czerwiec w Pirenejach cz7

Podejście na przełączkę oddzielającą Arcalis od jeziorek Angonella zapamiętałam sprzed lat jako bardzo strome. Błoto, ruchomy piarg. Teraz to oznakowany szlak i jak zwykle w miejscach gdzie ludzie powtarzają dokładnie tą samą trasę utworzyła się już solidna ścieżka. Widoczność była doskonała, zza Port De Rat wynurzył się Pica d’Estats- pierwszy trzytysięcznik. Wypatrywałam przełęczy, z której zeszliśmy kiedyś wiosną z Jose (i trafił w nas piorun), ale teraz bez śniegu trudno było rozpoznać, która to. Zejście nad jeziorka też jest teraz łatwą ścieżką, choć nadal jest tam bardzo stromo. Kiedyś opuszczałam się tam krok po kroku w ruchomych piargach, nawet nie wiem czy to nie było czasem trochę obok, kilkadziesiąt metrów dalej na wschód. Stare dzieje, od tamtych pierwszych samotnych wędrówek minęło już prawie 20 lat. Pomyślałam, że to dziwne, że nigdy jeszcze nie spałam w schronie Angonella. Za pierwszym razem rozbiłam namiot nad pośrednim stawem nieświadoma, że kilkaset metrów dalej jest schron. Innego lata minęłam go, bo było zbyt wcześnie i teraz też musiałam go minąć. Chyba żeby zajrzeć na drugie śniadanie?… Zerknęłam, przed chatką kłębił się już tłumek. Poszłam dalej i też zaczęłam spotykać ludzi. Nie dużo, ale przyszedł mi do głowy pomysł żeby opuścić szlak i wdrapać się na grań. Nie było to trudne. Wysoko, po szczytach lub troszkę niżej trawersami biegła cieniutka, może owcza ścieżka. Nie zauważyłam kiedy się zachmurzyło. Z grani był daleki widok, patrzyłam na dwie wysokie przełęcze na francusko hiszpańskiej granicy, już za Andorą. Portella de Baiau, na której jeszcze nigdy nie byłam i znaną mi Coll dels Estanys Forcats, przez którą przechodzi GR11. Z tej odległości, z góry, obie wydawały się bardzo strome. Płaty śniegu zalegały już tylko w zacienionych miejscach i byłam pewna, że da się je obejść.

Zagrzmiało. Obejrzałam się i się przestraszyłam. Niebo było czarne, burza bardzo blisko. Wyjrzałam na potencjalne ewentualne zejście, było zbyt stromo. Skały, luźny piarg. Dopiero teraz przyjrzałam się mapie, poszłam źle nie tym grzbietem, z którego dawało się zejść. Próbowałam wrócić, podeszłam kawałek i trafiłam na tabliczkę z informacją. Wcześniej widziałam takie z daleka, chyba dwie, ta była blisko, więc przeczytałam. „Zakaz wstępu! Niebezpieczeństwo! Automatyczny system do odstrzeliwania lawin”. Wystraszyłam się, choć być może automat nie strzela kiedy nie ma po co. Nie było już ani odrobiny śniegu… ale szła burza, a co jak coś pójdzie nie tak?

Daleko w dole widziałam Refugi de les Fonts. Stok, który do niego opadał też był upiornie stromy. Zjeżdżałam ostrożnie po luźnych piargach, zsuwałam się po trawkach. Burza była tuż za mną, tuż za granią obstawioną antylawinowym systemem. Nawet się nie oglądałam. W niższych partiach zrobiło się nieco bardziej płasko i w końcu trafiłam na bydlęce ścieżki i z nimi na szlak. Wpadłam do schronu w pierwszych kroplach deszczu. Wewnątrz siedziała para z psami. -Hej, mogę wejść?- zapytałam, raczej retorycznie, miałam nadzieję, że się przesuną, zrobią miejsce.-Jeśli musisz- odpowiedział facet obojętnie.-Raczej muszę- obejrzałam się przez ramię. Już lało. Zrobiłam krok w kierunku stolika. Kobieta popuściła smycz jednego psa i zwierzak wyskoczył na mnie z warkotem. Mężczyzna się zaśmiał. Wyszłam bez słowa. Przebiegłam do komórki na drewno i rozłożyłam się na betonowej podłodze. To była piękna burza. Po górach przesuwały się firanki deszczu, dalekie szczyty na południu pobielały, raczej od gradu niż śniegu, nie było zimno. Zdążyłam zagotować herbatę zanim chmura zaczęła się oddalać. Niebo pojaśniało. Było po szóstej do kolejnego schronu niedaleko, więc ubrałam się i wyszłam tak, żeby mnie nie widzieli. Wokół budynku i skrótem przez las.

Sosny ociekały zgubiłam ścieżkę, ale na jakimś lawinisku dało się zejść po skałach do szlaku. Teraz było już prosto. Tyle, że znów nadszedł deszcz, być może chmura jednak wróciła. Łąka przed Pla de Estany nasiąkła, buty człapały. W skałach schroniło się kilka świstaków. Drzwi schronu były otwarte, już z daleka widziałam, że ktoś tam jest.

-Hej, mogę wejść?- powtórzyłam i usłyszałam, że pewnie. To byli mili ludzie, Hiszpan i dziewczyna z Andory. Przegadaliśmy cały wieczór i ranek. Oni też trafili na parę z psami, dwa dni wcześniej na parkingu półtora kilometra od Refugi de les Fonts. Musieli okupować schron przez kilka dni. Bałam się potem, że znów się na nich gdzieś natnę, choć raczej nie chodzili po górach, mieli na to zbyt dużo rzeczy.

Rano poszliśmy w różne strony. Ja do góry na Port Baiau, oni dołem do schroniska pod Comapendrosa.

To nie był znakowany szlak, w porównaniu z równoległym GR11 był mało wydeptany, ledwo widoczny, czasem zupełnie mi znikał. Było stromo, zabrałam za mało wody i gdyby nie śnieg usmażyłabym się na tej wystawionej prosto na wschód rozgrzanej ścianie. W wyższych piętrach zrobiło się bardzo skaliście, typowe pirenejskie rumowisko dużych bloków, z dziurami i resztkami śniegu. Z przełęczy otworzył się wspaniały widok na doliny Comapendrosa i Baiau. Tak długo jak to było możliwe schodziłam grzbietem żeby nie stracić widoku błękitnych stawów. Najwyższy szczyt Andory -Comapendrosa wyglądał z tego miejsca jak kupa gruzu. Ścieżką wdrapywał się mężczyzna z dziewczynką. Mogłam tam też wejść zostało tylko 200 metrów w pionie, ale zupełnie mi się nie chciało.

Szlak opadał pięknie w kierunku częściowo zamarzniętego jeziorka. Chmury (nie zauważyłam ich wcześniej!) zasłaniały i odsłaniały słońce, cienie malowały się pięknie na pomarańczowych urwiskach. Obejście Estany Negre biegło śniegiem, w wodzie zanurzony był gruby, błękitny lód. Nigdy tu wcześniej nie byłam, więc wszystko mi się bardzo podobało. Poniżej stawu usiadłam żeby popatrzeć na niego ostatni raz. Niedaleko przysiadła kobieta z dzieckiem. Usłyszałam polski i zagadnęłam. Mąż i starsza córka poszli do góry.

My ruszyłyśmy w dół, bo chmura sczerniała i zaczęła się formować burza. Nie szłyśmy razem, panie dogoniła reszta rodziny, potem ja skręciłam w skrót, a oni zostali na szlaku i znów zamieniliśmy parę słów w schronisku. Miło. Miło też było spotkać moich wczorajszych znajomych z Pla de Estany. Zastanawiałam się nawet czy nie zostać z nimi w schronisku na noc. Wcześniejszy pomysł, żeby iść dalej wzdłuż granicy zupełnie mi się przestał podobać. Burza wśród wyciągów i dróg, bez schronu. Z góry widać było cały ten szlak. Nartostrady, maszty, nawet szosa. Zamiast tego ruszyłam GPR w dół mijając po drodze kilka zziajanych grupek.

Deszcz dotknął mnie lekko, kiedy usiadłam z kanapką przy Font del Moixo. I bardziej na rozstajach w starej opuszczonej wsi. Otwarta była tylko obórka, schowałam się w wejściu do domu przypłaszczona do zamkniętych drzwi. Nie wiedziałam czy lepiej iść do Estany Fonts i ryzykować ponowne spotkanie z parą z psami, czy wrócić do Pla de Estany. Było ryzyko, że teraz przenieśli się tu… Deszcz nie ustawał, a Pla de Estany była bliżej, więc ruszyłam w kierunku znanego już schronu. Tym razem też z daleka widziałam otwarte drzwi. Wewnątrz był chłopak z dziewczyną. Niemiec i Włoszka. Ona wydawała się lekko rozczarowana że przyszłam, ale szybko zaczęliśmy rozmawiać i to też był bardzo miły wieczór. Przyszli tu tylko na jedną noc nie mieli materaca, dobrych butów, zapomnieli o soli. Zostawiłam im solniczkę i resztkę suszonych warzyw.

Mijaliśmy się w drodze do Angonella kilkukrotnie. Teraz szłam grzecznie szlakiem. Mocno wiało, na grani sprawdziłam alternatywne zejście prosto w dół, ale widok doliny Vallira, pełnej wsi i dróg mnie zniechęcił i zeszłam do Angonella. Moim nowi znajomi gotowali soczewicę z warzywami w załomie skał. Pomachali mi z daleka solniczką.

Schron był pusty, wnętrze cudownie ciemne i chłodne. Upichciłam sobie ostatnią porcję warzyw (już wcześniej zmieszanych z solą) i wyszorowałam się solidnie się w strumyku. To była ostatnia możliwość przed odlotem.

Zejście było piękne i długie. Halami, niżej gęstym lasem. Upał dopadł mnie dopiero na samym dnie, na szosie biegnącej do La Cortinada. Bar w Llorts był zamknięty, ruszyłam szlakiem. Tym chętniej, że była to sławna Ruta del Ferro- tematyczna ścieżka upamiętniająca wydobycie żelaza w dolinie Ordino. Wzdłuż szlaku ustawiono rzeźby. Dziwnie wyglądały wśród piknikowych stołów i plastikowych toalet. Nie wiedziałam czy mój brak entuzjazmu to wina upału czy może rzeczywiście artyści nie przyłożyli się i powstałe chyba na zamówienie dzieła były banalne i miałkie?

Bardziej podobał mi się rząd ustawionych na niedalekim polu ludzików i spontaniczna (też żelazna) instalacja- płot z recyklingu i zardzewiały traktor. Życie. Szlak skończył się zaraz potem i wsiadłam w autobus.

Mój lot był dopiero rano, wcześniej kupiłam bilet w internecie, ale nie było to potrzebne, były miejsca, a autobusów z Andorra la Vella na lotnisko El Prat jest teraz całe mnóstwo. Nocą strasznie mnie pogryzły komary.

Share

czerwiec w Pirenejach cz6

Z Menners był piękny widok. Na zachodzie pojawiły się dalekie trzytysięczniki. Obok niemal trzytysięczne szczyty Andory. Na większości dostępnych już byłam. Pamiętam jak trudna wydawała mi się zachodnia strona Pic de Serrera, któregoś mroźnego jesiennego poranka. Krucha, zalodzona i stroma. Teraz na mapie dorysowano tam jeden z wariantów HRP, nie wiem na ile był czyimś popisem czy fantazją, a na ile naprawdę ktoś go używał. Kusił mnie, ale prowadził do Francji, a wolałam się teraz trzymać Andory. I musiałam już schować się w cień. Było po południu słońce mnie strasznie zmęczyło. Poza tym na Pic de Serrera kłębił się kolorowy tłumek, a GR jak na zamówienie był pusty. Schodziłam wśród kwiatów. Było kolorowo jak nigdy. Wspaniale. Schowałam się w małej i położonej troszkę w bok od szlaku cabanie. Wnętrze było cudownie ciemne i chłodne. Nigdy tu wcześniej nie byłam i chętnie bym przenocowała, ale było zbyt wcześnie. Poleżałam i zeszłam dalej, w schronisku podładowałam telefon. Obsługa kusiła żebym została, pokazali mi nawet zimowy pokój gdzie można się było zatrzymać za darmo jak w dawnych czasach kiedy Cabana Sorda była bezobsługowym schronem. Ale nadal było dla mnie zbyt wcześnie. Wychodząc spotkałam brodatego mężczyznę, którego widziałam kiedyś w schronisku Mariales. Schudł bardzo. Narzekał na obtarte nogi i rozważał powrót do domu.

Do nocy przeszłam jeszcze do Cabany Rialb. Z daleka, z polanki poniżej przełęczy widziałam, że w schronie są ludzie, ale zanim tam dotarłam odeszli. Zostały okruszki i śmieci. Lubię to miejsce choć trudno tam o samotność. To blisko drogi, blisko El Serrat i co chwilę przechodził ktoś z psem, ktoś biegł. Udało mi się umyć dopiero po zmroku.

Rano dolinę wypełniła perlista mgła. Podchodziłam w morzu kwitnących rododendronów, w jaskrawej zieleni świeżych traw. Tuż przed Portella Rialb minęła mnie para biegaczy, potem kolejna. I zaraz pojawiły się wyciągi Arcalis. Rany na skałach, zawijasy szosy. Nie da się tego niestety obejść, można co najwyżej patrzeć w inne strony.

Upał narastał, słońce prażyło bezlitośnie i zamiast wspinać się nad Estany Esbalcat zostałam na znakowanym szlaku. Zdziwiło mnie, że położona przy parkingu cabana jest otwarta. Wewnątrz panował wspaniały chłód. Usiadłam ugotowałam herbatę z podejrzanej wody, którą ktoś tu kiedyś zostawił w baniaku. Pomyślałam, że mogę nanieść więcej, do potoku nie było bardzo daleko, wyjrzałam i pobiegłam szybciej. Czarna chmura zasnuła już całe niebo, zaczęło kropić. Kiedy wracałam zagrzmiało. Chwilkę potem otworzyły się drzwi i do wnętrza wpadła trójka mokrych dzieciaków. Siedzieliśmy razem chyba z godzinę. Burza nie słabła, ale udało im się dodzwonić do kogoś z rodziny i podjechał po nich samochód. Mieszkali w La Massana.

Ja poczekałam jeszcze chwilę, aż burza oddaliła się za grań. Podchodziłam w deszczu i mgle. Nie miałam pomysłu gdzie się schować, nawet żałowałam że nie zostałam na parkingu, nikomu to chyba nie przeszkadzało, mi w sumie też. Ale jakoś zawsze tak robię, wychodzę a potem się martwię… Cabana zaznaczona na mojej mapie jako schron była malutką ziemianką otoczoną ociekającą zielenią. Nawet mi się tam nie chciało wpełzać. Za mną kłębiło się morze burych chmur. Na kolejnym parkingu wyżej stało kilka kempingowców. Przez moment zastanawiałam się czy nie położyć się na kanapie jednego z wyciągów, była pod dachem, sucha i miękka, ale jednak wdrapałam się jeszcze wyżej do małego kamiennego muzeum- rekonstrukcji dawnego gospodarstwa. Już tam kiedyś nocowałam. Niezłe miejsce, z wąską pryczą i bramką zamiast drzwi. Zdjęłam chlupoczące buty, rozwiesiłam na kracie skarpety, pelerynę. Co jakiś czas ktoś zaglądał, zwykle ludzie się uśmiechali i odchodzili. Ktoś zagadał. Trochę było mi głupio, ale nie na tyle żeby wyjść i rozbić namiot. Zbocza nasiąkły jak gąbka. Nie chciało mi się w nich grzęznąć. Moczyć namiotu.

Deszcz ustał chwilę przed zmrokiem. Resztka światła ozłociła szczyty na wschodzie, nad wyciągami wyrosła podwójna tęcza.

Obudził mnie dźwięk silnika. Ruszyły wyciągi… „Jak dobrze, że nie położyłam się na kanapie!” pomyślałam. Mało brakowało!

Kiedy wyszłam ludzie w kempingowcach jeszcze spali, a na podejrzanie gładkiej łące (zimą nartostradzie) hasały świstaki.

Share
Translate »