zimą przez tajgę cz12- Kiilopaa

Miałyśmy szczęście i znów trafił nam się piękny dzień. Zaplanowałyśmy okrężną trasę, najodleglejszą z wyratrakowanych nartostrad. Chyba ze 30 km. Była zaznaczona jako czerwona-czyli średnio trudna, co prawdopodobnie odnosiło się do ilości podejść i zjazdów. Dla nas, przyzwyczajonych do bezdroży i powolnych, bo objuczonych to wszystko nie robiło żadnej różnicy. Długo szłyśmy nietkniętą, świeżo ubitą ścieżką. Potem zaczęli się pojawiać pojedynczy narciarze, skupieni, szybcy, pewnie biegający długie dystanse co dzień. Bardzo się to różniło od nartostrady, którą kiedyś już szłam w Norwegii. Nikt tu nie schodził ze śladu, nikt nie deptał okolicy, nie robił dziur i nie sikał (poza lisem). Narciarze przesuwali się bezszelestnie pośród wspaniałej nietkniętej przyrody. Mijali niezamarznięte rzeczki, przysypane śniegiem zarośla- teraz wyglądające jak współczesne rzeźby, pofalowaną iskrzącą się biel. W dziennych chatkach, których tam całe mnóstwo, stawali, chodzili do toalety i obowiązkowo piekli kiełbaski. W miejscach na ognisko zawsze utrzymywał się żar i my też skorzystałyśmy raz- piekąc lapoński ser. Gorący miał ciekawy smak, troszkę jak omlet. Czekając aż się ogrzeje obserwowałyśmy sójki syberyjskie. Sprytne ptaszki wcale się nie bały ludzi. Domagały się karmienia i pięknie pozowały do zdjęć.

Koło czwartej dotarłyśmy do chatki Luulampi gdzie jest restauracja. Wypiłam kawę i pogadałyśmy chwilkę z pracującym tam chłopakiem. Głównie o czekającej nas górze- Kiilopaa. Nie znał naszego patentu hamowania pulek pętlami. Tak jak ja miał doświadczenia tylko z dyszlem i stosował tę sama metodę- szybkozmienny slalom, gdzie pulka wyrzucana na zewnątrz zakrętu musi pokonać dłuższą drogę niż narciarz, więc udaje się ją utrzymać z tyłu. Zjazd bardziej stresował Agnieszkę. Jej nieokiełznana pulka pokazała już co potrafi i byłyśmy pewne, że nie odpuści i teraz.  Podejście było strome. Założyłam foki. Zanim dotarłyśmy na siodło (szlak jak się okazało omija główny wierzchołek) słońce schowało się za grań . Narastał mróz, cienie błękitniały, a łyse pagórki pokrywał coraz bardziej soczysty róż. Druga strona była zalana światłem. Słońce zachodziło tuż na wprost nas. Trafiłyśmy na idealny moment! Od wyjścia z restauracji nie spotykałyśmy już ludzi, więc pewnie niewiele osób zna ten widok. Było pięknie!

Miałam pętlę, dotychczas nieużywaną. Uwiązałyśmy ją do pulek Agnieszki.  Idąc poprzednio ze sztywnymi holami uwalnialiśmy pętle z karabinka i pozwalaliśmy im opadać pod pulkę. Potem trzeba je było wciągać kijkiem. Bez dyszla nie było kłopotu. Pierwsza próba wyszła nie najlepiej, Aga dowiązała supeł i pulka poszła dokładnie tak jak chciałyśmy. Spokojnie i równo. Ja tymczasem sprawdziłam różne hipotetyczne wersje hamowania. Udał się szybki slalom po miękkim ( wyjechałam ze szlaku), tylko dwukrotnie pulka wyprzedziła mnie i musiałam stanąć. Muszę poćwiczyć. Tu trochę za wolno zjechałam zajęta ogarnianiem częstych zmian miękko- twardo, czyli siadaniem na tyłach lub obciążaniem przodów nart. Pulka trafiała na to z opóźnieniem nie ułatwiając sprawy. Tak czy siak jest to do zrobienia, wymaga wprawy. Nie wiem czy sztywny dyszel jest aż tak przydatny jak myślałam. Ale to na marginesie…

Zjazd był długi. Przed nami przetoczył się pomarańcz i róż. Potem granat. Podziwiałyśmy to, mijając ostrożnie liczne dziury wybite w szlaku przez poprzedników. W cieniu było bardzo zimno. Noc dopadła nas już na szosie. Szłyśmy do Kakslauttanem. Chciałyśmy się spotkać z Maćkiem, którego być może pamiętacie z mojej  pierwszej Laponii. Miałyśmy mu zostawić narty Agnieszki żeby nie telepała się z nimi w samolocie. Spodziewałam się, że Maciek tak jak poprzednio mieszka w namiocie otoczony sforą pociągowych psów. Nie byłam nawet pewna czy go zastanę. Był szczyt zimowego sezonu. Pan Andrzej, który obiecał zabrać narty do Polski też był gdzieś w górach. Nasz klient, nosiciel kilku Kwarków- jak nie spotkacie Maćka zakopcie narty pod śniegiem i podajcie współrzędne- napisał mi w sms-ie- odkopię je…

Byłam strasznie zaskoczona, kiedy okazało się, że Maciej nie tylko mieszka w Finlandii na stałe, z rodziną, ale ma tu już dużą firmę i kennel (Słonimski Adventures-Lapland Husky Safaris). Ponad 200 psów. Kilkunastoosobowa załoga… Fajnie, że tak się to rozwinęło w dwa lata:). Bardzo miło było znów się spotkać.

 

Share

zimą przez tajgę cz11

Nasz przedostatni wspólny dzień był niedzielą. Leniwe przedpołudnie w chatce. Zmienna, jakby już trochę wiosenna pogoda. Słońce, śnieżyca, potem halo. Ruszyłyśmy z powrotem do Inari na chwilkę przed tym zanim dotarli pierwsi spacerowicze. Szłyśmy inaczej niż nocą, wzdłuż rzeki. Po drodze zajrzałyśmy jeszcze nad bystrza, które słyszałyśmy w ciemności. Był tam most i nowa wygodna wiatka. Piekły się kiełbaski, bawiły dzieci. Słyszałyśmy nawet jak ktoś mówi po polsku. Dalej wzdłuż rzeki po dzikim. Ktoś już tamtędy szedł, szlak był nieubity, ale prowadził otwartą przestrzenią więc cały czas towarzyszyło nam halo. W Inari wpadłyśmy na chwilkę do informacji turystycznej. Ciekawie było zobaczyć na własne oczy panie, z którymi korespondowałyśmy przed wyjazdem. Poza tym chciałyśmy zgłosić zepsutą klamkę w Mattitt Ravadas. Z tego co zrozumiałyśmy ktoś się tym natychmiast zajął. Podładowałyśmy troszkę baterie, kupiłyśmy kolejną mapę, nie zdążyłyśmy się umyć… jedyny autobus do Saariselka odjeżdżał o drugiej. Tak zrozumiałyśmy. W rzeczywistości jechał tylko do Ivalo i dalej musiałyśmy łapać stopa. Udało się po kilkunastu minutach. Któryś z kolejnych samochodów ciągnął przyczepę (ze skuterem), ucieszyłyśmy się myśląc, że tam wejdą pulki i narty, ale sympatyczny kierowca wcisnął wszystko do środka. Wysadził nas przy wyjściu szlaku i uprzedził, że jedna z chatek spłonęła. Swój człowiek. Było nam miło.

Park narodowy Urho Kekonena jest bardzo popularny zimą. Jest tam siatka idealnie zratrakowanych nartostrad, mnóstwo chatek kiedyś mieszkalnych jak wszędzie, teraz już tylko dziennych. Usunięto z nich prycze, tłok stawał się zagrożeniem dla środowiska. Nie chciałyśmy w nich nielegalnie nocować więc wybrałyśmy szlak prowadzący do wiaty. To tylko kilka kilometrów, po szybkiej trasie. Zabawnie było iść po niej z pulkami. Narciarze mijali nas pędem, niektórzy stawali żeby pogadać, byli i tacy którzy mi pomogli wciągać pulkę. Bez fok wlokłam się na stromiźnie jak żółw. Zapomniałam nasmarować sanki po kolejnym kontakcie z asfaltem w Inari i spód obkleił się frędzlami z lodu. Pewnie pomogło w tym też naprzemienne ogrzewanie (w autobusie i samochodzie) i wystawianie w kałuże i na mróz. No nic. Nadrobiłam to wieczorem w wiacie. Oskrobałam, wygładziłam i natarłam woskiem. Miałyśmy sporo czasu i miejsca. Kota (drewniany budynek przypominający lapoński namiot) była wielka, z paleniskiem i dziurą w dachu, przez którą nieźle uchodził dym. Spaliłyśmy kilka worków drewna i udało nam się utrzymać wewnątrz dodatnią temperaturę. Spałam na podłodze, tuż przy ognisku. Agnieszka zmieściła się na wąskiej ławce. Musiałyśmy spać jak susły, nie zauważyłyśmy, że rano przejechał tuż obok nas ratrak.

Share