Wiosna w Andach cz15 Reserva National Villarica

W Maito Centre dna doliny sięga już słoneczne światło. Przejechaliśmy prawie 30 km. Szkoda, że szlaku nie poprowadzono górami. Za bardzo bliską argentyńską granicą ciągnie się park narodowy Lanin. W chilijskich górach po drugiej stronie doliny – rezerwat przyrody Villarica. A nigdzie nie ma do nich dostępu. Tylko ta droga, niemal w całości zabudowana farmami. Szuter i niewielka rzeka Rio Machin. Teraz możemy już odbić w las. Też nie od razu. Zanim ruszymy schludnym asfaltem pod górę w stronę cichutkiej wsi, zaglądamy do sklepiku, który polecił nam Elias. Mocno wije, więc rozwieszamy do suszenia namioty. Sklepik jest malutki, nie ma wielkiego wyboru. Gotuję herbatę, owsiankę. Kupuję drzem. Jest spleśniały. Ekspedientka wymienia go na kolejny, a tam też pleśń.- Oddaj- mówię Jose – trudno zjemy bez dżemu. Nie chcę pieniędzy, niego go po prostu zatrzyma, może za bardzo po europejsku wybrzydzamy?

Odnosi. Mija kwadrans i pojawia się właścicielka sklepu. Opisana nam przez Elaisa pani Rose. Niesie słoik z powidłami wygrzebany w domowej piwnicy, ciemny i gęsty. Odkręca wieczko, nie ma pleśni. Jose dostaje jeszcze dodatkowy chleb. -Chcesz dżemu- pyta, ale już zjadłam, więc mruczę, że może potem, ale po kilku minutach nie ma już ani dżemu ani masła. Jose zjada je pogryzając naprzemiennie. Dżem łyżką, masło wprost z kostki. Chleb pakuje na potem. To dopiero nasze pierwsze śniadanie, choć już tak późno. Rano nie zdążyliśmy, baliśmy się przegapić autobus.

Na podejściu wisi transparent, protest przeciwko budowie kopalni złota. Idąc wśród ślicznych kolorowych domków, zanurzonych w zieleni, wśród pastwisk i spokojnych stad nie mogę sobie nawet wyobrazić zniszczenia jakie wprowadziłaby tu kopalnia. Ale czy ktokolwiek może zaprotestować kiedy złoto leży pod ziemią i zwołuje szumowiny żądne kasy? Czy jakikolwiek farmer ma szansę w starciu z wielkim biznesem? Tyle już widziałam wysiedlonych wsi. Tej też byłoby bardzo żal.

Ostatnim domem jest jak zwykle posterunek strażnika. Jose pogania mnie tak, że nie zdążam nawet nabrać wody (a jest rzeczka). Na podwórku stoją dwa samochody, nie widać ludzi. Droga skończyła się. Ścieżka nurkuje w las i długo wędrujemy wspaniałym gąszczem z rzadkimi widokami na dolinę. Nie ma znaków, ale bardzo nie błądzimy. Za przełęczą szlak opada nad jezioro z piaszczystą plażą. Nic tylko się rozłożyć i pomarzyć. Tak robimy. Wypłasza nas uciekający zbyt szybko cień. Najpierw słońce dopada naszych stóp, potem łydek, kolan… cofamy się, ale to się za moment powtarza. Można by uciec głębiej w las, ale szkoda czasu, ruszamy dalej. Z naprzeciwka nadjeżdża dwóch konnych. Zwalniają. To strażnicy. Jose wyciąga kartkę od Zorro. Młodszy zeskakuje z konia. -To mój przyjaciel!- wykrzykuje. Jose opowiada, że u niego nocowaliśmy. Długo gadają. Patrzę jak wiatr marszczy powierzchnię jeziora. Nic nie rozumiem.

Szlak biegnie brzegiem, wśród starych drzew i w gęstwinie bambusów. Czym dalej tym bardziej dziko, tym więcej zwalonych, spróchniałych pni. Za polanką z ruiną drewnianego domu gubimy się i kiedy znów znajdujemy szlak bardziej przypominała jezdną drogę niż ścieżkę. Docieramy do gruntówki, potwornie stromo opadającej w dolinę. GPT powinien biec trawersem po stoku, ale tam się w ogóle nie da iść. Zbyt gęsto, zdecydowanie zbyt stromo, zbutwiałe liście na luźnym piargu osypują się przy każdym kroku. Ponownie przełażę przez ziemny wał- granicę drogi. Schodzimy stromizną na dno doliny w kierunku altanki, która kończy lokalny szlak. Pełno tam liści, krowich placków, patyków więc rozbijamy namioty na trawce otoczonej rzędami zwalonych pni. Zacisznie, wygodnie i jest na czym usiąść. Można by też rozpalić ognisko, ale już nam się nie chce. Nie wiedzieć czemu czuję się niewyspana, zmęczona. Nocą temperatura nie spada poniżej zera. Namiot jest wewnątrz mokry od rosy nie zmrożony. Uświadamiamy sobie, że to pierwszy raz. Łąki lśnią, są prawie białe. Nad rzeką unosi się lekka mgła. Szosa podchodzi lekko, być może szlak próbował tego uniknąć stąd ten dziwaczny trawers na sypkim zboczu. To niedaleko teraz już tylko parę kilometrów w dół. Staje samochód. Tradycyjny rolnik, uprawiający ekologiczne warzywa, obieżyświat, który nawet mieszkał chwilę w Polsce zabiera nas do Currarehue.

Gadamy o Europie. Po angielsku, lub łamanym niemieckim. Jorge pamięta ją z lat 80-tych. Polskę szarą, zimną z pustymi sklepami. Wspomina jak kumpel ożeniony z Polką wysłuchiwał, że jest z dzikiego kraju, nierozwiniętego końca świata z jakiejś biedy.- A wtedy u was było jeszcze gorzej- śmieje się -To się zmieniło- tłumaczę. -Polska bardzo się rozwinęła. Chile też. Widzę różnice po zaledwie ośmiu latach nieobecności. Trudno porównać gdzie żyje się lepiej. Za mało znam lokalne realia, tu widuję tylko odosobnione wsie, w Polsce, przeciwnie, znam głównie miasta i swoją bańkę, wykształconych, dużo podróżujących ludzi.

Jorge podrzuca nas do sklepu i obiecuje, że jak zrobi zakupy zawiezie nas na ciekawy festiwal, gdzieś niedaleko na jakimś kajakowym kempingu. Ma być muzyka i mnóstwo straganów. Zgadzamy się GPT nadal z uporem biegnie jezdną drogą, dnem doliny Rio Machin, przez wsie. Po imprezie spodziewam się autentycznego folkloru, a okazuje się, że to zwykła komercja, spływ kajakowy, jakieś zawody, pamiątki, gadżety. Dużo namiotów. Ktoś opowiada, że śnieg zszedł z większości trawersu wulkanu Villarica. Liczymy ile jeszcze przed nami dni i wracamy na szosę. Drugim brzegiem biegnie Greater Patagonian Trail, też wcale nie ścieżką, starą drogą, ale nie ma jak się tam dostać. Rio Machin jest zbyt duża zbyt wzburzona idealna na kajakowe zawody. Utykamy na rozgrzanym asfalcie. Wspina się stromo serpentyna za serpentyną. Na którymś z zakrętów wyprzedza nas rowerzysta. Dumny ze swojej wyjątkowej techniki, dzięki której może wjechać tak wysoko, stoi na pedałach i opada na każdą stronę ciężko spływając potem. – Technika…- komentuje Jose, kiedy chłopak nas mija- to tylko siła.

Figurka na rowerze oddala się na pustej szosie. Wyżej widzimy jak rowerzysta prosi przechodniów o nagrywanie fragmentów jego jazdy. Pewnie na instagrama. Nigdy nie przestanę się dziwić po co to robić.

5 km wyżej jest most- szansa żeby uciec z asfaltu na szutrówkę, ale zanim się zdecydujemy staje samochód. Para w średnim wieku z dwoma dorosłymi córkami. Podwożą nas do budynku parku narodowego. Próbujemy się nie wychylać, zostać w samochodzie, udać się dyskretnie do toalety… Nic to nie daje. Pani, która nas zabrała, prawniczka specjalizująca się w prawach rdzennych mieszkańców, upiera się, że w parku trzeba się zameldować. Koniecznie.

-Trawers Villarica- mówię. Strażniczka oznajmia, że szlak zamknięty, żeby przyjechać za miesiąc. Otwarcie dopiero 20 grudnia. Nie może pozwolić nam iść. Zapada cisza. Nie mam już siły. Na tłumaczenia, na wykręty, na nic. -Idziemy od 19 października- mówię- jak dotąd wszystko było zamknięte i żyjemy.

-Możecie iść na własną odpowiedzialność- strażniczka niespodziewanie się uśmiecha. -Nie zarejestrujemy was, oficjalnie nic o tym nie wiemy. Możecie sobie biwakować gdzie chcecie.

-Nie wiedziałam, że to tak wygląda- tłumaczy się prawniczka i wraca do hiszpańskojęzycznej rozmowy z Jose. Z tego co mi potem opowie ziemia prawie nigdzie tu nie należy do ludzi. To wszystko wieczyste dzierżawy. Nikt oficjalnie nie może nam zabronić przejść, ale oczywiście praktyka to inna sprawa.

Wysiadamy przy nowoczesnej kawiarni na przełęczy. Jose zjada ogromne ciastko, ja piję bardzo dobrą kawę i kupuję jeszcze paczkę orzeszków. Smacznych, mieszanych. Przy sąsiednim stoliku przysiada para mężczyzn, chyba ojciec z synem. Spotykamy ich potem na podejściu. Szlak biegnie lasem, jest idealnie oznakowany i dopiero wyżej na mokradłach ginie i pojawia się znów w kępach drzew. Mężczyźni skręcają nad jezioro, wybrali się tylko na jedną noc, na weekend. Mówią, że tu w Parku Narodowym Villarica nikt nigdy się nikogo nie czepia.

Brniemy przez zalane łąki, mokrym lasem na kolejny próg doliny, a potem jeszcze wyżej na kamienistą polanę. Nad strumieniem leżą płaty śniegu. Huczą dwa wysokie wodospady, zza grzbietów wynurza się wulkan Lanin. Wspaniale na nim zachodzi słońce i pięknie wschodzi. Poranek znów jest wilgotny, nie mroźny. Zapowiadano falę ciepła, jak widać przyszła. Świt wstaje blado. Strzelista turnia, pod którą trwa kajakowa impreza stąd jest widoczna w całej okazałości. Jesteśmy w górach we wspaniałej odkrytej przestrzeni. Jest pięknie.

Szlak aż do przełęczy jest wolny od śniegu z jednym tylko, bardzo stromym płatem. Idziemy po śladach poprzedników, europejskiej (sądząc z ubioru) pary z dwoma przewodnikami. Biwakowali niedaleko nas, ukryci w krzakach. Zobaczyliśmy ich dopiero rano. Tak jak oni schodzimy na moment do Argentyny i za płaską skalistą doliną pełną śniegowych pół wracamy do chilijskiej granicy. Tak narysowano szlak na mojej mapie, na tej, która wisiała w biurze parku, ścieżka prowadziła granicą. Teraz leżą tam zwały twardego firnu, kapią nawisy.

Na zejściu idziemy jakąś inną drogą niż wycieczka, być może zajrzeli nad biały staw. Spotykamy ich nad bystrą, troszkę mętną rzeczką gdzie przysiedliśmy zjeść i potem znów za zawiłym lawowym polem nad jeziorem. Tu nie tyle spotykamy co słyszymy. Głosy niosą się daleko po wodzie. Nadchodzi upał i nam też przychodzi na myśl się rozłożyć. Na słońcu, na piachu, nad wodą. Jose nawet się zanurza na moment. Patrzę w niebo. Na tle idealnego błękitu przesuwa się sylwetka drapieżnego ptaka.

Wyżej na zbocze wspina się ślad motoroweru. Gdzieś tutaj, możliwe że niżej, że gdzieś w zakamarkach lawy dociera tutaj polna droga. Zabiera ze sobą szlak GTP. Ten, którym będziemy dalej wędrować to Trawers Villarica. Skręcamy na północ.

Stromo po piarżysku, potem po luźnych wulkanicznych skałach. Ślady deptania giną, rozbiegają, ślad motoroweru wbija się w prawie pionowy śnieg. Idziemy dalej w górę doliny. Żaden inna pomysł nie wydaje się prawdopodobny. Wyżej jednak przecina nam drogę pas skał. Myślę jak by je obejść i odkrywam, że nasz szlak odbił wcześniej. Wracamy pod zaśnieżony stok. Wygląda na to, że musimy brnąć upiornie stromym śladem motoroweru pod wielki skapujący z grani nawis. Jest ciężko. Dziko, nie niebezpiecznie bo szlak jednak mija nawis lekko z boku. Zmęczeni wdrapujemy się na grzbiet, mijamy stację meteorologiczną (może motorower należał do kogoś, kto ją sprawdzał? ) i już na bardziej płaskim tropimy ślady ścieżki i znaki wśród skał, strumyków i śnieżnych pól. Już blisko wieczór, zapominamy nabrać zapasów wody na noc, a ścieżka opada w las. „Idziemy granią nie będzie tu już przecież żadnej wody”, martwię się. Na rozwidleniu szlaków dwie strzałki. Ta w lewo (Trawers Villarica) wskazuje domek strażnika, druga o innej nazwie opada nad rzekę i za grzbietem wraca do bitej drogi, do której doprowadza też nasz szlak. Jest dłuższa tylko o kilka kilometrów, a biwak na grani bez wody jakoś niespecjalnie nas kusi. Do tego strażnik. Zbiegamy lasem. Gdzieś w dole powinien pojawić się strumień. Już widać koryto, widać, że wypełnia się z wodą czy błotem. Schodząc patrzę jak stopniowo staje się porządną rzeczką. Niespodziewanie docieramy do farmy. Cichutko (bo to też może być strażnik) przemykamy się przez ogrodzone pastwiska. Teraz w las wyraźną ubitą drogą z ciągami kałuż. Na mapy.cz zaznaczono tu miejsca biwakowe. Zbaczamy kiedy mijamy jedno z nich. To łąka, nad rzeką. Nurt wprawdzie oddziela kolczasty płot, ale upadło na niego drzewo i da się przejść. Faktycznie dobre miejsce na noc.

Share

Wiosna w Andach cz13 Icalma

Wiatr jest lodowaty, cień czarny, na błękitnym niebie zawiesiła się potężna chmura. Szosa pusta. Drogowskaz przypomina, że jesteśmy w stanie Araucania Andina, dawnym królestwie Araucanii, zamieszkałym przez plemiona Pehuenche, które wraz z Patagonią (zamieszkałą przez plemiona Mapuche) przez 400 lat opierały się hiszpańskiej konkwiście.

Utykamy na przystanku. Autobus, o który Jose dopytał w sklepie nie przyjeżdża. Oprócz nas w żółtej wiatce czeka też długowłosa kobieta, ale spytana o rozkład jazdy, mówi, że nie wie. Na przeciwko jest śliczna nowa szkoła. Busiki zwożą do niej dzieci z okolicy i z dalszych wsi. Eleganckie mamusie w legginsach podwożą swoje pociechy pod same drzwi. Lekcje muszą zaczynać się później niż u nas, bo choć minęła już ósma ruch nie ustaje. – Za kwadrans dziewiąta- mówi do mnie bardzo powoli, gestykulując kobieta w puchatym sweterku, kierowca szkolnego autobusu. Widujemy ją regularnie, zdążyła już obrócić z sześć razy odkąd stoimy.- Kwadrans po dziewiątej?- powtarza za nią Jose. Kobieta odjeżdża, macha przepraszająco, że się śpieszy. Upieram się, że zrozumiałam ją lepiej, choć nie znam hiszpańskiego. Nie wiem skąd ta pewność. Mam rację, autobus przyjeżdża kwadrans przed dziewiątą. -Oni tu mówią zupełnie inaczej- tłumaczy się Jose. Dopiero po powrocie doczytam, że chilijska wersja hiszpańskiego rzeczywiście bywa złudnie inna, choć muzyka i brzmienie języka są doskonałe, czysty kastylijski.

Idąc wzdłuż wulkanu Lonquimay odeszliśmy daleko na wschód od innych możliwych pieszych szlaków. Wybraliśmy ciekawy wulkaniczny krajobraz i piesze ścieżki zamiast szutrówek i podejrzanych brodów, ale teraz nie zostało nam nic innego jak wrócić w stronę argentyńskiej granicy autobusem. To 20 km. Po drodze jest kilka tuneli, góry nad nami pokrywa bielutki śnieg. Na trasę, którą biegnie GPT jest jak mi się wydaje za wcześnie, to też miejsce gdzie chciałabym wrócić kiedyś latem.

Autobus zostawia nas na rozwidleniu dróg, kierowca jest bardzo zdziwiony, że tu wysiadamy. Szybko rozumiem dlaczego. To lodowaty wygwizdów. Nie wiadomo kiedy przyjedzie kolejny autobus, lepiej byłoby poczekać na niego w Lonquimay.

Nie wytrzymujemy długo, ubieramy się cieplej i ruszamy w górę pylistej szosy. Do Jeziora Icalma jest trochę ponad 30 km. Droga jest nudna. Kilka domków przy których rosną irysy, stara odmiana, mam ją też w swoim ogrodzie, rzeka Lonquimay otulona w pastwiska z pasami wystrzyżonych przez owce krzewów, rząd ogławianych wierzb. Staję żeby popatrzeć na mapę, może da się stąd jakoś zejść? Przecież nic nie każe nam iść do Icalma. Znajduję skrót przez rezerwat China Muerte. To prawie na pewno też drogi, ale może gruntówki nie szuter? Jose mówi, że możemy iść do Melipeuco, co za różnica. Jednak nasz dylemat rozwiązuje się sam. Pierwszy przejeżdżający samochód, jedyny jaki tu zobaczymy zwalnia. Kierowca zagaduje, zabieramy się z nim do Icalma. Szkoda czasu na łatwe drogi. To możemy zostawić na starość.

Jedziemy chyba z godzinę, choć to blisko. Samochód trzęsie niemiłosiernie, chce mi się siusiu. W Icalma rozglądam się przez moment bezradnie, biegnę do informacji turystycznej, obsługująca ją pani właśnie wychodzi. -W urzędzie gminnym- wskazuje palcem. To czysty nowoczesny budynek, wspaniała toaleta z ciepłą wodą. Ktoś uśmiecha się do mnie kiedy wychodzę. I myślę, żeby tu jeszcze trochę zostać. We wsi prawie bez białych ludzi, zielonej, czystej.- Może jest tu jakaś restauracja?- zagaduję. Jose jest wyjątkowo zgodny. Zasiadamy w ładnym wnętrzu z widokiem na zieleń. Uciekinier z Wenezueli ożeniony z córką właścicielki lokalu mówi po angielsku. Jedzenie jest smaczne, długo jesteśmy sami, aż przychodzi para w ludowych strojach. Dziewczyna w chuście zapiętej broszką (podobną do tych, które widywałam u Samów), chłopak w poncho i kapeluszu. Spod dżinsów wyzierają sportowe buty. Są nieco teatralni, zbyt wystylizowani. Chciałabym ich sfotografować, proszę kelnera żeby zapytał, ale nie dostaję zgody. Wychodząc opieram się pokusie dyskretnego złapania ich w kadrze przez okno.

Zaglądamy do każdego sklepu. Jak dotąd nie udało nam się zdobyć kapelusza. Tu też trudno, są wprawdzie bejsbolówki, ale całe w amerykańskie flagi i Jose ich nie chce. W końcu znajduję sklepik z pamiątkami. Tu są różne nakrycia głowy, ale zrobione z papieru i Jose mówi, że rozmiękną jak się spoci. Że już kiedyś jakiś taki miał i to na nic.-Wróć do tego amerykańskiego sklepu -nalegam zmęczona wybrzydzaniem. Wyciągnięta z błota dziecinna czapeczka zginęła gdzieś na trawersie wulkanu Lonquimay. To będzie już czwarty kapelusz…

Kiedy czekam właściciele sklepiku wypytują skąd i dokąd idziemy i czy to nasz pierwszy raz w Patagonii. Ze zdziwieniem odkrywam, że to już tu. Patagonia wydawała się tak daleka. Na mapach Chile zaczyna się dużo niżej, ale widać zwyczajowo już tu jest. I tak bardzo różni się od centralnego Chile. Jest chłodno, zielono. Góry łagodne i niskie. Skały omszałe. Podwórka czyste i niezagracone.

Przed cmentarzem rozległym i pełnym solarnych baterii (nie wiem po co?) zasnęło na siedząco trzech panów. Nad drogą, którą będziemy musieli pójść unoszą się potężne kłęby pyłu. Jose wraca roześmiany. Na głowie ma wielkie filcowe sombrero.- 4 dolary- mówi- w sklepie z pamiątkami.

Wśród miejscowych wydaje się w tym stroju bardzo blady. Kupuję jeszcze dwie paczki rodzynek, wcześniej nie było. To musi być bardzo turystyczne miejsce. Pełno tu kempingów i barów, jeszcze pozamykanych, bo wiosna, pełno sklepików.

Tumany na drodze wznieca buldożer. Krępa dziewczyna odkurza pobieżnie różową koszulkę- zebraliśmy na 1,5 kilometra- tłumaczy nam- ale wykonawca nas okradł i uda się wyasfaltować tylko kawałek, we wsi.

Przez godzinę brniemy w paskudnym kurzu. W jednej ze wsi zaglądamy do sklepiku ze swetrami, są śliczne, wydziergane z grubych włóczek, kolorowe. Nie martwi mnie wcale ich waga, czy cena. Kupiłabym jakiś, ale mój plecak jest już wypełniony po brzeg. Nie mam miejsca. GPT, którym teraz idziemy skręca w lewo. Liczyłam, że to koniec szutru, ale nie. Też droga, choć tym razem ślepa i po kilku kilometrach coraz cieńsza. Ostatecznie rozpływa się na trawiastej polanie. Konie wydeptały tam własne ścieżki. Jest słonecznie, bulgoce czyściutka rzeczka, kusi żeby tu sobie posiedzieć zostać na noc. Ale dopiero jest piąta, niewiele dzisiaj przeszliśmy. Ruszamy i natychmiast za brodem się gubimy. Podchodzimy, wracamy, i jeszcze raz i znów. Już mam wrażenie, że nic tu po nas, kiedy trafia się fragment krowiej ścieżki. Stromo, w gęstwinie bambusów, w ciemny las. Trakt jest tak cienki, że szybko musimy „pływać” w chaszczach. Krowy zakręcały, wracały, błądziły, a my powtarzamy to samo, jak dziki taniec z puszczą. W jaśniejszych miejscach jaskrawo kwitną berberysy, ich kolce odzierają nas z kapeluszy, wyrywają dziury w koszulkach, szarpią plecakiem. Przedzieramy się przez zwały spróchniałych pni, przez sterty gałęzi i skałki. W górę i w dół. Szansa, że dojdziemy do jeziorka, gdzie planowałam biwak przepada. Zapada zmierzch, nie mamy zapasu wody, tylko po łyku. Kiedy trafi się bardziej puste miejsce, świadek upadku dwóch potężnych drzew rozbijamy namioty i idziemy spać bez kolacji.

Ruszamy bez śniadania i po godzinie docieramy do miejsca gdzie dałoby się zejść nad jeziorko. To nie po drodze, ale niedaleko. Zbaczamy. W lesie rysuje się delikatna ścieżka. Błotnisty staw otula liściasta las. Siadam nad brzegiem zmęczona i głodna, ale Jose gna dalej i znajduje piknikowe stoły. Tu w środku dziczy!

To bardzo długie śniadanie, bardzo wystawne. Ruszamy objedzeni jak bąki i szybko znajduje się jezdna droga. Jezdna kiedyś, być może w czasie zbudowania stołów, teraz pozarastana. Przez cały dzień wędrujemy plątaniną leśnych gruntówek, w górę i w dół często tuż pod granią lub na grani. Las jest gęsty i tylko parę razy pojawia się daleki widok. Na zejściu trafiamy na kilka pasterskich domków. Jeden otacza tak wspaniała łączka, że nie opieramy się i robimy postój na drugie śniadanie. To zwykłe mlecze, być może przywleczone z Europy, ale ich ilość robi wrażenie. Na ścianie tuż ponad kłódką, napisano „Nie kradnij!” Kilka niższych domków jest w ruinie. Droga opada w stronę dna doliny. Otwieramy kolejne bramki, wystrugane z egzotycznych dla nas drzew. Połączenia krzyżujących się belek są wyrzeźbione misternie i precyzyjnie. Nie ma kolczastych potów i kłódek.

W dolinie zaczyna się szutrowa droga, przybywa zabudowań, narasta szum coraz większej rzeki. Na szczęście przekraczamy ją mostem, pod którym kusi dogodna do wypoczynku plaża. Z niedowierzaniem oglądam fuksje, u nas doniczkowe kwiatki, tu krzaki sięgające mi do pasa. Przed nami mniej ciekawy kawałek, szeroki, rozjeżdżany znak przystanku sugeruje, że tu jeździ autobus i za moment jeden nawet nas mija. Jose czyta napis na pojeździe „transport specjalny dla odizolowanych wsi”. Jestem pod wrażeniem. Autobusy w Chile nie mają sobie równych. Są wszędzie.

Na wzgórzu mijamy zamknięty kemping, jest numer telefonu, ale nie mamy jak zadzwonić, z żalem idziemy dalej, teraz w dół. -Zaraz jest drugi- informuje nas mężczyzna w samochodzie. Tłumaczy tak zawile i długo, że się gubimy. W końcu go widzę, przekraczamy kolejny most wędrujemy kilkaset metrów w górę potoku pokonujemy zamkniętą bramę, automatycznie, z rozpędu, przecież robimy to co chwila od miesiąca. W domku nie ma nikogo, sam kemping jakoś specjalnie nie zachęca. Wracamy znów się gramoląc przez płot. Mężczyzna na motorowerze mówi, że dalej, nad jeziorkiem, nad którym myślałam biwakować są domki kempingowe i hotel. Rzeka huczy niemiłosiernie, jej nurt jest nieprzezroczysty, biało szary tak szybki, że nie ma się ochoty nawet podejść. A mapa widzi na niej wyżej z 10 przejść. „Będziemy się tym martwić jutro” myślę zmęczona. Półtora kilometra stromizny daje w kość. Przed nami piętrzy się ozdobna brama. Rezerwat przyrody, obszar chroniony Villarica. -O jest kasa”- mówi Jose więc podchodzę.- co napisali?- że jeśli ich nie ma tu, to są w kafeterii. „Trzeba tę kafeterie ominąć szerokim łukiem” myślę, a Jose zaczyna marzyć o ciastkach i kawie.

Share
Translate »