Jesienna Korsyka-Monte Sant Eliseo

Obwieszeni suszącymi się ciuchami wyruszyliśmy leśną, dobrze widoczną ścieżką.

AA010

Wznosiła się lekko. Słońce oświetlało przeciwległy stok, ale po naszej stronie było ciemno i zimno.

AA006

Szliśmy szybko, wciąż zależało mi na fotografiach. Przegapiliśmy wprawdzie jedno jezioro (nie było go nawet widać z góry), ale tuż obok było drugie- Lac de Creno.

AA009Nie macie pojęcia jak się zdziwiłam widząc je. Wyglądało jak Szwajcaria Kaszubska! Nic nie wskazywało na to, że to wisząca dolinka, a stok poniżej nas opada skalnym urwiskiem.

AA007

Płytki, osłonięty lasem stawek ogradzał elektryczny pastuch, prawdopodobnie żeby nie dopuszczać do wody krów. W górach jak zwykle mocno wiało, ale w lasku panowała idealna cisza. Gładka niezmącona niczym tafla, nietknięty świńskim pyskiem miękki mech. Ścieżka obchodzi jeziorko łukiem i dalej trawersuje leśny stok. Po drugiej stronie jest bardziej wydeptana i szersza. Kilkaset metrów dalej pojawia się widok na doliny.

AA005Łagodne wzgórza ciągną się aż do Guagno les Bains- miasteczka znanego z gorących źródeł. Fajnie by było tam pójść, ale to bardzo daleko.

Poniżej nas musiała biec jakaś droga. Przez kilkanaście minut słyszeliśmy w dole przeraźliwy pisk małego psa. Wysoki, zdenerwowany. Zastanawialiśmy się nawet czy gdzieś na dole, owiec nie wypasa jakiś pudelek czy york, ale w końcu zdecydowaliśmy, że to szczeniaczek. Słyszeliśmy, że pies się czegoś bał. Byliśmy ciekawi czy go wypatrzymy. Ścieżka wiła się w stromych krzakach, a my posuwaliśmy się do przodu wolniutko, odgarniając czepiające się wszystkiego jeżyny i pędy róż. W pewnym momencie wyszliśmy na słońce i nagle zrobiło się nam cudownie ciepło. W tej samej chwili usłyszeliśmy pojedynczy strzał. Poniżej nas z krzaków wyłonił się łuk drogi. Widzieliśmy ją prawie pionowo pod nami. Zbitym przez koła samochodów piachem przesuwała się bejsbolówka w kolorze myśliwskiego pomarańczu, a na ramieniu skróconego do kropki mężczyzny bujała się długa broń. Nie zrozumiałam tego. Naprawdę. Widziałam, że facet idzie smutny, że się czegoś okropnie wstydzi, może wypiera. Dopiero po chwili zauważyłam, że ustał psi płacz.

Szliśmy jeszcze przez chwilkę w milczeniu. Kilkadziesiąt metrów wyżej wdrapaliśmy się na odsłonięty grzbiet. Droga znikła za granią, a na przeciwko pojawił się duży krzyż z ławeczką i drogowskazem- Monte Sant Eliseo. Kapliczkę ozdabiały kwiaty i napisy. Usiedliśmy na chwilkę. Wiał wiatr. W dole bieliło się jakieś miasteczko zagubione w bezkresnym lesie.

-Pies tak dziwnie zamilkł- powiedziałam do Jose.

-Nie żyje- usłyszałam- Zastrzelił go.

AA004

Share

Jesienna Korsyka Rau de Zoicu

GR20 schodzący z grani do Refuge Manganu to mnóstwo rozdeptanych wariantów ścieżek w dzikim skalistym terenie.

AA024Dolina opada kaskadą progów. Na jednym z nich jest płytki stawek.

AA023Na kolejnym meandry rzeczki. Teren miejscami bywa podmokły i grząski.

AA022Schronisko leży na najniższej półce, zawieszone wysoko nad płaskim, wyglądającym jak wyschłe jeziorko pastwiskiem, z widokiem na obie opadające na północ i południe doliny.

AA021Weszliśmy tam na chwilkę żeby zjeść. Fajnie było skorzystać z gazu i usiąść przy wygodnym stole. Wciąż miałam (ciężki) zapas borowików. Jose nie uwierzył, że można je zjeść. Nie miałam oleju, a na surowo prawdziwki nie do wszystkiego pasują. Uparłam się teraz, że je usmażę. Jedynym tłuszczem był olej z ryb. Zdziwicie się…  borowiki z tuńczykiem na gorąco są pyszne :). Przy okazji niestety skończyła się moja sól.

AA020

Namówiłam Jose na zejście do Bergerie Vaccaghia, gdzie jak pamiętaliśmy leżały całe kilogramy soli.

AA018

Z góry widać szałas, ale w praktyce dojście tam zajęło nam prawie 40 minut.

AA017Pięknie było lecieć przez płaskie pastwisko z widokiem na mieniące się pomarańczem  i różem chmury targane wichurą.

AA016AA014Trudno było nie robić zdjęć. Jose się wściekał, bo chciał spać wygodnie w schronisku. Potem chciał zostać w pięknej bergerie…

AA013

Naprawdę nie wiem co mnie skusiło, żeby się uprzeć, że damy radę jeszcze kawałek zejść. Około półtorej godziny dalej (w bok od GR-u) widziałam na mapie jakiś szałas. Był nad stawem. Pomyślałam,  że rano będzie tam pięknie, a tu zrobiłam już wystarczająco dużo zdjęć.

Nie martwiło mnie, że moja latarka rzęzi, a do zmroku zostało najwyżej 40 minut. Początkowo szliśmy wąską i wcale nie łatwą ścieżką, bez problemów. To trawers urwistych skał. Szlak wykuto na szerokość krowy wysoko nad korytem rwącej rzeki. Widoki były piękne, słońce zaszło kolorowo, a na niebie snuły się resztki barwnych chmur. Niżej szliśmy już całkiem w ciemności słysząc w dole szum wezbranego potoku. Zapamiętałam cały kawał mapy. Pomimo braku światła odnalazłam jedno ze źródeł. Był przy nim fragment płaskiej trawki, ale Jose uparł się, że nie. Skoro już odeszliśmy od wygodnych schronów nie będziemy spać w namiocie, byle gdzie .

AA012Resztka światła nie wystarczała już żeby bezproblemowo iść. Zaczęliśmy się błąkać i potykać. Rzeka Zoicu wyła w nieokreślonej ciemności. Śpiewały jakieś dziwne ptaki, skały sypały się i wyjeżdżały spod nóg. Głupio, bo szałas powinien być niedaleko. Na mapie to nie więcej niż 2 cm. Niestety pogubiliśmy się. W zasadzie to nawet nie to, bo wiedzieliśmy gdzie powinniśmy byli iść, ale ścieżka wiodąca do bergerie nie była oznaczona. Stok zarośnięty, kamienisty i stromy. Żadnych śladów chodzenia, nic więcej niż nielogiczne ścieżki krów. Jose usiadł (zły), a jak przez jakiś czas szukałam odejścia. Bezskutecznie. Mieliśmy w zasadzie tylko jedną latarkę. W ciemności czas dłużył się niemiłosiernie. Wydawało się, że to środek nocy, chociaż dopiero dochodziła ósma. Postanowiliśmy jednak rozbić namiot. Ścieżka schodziła nad rzekę, wypatrzyliśmy dziurawy mostek. Z dreszczykiem emocji… bo co, jak to się zarwie- przeszliśmy na drugi brzeg, ale ani tam, ani po przeciwnej stronie nie było kawałka płaskiego gruntu. Płaski był tylko most-podejrzany i mocno dziurawy.

Co było robić… rozłożyliśmy się na noc na moście. Plecakami pozapychaliśmy dziury, a niemal cały i prawie solidny kawałek desek wystarczył nam na dwie karimaty. Rozwiesiliśmy nad sobą tropik, ale niewiele to dało. Wilgoć atakowała nas ze wszystkich stron. Skraplała się i kapała z tropiku, spływała na nas z nierówno rozpiętego daszku. Rano obudziliśmy się zlani rosą. Mokre śpiwory, mokry namiot, wilgotne puchowe kurtki. Minęło sporo czasu, zanim Jose mi to darował :).

AA011Zwłaszcza, że poranne widoki nie okazały się wiele warte. Bardzo długo trzymał nas lodowaty cień. Roślinność ociekała rosą. Co gorsza żal mi było, że straciliśmy całą nocną trasę. Rzeka miała tu strome, skaliste koryto. Kanion był wąski, pewnie bardzo piękny, a my wcale go nie widzieliśmy!

Share
Translate »