Pöyrisjärven erämaa cz6-Pöyrisjärvi

Spaliśmy długo. W międzyczasie pogoda się poprawiła. Nadal było przejmująco zimno, ale znikł śnieg i wiało też jakby trochę mniej. Nasi gospodarze już nie spali kiedy zajrzeliśmy. Ubłocone buty nadal wisiały nad piecem- suche. Zamieniliśmy jeszcze kilka słów, Roman poprosił o dorysowanie trasy na naszej „mapie”. Ja też wysłuchałam wszystkiego jeszcze raz starając się zapamiętać. Byliśmy bardzo wdzięczni. Gdyby nie ta rozmowa próbowalibyśmy obejść Pöyrisjärvi od północy, tak jak zrobiła to kiedyś Agnieszka. Teraz pojawiła się nadzieja na skrót od południa. Pozostała możliwość wycofu, drogi rozwidlały się nieco później. Za drugą rzeką.

Ubieraliśmy się już kiedy Roman wrócił z paczką oscypków. Były ładne, ładnie zapakowane, z polskich gór. Spodobały się. Mężczyzna, który już wcześniej był dla nas bardzo miły powiedział, że nas przewiezie przez bród. Ucieszyliśmy się. Jeszcze nigdy nie jechałam kładem. Przy wsiadaniu zaplątałam się w swoje sukienki. Pojechałam oczywiście pierwsza, panowie doszli do rzeki i dali się przewieźć pojedynczo. Fajnie, szybko i co najważniejsze sucho! Czekając na nich jeszcze raz odsłuchałam instrukcji. -Pierwsze odejście w prawo jest ślepe- prowadzi na łysą górę. Drugie, za drugą rzeką biegnie na północ jeziora. Wasza droga prowadzi na wprost. Wymieniliśmy uściski. To było bardzo miłe spotkanie.

Byliśmy zrelaksowani, spokojni. Roman jak zwykle popędził pierwszy. Szliśmy przez tundrę. Mokrą, pociętą siateczką rzek. Drogą, na której (o dziwo) znaleźliśmy świeży ślad stóp. Ktoś musiał nas minąć nocą! Nazwaliśmy go Wielką Stopą. Zasłużył na to. Pierwsza rzeczka nie sprawiła nam problemów, spodnie trzeba było oczywiście zdjąć. Kolejna płynęła wąwozem. Rozebraliśmy się, wdzialiśmy kalosze. Spróbowaliśmy z Aldkiem za ręce na skraju cofki. Szybko zrobiło się zbyt głęboko i wróciliśmy. Roman wszedł w bystrze, doszedł do połowy nurtu i zawracając, bo też nie udało się przejść zachwiał się i niemal nie upadł. Nie mam pojęcia jak mu się udało utrzymać. Nie zamoczył nawet plecaka, ale paskudnie obdarł sobie skórę z nogi. Nie zorientował się nawet od razu. Było tak zimno, że nie bolało. Bez słowa założył spodnie i poszedł szukać brodu wyżej. My też ruszyliśmy, skarpą ponad ciągiem bagien. Nie liczyłam, że cokolwiek się zmieni w parowie, może za kolejnym dopływem, który okazał się nieistotny- był z bagna. Skręciliśmy za nim w piachy i odnaleźliśmy naszą rzekę. Nie osłabła, ale za sporym, bardzo głębokim jeziorkiem usłyszeliśmy bystrze. Małe białe falki sugerowały, że jest tam płytko. Panowie przeszli jeszcze kawał w górę i wrócili. Nie było lepszych miejsc. Przeszłam z Aldkiem za rękę. Nurt był silny, dno niewidoczne, oślizłe, bardzo nierówne. Roman, jak zwykle ambitny poszedł sam. Trochę go przytrzymało, wystraszyliśmy się, ale nic się nie stało. Na skróty wróciliśmy do naszej drogi. Ślady Wielkiej Stopy prowadziły (jak gdyby nigdy nic) od feralnego brodu. To był gość!

Długo szliśmy płaskowyżem. Sięgał aż po horyzont, suchy, czasem wręcz wydmowy krajobraz nakryty deszczowym niebem. Padało daleko od nas. Nic groźnego. Też nic nadzwyczajnego, pojedyncze sosenki, kilka brzózek rozrzuconych co kilka kilometrów. Monotonia, która powinna być nudna, a była piękna. W jakiś nienazywalny sposób wydawała się ważniejsza od nas. Odwieczna. Na rozstaju z drogą na północ Aldek przystanął, popatrzył w tył. Byłam daleko. -Nie reagowałaś to poszliśmy na południe, tym trudniejszym- powiedział potem. Płaskowyż skończył się uskokiem. Zobaczyliśmy ogromne jezioro i wielką wijącą się rzekę. Pöyrisjoki.

Pół godziny później brnęliśmy w bagnie powtarzając z niedowierzaniem instrukcję hodowcy reniferów. -Rzeka jest za głęboka, nie przejdziecie jej. Idźcie jeziorem po łuku, pod wodą jest grobla. Nie powinno sięgnąć wyżej niż do pół uda… Brzmiało o wiele lepiej dopóki nie zobaczyliśmy jak wygląda.

Kluczyliśmy, wracaliśmy, trudno nam było uwierzyć, że to tu. Z brzegu wyrastała podmokła mierzeja. Dojście tam niemal zalewało kalosze. Szczecina traw wschodzących w rudym bagnie, czasem stabilnym czasem wsysającym kalosz. Kiedyś musiał przejechać tamtędy kład. To nam pomogło. Rozebraliśmy się na końcu mierzei. Jezioro falowało, nie widzieliśmy dna. Tym razem szliśmy wszyscy za ręce. Ja i Roman po bokach, każdy z kijem. Przez kwadrans posuwaliśmy się ostrożnie do przodu macając po bokach gdzie się pogłębia. Odsuwaliśmy się w prawo lub w lewo, kluczyliśmy. Woda sięgnęła do majtek, zalała dna plecaków. I kiedy już myślałam, że się nie uda dno zaczęło się lekko podnosić. Na plaży widziałam zeszłoroczny ślad po ognisku. Byliśmy skostniali z zimna.

Wielka Stopa też oczywiście przeszedł. Ruszyliśmy jego śladem po brzegu. Plaża zwęziła się. Po lewej pojawiło się soczyste bagno. Przez godzinę posuwaliśmy się jego skrajem. Wąziutką linią lądu nadszarpaną przez wzburzone jezioro, nasiąkłą. Niewiarygodną, bo bagno było wyżej od jeziora i nie wiedzieć czemu nie wyciekało. Nie osuszało się.

Dalej wyszliśmy na suchą plażę. Pełno tam było porzuconych puszek. Już wcześniej zaczęliśmy je zbierać. Wypełniliśmy kieszenie mojego plecaka, kieszenie Aldka. Początkowo znajdywaliśmy popłaszczone, jakby ktoś je wywoził i zgubił, teraz były nietknięte, niepogięte. Aldek wkładał je do kalosza licząc, że już nie będzie potrzebny. Na górce po drugiej stronie jeziora widzieliśmy chatkę. Była naprawdę blisko. Sucha plaża, dalej wyraźna ścieżka. Za nią przesmyk… Kilkadziesiąt metrów przez wodę. -Nie wejdę- powiedziałam odruchowo. Nikt nie protestował. Teraz zrozumieliśmy drugi rysunek z mapki- kolejny łuk po jeziorze.- Jest obejście? -Tak, ale to z 10 kilometrów… Wypakowaliśmy puszki z kalosza. Weszliśmy w bagno. Nad jeziorem stały jakieś domki. Łączyła je droga. Nie pomyśleliśmy żeby z niej zejść.

W pustej wsi widocznej na drugim brzegu jeziora stanęliśmy i ugotowaliśmy obiad. Słońce pięknie się wynurzyło zza chmur. Była północ. O wpół do drugiej trafiliśmy na dróżkę prowadzącą do naszej chatki. Kwadrans po drugiej zobaczyliśmy chatkę. I zrozumieliśmy trzeci łuk po jeziorze na mapce. -Nie ściągam!- powiedziałam do Romana- ja też nie! Po raz ostatni wzięliśmy się za ręce i przeszliśmy przez rzekę tak jak staliśmy, w spodniach. Chyba nie trafiliśmy w podwodną groblę. Woda znów zalała nam tyłki i zmoczyła dna plecaka. Biegiem ruszyliśmy do chatki. Byliśmy skostniali, liczyliśmy, że Wielka Stopa napalił w piecu. Dopadliśmy drzwi, wylaliśmy wodę z kaloszy. W sypialni były trzy osoby. Obudzony znienacka pies zawarczał widząc trzy narastające przy naszych nogach kałuże- Jak można! Co za straszny wstyd!

Share

Pöyrisjärven erämaa cz5-Vanha Lapinkylä

Pod chatką czasem pojawiała się sieć. Śledziliśmy prognozę pogody. Dumaliśmy co zmienia fakt, że jest podawana dla Hetty (odległej o kilkadziesiąt kilometrów) i z jaką prędkością przesuwa chmury wiatr. W końcu nie wytrzymaliśmy i wyszliśmy chociaż siąpiło. Z ostatniej wersji prognozy wynikało, że nie przestanie. Wracaliśmy na północ. W łyse tundrowe pagóry, prawdopodobnie mniej podmokłe, ale chłostane północnym wiatrem. Najpierw na wzgórze gdzie nadal pasły się białe renifery, i łukiem wokół nasiąkłej depresji w kierunku zamglonej przełęczy na horyzoncie. Czym wyżej wychodziliśmy tym bardziej zmrożony był deszcz. Bagno, przełączka, tak niska, że nie spodziewałam się zmian i nagle wiatr, przed którym chyba jednak chroniła. Śnieg prosto w oczy. W ciągu kilkunastu minut wokół zrobiło się biało.- Poszukajmy jakiegoś zacisznego miejsca!-mówi Roman-Stawiam namiot – próbuję przekrzyczeć wiatr. W Laponii nie ma zacisznych miejsc. Jestem pewna, wiem to z zimy, nie mam złudzeń. -Stawiam. To zajmie minutę, posiedzimy może znów uda się coś przeczekać!- Zajęło z pięć, szpilki wyskakiwały, płachta łopotała i chciała uciec pomimo tego, że przywiązałam ją do plecaka. Na niemożliwym do umocowania rogu usiadł Roman, drugi trzymał w ręce Aldek- rzecz jasna od środka. Było lodowato, musieliśmy wyciągnąć puchowe kurtki- ja sukienkę. Kurtki nie wzięłam.- Sam widzisz jak trudno zrobić zdjęcie Robertsom- śmiałam się do Romana. Moja pałatka jest naprawdę malutka obiektyw 17 mm wprawdzie nas obejmował, ale zniekształcał okrutnie. Łomot namiotu, pisk wiatru… dopiero po chwili zorientowałam się, że śmieję się tylko ja. -Wracamy- oznajmił Roman ponuro- To żadna przyjemność. A ja tu przyjechałem odpocząć. -Coś ty!- argumentowałam, popatrz jakie będą piękne widoki, śnieg na zielonych brzózkach, te wspaniałe pastelowe kolory, te chmury…Zimno ci?- Nie- jesteś zmęczony? -Skąd! oponował Roman. To po prostu nic ciekawego! Miał mokre buty (ja też, ale moje były nieprzewiewne). Rozumiałam go i… i tak okazałam się wstrętna. -Nie wracam.

Omówiliśmy to przed wyjazdem. Dopuściliśmy możliwość rozstania. Wiedzieliśmy, że mamy różne cele. Wyrwałam się z trudem, po dłuższym okresie uziemienia. Zostawiłam męża samego z nogą usztywnioną drutami. Brakowało mi ruchu i adrenaliny, nie wypoczynku. Zresztą… wiosna to trudny czas. Nie znam nikogo poza Jose, kto by ją lubił. Większość znajomych akceptuje ją dopóki jest ładna pogoda, a powrót zimy ocenia jak katastrofę, nawet jeśli to doświadczeni zimowi wędrowcy. Byłam przygotowana, miałam namiot, oddzielny palnik i kubek. Jedyny kłopot to brak nawigacji (z gapiostwa) i gaz, niosłam pustą butlę, pełne wziął Aldek, żebym miała lżej. -Daj pełną, zamienimy się- powiedziałam nie spodziewając się żadnego oporu. Zapomniałam, że nie wiedział o naszej umowie. Dla niego rozstanie byłoby podziałem grupy. Tego nie chciał.

Zanim zwinęłam namiot, z trudem i gubiąc przy tym jedną szpilkę- było naprawdę wstrętnie-panowie powiedzieli, że mnie nie puszczą. Nie pójdę sama i już. Było mi głupio, ale też się oczywiście cieszyłam. Lubię wiosnę. Jej szaloną nieprzewidywalność, lubię niespodzianki i marsz w nieznane. I oczywiście wiedziałam, że razem zdziałamy więcej. Przed nami też były trudne brody, bezdroża, wielka pusta przestrzeń. Do najbliższej chatki  daleko, może kilkadziesiąt kilometrów. 50-60… nie wiedzieliśmy.

Ruszyłam pierwsza, żeby nie marznąć. W okularach, bo raził mnie rozpędzony śnieg. Trafiłam na coś jakby cień ścieżki. Trzymałam się go nawet kiedy wszedł w bagno. -Do czegoś prowadzi -marzyłam sprawdzając co jakiś czas kompas. Szliśmy na północ.

Kilka kilometrów dalej zobaczyłam na górce zakręt drogi. Zamachałam do Romana. Skinął głową. Dwie godziny później znów zamachałam, droga skręciła na zachód. -Drogą- pokazał na migi. -Drogi prowadzą do ludzi-dopowiedziałam sobie sama. Nie było jak pogadać. Wiatr wył, śnieg nie osłabł ani na chwilę. Trafiliśmy na potok, udało się go szczęśliwie przeskoczyć. Potem na rzekę. Głęboką ponad kolana. Lodowatą. Śnieg na czerwonej od zimna skórze. Wiatr na gołych nogach. Sztywne stopy. Ohyda, ale zaraz znów szybko szliśmy. Przez wzgórza porośnięte rzadkimi brzozami, rozlewiska i bagna. Daleko na horyzoncie w chmurach rozmywała się nasza góra. Ta ponad chatką. Było pięknie. Groźnie i pięknie.

-Nie jesteś głodna?- spytał w pewnej chwili Aldek- zawsze jesz co 3 godziny?-Jestem, ale wydaje mi się, że coś widzę. Przetarłam zaśnieżone okulary- o tam- popatrz na horyzoncie. -Domki!- potwierdził moje przypuszczenia. -Wieś! Spodziewałam się, że na nią trafimy. Na mapie był płot, pozawijany w półokręgi- miejsce gdzie łapie się renifery. Zapamiętałam to. Zeszliśmy w depresję pełną bezdennego błota. Nie było nawet co wkładać kaloszy. Pewnie wyschły już po zalaniu w rzece, ale buty i tak były mokre.

Z bliska widzieliśmy, że w jednym z domków ktoś jest. Pobiegliśmy, ale schował się wewnątrz. Nie widział nas. W szopie pracował agregat. Inne domki wydawały się puste. Była druga w nocy. Obeszliśmy całą wieś. Tylko jedna szopa nie miała kłódki. Zmieściłaby się tam jedna osoba, raczej na siedząco. -Mogę być ja- zgodził się Roman, nie wiedząc, że kiedy spróbuje usiąść spadnie na niego deszcz mysich kup. Aldek zmieściłby się w moim namiocie. Postanowiliśmy rozbić go blisko zamieszkałej chatki, żeby nie przegapić kiedy jej właściciel się obudzi. Zależało nam żeby spytać o drogę. Wracając znów zajrzałam w okno. Zobaczyłam szczupłą kobietę. Nie spała. Zamachałam, zaprosiła nas do środka. Była nauczycielką z Hetta, jej mąż opiekował się stadem reniferów. Przyjechali na chwilkę skończyć budowę nowego domku, ten był zbyt mały dla wszystkich dzieci, które chciały spędzać wakacje z reniferami. Rano planowali wrócić.

Dostaliśmy gorącą herbatę, rozwiesiliśmy nasze przemoczone rzeczy. Nocowaliśmy w saunie. Mieliśmy niesamowite szczęście!

Share