Wiosna w Andach cz15 Reserva National Villarica

W Maito Centre dna doliny sięga już słoneczne światło. Przejechaliśmy prawie 30 km. Szkoda, że szlaku nie poprowadzono górami. Za bardzo bliską argentyńską granicą ciągnie się park narodowy Lanin. W chilijskich górach po drugiej stronie doliny – rezerwat przyrody Villarica. A nigdzie nie ma do nich dostępu. Tylko ta droga, niemal w całości zabudowana farmami. Szuter i niewielka rzeka Rio Machin. Teraz możemy już odbić w las. Też nie od razu. Zanim ruszymy schludnym asfaltem pod górę w stronę cichutkiej wsi, zaglądamy do sklepiku, który polecił nam Elias. Mocno wije, więc rozwieszamy do suszenia namioty. Sklepik jest malutki, nie ma wielkiego wyboru. Gotuję herbatę, owsiankę. Kupuję drzem. Jest spleśniały. Ekspedientka wymienia go na kolejny, a tam też pleśń.- Oddaj- mówię Jose – trudno zjemy bez dżemu. Nie chcę pieniędzy, niego go po prostu zatrzyma, może za bardzo po europejsku wybrzydzamy?

Odnosi. Mija kwadrans i pojawia się właścicielka sklepu. Opisana nam przez Elaisa pani Rose. Niesie słoik z powidłami wygrzebany w domowej piwnicy, ciemny i gęsty. Odkręca wieczko, nie ma pleśni. Jose dostaje jeszcze dodatkowy chleb. -Chcesz dżemu- pyta, ale już zjadłam, więc mruczę, że może potem, ale po kilku minutach nie ma już ani dżemu ani masła. Jose zjada je pogryzając naprzemiennie. Dżem łyżką, masło wprost z kostki. Chleb pakuje na potem. To dopiero nasze pierwsze śniadanie, choć już tak późno. Rano nie zdążyliśmy, baliśmy się przegapić autobus.

Na podejściu wisi transparent, protest przeciwko budowie kopalni złota. Idąc wśród ślicznych kolorowych domków, zanurzonych w zieleni, wśród pastwisk i spokojnych stad nie mogę sobie nawet wyobrazić zniszczenia jakie wprowadziłaby tu kopalnia. Ale czy ktokolwiek może zaprotestować kiedy złoto leży pod ziemią i zwołuje szumowiny żądne kasy? Czy jakikolwiek farmer ma szansę w starciu z wielkim biznesem? Tyle już widziałam wysiedlonych wsi. Tej też byłoby bardzo żal.

Ostatnim domem jest jak zwykle posterunek strażnika. Jose pogania mnie tak, że nie zdążam nawet nabrać wody (a jest rzeczka). Na podwórku stoją dwa samochody, nie widać ludzi. Droga skończyła się. Ścieżka nurkuje w las i długo wędrujemy wspaniałym gąszczem z rzadkimi widokami na dolinę. Nie ma znaków, ale bardzo nie błądzimy. Za przełęczą szlak opada nad jezioro z piaszczystą plażą. Nic tylko się rozłożyć i pomarzyć. Tak robimy. Wypłasza nas uciekający zbyt szybko cień. Najpierw słońce dopada naszych stóp, potem łydek, kolan… cofamy się, ale to się za moment powtarza. Można by uciec głębiej w las, ale szkoda czasu, ruszamy dalej. Z naprzeciwka nadjeżdża dwóch konnych. Zwalniają. To strażnicy. Jose wyciąga kartkę od Zorro. Młodszy zeskakuje z konia. -To mój przyjaciel!- wykrzykuje. Jose opowiada, że u niego nocowaliśmy. Długo gadają. Patrzę jak wiatr marszczy powierzchnię jeziora. Nic nie rozumiem.

Szlak biegnie brzegiem, wśród starych drzew i w gęstwinie bambusów. Czym dalej tym bardziej dziko, tym więcej zwalonych, spróchniałych pni. Za polanką z ruiną drewnianego domu gubimy się i kiedy znów znajdujemy szlak bardziej przypominała jezdną drogę niż ścieżkę. Docieramy do gruntówki, potwornie stromo opadającej w dolinę. GPT powinien biec trawersem po stoku, ale tam się w ogóle nie da iść. Zbyt gęsto, zdecydowanie zbyt stromo, zbutwiałe liście na luźnym piargu osypują się przy każdym kroku. Ponownie przełażę przez ziemny wał- granicę drogi. Schodzimy stromizną na dno doliny w kierunku altanki, która kończy lokalny szlak. Pełno tam liści, krowich placków, patyków więc rozbijamy namioty na trawce otoczonej rzędami zwalonych pni. Zacisznie, wygodnie i jest na czym usiąść. Można by też rozpalić ognisko, ale już nam się nie chce. Nie wiedzieć czemu czuję się niewyspana, zmęczona. Nocą temperatura nie spada poniżej zera. Namiot jest wewnątrz mokry od rosy nie zmrożony. Uświadamiamy sobie, że to pierwszy raz. Łąki lśnią, są prawie białe. Nad rzeką unosi się lekka mgła. Szosa podchodzi lekko, być może szlak próbował tego uniknąć stąd ten dziwaczny trawers na sypkim zboczu. To niedaleko teraz już tylko parę kilometrów w dół. Staje samochód. Tradycyjny rolnik, uprawiający ekologiczne warzywa, obieżyświat, który nawet mieszkał chwilę w Polsce zabiera nas do Currarehue.

Gadamy o Europie. Po angielsku, lub łamanym niemieckim. Jorge pamięta ją z lat 80-tych. Polskę szarą, zimną z pustymi sklepami. Wspomina jak kumpel ożeniony z Polką wysłuchiwał, że jest z dzikiego kraju, nierozwiniętego końca świata z jakiejś biedy.- A wtedy u was było jeszcze gorzej- śmieje się -To się zmieniło- tłumaczę. -Polska bardzo się rozwinęła. Chile też. Widzę różnice po zaledwie ośmiu latach nieobecności. Trudno porównać gdzie żyje się lepiej. Za mało znam lokalne realia, tu widuję tylko odosobnione wsie, w Polsce, przeciwnie, znam głównie miasta i swoją bańkę, wykształconych, dużo podróżujących ludzi.

Jorge podrzuca nas do sklepu i obiecuje, że jak zrobi zakupy zawiezie nas na ciekawy festiwal, gdzieś niedaleko na jakimś kajakowym kempingu. Ma być muzyka i mnóstwo straganów. Zgadzamy się GPT nadal z uporem biegnie jezdną drogą, dnem doliny Rio Machin, przez wsie. Po imprezie spodziewam się autentycznego folkloru, a okazuje się, że to zwykła komercja, spływ kajakowy, jakieś zawody, pamiątki, gadżety. Dużo namiotów. Ktoś opowiada, że śnieg zszedł z większości trawersu wulkanu Villarica. Liczymy ile jeszcze przed nami dni i wracamy na szosę. Drugim brzegiem biegnie Greater Patagonian Trail, też wcale nie ścieżką, starą drogą, ale nie ma jak się tam dostać. Rio Machin jest zbyt duża zbyt wzburzona idealna na kajakowe zawody. Utykamy na rozgrzanym asfalcie. Wspina się stromo serpentyna za serpentyną. Na którymś z zakrętów wyprzedza nas rowerzysta. Dumny ze swojej wyjątkowej techniki, dzięki której może wjechać tak wysoko, stoi na pedałach i opada na każdą stronę ciężko spływając potem. – Technika…- komentuje Jose, kiedy chłopak nas mija- to tylko siła.

Figurka na rowerze oddala się na pustej szosie. Wyżej widzimy jak rowerzysta prosi przechodniów o nagrywanie fragmentów jego jazdy. Pewnie na instagrama. Nigdy nie przestanę się dziwić po co to robić.

5 km wyżej jest most- szansa żeby uciec z asfaltu na szutrówkę, ale zanim się zdecydujemy staje samochód. Para w średnim wieku z dwoma dorosłymi córkami. Podwożą nas do budynku parku narodowego. Próbujemy się nie wychylać, zostać w samochodzie, udać się dyskretnie do toalety… Nic to nie daje. Pani, która nas zabrała, prawniczka specjalizująca się w prawach rdzennych mieszkańców, upiera się, że w parku trzeba się zameldować. Koniecznie.

-Trawers Villarica- mówię. Strażniczka oznajmia, że szlak zamknięty, żeby przyjechać za miesiąc. Otwarcie dopiero 20 grudnia. Nie może pozwolić nam iść. Zapada cisza. Nie mam już siły. Na tłumaczenia, na wykręty, na nic. -Idziemy od 19 października- mówię- jak dotąd wszystko było zamknięte i żyjemy.

-Możecie iść na własną odpowiedzialność- strażniczka niespodziewanie się uśmiecha. -Nie zarejestrujemy was, oficjalnie nic o tym nie wiemy. Możecie sobie biwakować gdzie chcecie.

-Nie wiedziałam, że to tak wygląda- tłumaczy się prawniczka i wraca do hiszpańskojęzycznej rozmowy z Jose. Z tego co mi potem opowie ziemia prawie nigdzie tu nie należy do ludzi. To wszystko wieczyste dzierżawy. Nikt oficjalnie nie może nam zabronić przejść, ale oczywiście praktyka to inna sprawa.

Wysiadamy przy nowoczesnej kawiarni na przełęczy. Jose zjada ogromne ciastko, ja piję bardzo dobrą kawę i kupuję jeszcze paczkę orzeszków. Smacznych, mieszanych. Przy sąsiednim stoliku przysiada para mężczyzn, chyba ojciec z synem. Spotykamy ich potem na podejściu. Szlak biegnie lasem, jest idealnie oznakowany i dopiero wyżej na mokradłach ginie i pojawia się znów w kępach drzew. Mężczyźni skręcają nad jezioro, wybrali się tylko na jedną noc, na weekend. Mówią, że tu w Parku Narodowym Villarica nikt nigdy się nikogo nie czepia.

Brniemy przez zalane łąki, mokrym lasem na kolejny próg doliny, a potem jeszcze wyżej na kamienistą polanę. Nad strumieniem leżą płaty śniegu. Huczą dwa wysokie wodospady, zza grzbietów wynurza się wulkan Lanin. Wspaniale na nim zachodzi słońce i pięknie wschodzi. Poranek znów jest wilgotny, nie mroźny. Zapowiadano falę ciepła, jak widać przyszła. Świt wstaje blado. Strzelista turnia, pod którą trwa kajakowa impreza stąd jest widoczna w całej okazałości. Jesteśmy w górach we wspaniałej odkrytej przestrzeni. Jest pięknie.

Szlak aż do przełęczy jest wolny od śniegu z jednym tylko, bardzo stromym płatem. Idziemy po śladach poprzedników, europejskiej (sądząc z ubioru) pary z dwoma przewodnikami. Biwakowali niedaleko nas, ukryci w krzakach. Zobaczyliśmy ich dopiero rano. Tak jak oni schodzimy na moment do Argentyny i za płaską skalistą doliną pełną śniegowych pół wracamy do chilijskiej granicy. Tak narysowano szlak na mojej mapie, na tej, która wisiała w biurze parku, ścieżka prowadziła granicą. Teraz leżą tam zwały twardego firnu, kapią nawisy.

Na zejściu idziemy jakąś inną drogą niż wycieczka, być może zajrzeli nad biały staw. Spotykamy ich nad bystrą, troszkę mętną rzeczką gdzie przysiedliśmy zjeść i potem znów za zawiłym lawowym polem nad jeziorem. Tu nie tyle spotykamy co słyszymy. Głosy niosą się daleko po wodzie. Nadchodzi upał i nam też przychodzi na myśl się rozłożyć. Na słońcu, na piachu, nad wodą. Jose nawet się zanurza na moment. Patrzę w niebo. Na tle idealnego błękitu przesuwa się sylwetka drapieżnego ptaka.

Wyżej na zbocze wspina się ślad motoroweru. Gdzieś tutaj, możliwe że niżej, że gdzieś w zakamarkach lawy dociera tutaj polna droga. Zabiera ze sobą szlak GTP. Ten, którym będziemy dalej wędrować to Trawers Villarica. Skręcamy na północ.

Stromo po piarżysku, potem po luźnych wulkanicznych skałach. Ślady deptania giną, rozbiegają, ślad motoroweru wbija się w prawie pionowy śnieg. Idziemy dalej w górę doliny. Żaden inna pomysł nie wydaje się prawdopodobny. Wyżej jednak przecina nam drogę pas skał. Myślę jak by je obejść i odkrywam, że nasz szlak odbił wcześniej. Wracamy pod zaśnieżony stok. Wygląda na to, że musimy brnąć upiornie stromym śladem motoroweru pod wielki skapujący z grani nawis. Jest ciężko. Dziko, nie niebezpiecznie bo szlak jednak mija nawis lekko z boku. Zmęczeni wdrapujemy się na grzbiet, mijamy stację meteorologiczną (może motorower należał do kogoś, kto ją sprawdzał? ) i już na bardziej płaskim tropimy ślady ścieżki i znaki wśród skał, strumyków i śnieżnych pól. Już blisko wieczór, zapominamy nabrać zapasów wody na noc, a ścieżka opada w las. „Idziemy granią nie będzie tu już przecież żadnej wody”, martwię się. Na rozwidleniu szlaków dwie strzałki. Ta w lewo (Trawers Villarica) wskazuje domek strażnika, druga o innej nazwie opada nad rzekę i za grzbietem wraca do bitej drogi, do której doprowadza też nasz szlak. Jest dłuższa tylko o kilka kilometrów, a biwak na grani bez wody jakoś niespecjalnie nas kusi. Do tego strażnik. Zbiegamy lasem. Gdzieś w dole powinien pojawić się strumień. Już widać koryto, widać, że wypełnia się z wodą czy błotem. Schodząc patrzę jak stopniowo staje się porządną rzeczką. Niespodziewanie docieramy do farmy. Cichutko (bo to też może być strażnik) przemykamy się przez ogrodzone pastwiska. Teraz w las wyraźną ubitą drogą z ciągami kałuż. Na mapy.cz zaznaczono tu miejsca biwakowe. Zbaczamy kiedy mijamy jedno z nich. To łąka, nad rzeką. Nurt wprawdzie oddziela kolczasty płot, ale upadło na niego drzewo i da się przejść. Faktycznie dobre miejsce na noc.

Share

Wiosna w Andach cz14 Nevado de Sollipulli

Droga biegnie wspaniałym liściastym lasem. Ogromne pnie często o średnicy pond dwa metry oplatają sploty białego porostu. Jose nazywa go barba de capucino, na tablicy informacyjnej widnieje nazwa barba de viejo. Broda kapucyna, czy broda staruszka zwisa z gałęzi tworząc bajkowe kurtyny. Nie mogę się na nią napatrzeć, nie umiem sfotografować. Lekko mży. Z przeciwległego zbocza opada ogromny wodospad. Już z daleka widać luksusowe domki kempingowe z oknami zajmującymi całą ścianę i inne mniejsze – kapsuły z pojedynczym okienkiem. W kafeterii czwórka starszych ludzi, na ich stoliku desery i wino. Cieplutko. Jose napada jakaś nieznana mi wcześniej rozrzutność, pyta o cenę większego domku, chce tu zjeść.

-Spokojnie, dopiero co nie chciałeś wydusić 100 euro- nie mogę mu zapomnieć Malacahuello. -Spytaj co jest najtańsze- upieram się, bo duży domek kosztuje 180 000 (180euro) za noc. – Schronisko- odpowiada kobieta- po 30000 za osobę. Mówię że ok, chętnie zanocuję w schronisku- mogliśmy mieć cały domek dla siebie- mruczy Jose, ale schronisko też okazuje się całe dla nas. Czwórka gości mieszka pewnie w jednym z domków. Jose wraca do kafeterii na kawę, ale przychodzi z całą torbą (mielonej) i ciastkiem. -Zrobimy sobie na miejscu- oznajmia teraz już zadowolony.

Ktoś zagląda i włącza nam ogrzewanie. Jest kuchnia, jest ciepła woda i internet. Gotuję zupę, herbatę, biorę prysznic i robię duże pranie. Za oknem deszcz, ciemność i mgła. W środku wspaniale, choć pomimo ogrzewania nieco zimno. Prognoza pogody zapowiada ciągłe opady aż do 13 następnego dnia.- Do której możemy tu zostać? -Upewniam się- do południa.

Sprawdzam mapy, przeglądam pocztę, czytam wiadomości ze świata. Szybko mnie nudzą. To tak daleko, tak mało ma związku z nami tu i teraz. Na ścianie wisi wielkie zdjęcie śnieżnego krateru. Żałuję, że tam nie wejdziemy. Nie zobaczymy wulkanu Sollipulli z bliska. Szlak wiedzie lasem, przez przełęcz. Rozsądek radzi nigdzie nie zbaczać.

Na piętrze jest chłodno. Wybieram jedno z dwóch pojedynczych łóżek w wielkiej sypialni. Reszta jest piętrowa, nie chcę sufitu tuż nad głową, zbyt mocno mi przypomina namiot. Leżę w ciemności słuchając mlasków i plusków. Materac jest gruby i miękki, koce puchate. Ale zasypiam dopiero kiedy otworzę okno. Uzależnienie od świeżego powietrza? Może.

Jose przez całą noc siedzi w internecie. Nie ma powodu żeby wcześnie wstawać. Leje jak z cebra.

Tuż przed południem czujemy się zmuszeni wyjść. Nikt nie przychodzi, nic nie wygania nas i nie popędza, ale kończy się doba hotelowa, ktoś dyskretnie wyłączył ogrzewanie.

Ubieram się, wystawiam plecak pod wiatę i wracam, bo jednak muszę się ubrać lepiej. Temperatura wynosi 1,5 stopnia na plus. Nadal pada, a niebo jest tak zasnute, tak ciemne, że szanse jakoby miało przestać za godzinę są marne. Na mapie wypatrzyłam obejście pierwszego brodu. Nie wiem czy lepsze. Zamiast maszerować drogą utykamy na podmokłych łąkach. To jest jakiś lokalny szlak, ktoś tu chodził, ale najwięcej widać śladów krów. Rozdeptały śliskie gliniaste zbocze, wyryły w stromiźnie trawers- błotnisty rów. Brniemy nim wolniutko starając się nie pogrążać całych butów. To i tak ratuje nas tylko na chwilę. Rzekę trzeba przejść. Przejść wiele razy. Zwykle można przed brodem usiąść, ściągnąć buty, podwinąć spodnie, teraz nie ma nawet gdzie zdjąć plecaka. Nurt jest szybki, ale niegroźny, woda do kolan, lodowata. Po wyjściu nie ma jak i w co wytrzeć stóp. A brodów do pokonania jeszcze kilka. Na mapie, 4 ale niestety jest ich więcej.

W południe deszcz zamienia się w lekką mżawkę. Stajemy na moment przy piknikowym stole nad stawem otoczonym araukariami. W gładkiej powierzchni odbija się drugi brzeg, do szczytów poprzyklejały się strzępy chmur. Deszcz ustaje, ale nadal ocieka z gałęzi. Idziemy drogą, zarośniętym lekko śladem kół.

Za przełęczą gruntówka jest nowsza, świeżo wyryta. Szeroka, nie mam pojęcia po co. Już nie pada i żal mi, że szlak nie okazał się wcale pieszą ścieżką. Jest mi zimno, więc gnam, w dół potrafię się bardzo rozpędzić, Jose zostaje z tyłu. Spotykamy się przy brodach, lub na rozgałęzieniach. Rzadko kiedy z lasu wyziera fragment nieba, ale to, co widzimy jest coraz lepsze. Szare chmury odleciały, pojawiają się plamy błękitu, do dna lasu dociera czasem promień światła. Z rozległej polany na stoku widać Nevado de Sollipulli. Ogromna zaśnieżona ściana krateru wynurza się ponad zieleń. Żal mi, że nie widziałam tych gór z bliska, dobrze, że chociaż tak się nam pokazały. Ostatni bród jest nieprzyjemny. Zwaliska skał, nurt porozgałęziany przeryty buldożerem, droga ubita w glinie, potwornie stroma. Podjazd ma chyba ze 45 stopni. Na końcu szlaku parking z tablicą. „Owoce araukarii mogą zbierać tylko członkowie lokalnej społeczności Mapuchów”. Ostatnie słowo jest wykreślone.

Tuż obok domek, przyśpieszamy pewni, że mieszka tu parkowy strażnik. Z komina dymi, oszczekuje nas pies. Schodzimy z kilometr i szukamy miejsca na biwak nad rzeką. Nic nie ma. Wracamy na drogę i słyszymy samochód. Macham nieroztropnie, przecież nikogo nie widzieliśmy wyżej. Mężczyzna w zielonym polarze zatrzymuje się. To strażnik! Patrzę wystraszona. Niepotrzebnie Jose zamienia z nim parę słów, mówi że idziemy ze schroniska i mężczyzna nas zaprasza na noc. -Postawcie sobie namiot na podwórku- mówi -jak chcecie to nawet pod dachem. Ja jadę zadzwonić tu nie ma zasięgu. Wrócę za 40 minut- a psy?- niepokoi się Jose- bardzo szczekały- z psem trzeba porozmawiać- strażnik uśmiecha się znacząco i zamyka okienko, silnik charczy na koleinach.

Stawiamy namioty na równej trawce przy szopie. Elias wraca przed zmierzchem i zaprasza nad do siebie. Zabieramy wielką puszkę z jurelem w sosie własnym smakuje nam bardziej niż tuńczyk, kosztuje połowę i jest 3 razy większy. Ja biorę składniki na swoją zupę.

-Najlepiej jak ona trzyma swoją dietę- tłumaczy Jose, więc gotuję sobie spokojnie na palniku, kiedy oni przygotowują rybę. Elias doprawia jurela sokiem z cytryny, soli i pieprzy, wyciąga własnego wypieku chleb, cebulkę. Siadamy przy świecach, w piecyku płonie. Jose opowiada o tym jak szliśmy. Przy wzmiance o protestach i kradzieży krów Elias upewnia się gdzie to było. – W Alto Bio Bio kipi przez cały czas- tłumaczy.- To czerwona strefa, nigdy tam nie ma spokoju.

Przy herbacie on opowiada o swoim życiu. Jose tłumaczy mi niestety tylko strzępki, składam je sobie nieporadnie z żalem, że nie mogę brać udziału w rozmowie.

-Kiedy miałem 4 lata straciłem rodziców- Umarli? – pyta Jose- nie, rozwiedli się i nas porzucili- Kiedy miałem 8 straciłem rodzeństwo, kiedy 9 lat chodziłem po kilkanaście kilometrów dziennie piechotą- do szkoły?- pytam- nie, do pracy. Kiedy miałem 17 ożeniłem się z moją obecną żoną i mamy 4 dzieci. Najstarsza córka studiuje w wyższej szkole policyjnej.

Elias z dumą pokazuje nam zdjęcie pięknej dziewczyny w mundurze.- 24 lata temu CONAF zaproponował mi pracę tutaj. Sam zbudowałem ten dom- gestykuluje – stary był lichy i wcale mi się nie podobał. -Na czym polega twoja praca?- chcę wiedzieć- jestem strażakiem- mówi- mam konie i psy i codziennie jeżdżę po swoim rewirze i szukam pożarów, sam wyryłem buldożerem tę piękną drogę, tę którą przyszliście- zaznacza widząc moje niedowierzanie. -A co jeśli znajdziesz pożar- pytam- sam chyba nie zgasisz, to zbyt niebezpieczne?- Skąd- śmieje się- wysyłam sygnał z pozycją i przylatują helikoptery.-Często są pożary?- pyta Jose- często, wystarczy piorun- myśleliśmy, że pilnujesz takich jak my- mówię, a on się śmieje. Jose opowiada gdzie chcemy dalej. Elias poleca autobus, który jedzie aż do Pucon, możecie przejechać naszą dolinę, to nic ciekawego sama droga. A w kolejnym rezerwacie dajcie tą kartkę” Pozdrowienia od Zorro” czyta Jose, a Elias się śmieje- tam pracuje mój przyjaciel, pozdrówcie go.

Pijemy yerbę, grzejemy się przy piecyku. To ładne, bardzo wysprzątane wnętrze. Jak dopytaliśmy nie wymagało projektu, nie ma takiego obowiązku w Chile, więc Elais wybudował domek jak sam chciał. Żona przyjeżdża tu na weekendy, zimę Elais ma wolną. Może tu trzymać latem kilka krów. -To niesprawiedliwe- mówi na pożegnanie- sam muszę kupować jedzenie dla zwierząt, nawet dla koni, półtorej tony ziarna co roku, a Mapuche tylko narzekają, a całą paszę, każdej zimy dostają od rządu.

-Jak smakują owoce araukarii- pytam- pyszne są.

Wychodzimy za wcześnie. Doliną pokrywa lekki szron. Schodzimy 4 km do wsi i z rozpędu przechodzimy kilka przystanków. Do budek pobudowanych na każdej posesji schodzą się dzieci. My stajemy kiedy wiejska droga przechodzi w pylisty szuter. Czekamy chwilkę i siadamy z przodu. Jeszcze są miejsca. Autobus staje co krok, kierowcy towarzyszy konduktor, zwykle zabieramy pojedyncze dzieci, pojedynczych ludzi poustawianych w szeregu co kilkaset, czasem kilkadziesiąt metrów, jakby nie mogli się umówić i stanąć razem. Raz zatrzymujemy się przy strumyku i konduktor wychodzi z kubkiem po wodę dla kierowcy. Teraz ludzie wsiadają i wysiadają. Konduktor odbiera od kobiet dzieci. Przytula rozśmiesza, wystawia na schodki kiedy mamy wychodzą z wózkami. Ludzie się zagadują i pozdrawiają- lokalny klub- mruga do mnie Jose z garbu silnika, już wcześniej ustąpił miejsca mężczyźnie z laską. Ma rację. Gdybyśmy nie wsiedli do autobusu, gdybyśmy szli, zobaczylibyśmy tylko zagrody, domy. Ludzi możemy spotkać tylko tu. Wszyscy mają charakterystyczne „rdzenne” rysy, są niscy, ciemnowłosi i ciemnoocy, choć biali, krępi. Ubrani identycznie jak my, jak wszędzie w Europie czy w Stanach w końcówce zimy. W dżinsy, legginsy, puchówki.

Share
Translate »