Chile- garść praktycznych informacji

spisuję szybko, żeby nie zapomnieć. To rzeczy, których przed wyjazdem szukałam w necie, a które mnie zaskoczyły na miejscu.

Centralne Chile pomimo istnienia parków narodowych i map (dostępnych nawet u nas w Polsce) jest poza sezonem raczej bezludne. Na szlakach, nawet tych nad oceanem jest pusto- nie ma turystów. Górskie pola namiotowe są pozamykane (w wielu toczyły się jakieś prace- renowacja, rozbudowa). To miejsca popularne wśród Chilijczyków, ale nie  zadeptane przez zagranicznych turystów- ci ciągną raczej na Atacamę lub do Patagonii i jeśli nawet wpadają do Radal 7 Tazas czy Altos de Lircay -to na krótko. Szlaki są nieznakowane. Te pokazane na mapach jako czerwone zwykle są w jakiś sposób widoczne, zaznaczone na czarno z reguły wcale. Wszystkie znikają na łączkach gdzie się pasą zwierzęta, w polach lawowych, w wulkanicznych piaskach. Nam dodatkowo utrudniał zadanie śnieg. To jednak nic w porównaniu z tropieniem ścieżki w krzakach. Jeśli się wie gdzie ona jest, idzie się szybko pomimo fragmentów przypominających pływanie w gąszczu. Jeśli się nie wie, można ją zgubić nawet będąc o 2 metry w bok.

Chile

W Centralnym Chile prawie nie ma niebezpiecznych zwierząt. Węże nie gryzą lub nie są śmiertelne, pająki są płochliwe, puma raczej niezainteresowana spotkaniem. Najgroźniejszy jest kontakt z odchodami szczurów i myszy, które przenoszą hantawirusy. Z ich powodu jak słyszałyśmy w rejonie Maule co roku umiera około 40-tu osób. Zakażenie przebiega drogą wziewną. Jedyny sposób uniknięcia ryzyka to nie przebywanie w słabo wietrzonych miejscach. Z tego powodu nie wchodziłyśmy do schronów (niezbyt luksusowych, więc niekuszących).

Chile

Poza tym regularnie gryzły nas mrówki i końskie muchy, bywało też gęsto od meszek. Przydałaby się moskitiera jak na Islandię, bo środki na owady przywiezione z Polski chyba je nawet wabiły.

Wodę (po konsultacji z chodzącymi po górach Chilijczykami) traktowałyśmy tak, jak alpejską- piłyśmy ze źródeł, wrzucałyśmy tabletki do rzecznej, nie ruszałyśmy stojącej. Wiosną było jej pod dostatkiem z tym, że rzeczna zwykle dość mętna (nie zaszkodziła nam).

jadalne grzyby, Chile

Roślinność Andów była dla nas bardzo egzotyczna. Dzięki Victorowi i Jose nauczyłyśmy się rozpoznawać jadalne grzyby (na zdjęciu-w smaku przypominają pieczarkowe żelki), z opresji wyratowały nas raz pokrzywy- przywleczone z Europy i obecne przy niektórych pasterskich domkach. Latem w lasach wyrosną morza truskawek (dopiero kwitły) i dojrzeją porzeczki- nie wiem jakiej odmiany i czy jadalne, kwitły żółto jak nasze czerwone i alpejskie. W miejscowościach bywają jeżyny, wydaje się, że też przywleczone z naszego świata.

Wzdłuż szlaków zaznaczono wiele pól biwakowych. Zwykle to tylko informacja o płaskim, nadającym się do wykorzystania terenie. Na kilku polach są wiaty, bywa strażnik (ale nie wiosną) … te informacje podaje mapa.

Sieć telefoniczna nie wykracza poza obręb miasteczek i dróg.  W powszechnym użyciu jest aplikacja whatsapp pozwalająca dzwonić i wysyłać wiadomości za darmo wszędzie tam, gdzie jest internet. Poza tym telefon w górach raczej się nie przydaje. Dane o pozycji podawane przez smartfony były z reguły bzdurne. Garminowi zdarzyło się kilka razy trafić, ale potrafił przez kilka kolejnych dni podawać współrzędne odległe o 30-50 km w różne strony, więc nie wiedziałyśmy kiedy mu wierzyć. Nie mam doświadczenia z tego typu nawigacją, więc trudno mi to zrozumieć. Na szczęście przy wspaniałej widoczności  zwykle wiedziałam gdzie jesteśmy. Ta wiedza nie zawsze przekładała się na znalezienie ścieżki, szczególnie w krzakach, gdzie potrzebna niewiarygodna precyzja, więc bywało, że błądziłyśmy. Na drukowanych mapach bywają drobne pomyłki.

Ludzie zgrupowani wokół GPT posługują się głównie GPS-ami, śledzą swoje ślady i mówią, że wszystko (łącznie z krzakami) idzie im jak z płatka. Być może to prawda, więc nie namawiam do „mojego” sposobu poznawania gór. To co mnie cieszyło, co ułatwiało mi znajdywanie przejść, to fakt, że chilijskie ścieżki są naturalne, wydeptane przez zwierzęta i ludzi. Biegną tam gdzie najłatwiej, gdzie da się przejść i zwykle wystarczało mi intuicji i znajomości gór, żeby je zrozumieć.

łatwa rzeka, Chile

Rzeki potraktowałam bardzo poważnie. Przed wyjazdem obejrzałam co się udało w necie (sporo teraz widać w google maps), gdzie mogłam pisałam i pytałam. Rzeczywistość okazała się nie najgorsza. Woda w brodach sięgała metra. To bardzo dużo w szybkich górskich rzekach, ale dwuosobowy zespół ma szansę to ostrożnie przejść. Ponieważ wywrotka skończyłaby się najprawdopodobniej tragicznie pokonywałyśmy takie miejsca bardzo powoli. Trzymając się za ramiona wyprostowanymi rękami (taki stabilny „stołek”), omijając wystające kamienie, wypłukane za kamieniami dziury i większe fale. Klucząc w górę i w dół nurtu, tam gdzie mogłyśmy stać najstabilniej. Na strome brzegi wychodziłyśmy w miarę możliwości w cofkach. Woda z reguły była mętna więc wszystko to polegało na macaniu, badaniu stopą. Niektórych przejść próbowałyśmy wielokrotnie, nie od razu rozumiejąc rzekę. Kilka miejsc było oznakowanych (kopczyki), raz trafiłyśmy na zwalone drzewa- jakby prowizoryczny most, częściowo zalany, więc fragment nurtu przeszłyśmy rzeką trzymając się tegoż zwalonego pnia. Leśne strumienie  miały więcej takich luksusów, na dużych rzekach drzewa nie utrzymywały się pewnie przez zimę.  Tylko raz musiałyśmy poczekać do rana. Woda opadła niewiele, o jakieś 20 cm, ale właśnie tyle potrzebowałyśmy żeby nie zmoczyć plecaków (Jagoda, dużo niższa niż ja moczyła dół trochę, co jakiś czas, na spód pakowałyśmy jej tropik namiotu więc to była niewielka strata). Najdłuższy bród zajął nam ze 40 minut. Wiedząc, że będzie zimno ubrałyśmy się na tę okazję w bluzy, czapki, nawet rękawiczki. Leginsy zwykle i tak moczyłyśmy (schły tak szybko, że nie warto ściągać, a trochę nas chroniły w wodzie), dwukrotnie przeszłyśmy rzekę w górskich butach, bo te do brodzenia wydawały nam się zbyt niestabilne.

Na jednej z prostszych rzek, przezroczystej, niespienionej z gładkim dnem popełniłyśmy błąd i przeszłyśmy nurt oddzielnie. Jagodzie wydawało się, że poza brodem jest płycej (ja wierzę swoim poprzednikom, jestem przekonana, że brody powstają w najłatwiejszych miejscach), ja głupio spieszyłam się gnając do widocznych na drugim brzegu ludzi. Nie widziałyśmy nikogo od tygodnia, byłyśmy w miejscu gdzie na mapie był błąd w zawiązku z tym trzej wędrowcy wydawali się nam bardzo ciekawi. Na szczęście po zrzuceniu plecaka wyjrzałam jak tam Jagoda…

-Na pomoc!- krzyknęłam do 3 Niemców, ale tylko jeden ruszył wraz ze mną do rzeki. Miałyśmy niewiarygodne szczęście. Jagoda padając uczepiła się wielkiego kamienia (raniąc kolano). Chłopak (było mu na imie Hanes) był wysoki i szybki, bardzo silny. Sama bym jej chyba nie wyciągnęła (nie z plecakiem).  Rzeka porwała kijek, zalała aparat i zmoczyła telefon. Na szczęście Jagoda nie posłuchała moich rad i po upadku nie zrzuciła plecaka- bez niego wcale by nam nie było łatwo (byłyśmy ze 3 dni od ludzi), więc tylko wylałyśmy wodę i poszłyśmy dalej. Rzeczy schowane w worku foliowym nie ucierpiały.

Śnieg, Chile

Na początku powyżej 1500-2000 metrów leżał śnieg, z czasem wytopiony na północnych zboczach.  Rano był oczywiście mrożony i twardy, wieczorami po kolana czy uda. Pomimo tego, zabieranie rakiet byłoby bez sensu, bo nie zawsze chodziłyśmy po śniegu. Raki były zbędne, 15 minut po wschodzie słońce było już wysoko i grzało.

Największy błąd przy przygotowaniach popełniłyśmy z ubraniami. Prognozy pogody (jak pewnie pamiętacie) pokazywały wiatry i śnieg. Wszyscy ostrzegali, że jest bardzo zimno. W rzeczywistości trafił się upał. Pomimo zasłaniania się i smarowania poparzyłyśmy się w niektórych miejscach- ja na dłoniach (dopiero po dwóch dniach wpadłam na pomysł żeby nosić powerstretchowe rękawiczki, dla ochłody mokre o ile się je udawało zmoczyć), Jagoda na dłoniach i twarzy- nie miała kapelusza z rondem. Po 3 dniach Chile uratowało nas i znalazłyśmy czapkę z daszkiem. Znalazłyśmy też zastępstwo dla zgubionej łyżki, scyzoryka, rękawiczek, okularów, butelki… Miałam wrażenie, że bierzemy udział w jakiejś magicznej wymianie dóbr, albo że wlecze się z nami niezmordowany anioł stróż, donosząc co akurat potrzebne…

 

Biwakowanie nigdy nie było problemem. Znajdywałyśmy płaskie miejsca i wodę. W kilku nie było patyków na opał (miałyśmy kuchenkę na drewno) więc użyłyśmy gazu. Parę razy gotowałyśmy na nim też rano oszczędzając czas. Przez miesiąc zużyłyśmy 500 gramową butlę (kupioną w supermarkecie Sodimac niedaleko dworca autobusowego w Santiago). Nie była zbyt wydajna. Kiedy się skończyła Anioł doniósł drugą, zeszłoroczną, trochę zardzewiałą, ale wystarczyła.

Tordis 2 Fjord Nansen

Nasz (pożyczony od Fjorda Nansena) namiot spisał się dzielnie. Miałyśmy mnóstwo miejsca w sypialni (ale nie tyle żeby tam trzymać plecaki) i malutkie przedsionki gdzie (po wyjęciu plecaka) dawało się gotować na gazie. Tordis jest samostojący, więc tam gdzie się nie wbijały szpilki przywiązywałyśmy tylko wejścia do kamieni. Dość dobra wentylacja pozwalała często uniknąć porannego suszenia. Pod podłogę wkładałyśmy folię (tę, która służy mi do robieniu mgły na zdjęciach). Byłyśmy do naszego domku bardzo przywiązane, i on do nas chyba też, bo widząc jak nam ciężko po kąpieli Jagody (szkoda kolana, telefonu i aparatu), a żadna z nas się nie załamała w ramach solidarności złamał się sam. Pękła rurka. Co miłe, przy takiej ( zewnętrznej) konstrukcji stelaża dawało się to łatwo załatać- przydała się taśma klejąca i kawałek sznurka, jako protezy próbowałyśmy i stylowego zastępczego kijka Jagody (sporo tam rośnie bambusowych kijków), i szpilki, i łyżki…

_87A3914

 

Noce były zimne lub bardzo zimne. Jagoda marzła w syntetycznym śpiworze (chociaż ważył ponad 1,5 kg), a na sobie miała wszystkie nasze ubrania. Mi było wygodnie i ciepło w moim nowym letnim Robertsie (niecałe 900g) wspomaganym puchową sukienką, którą dostałam do testowania na Islandii- to mój ulubiony gadżet (Roman, jeszcze raz dzięki!). Wraz ze śpiworem tworzy zestaw do spania w dowolnych letnich temperaturach, można się nią łatwo nakryć lub odkryć, dodatkowo mogę ją nosić wieczorami i rano, a jest leciutka i nie zajmuje miejsca (mając możliwość sfotografowałam ją na Jagodzie)

Sukienka Puchowa Roberts (2)

 

Z ubrania miałyśmy:

po dwie pary legginsów z Kwarka (te noszone w dzień jako spodnie podarły się w końcu tu i tam, ale przy upale przerywanym brodzeniem w śniegu lub w rzekach okazały się o wiele wygodniejsze i bardziej komfortowe termicznie niż spodnie).

po jednej chroniącej od słońca koszulce z długim rękawem.

Ja miałam Pustynną, Jagoda ostatnią sztukę z niezapomnianego błękitnego lnu. Pustynna  przetrwała bez dziur, chociaż troszkę wystrzępił się szef na dole rękawów. Lniana jest mocno podarta. Nic dziwnego, napiszę potem co w nich robiłyśmy…  Na przyszły raz warto spakować dwie sztuki- byłoby na zmianę.

Miałam też koszulkę z wełny z krótkim rękawem– do spania (lepsza byłaby z długim), a Jagoda po kilka koszulek różnych marek i jednego powerdry-ia z Kwarka. Te rzeczy przydały się mniej, większość z nich zostawiłyśmy w międzyczasie w Molinie, bo były ciężkie.

Valparaiso

Miałyśmy też po bluzie z powerstretchu. Ja już drugi raz zabrałam eksperymentalną koszulkę z kapturem i łapkami ( na zdjęciu) bez żadnego zamka-im dłużej ją noszę tym bardziej mi się podoba. Jagoda kajakową z Cordury i koszulkę z powerstretchu z dekoltem- pod piankę- niepokazany w sklepie model, który może służyć za spódniczkę (i służył jak było trzeba). Ja miałam spódniczkę z powerstretchu (super była).

Miałyśmy jeszcze bardzo lekkie spodnie nieprzemakalne z deca- takie jednorazowe po 50 zł- na wypadek zimna i wiatru. Nosiłyśmy je wieczorami i  rano, zwłaszcza przy rosie. Ja miałam wiatrówkę (nową Laponię- pokażę w sklepie jak się trochę ogarnę), Jagoda kurtkę przeciwdeszczową (obie służyły jako osłony przed wiatrem). Niepotrzebnie wzięłam pelerynę.  Czapki i rękawiczki z Powerstretchu (ja) i windbloca (Jagoda) były w ciągłym użyciu, podobnie jak kapelusz od słońca, okulary przeciwsłoneczne i krem (50-tka). Mój jedwabny ręczniczek też miał się dobrze, mało ważył i szybko sechł.

Wystarczyły nam po 2 pary skarpet (ja miałam nasze powerstretchowe– przetrwały z jedną dziurką, Jagoda – typowe outdoorowe.  Pogubiła je, lub spaliła w suszeniu- bo schły długo,  są jednak delikatniejsze niż powerstretch, więc się przetarły). Miałyśmy też skarpety z neoprenu- do przekraczania rzek i brnięcie w śniegu w przemoczonych butach- ja używałam swoich też jako pokrowce na obiektywy. Majtki też schły nam szybciutko więc zapas był zbędny.

Miałyśmy lekkie buty górskie o miękkich podeszwach (ja Aku Tribute). W niektórych trudniejszych miejscach łatwiej szłoby się w twardszych spodach, szczególnie Jagodzie, bo ja jestem przyzwyczajona.  Moje są wyższe (sporo nad kostkę)- więc mniej wpadał do nich wulkaniczny piach i nie nalewało się wody przy płytkich rzekach czy w bagnach. Butom Jagody odkleiła się po drodze podeszwa. Naprawił je szewc w Molinie- wspomnę o tym. Ze względu na całe dni w śniegu użycie innych butów niż górskie byłoby najprawdopodobniej bardzo nieprzyjemne.

bagno, Chile

Chile pod wieloma względami przypomina południową Europę, ale swobodniejszą, przyjazną, nieskrępowaną przepisami. Poruszanie się po kraju jest proste. Jeździ mnóstwo tanich autobusów, działa autostop. We wsiach są nieźle zaopatrzone sklepiki (takie jak u nas), w miasteczkach i turystycznych miejscach supermarkety, nie zawsze tańsze. Ceny jedzenia przypominają europejskie, jest drożej niż w Polsce, ale wszystko zależy od tego co kupujecie. Nie trzeba wydawać fortuny. Nie trzeba też zabierać liofili na miesiąc, chociaż to, co znajdziecie w Chile będzie z pewnością inne niż jedzenie kupione u nas (nie miałam kłopotów z bezglutenowym, ale nie było tam suszonych warzyw, ewentualnie soczewica czy fasolki, było suszone mięso( na targach i straganach), płatki owsiane, kuskus, rybki w puszkach, bakalie, dobre sery, ciemne pieczywo). Restauracje i hotele są drogie. Niemal jak w Norwegii. W barach można zjeść za kilkanaście złotych, a kawa czy herbata kosztują zwykle jak na lotnisku w Poznaniu (tam chyba najdrożej na świecie :))

Pobyt kosztował nas po ok 1100 złotych na głowę. Może mniej, nie wiem czy dobrze doliczyłam to, co wydałam z karty. W górach nie wydałyśmy nic, w sezonie najprawdopodobniej trzeba by zapłacić za parki narodowe (ok 5000- 7000 pesos za każdy- to 40-60 zł, w cenie są pola namiotowe). W większości miejsc można płacić kartami, ale bywa to stresujące, bo karty debetowe i kredytowe idą innym szlakiem, a niektóre płatności „nie idą wcale”, czasem coś trzeba podpisać.

sklep w Recinto

W Chile, w przeciwieństwie do znanej mi trochę Boliwii czy Peru nie ma nagabywania, zaczepiania, namawiania do kupienia czegoś. Ludzie są uprzejmi i dyskretni. Zapytanie czy prośba zawsze spotykają się z przyjacielską pomocą. Niewiarygodną czasem,  napiszę  o tym w relacji.

Nie miałyśmy też żadnych formalno-urzędowych kłopotów. Na lotnisku zadeklarowałyśmy jedzenie i nikt nas już o nic nie pytał.

Mam nadzieję, że wykorzystacie te wiadomości, gdybym o czymś zapomniała, pytajcie.

 

 

 

Share

tęsknię za Chile…

Wróciłam wczoraj. Jeszcze dochodzę do siebie. Kilka przesiadek, prawie 20-cia godzin w samolotach, zmiana czasu, zmiana klimatu, skutki nieprzestrzegania bezglutenowej diety… zamiast słońca i bezchmurnego nieba zimno i ciemność. To był niełatwy wyjazd. Prawie wszystko nas tam zaskoczyło. Nie sprawdziły się prognozy pogody, ścieżki narysowane na mapach zarosły, GPS-y pokazywały dowolną pozycję, różniącą się o kilkadziesiąt kilometrów co dzień. Było mnóstwo śniegu, całe metry, ale tylko powyżej 2000- 1500 m npm (zależnie od miejsca). Nocą tylko raz był mróz, więc rozbuchane w słońcu rzeki opadały rano tylko odrobinę, na tyle, żeby dało się przejść. Większość pokonałyśmy bez szwanku (mokre do majtek), jedna wywróciła Jagodę. Inna, największa zakpiła z nas.  Nawet nie chciałyśmy na drugą stronę, woda rozlana po całym kanionie nie pozwoliła nam iść wzdłuż. Po 6-ciu dniach, tylko dzień drogi od szosy i już bez jedzenia musiałyśmy zawrócić. O mały włos, a użyłybyśmy pożyczonego od Łukasza SPOT-a, ale dałyśmy sobie radę same. Miałyśmy szczęście.

Kiedy w końcu dotarłyśmy do cywilizacji wróciłyśmy do bardzo przyjaznej Moliny i powyrzucałyśmy zimowe rzeczy, które wszyscy bez wyjątku radzili ze sobą wziąć. Raki, grube kurtki… zostawiłyśmy tam nawet spodnie. Odchudzone (i bardzo spóźnione) ruszyłyśmy na ostatni odcinek mojego planu pomijając środek. Wydawał mi się najmniej ciekawy i najbogatszy w podejrzane rzeki, ale zdecydowało to, że prawie nie miałyśmy tam prawdziwych map- tylko ślady GPS-a i wydruki z netu. Końcówka od wulkanu Nevados de Chillan do wulkanu Antuco lekko nas sponiewierała, ale miała też spokojne odcinki pełne gorących źródeł i ciepłych rzek, i piękny fragment grani ponad Laguna del Laja.

Opiszę Wam dwie świetne trasy. Każdą dałoby się przejść w tydzień- 9 dni gdyby nie śnieg- wymuszający szukanie obejść i zimowych dróg, gdyby nie trudne brody, błądzenie, błędy, których na szczęście nie będzie już trzeba powtarzać. Plan nie został w całości zrealizowany, ale szłyśmy przez góry przez 20-cia dni, zobaczyłyśmy najpiękniejsze miejsca dużo się nauczyłyśmy o rzekach, o trudnym terenie, o sobie. Wiosną, kiedy w Andach nie ma zupełnie nikogo, kiedy topią się śniegi (i kiedy bilety lotnicze są tanie) ta trasa wymaga zespołu co najmniej dwóch osób. Sama nie przeszłabym najniebezpieczniejszych rzek, prąd był zbyt silny, woda zbyt wysoka, zbyt mętna. Szłyśmy przez brody wolniutko trzymając się nawzajem za ramiona i podnosząc na raz tylko jedną nogę (z 4).  Raki okazały się zbędne, brakowało mi raczej maczety (lub sekatora). Napiszę o tym wszytskim szczegółowo, jestem pewna, że wielu z Was pokochałoby Chile tak, jak my. Słońce, nietknięta ludzką ręką przyroda, piękne widoki, wspaniali ludzie… Już tęsknię.

 

Share
Translate »