szlak od dawna biegł granicą. – Polska… rozpromienia się, rozumiem, byłem na Erasmusie w Finlandii!

Jeszcze długo po ich odjeździe nie mogę spać. I budzę się po ósmej, za późno! Nic oczywiście nie wyschło, ale nie szkodzi. Niebo jest fragmentami wolne od chmur, wiem że za kilka godzin wróci upał. Schodzę wolno, kluczę, gdzieś pogubiły się szlakowe znaki. Ścieżka jest rozjeżdżona przez kłady, brnę w błocku, wracam, obchodzę. W południe przecinam autostradę. Nie na wprost, jest ogrodzona, muszę iść kilka kilometrów do mostu i znów wędrować z powrotem drugą stroną. Jest gorąco, wszystko mam już zupełnie suche. Chce mi się pić. Z ulgą znajduję sklep na stacji benzynowej. Z jeszcze większą odkrywam, że w toalecie jest prysznic. Zajęty, akurat kąpie się opasły tirowiec. W mojej toalecie, w damskiej…

Schnę na poboczu. Zjadam oliwki z puszki, i pomarańcze. Piję jogurt. Niby ok, ale dalej mi czegoś brakuje, więc zaglądam jeszcze do baru przy szosie. Zamawiam jajka, sadzone bez dodatków (bo może na coś byłabym uczulona). Siadam na zewnątrz, nadal mam mokre włosy, niech schną. Kelner podchodzi do stolika z pewnym wahaniem- dodałem ci pieczoną paprykę, jajka wyglądały bez niej bardzo samotnie… nie lubisz? – Lubię!

Lubię paprykę, jajka i bary dla tirowców, serwujące proste jedzenie cały dzień, nie wymyślne dania tylko na zamówienie dwa razy dziennie. Na taki zwykły typowy bar trafiam dwie godziny później. Zaglądam z przyzwyczajenia, piję kawę. Można tam też kupić lokalne sery, więc biorę jeden. Pogoda znów zdążyła trochę zmętnieć. Pomimo tego w parku Aizkorri-Araz jest sporo ludzi. Szlak biegnie betonową drogą na parking z mnóstwem miejsc piknikowych. Dalej łąkami, zadrzewionymi pastwiskami, po chaszczach. Za drugim parkingiem, też pełnym wyraźna ścieżka. Prowadzi do jaskini gdzie jest kapliczka. Gdyby nie to, że jest dopiero czwarta, można by w niej wygodnie przenocować. Jest sucha, (zbudowana w grocie) otwarta. Wodę znajduję z pół godziny dalej. Czekam, bo nad źródłem fotografuje się mężczyzna z dziećmi. -Nie pij tego!- ożywia się kiedy podchodzę z butelką. -O zobacz tu na brzegu jest krowia kupa! Sucha, wypłowiała… Gdybym się przejmowała takimi kupami, już od dawne nie miałabym nic do picia, ale nie umiem się oprzeć powadze ojca ratującego nieogarniętą turystkę na oczach dzieci. -Mamy wodę, podzielimy się- oświadcza triumfalnie i przelewa mi z metalowej manierki litr . -Jest czysta, nie piłem jej- wyjaśnia, każde dziecko ma swoją, po litrze. Dziękuję, podziwiam, jak trzeba. Martwię się, bo litr to za mało, mapa twierdzi, że to ostatnie źródło przed granią, ale martwię się trochę, bo pewnie coś się gdzieś znajdzie. Do nocy jest jeszcze bardzo daleko. Po drodze znajduje się mnóstwo błota. Mijam bokiem. Za trawersem wychodzę prosto na grań. Wieje, ale widoki są piękne. Z jednej strony równiny Navarry, którymi wlecze się szlak GR1, z drugiej piękne, odsłonięte kupki skał, wyższe niż las, potem mgła. Na wprost rząd wiatraków. Oglądałam je wcześniej na Google Earth. W chmurach wyglądają bajkowo pięknie. Pierwsze miejsce gdzie można by rozbić namiot jest przy megalitycznym kamieniu. Dużo tu takich, już przywykłam, miejsce jest wydeptane, lub wykoszone. A wokół wrzosowisko, różowy gąszcz poprzerastany kolcolistami. Na szczycie kępka jagód, jedynych z owocami, jakie znalazłam tego lata. Zjadam umiarkowanie, bo czas. Zaglądam pod każde podmokłe miejsce, ale krowy wszędzie zrobiły swoje, wdeptały każdą odrobinkę wody w błoto. Zaplackowały. Wyżej spotykam owce, zdziwione moją obecnością. Nocujemy niedaleko siebie. One na płaskiej gładkiej półce, ja piętro niżej, w kępie niezjedzonych traw. Słońce zachodzi wspaniale różowo. Mgły ciągną się po Vittoria Gasteiz. Wiatraki szumią jak ocean. Łopoce tropik.

Ranek śliczny. Mgły kilkaset metrów pode mną. Wzdłuż wiatraków, wije się gruntowa droga. Są na niej kałuże, woda w nich jest przeźroczysta, nabieram, z myślą, że przegotuję. I dobrze, po 10-tej przejeżdża pasterz samochodem. Mąci wszystko, jakby się nie dało ominąć… Pogoda psuje się koło południa, akurat wtedy kiedy chciałbym zjeść. A tu wygwizdów, wiatr pędzi znad Atlantyku, bez przeszkód. Zaczynam marznąć i nagle na poboczu widzę dziwny szałas, jakby wiatrochron, bez dachu. Świetny na lunch. Ktoś fantastycznie zaprojektował ten szlak -cieszę się. Tyle chatek, tyle wygodnych miejsc. I widok- po prostu wspaniały . Do tego to jest druga grań. Pierwsza równoległa, na północy zbiera deszcz, do mnie dociera już tylko lekka mżawka. Zadowolona z siebie, ze szlaku odbijam w stronę miasteczka Leinz Gatzaga. Jestem go ciekawa, na mapie jest zaznaczone muzeum soli, w średniowiecznym kościele powinno być stare malowidło. Oba te miejsca są zamknięte kiedy przychodzę. Zamknięty jest też bar- bo lunch. Łażę zwiedzam, trafiam na drogą restaurację. Już z daleka widzę cały ten tutejszy cyrk. Ozdobne wnętrze, elegancko ubranych ludzi, zamówione z wyprzedzeniem stoliki i gości czekających przed wejściem na swoją kolej. Pomimo tego pytam czy mogę zejść. – Nie ma mowy!- odburkuje zajęta kelnerka- a co konkretnie?- interesuje się właścicielka. -Ziemniaki- wypalam bez namysłu.-Warzywa, byle nie mięso. -Jesteś wegetarianką?- dziwi się- nie, ale zwykle jadam mięso raz w tygodniu, a tu przez cały czas. -Zaczekaj, coś wymyślimy- słyszę. Jest upał, więc czekanie mi nie przeszkadza. Szumią platany, w fontannie bulgoce woda.- Możesz siadać- oznajmia niezadowolona kelnerka. Na środku udekorowanej altany samotny stolik, malutki na jedną osobę. Obok wytworne towarzystwo. Panie utapirowane jak BB w latach 60-tych, umalowane jak laki, panowie w eleganckich sweterkach z przerzedzonymi wyczesanymi włosami. Udają, że mnie nie widzą. To musi być trudne w tym ścisku. Pewnie mają to wytrenowane, myślę i czuję się niewidzialna, przezroczysta. Nawet to zabawne. Przy mnie para koło 40 i dziadek. Podziwiam jego stylowe skarpety wystające z eleganckich mokasynów. Blondynka grzebie w talerzu, prawie nie je, kiedy wychodzą pan w mokasynach puszcza ją przodem i podchodzi do mojego stolika. -Buen camino- kłania się z uprzejmym uśmiechem- Buen camino -wtóruje mu wytworna sala. Zaszufladkował mnie, nie jestem już dziwolągiem tylko pielgrzymem, to wszystko zmienia. Moje miejsce się materializuje, już nie czuję się przezroczysta. Ziemniaki są w sosie krewetkowym, sałata chrupiąca i świeża, na deser truskawki w lodach waniliowych. Rachunek oczywiście odpowiedni, ale nie żal mi ani jednego grosza. Rano woda z kałuży teraz to… świat jest wspaniale pokrętny!

Share

Wspomnienia z Hiszpanii cz12

Navarra

Mokry asfalt. W ostatnich zabudowaniach stary wodny młyn. Liściasty las, chaszcze, szosa kręci, po bokach są wymalowane nowe ciągłe linie, śnieżnobiałe. Czasem, naprawdę rzadko jedzie samochód, z naprzeciwka maszeruje starsza pani, w kapeluszu z kijkami. Mijamy się z uprzejmym uśmiechem i zaraz szlak skręca. Znienacka przechodzi przez barierkę szosy, obija się po wykrotach, targa w krzakach, ląduje na gruntowej drodze. Spokojnie, prosto. Po bokach mur skłębionej zieleni, niebo obcięte warstwą niskich chmur. Lekka mżawka. Nie chcę się nią przejmować, jest deszczowo, ale ciepło, jestem w Hiszpanii. Więc kiedy przychodzi pora drugiego śniadania siadam na drodze, opieram się plecami o koryto (pełne, nabrałam przed chwilą wody), prostuję i zginam kolana. Patrzę na krople wody, na udach, na kluchy błota, przyrośnięte do butów chyba na stałe. Para turystów mija mnie z pewnym zdziwieniem… trudno. Do wieczora nie spotykam nikogo, jeśli nie liczyć stada karych koni- pasących się wyżej w lesie, traszek na dnie poidła i setki sępów, im poświęciłam najwięcej czasu. Z drogi nie widziałam co jedzą, więc podchodziłam do nich stopniowo, krok po kroku. Długo to trwało. W stadzie panowała ścisła hierarchia. Najważniejsze wyciągały wnętrzności. Chyliły długie beżowe szyje, wkładały głowy głęboko do cielska i wyszarpywały ochłapy. Zerkały przy tym chytrze, na mnie, na sąsiadów. Inne czekały w milczeniu. Kilka na boku próbowało wyskubać coś z końskiej głowy. Raczej bez sukcesu. Koń był ciemny, prawie czarny, z sępiego stada wystawał jego długi ogon.

Nad lasem ciągnęły się połoniny. Zamglone piękne. Porośnięte wrzosami i niską trawą. Wiało mocno, deszcz zacinał, widoczność była raczej marna. Gdzieś daleko majaczył mi samochód. Pierwszy budynek na jaki trafiłam okazał się zamknięty, nawigacja mówiła, że to nie tu, kolejny był otwarty, wypełniony wewnątrz owczymi bobkami. Leżały na łóżkach, na stole. Pomyślałam, że mapa mnie oszukała, ale kawałek dalej pokazał się dach schroniska. Przez szyby widziałam rząd piętrowych łóżek, kuchnię, stosik talerzy. Drzwi były zamknięte, więc tylko nabrałam wody i zjadłam coś pod okapem. Mokra, rozczarowana. Chatka pokazała się po kilkuset krokach. Gdyby nie mgła może bym ją nawet widziała. Kamienna, pomalowana na czerwono. Dwie sale. W większej długie, zimne stoły, pusty kominek. W drugiej prycza na 1 osobę i stary metalowy stołek. Uff… Oddycham z ulgą, złość znika. Ściana deszczu zasłania mi widok jak firanka. Mgła za oknem podnosi się czasem odrobinę i przez szczelinę w chmurach widzę zarys zalesionego zbocza. Wiatr szarpie, wydaje mi się, że słyszę burzę, światło zmienia kolor na blady róż, potem na błękit. Dach jest trawiasty, deszcz spływa po nim bezszelestnie. Mam dużo dobrego jedzenia. Mam śpiwór, czapkę i gruby sweter. Niosłam je od miesiąca i prawie nie używałam…nie mogę się nadziwić, że tak niedawno był upał.

Ranek jest jeszcze bardziej deszczowy niż noc. Żal mi ciepła zgromadzonego wewnątrz śpiwora, suchych skarpet (muszę założyć mokre). Żal mi dachu. Nocą ścieżka rozmiękła. Idąc ślizgam się jak na łyżwach. Grzęznę, początkowo staram się omijać najgorsze, ale szybko mi się odechciewa. Schodząc czuję jak deszcz pokonuje pelerynę, najpierw namakają rękawy, potem woda dostaje się w dekolt, nasącza chustkę okręconą na szyi. Las jest zamglony, bajkowy. Niżej pojawia się widok na dolinę zalaną mgłą. Ścieżka dotąd dobrze oznakowana rozmywa się w zaroślach mokrych orlic. Idę po śladach konia, ukośnych pręgach wyciętych w trawkach kopytami, jak ślad narciarza jadącego łyżwą. Przy szosie jest bar, z wiatką. Rozwieszam ociekający płaszcz przed drzwiami. Stoją tam już dwa obłocone plecaki. Wewnątrz zaduch, sporo ludzi. Ciepło, w kominku ogień. Dopiero południe, jedzenie będą podawać o pierwszej. Początkowo mam ochotę zaczekać. Siedzę, schnę. Para, której plecaki widziałam to ojciec z córką. Dziewczyna mówi po angielsku. Mieszkają niedaleko, wybrali się na kilka dni i wracają, bo pogoda. Pokazuje mi obtartą piętę, zmienia buty na zapasowe suche i dziwi się, że ja nie mam na co. Zadowolona, że ktoś po nią przyjedzie skula się nad ekranem smartfona. Czas mija, a kuchnia nadal zamknięta, zagaduję -po baskijsku lub po kastylijsku- informuje mnie z zadowolonym uśmiechem barman, blondyn z błękitnymi oczami więc proszę dziewczynę żeby spytała- zmiana planów -tłumaczy chłopak bez skrępowania- jedzenie będzie gotowe za godzinę. To już dla mnie za długo. Zakładam warstwy mokrych ciuchów, wiążę mocniej ubłocone sznurowadła. Deszcz pluszcze o asfalt. Krople odbijają się i podskakują. Skapują z koron rozłożystych buków. Głaszczą napis na przydrożnej tablicy „Witamy w Kraju Basków!”.

Share