Armenia pieszo cz21-Sisian

Nie pada, lekko szeleści szron. Brniemy w trawach przez wał wulkanicznych skał, rumowisko. Jeszcze nie wzeszło słońce, ale już widać, że to piękny dzień. -100 metrów, na pewno nie więcej- tłumaczę się, bo wieczorem zgubiłam drogę. Znajdujemy, jest zaskakująco szeroka. Szutrowa, rażąco nowa. Zrozumiemy to za kilka kilometrów. Mija ósma i mija nas samochód. Staje, zawraca. Opada zaciemniona szyba. To ochrona. -Nie wolno tędy iść- Jak to? Podeszliśmy już kilkaset metrów, gdzie mamy wracać? Przecież nie pójdziemy szosą- Protestuję po angielsku i po rosyjsku. -Idziemy od 3 tygodni- mówi Jose -Jestem z Hiszpanii, Jose Antonio. Panowie w mundurach ściskają wyciągniętą rękę. Okazuje się, że jednak można przejść, ale nie wolno nam zbaczać z nowej drogi. -Tylko zrobimy wam zdjęcie- zawraca jeszcze jeden z panów. -Uśmiech- mówię do Jose, bo znów było po rosyjsku. – I bardzo proszę nie publikujcie tego na facebooku- ależ skąd zapewniają strażnicy- To dla szefa, żeby wiedział kto szedł-  Co tu jest?- próbuję się dowiedzieć, ale słyszę tylko, że to tajemnica. Idziemy. Mijamy jakieś instalacje. Rurociąg. Nie fotografuj, bo się ktoś przyczepi- radzi Jose.

Zaproszenie na herbatę brzmi jak rozkaz. W stróżówce jest upiornie ciepło. Pijemy, dosładzamy konfiturą z jeżyn. To kopalnia złota, nieczynna od początku roku. Kiedyś pracowało tu 2000 osób, teraz tylko ochrona. -Co się stało? -wypytuję. -Problemy ekologiczne, zagrożenie zatruciem pitnej wody. -Służyłem w Kosowie z Polakami- mówi dowódca. – I jak?- Dużo pili.

Poszliśmy potem dalej starym asfaltem, przez suche stoki, aż do szosy wspinającej się na Vorotan Pass. Z wysokiego płaskowyżu wylewały się przerażające chmurska. Wiatr wduszał je w korytarz wciśnięty pomiędzy Górski Karabach i Azerbejdżan, szeroki tylko na 20 km. Strażnicy radzili żeby dalej nie iść. To samo słyszeliśmy od nauczyciela z Karmashen, panów z hotelu w Hermon… Nie było tu innego przejścia niż szosą, w górach po obu stronach doliny leżał śnieg.  Pomimo tego podeszliśmy prawie pod przełęcz. Wąską, pokręconą górską drogą pełną samochodów i ciężarówek.  Zatrzymaliśmy się na chwilkę widząc śmieciarkę, nowość więc chciałam ją sfotografować. Dwóch mężczyzn zbierało śmieci z pobocza. Torby foliowe, papiery tańczyły w podmuchach wiatru. Uciekały z rąk. Mężczyźni je łapali, gonili. Kiedy do siebie machaliśmy zatrzymała się furgonetka. -Gdzie was zawieść ? – 30 kilometrów, do skrętu na Szaki- powiedziałam i nasze plecaki wylądowały na makaronie, kartonach z dżemami, z oranżadą. Przełęcz Vorotan była oblodzona, ale niebo było tam prawie wolne od chmur. Szybko, przerażająco szybko jak dla nas przesuwały się kamieniste łąki pocięte znajomymi kanionami. -To dlatego wszystkie drogi prowadzą tu tylko w górę i w dół- myślałam  i żałowałam, że nie idziemy. Pomimo wszystko.

-Nie wiesz gdzie jest słynny wodospad? – zaczepiłam parę turystów w Szaki. -Wiem właśnie stamtąd wracamy -Nie masz tego w nawigacji?. Nie miałam. Za chwilkę znów się spotkaliśmy w sklepie. – Może pomogę? – powiedziałam-znam rosyjski. Dziewczyna tylko strzyknęła palcami- po ile banany, czemu takie drogie? Rozumiałam, chociaż mówiła po portugalsku. Sprzedawczyni też zrozumiała. Odłamała dwa i dała dziewczynie za darmo. Jose zagadał coś po hiszpańsku- Jesteśmy podróżnikami!- powiedział chłopak ciągnąc po ubitym z błotem gnoju samolotową walizkę na kółkach. Myśleliśmy, że idą na autobus, ale puścili go i odjechali taksówką. Byli z Brazylii.

Do wieczora minęliśmy Sisian- senne miasteczko bez baru czy restauracji ale z elegancką herbaciarnią bez toalety. Trzymając się rzeki (ładnej jak nam obiecała barmanka), zasypanej tonami śmieci, zalanej gnojem, obrośniętej nadpalonymi chaszczami wypasanymi przez stada owiec i pojedyncze krowy na postronkach, minęliśmy ruinę kołchozu i wieś, chyba Uyts… Trochę nam się tam pokręciły kierunki. Było ciemno. Nabraliśmy wody przy pomniku na przeciw wiejskiego sklepu i już po nocy rozbiliśmy namiot z 500 metrów za ostatnim domem. Sisian to najzimniejsze miejsce w Armenii. Było zimno.

Share

Armenia pieszo cz19 Karmashen, Herher

Zwykle czuję się obco w hotelach, ten był bezproblemowy. Nie szkodziło, że prosto z gór, że moja dieta. Na śniadaniu (w bufecie dla wszystkich gości) pojawiła się kasa gryczana, były owoce i słodycze zastępujące mi ciastka. Konfitury, jogurt… Znów wyschło nam pranie, byliśmy czyści. I co najważniejsze udało nam się dużo dowiedzieć.

Pomógł pracownik (student zarządzania), pomógł bratanek właściciela hotelu, menadżer i właściciel firmy organizującej wycieczki w góry, głównie terenowymi samochodami, też piesze, rowerowe, nawet zimowe narciarskie. Załamanie pogody, stada wilków, urwiste skały, zbyt długi dystans… Na petroglifach- miejscowej atrakcji  leżał już śnieg. Zdecydowaliśmy się iść grzecznie drogą (jak usłyszeliśmy parszywą, stromą i dziurawą, więc bez samochodów) do Herher przez Karmashen. Menadżer podrzucił nas do Goghtanik, dzięki temu oszczędziliśmy czas i uniknęliśmy uczęszczanej szosy. -Gdybyście mieli kłopoty w tym domu mieszka mój przyjaciel- pokazał, i dla pewności wręczył swoją wizytówkę – jakby coś dzwońcie. Dostaliśmy też mapkę, dokładniejszą niż nasza, z zaznaczonymi miejscami do zwiedzania.  Wyruszyliśmy trochę wystraszeni, ale dystans okazał się krótki. Droga wcale nie zła, rzeczywiście pusta.

Pogoda popsuła się jeszcze przed południem. Świat zszarzał. Zamiast wczorajszego złota błoto i deszcz. W górach śnieg. Mgły, nie wiedzieliśmy naturalne, czy wyziewy z gaszonych przez mżawkę pożarów łąk. Zapach dymu. Księżycowe połacie spalonych wzgórz. Tuż przed Karmashen też lawa z wulkanu Vajots Sar, wplątana w pożółkłe trawy, od deszczu aksamitnie czarna, tak jak ubita z tej lawy droga i mokre krowy na niespalonych zboczach. Potem wieś. Słup dymu, jakaś kamienna wieża, stodoła wypchana słomą po brzeg, kusząca żeby się w niej schować. Mokliśmy, ale minęliśmy ją z nadzieją na lepsze miejsce. Znaleźliśmy daszek, pod nim samochodowe fotele, jeszcze suche. Zanim założyliśmy przeciwdeszczowe spodnie z sąsiedniego domu wybiegła kobieta i zaprosiła na kawę. Zdziwiliśmy się, bo wieś wydalała się pusta i ucieszyliśmy, bo było zimno.

Remont. Zdzierane stare tapety, kryształkowy żyrandol na stołku. Konfitura z fig i jak zawsze złote filiżanki. Gospodarz to dyrektor szkoły. Opowiada nam o Iranie, otwarto granicę więc pojechał spojrzeć jak tam  jest. -Dziewczyny, kiedyś takie jak nasze- w chustach- mówi. -Bieda. Do szkoły w Karmashen chodzi osiemnaścioro dzieci. -Kiedyś było nas 26 w jednej klasie- wspomina mężczyzna gładzący tynki. -Skończę za tydzień- obiecuje- jeszcze przed zimą. Odprowadza nas na koniec wsi, pokazuje ogród. Gąszcz drzew. Buchają kolory. Widzę jabłonie, czerwone teraz liście wiśni, winogron splatający wszystko w jedną całość.- Jestem jak Miczurin -mówi z dumą. A wokół tylko trawy. Suche lub spalone, aż po horyzont. Do Herher jest kilka kilometrów w dół. Droga szeroka, ubita z lawy. Znów ktoś nas zaprasza na kawę. Jest mu przykro, ale odmawiamy. Inaczej nie posuwalibyśmy się wcale. Mijamy wulkan, żałujemy, że nie zajrzymy do krateru, żałujemy, że nie zobaczymy gór oddzielających nas od Dżermuku, ale podoba nam się ten mokry krajobraz. Nie wiemy czemu.

Herher wygląda z góry jak broszka z koralików. Pomarańczowy, czerwony, żółty. Brzoskwinie, wiśnie, jabłonie utopione w dymach czy mgle. Z bliska wszystko to zdominuje błoto. Nawóz, słoma wdeptane w grunt przez zwierzęta. Szukamy sklepu- na pewno ma dach. Kupujemy niepotrzebne rzeczy. Tłumaczymy się. -Chodźcie pokażę wam gdzie jest monastyr- proponuje czarno odziany młody człowiek. Ociągamy się, ale deszcz nie chce się kończyć. Wychodzimy za chłopakiem i wchodzimy z nim w jakąś bramę. Wuj zaprasza do kuchni na kawę. Na stół wędruje wódka, ser i kiszone warzywa. Już wiemy, że niczego się nie przyśpieszy.

Armen był inżynierem, ale jest taksówkarzem w Moskwie. Kiedy zjemy zaprowadzi nas do Saint Sion. Pierwsze wzmianki o monastyrze pochodzą z ósmego wieku. Stoi na klifie ponad kanionem rzeczki. Dość daleko od wsi. W trawach pełno pozarastanych chaczkarów, są podziemne cysterny, groby, kilka kaplic. Nie ma ochrony, ale też żadnych zniszczeń. Poza torbą śmieci, którą Armen weźmie ze sobą. Ale to jak już będziemy wracać. Wcześniej opowie nam o każdym szczególe. Pokaże detale portyku, skobel do drzwi, uszkodzenie dachu, które będzie trzeba naprawić. -Nikt się nie zajmuje ochroną zabytków?- pytam. – W Armenii jest bardzo dużo kościołów, nie da rady znaleźć pieniędzy dla wszystkich. Wracamy, deszcz wdusza w ziemię dymy wsi. Znów siadamy w kuchni, trudno odmówić. -Bo tak w zasadzie to ja tu mam hostel- słyszymy. Jak chcecie to zostańcie na noc.

Było wcześnie, ale zdecydowaliśmy się zostać, zwłaszcza, że Armen z Walczikiem zawieźli nas do jeszcze jednej kapliczki. Maleńkiego monastyru zbudowanego w 12-tym wieku dla jednego mnicha. Do dzisiaj ludzie odwiedzają to święte miejsce z prośbami. -Widzisz na progu jest krew. Leczy egzemy, wcierasz, smarujesz, wszystko przechodzi. Jose patrzy z niedowierzaniem. Na drzewku przyrośniętym do świętych ścian szeleści dekoracja zostawiona tu przez pielgrzymów. Namokłe szmatki i foliowe woreczki, znak: tu byłem.

Share