Wieś jest rozrzucona luźno w szerokiej kamienistej dolinie. Lekko mży, wysokie góry ucina warstwa ciężkich chmur. Mijamy most i skręcamy w kierunku najładniejszych domów. Z daleka widać starszą kobietę w chustce zawiązanej pod szyją jak odchodzi popędzając stado i dwójkę młodych kobietę z mężczyzną skupionych nad innym stadem kóz. Gospodarstwo jest ogrodzone, kiedy pochodzimy bliżej mężczyzna macha żeby otworzyć bramę. Prowadzi nas do domu z gankiem. Po obu stronach rosną ogromne czereśnie, pod nimi stolik. Opuszczam plecak, przekonana że to tu idziemy, ale on nas zaprasza do wnętrza. To pierwszy raz w Chile, jak dotąd to się nam nie zdarzyło. Zanim Jose powie, że przyszliśmy kupić jajka siedzimy już przy stole w ładnej jadalni, a młoda kobieta niesie butelki z czymś kolorowym, pieczywo i drzem. Jose tłumaczy, że dla mnie lepiej herbatę, nie wiadomo co jest w gotowym napoju. Za oknem robi się jeszcze bardziej buro, słyszę nasilający się deszcz. Siedzimy długo. Jose opowiada skąd przyszliśmy, Fermin opowiada o swojej wsi. To Pehuenche. Pierwsi mieszkańcy tych ziem, którzy najprawdopodobniej przywędrowali tu z drugiej strony Andów, z Argentyny. Nie należą do plemion Mapuche. Słuchamy o tradycjach, o świętych drzewach- araukariach, których owoce przez stulecia żywiły ludzi, o strojach. Fermin pokazuje nam swoje poncho i kolorowe wełniane torby do siodła podobne, do tych, które miał mężczyzna spotkany przed wsią. Kiedy Maria przynosi herbatę zasmuca się i mówi, że rząd odebrał im ziemię. Że tak, mają prawo być tu gdzie są i wypasać zwierzęta, jak kiedyś, ale ziemia nie jest ich własnością, a była. Że Pinochet porozdawał ją jakimś obcym. Niemcom, Włochom. Że fakt, teraz doprowadzono tu drogę i wybudowano szkołę, ale wcześniej zepchnięto ich w najdalszy koniec, zakamarek Andów, że po zakupy jeździło się konno do Argentyny i nigdy nie docierał tu lekarz. Jose tłumaczy mi urywane fragmenty, gubię się w tym co było kiedyś i co jest teraz. -Tak- potwierdza Maria-_jak ktoś tu zachoruje, to tu umrze, nikt to do nas w razie czego nie przyjedzie.
Pytam o Piedra del Indio. -Rodzina podróżowała do Argentyny po zakupy, to zajmowało zwykle kilka dni. Dopadł ich sztorm, śnieżyca, wszyscy zginęli- mówi Fermin i szybko wraca do własności ziemi. – Był traktat- opowiada Jose – a on tłumaczy mi niektóre kawałki- Zaraz po tym jak Chile odzyskało niepodległość Bernard O’Higgins zaproponował żeby oddać rdzennym ludom ich ziemie, ale Chilijczycy nigdy się na to nie zgodzili. -Nie mamy ziemi. Naszą rzekę w dolinie dostał Włoch, co jak zechcą tu zrobić autostradę? Gdzie nam się każą wynieść? – Autostradę? dziwię się- tak ma przeciąć Andy- mówi Fermin.
Maria przynosi jajka, 12 ugotowanych na twardo, i wręcza Jose bochenek chleba. Jose sięga po banknoty i dorzuca za poczęstunek i herbatę, a Fermin uśmiecha się, nawet śmieje. -Tylu ludzi tu do nas zagląda zjeść, a nikomu nie przyszło do głowy żeby zapłacić! -Teraz śmieją się oboje. -Pamiętasz tego Niemca? – Maria chichoce- Jadł przez dwa dni, spał u nas, a jaką on miał brodę!- śmieje się Maria i wraca do kuchni po słodycze dla nas. – Powinniście tu zrobić hostel- mówi Jose -Hotel- poprawia Maria- staramy się o licencję.
Kiedy się ubieramy nadal pada. Przechodzimy mostem (jak mówił Fermin jest tylko dla pieszych, bo Włoch nie pozwolił zrobić tu drogi) podchodzimy rozmiękłą gruntówką. Mylę się i przekraczamy potok, płytkim, ale lodowatym brodem, za chwile musimy wrócić, to nie tu. Jose jest nad wyraz spokojny, zostaje z tyłu. „Pewnie rozmyśla o tym co mu opowiadał Fermin, a czego mi nie zdążył przetłumaczyć” myślę. I kryję się na moment w ogrodzeniu dla zwierząt. Deszcz zacina jest strasznie zimno. Gruntówką przejeżdża chłopiec na koniu, spod kopyt wznoszą się fontanny błota. Moja peleryna ocieka, klei się do równie mokrych spodni. Trakt zwęża się i zanurza w las. Podchodzimy łagodnie. Las gęstnieje. Czasem widać z niego rzekę daleko w dole. Kiedy ją podziwiamy na jednym z zakrętów z naprzeciwka nadjeżdża mężczyzna ubrany w jaskrawo pomarańczowe poncho. Choć na głowie ma zwykłą czapkę, taka jakie lubią biegacze jego rysy i postawa wydają się tak egzotyczne, ze zamieram i choć mi żal nie robię zdjęcia. Za koniem biegną trzy mokre psy. Jak zwykle w Chile nie szczekają i nie zaczepiają nas.
Wyżej nie spotykamy już nikogo. Ponad lasem dolina się poszerza. Są w niej chatki otoczone potężnymi płotami, do jednej nawet zaglądamy, ale jest tam zbyt brudno, zbyt dużo mysich kup, żeby się schować. Boimy się hantawirusów roznoszonych przez odchody gryzoni. Tu w Chile co roku zabijają ludzi. Brniemy dalej. Zatrzymuje nas dopiero bród. Rzeka jest szybka, woda przezroczysta, dno piaszczyste. Zrzucam tylko buty i nawet nie zakładam tych do wody. Bose stopy sztywnieją zanim dotrę na drugi brzeg. Pod zboczem widzimy kolejną chatkę. Zbliża się noc. -Spróbujmy- macha Jose i biegnie tam nie zmieniając mokrych butów. Z trudem za nim nadążam. Widzę jak obchodzi zagrodę, wołając „Beunos dias” i skoro nikt nie odpowiada, zagląda. Macha że ok, że można wejść. Ja jestem bardziej dociekliwa. Chatka jest czysta, ktoś zdążył ją już pozamiatać po zimie, ale w kącie leży kupka mysich kup.
Rozbijamy namioty. Nabieramy wody w łazience- zagrodzie z suchych pędów bambusa, która teraz kiedy opadły już liście wygląda jak dekoracja, jak koronka. Widać, że bywają tu kobiety, dzieci. Fermin mówił, że spędzają w górach cale lato, w dolinie jest zbyt gorąco, trawa wysycha, zwierzęta nie miałyby co jeść.
Noc jest deszczowa, poranek mglisty. Rozpogadza się kiedy wychodzimy. Teraz nie ma już wyraźnej ścieżki. Tropimy przejścia w gąszczu, w bagienkach. Szlak powinien się gdzieś wdrapać na zbocze, nie umiemy wymyśleć gdzie. Podchodzimy, wracamy kawałek, znów próbujemy. To galimatias krowich traktów w gęstych chaszczach. Dopiero odrobinkę wyżej znajduje się bardziej wyraźny ślad. Pniemy się w gąszczu bambusów, słońce praży. Szlak kończy się na polanie otoczonej bukowym lasem. Nawigacja pokazuje, że to nie tu. Próbuję pomimo wszystko, ale zatrzymuje nas wał skał. Wracamy, schodzimy kawałek, trawersujemy do linii w nawigacji, trudno, po kruchym i bardzo stromym. To, co na mojej mapie jest ścieżką, jest tropem krów. Nie znajduję odbicia nad jezioro. Z przymusu przechodzimy przez grań. Druga strona też jest sucha, nie mamy wody, zresztą szlak wcale nie zbiega w dół, biegnie grzbietami. Obgryzamy świeże pędy bambusa- zawsze to wilgoć i zielone warzywo, nie widać nigdzie potoku czy stawu, więc nabieram w kałuży. Pływa w niej sporo starych krowich kup. Jose patrzy z obrzydzeniem, ale opowiadam mu o Arizonie, kup było więcej, a przeżyłam, po tą są filtry.
Do nocy idziemy suchym wulkanicznym zboczem z oszałamiającym widokiem na wulkan Callaqui, ośnieżony z pióropuszem fumaroli. Raz trafia nam się czysta kałuża na piachu- wybieram z niej ile tylko się da. Tuż przed zmrokiem przecina nam drogę strumyk. Zostajemy. Palimy w naszej kuchence ogień z krowich kup i malutkich patyczków. Piorę bielizną, nabieram wody we wszystkie butelki przekonana, że do rana zniknie, ale nie znika.
Nasz szlak pogrąża się w lesie i znów go gubimy. Niżej pojawiają się fragmenty dróg i ślad motoru czy motoroweru. Śledzimy go i niepotrzebnie schodzimy, a trzeba było się wdrapać na grzbiet. Wracamy, brniemy piachem wśród bambusów i nagle urwisko, a pod nim błękitna laguna. Piękna!





































































































