Noc jest lodowata i rano długo grzeję stopy w gorącym źródle zanim odważę się wcisnąć je w zmrożone buty. Kiedy schodzimy e kierunku dna doliny spływa już słoneczne światło. W cieniu nadal widać parę unoszącą się nad najcieplejszymi miejscami rzeki. Za nami na śniegu rysuje się wczorajszy ślad. Chrzęści szron, cieniutka warstewka lodu na bagnach pryska z trzaskiem. Omijamy podmokłe łąki, brniemy zygzakiem pomiędzy suchszymi kępkami traw, przeskakujemy rzeczki. Jose wszystkie, jedną po drugiej, ja raz muszę zdjąć buty i zanurzyć stopy w mulisty nurt. Nie jest gorący, ale nie jest też zimny. Jose musi mi podać rękę, bo brzegi potoku to glina śliska jak masło, a wysoka na metr.
Dolina jest długa, pocięta zwałami śniegu i meandrami potoków. Podmokła. Dopiero tuż przed progiem, gdzie musimy skręcić na stok pojawia się lawowe pole, suche, ale powolne. Jeszcze jeden większy potok, wydaje mi się, że ostatni, sprawdzam wodę, jest doskonała. Rozbieram się i zanurzam cała. Wreszcie ciepło! -Ukrop!- kręci nosem Jose i nie wchodzi. Ma nawet problem żeby przez ten potok przejść. Kolejny schowany pomiędzy lawą i płatem lodu jest już zimny.
Wdrapuję się powoli i ostrożnie. Pod śniegiem leży rozmiękła glina. Wypatruję śladu poprzednika, czy poprzedników, jak sądzę narciarzy- tu już w butach. czasem wydaje mi się, że w glinie odbił się rak. To nie są świeże ślady, nie jestem pewna. W dolinie, którą przeszłyśmy kiedyś z Jagodą kłębi się mgła.
Podejście jest zawiłe, kluczymy wśród skalnych bloków i płatów śniegu. Mgła nakrywa nas na grzbiecie powyżej stromego źlebu. Przez moment nie wiemy, w którą stronę iść. Tu nie ma ścieżki, nie ma znaków, ślady zgubiły się w skałach.
-Patrz puma!- mówi Jose, ale ja widzę raczej sylwetkę lisa. Gdzie on idzie? zastanawiamy się, może po ścieżce?
Podchodzimy. Po lisie został już tylko ślad, wystają spod niego odciski ludzkich stóp. Tropimy je aż do skalnego uskoku. Na turni 50-70 metrów w dół widzę coś co biorę za szlakową tablicę. Kolorowa plama na szarej ścianie. Wiatr przeciera ją pasmami mgły. Lekko kropi. Schodzę z trudem. To kapliczka, przez moment myślę, żeby obok niej zejść, ale Jose woła, że coś wypatrzył na zboczu. Brnę z powrotem po piargach i mokrej glinie. Ma rację. Ścieżka trawersuje skalne urwisko, a tam gdzie chciałam schodzić, jest przepaść. Dopiero niżej na rozległych śnieżnych polach odzyskujemy widoczność. Tu jest już mnóstwo śladów, niektóre ścieżki są możliwe do powtórzenia tylko w rakach, więc obchodzimy, omijamy, zsuwamy się po nasiąkłych piarżyskach. Idzie powoli. Przed nami bura dolina z pasami mgieł. Gorący grunt na grani paruje, bezlistne krzewy na brudnym śniegu z daleka wydają się martwe, w bliższym kontakcie potwornie drapią.
Szlak opada, widzimy już budynki Termas de Chillan. Z parkingu, na którym stoi autobus podchodzi wycieczka z przewodnikiem. Skręcają tak, jak kiedyś poszłyśmy z Jagodą, przez niską grań, która wtedy była pokryta śniegiem, a teraz jest łysa, do gorącej rzeki, przy której wtedy biwakowaliśmy. Jest weekend. Trochę im zazdroszczę.
Zdecydowaliśmy nie powtarzać fragmentu, który oddziela nas od Laguna del Laja. Nie chcę kolejny raz przechodzić przez Rio Polcura i być może jeszcze gorsze brody wcześniej. Pamiętam długie pyliste drogi i nasiąknięte, wieczorem zmrożone hale. Pamiętam trawers zaśnieżonej grani wywieszony nad Laguna del Laja. „Raz w życiu wystarczy” myślę. Musimy kupić jedzenie, odpocząć. W kasie do basenów termalnych jest ekspres do kawy. Pijemy ją na schodkach pod dachem. Gorąca, słodka (choć w domu nie słodzę). Jose opowiada recepcjoniście, że wykąpałam się we wrzątku. Salamadra… śmieją się obaj.
Kiedy ruszamy znów mży. Mijamy parking i roboty drogowe, schodzimy zakręt czy dwa asfaltem. Para turystów zwozi nas na przystanek autobusowy. W przydrożnym barze można kupić colę i ciastka. Autobus wlecze się do Chillan dwie godziny. Staje w każdej wsi, czasem, mam wrażenie, przy każdym domu.
W mojej wyobraźni buduje się wizja hotelu. Z czystą pościelą i gorącym prysznicem. Obiad koniecznie w dobrej restauracji… Chillan to duże miasto, autobus krąży w drodze na dworzec, podziwiam kolejne hotele, są coraz lepsze.
-Jedźmy na duży dworzec- upiera się Jose i przesiadamy się w miejski autobus. Za oknem mija mi piękny hotel. -Sprawdźmy o której jest do Los Angeles- upiera się Jose – są często, może co godzinne- mówię, bo tutaj tak jest, to kolejne miasta przy głównej szosie, każdy autobus z Santiago się tam zatrzyma, ale Jose jęczy, więc się zgadzam, bo czemu nie, jeszcze jest wcześnie.
-Za 45 minut- informuje nas kobieta w kasie. -Jose upiera się żeby kupić i jechać. -Zyskamy dzień- przekonuje wieczorem będziemy już w Los Angeles. Jestem zmęczona, wyciągam kartę i płacę. Czekamy, ale nic się nie dzieje. Na autostradzie był wypadek. Autobusy stanęły i wszystko jest opóźnione. Czekamy kilka godzin. Wyjeżdżamy dopiero po zmroku, suchy kurczak z suchym ryżem z dworcowego baru stoi mi w gardle.
Los Angeles jest ciemne, nie mamy Internetu żeby znaleźć hotel. Dworzec już pusty, okienka pozamykane. Jose zaczepia taksówkarza, a ten nic nie wie. Jakby nikt tu nie sypiał w hotelach. Wiezie nas jednak do jakiejś podejrzanej budy. Wokół wanny wisi spleśniała zasłonka, nakrywam łóżko namiotem, prysznic biorę w butach do przechodzenia rzek. Nie mogę zasnąć.
Na śniadaniu jesteśmy sami. Na tacy dwa tosty i dżem. Recepcjonistka na widok mojej miny pyta czy ugotować jajka.
Zakupy zajmują nam czas do południa. Nie znajdujemy nic ciekawego. Z żalem patrzę na kolejne autobusy z Chillan, nic byśmy nie stracili zostając.
Autobus do Antuco odjeżdża w samo południe. Okazuje się, że jedzie aż do Abanico, wysiadamy na końcu, choć lepiej było zostać na szosie. Bezskutecznie szukamy sklepiku czy baru, wszystko pozamykane, otwarta przychodnia. Nabieram wody, łapię na moment wifi. Wracamy na skrzyżowanie i wędrujemy w górę doliny asfaltem. Para dobrze ubranych ludzi zatrzymuje się kiedy fotografuję wodospad. Jadą zobaczyć pomnik żołnierzy, których zabił kiedyś w tych górach sztorm. Słyszałam o nim poprzednio. Śnieżyca przyszła niespodziewanie, pozarywała namioty. Zginęło chyba z 50 osób. Naciskam Jose żeby tłumaczył, ale jest zbyt zajęty rozmową. Zresztą szybko zatrzymują nas strażnicy parkowi. Park Narodowy Laguna del Laja. Wysiadamy żeby kupić bilety. Jest podobnie jak w Radal Siete Tazas. Kod QR, parkowe wifi. Kiedy Jose walczy z telefonem zagaduję jednego ze strażników. -Idziecie od San Fernando?- dziwi się, opowiadam, że w tym roku mało śniegu, że kiedy tu byłam ostatnio było biało. -Greater Patagonian Trail- uśmiecha się, a ja potwierdzam, że mniej więcej. – Wy nie musicie płacić- woła Jose. -Idziecie drogą? Jak wszyscy długodystansowcy?- Górami!- odpowiadamy jednocześnie. – Zaraz za polem lawowym jest doskonałe miejsce na biwak- uśmiecha się ciepło- świetnie osłonięte. Tam zanocujcie.
Machamy mu na pożegnanie. Odchodzę na moment sfotografować łuk rzeki i góry, którymi szłyśmy z Jagodą. Jeszcze tylko kawałeczek szosą i możemy skręcić na szlak. Aż trudno uwierzyć, że nas puścili! Bałam się, że znów tu utkniemy.




























