Stromo, w pełnym słońcu, wygodną ścieżką. Szybko wdrapujemy się na skraj lawowego płaskowyżu. Parking, z którego wyruszyliśmy wygląda z góry jak pudełeczko pełne zabawkowych samochodów. -Zgubiłem kapelusz- mówi Jose.- albo jak się pakowałem na dole, albo niestety w samochodzie.
-Wróć- mówię- zaczekam, tak tu pięknie. Jose zrzuca plecak i zbiega. Tracę go szybko z oczu więc odwracam się w górę doliny. Lawowe pole jest pozarastane. Kępy traw, kolczaste kwitnące na żółto krzewy i łachy piachu podeptane racicami. Nie wiem może bywają tu krowy? Na grani ciągnącej się wzdłuż Laguna del Laja wiesza się warstwa szarawych chmur. Nie potrafię rozpoznać zboczy, miejsce, którym wtedy zeszłyśmy zasłania grzbiet. Kiedy znów wyglądam w stronę ścieżki Jose jest już blisko. Z daleka widzę, że nie ma kapelusza i zaczynam myśleć czym go zastąpić. Rondo z bambusa (szkoda, że tu nie rosną) z naciągniętą skarpetą?… Rondo z karimaty?…Daszek z tektury? Mam tylko mapy, może gdyby je zszyć? Promieniowanie UV jest bardzo wysokie w Chile, smarujemy się kremami z filtrem, powtarzamy to kilkukrotnie w ciągu dnia, ale to zdecydowanie za mało, Jose jest prawie łysy, spali się. Tymczasem naciąga na głowę buffa, a słońce bezlitośnie praży jego baskijski nos. Źle to wygląda.
Szlak skręca i góry na południu znikają. Zza skarpy wynurza się stok wulkanu Antuco. Jest piękny, pasiasty. Pamiętam jak na niego patrzyłam z ostatniego biwaku z Jagodą i marzyłam żeby podejść bliżej, pójść dalej. Wchodzimy na świeże lawowe pole. Szlak znakują teraz suche gałązki krzewów wetknięte w kopczyki. Ścieżka kluczy w górę w, w dół, wokół dziur, po górkach, w prawo, lewo czasem w tył. Słońce kładzie się wydobywając chropowatą strukturę pumeksów. Co jakiś czas mijam kwitnący krzew. Nie ma ich dużo. Na wprost otwiera się płytka dolina z ostrą linią strumyka i potężną, wysoką na tysiąc metrów ścianą urwiska Sierra Velluda. Na mapie zaznaczono tu lodowiec, jest czysta skała pocięta kreseczkami wodospadów. Kusi żeby podejść bliżej. Biegnę, bo zaraz zapadnie zmrok. Lawa kończy się gwałtownie wysokim czarnym murem skał. Otaczają płaską piaszczystą łachę. W sam raz na namiot. Czekając na Jose wypatruję tam kilka petów wciśniętych w piach. To chyba miejsce, o którym wspomniał strażnik. Faktycznie osłonięte ze wszystkich stron. Zaciszne tak, że niemal duszne. Nie ma stąd żadnych widoków, do wody jest kilkaset metrów. -Chcesz tu zostać?- pytam- Niespecjalnie- mówi Jose.
Rozbijamy namioty nad rzeczką, w płytkim może metrowym zagłębieniu wśród skał z widokiem na wulkan. Strumyk szmerze, na Antuco nawija się płaska chmurka. Zachód słońca maluje ją na różowo. Jest pięknie. „Kolacja w takim wspaniałym miejscu” myślę rozmarzona, bo to się nie zdarza codziennie. Szczyt wulkanu rozjaśnia na moment ostatni słoneczny promień. Znad Laguna del Laja nadciąga wał chmur.- Myślisz, że burza?- pytam i słyszymy daleki grzmot. Błyskawica rozjaśnia całe niebo, ale piorun nie uderza w ziemię, wędruje równolegle do chmur. Siedzimy z resztkami herbaty zafascynowani. Błysków przybywa i niestety zaczyna padać deszcz. Zgarniamy resztki kolacji, rzeczy, co zostały na wierzchu i chowamy się do namiotu Jose. Zapada zmrok. Liczymy odległości od błysku do grzmotu. Burza jest blisko, deszcz bębni w tropik jakoś wyjątkowo głośno. Wyglądam to grad. I nagle zrywa się wiatr. Silny poryw wyrywa szpilki z jednej strony namiotu. Na głowy spada nam mokry flak. Jose łapie moją pelerynę i tak jak siedział, z gołymi nogami i w puchówce wyskakuje w noc. Pod tropikiem widzę jego bose stopy na kulkach gradu dużych jak winogrona. Wbija szpilki, a wiatr je od razu wyrywa. -Lewa, prawa- krzyczę trzymając oboma rękami maszty. Po podłodze zaczyna płynąć strumień. Odgarniam z jego trasy co się da. Śpiwór Jose, zapasy jedzenia. Z trudem, bo jeśli na moment puszczę maszt namiot się wali. latarka Jose na moment odwraca się w stronę gór- Jak mój namiot?-krzyczę-Leży- odkrzykuje Jose i wbija kolejne wyrwane szpilki.- Przywaliłem go kamieniem żeby nie uciekł.
Nie obronimy obu namiotów. Nie ma szans.
Burza trwa jakieś pół godziny i ucicha równie nagle jak przyszła. Jose zwija mokrą pelerynę i wciska się do zalanego wnętrza. Jedzenie wygląda na suche, zamókł dół mojego śpiwora. Nie mogę odgonić myśli o żołnierzach, którzy gdzieś tu niedaleko zginęli w maju 20 lat temu. 44 rekrutów na ćwiczeniach. Szkoda, że nie posłuchaliśmy strażnika…
Rano rozwieszamy wszystko na skalach. Najsuchsze są rzeczy, które zostały w moim namiocie, tropik zawalił się tak, że je nakrył i w zasadzie nic nie jest mokre.
Niebo znów jest bezchmurne, niebieskie, na Antuco bieli się warstwa świeżego śniegu lub gradu? Podchodzimy długim lawowym polem. Nie ma już znaków, nie widać śladów deptania, co jakiś czas znajduję kopczyk. To surowe skały, sporo uskoków i obejść. Wyżej trafiamy na błoto i śnieg, tuż przed przełęczą robi się stromo. Drugą stronę grani nakrywa śnieg gruby nawet na kilka metrów. Pod nami naderwane nawisy, nadciąga chmura. Stąd na pewno nie da się zejść. Podchodzimy w stronę wulkanu, grzbietem nawisów, aż do jednego z wytopionych jęzorów opadających aż na dno doliny. Trzeba do niego bardzo stromo zejść, ale śnieg jest tu wystarczająco nośny i szybko stajemy na piarżysku. Nie jest łatwiej. Kamyki są mokre, podłoże rozmiękłe i śliskie. Zsuwamy się na wielką płaską połać śniegu, we mgłę. Kiedy mijamy miejsce gdzie z przełęczy opada nasz szlak, chmura rozrzedza się i widać potężne nawisy i kilka świeżych śladów lawinek. Odchodzimy dalej od zbocza i trochę się gubimy przed zejściem. Szlak opada nad rzekę, to kilkaset metrów stromizny, nie wiemy gdzie i gdyby nie kopczyk na wytopionej już piaszczystej górce być może byśmy się nie dowiedzieli. Dobrze iść ścieżką, choć czasem się rozpływa w skałach i gubi. Jest stromo, bywa grząsko. Oddychamy z ulgą na dole. Teraz tylko kilometry wzdłuż rzeki. Dolinę porastają regularne kępy traw. Granicy z Argentyną strzeże mur kolorowych gór. Za nami kłębi się ogromna chmura, wystaje z niej tylko szczyt Sierra Velluda.
Pod wieczór musimy przejść wartki strumień, za nim rzekę, rozlaną i płytką. Przy drodze stoi domek, przed nim samochód karabinierów, idziemy dalej szutrem, aż do zakrętu. Na budynku jest napis Refugio, więc zaglądamy. To wojsko. Zapraszają jeśli chcemy usiąść i zjeść. Zaglądam do przyzwoitej łazienki. Nikt sie nami nie interesuje, bo w telewizji leci akurat mecz. Myję ręce, wypełniam butelkę wodą i wracamy na nasz pylisty trakt. Mijamy na nim uzbrojonego człowieka, mówi, że poluje na króliki, przejeżdża kilka samochodów wznosząc pył. I dwukrotnie para na motorze, co chciała wjechać do Argentyny ale nie mogła bo przejście zamknięte. Zachód słońca zastaje nas przy drogowym moście, schodzimy nad rzekę, licząc że tam będzie mniej wiać. To podmokłe miejsce, ale znajduje się suchsza górka i sporo wyrzuconych przez nurt patyków do kuchenki. Po drugiej stronie stoi samochód wędkarza.
Szczyt Antuco odbija jaskrawy pomarańcz. W powietrzu unoszą się roje małych much. Znikają nagle po zmroku. Nauczona doświadczeniem wbijam w najważniejsze odciągi podwójne szpilki, ale ta noc jest zupełnie spokojna, choć zimna. Rano na namiotach jest lód.
Idziemy drogą dnem ogromnej doliny. Każdy samochód wznosi potężny kurz. Wszystko jest szare, tylko przy potokach widać zieleń. Odbijamy w prawo zanim główna szosa skręci do Argentyny. W słońcu błyszczą dachy posterunków pograniczników. Nadal idziemy samochodowym traktem, choć teraz jest już znacznie skromniejszy. Czasem rozwidla się i wtedy zwalniam i sprawdzam mapę. Wbrew pozorom łatwo się zgubić na drodze. Jedno rozwidlenie wygląda jak rondo, na środku widać kolorowe strzępki i wielki kamień. Piedra del India- wyczytuję na mapie. Nie wiem wtedy, że według miejscowego zwyczaju powinnam go okrążyć trzykrotnie jak robił mężczyzna, którego tu dopadła śnieżyca, biegał żeby nie zamarznąć. Że powinnam dorzucić swój „dar” do dziwnych przedmiotów pozostawionych tu przez poprzedników. Na pomniku leżą monety, butelki z wodą, jedzenie, ale też papier toaletowy, pasta do zębów, sztuczne kwiaty… Dziwią mnie bardzo. Teraz kiedy już wiem, że to ofiara dla Andów, rodzaj podziękowania za przejście przez góry dziwią nadal. Czy Andy na pewno tego by chciały?
Za pomnikiem nasza droga jest coraz cieńsza ślady kół blakną po każdym brodzie. Idziemy stokiem zielonej doliny. W łachach piachu kwitną złote storczyki. Widzę je odkąd wyruszyliśmy i nadal nie przestaje mnie dziwić, że rosną w piachu.
W dolinie stoi jeden dom, za nim droga staje się konną ścieżką, nad rzeką rozwidla się i blednie. Na grani niemal jej nie widzimy. Mapa sugeruje dwa warianty i jak to bywa z mapy.cz jest mętna. Szlak na prawo zaznaczono ciągłą linią, jakby to on był główny (czyli łatwiejszy), ale bardziej wydeptany jest ten prosto w dół. Wierzę mapie i próbujemy ścieżki po zboczu. Szybko robi się tam bardzo stromo, za żlebem wyrwanym dosłownie przed chwilą, trudnym do przejścia szlak trawersuje ciąg śliskich skał na ciemnej wilgotnej stromiźnie. Poddajemy się zdecydowanie za późno. Rozczarowani wracamy do dna doliny. Na tym szlaku trafiają się końskie kupy i to nas podnosi na duchu. Na grzbiecie rośnie pojedyncza araukaria. Pierwsza jaką widzimy w Chile. Tu właśnie na przełęczy Trapa Trapa biegnie północna granica jej występowania. Drzewo jest piękne, samotne ponad łysą doliną wygląda jak pomnik zwycięstwa. Jak symbol wolności. Nie wiem skąd to wrażenie, ale oglądam się i znów podziwiam.
Niżej szlak zbliża się do rzeki, wbija w krzaki, a potem w rzadki las. Przybywa araukarii, ale rosną też bardzo trudności. Wielokrotnie przebijamy się przez potok, i naniesione przez powodzie sterty zwalonych drzew. Wspinamy na zbocza, obchodzimy po grząskich skarpach. Już blisko noc, widać że nie zejdziemy do wsi. Jose znajduje dobre miejsce na skarpie w zakolu rzeki. Po wodę trzeba daleko zejść, ale jest płasko, zacisznie. Wokół sterty chrustu i suszonych krowich kup (na opał). Przed nocą na moment błyska słońce. Od rana pada.
Za brodem znów znajdujemy lepszy szlak, i choć gubimy go jeszcze kilka razy sprawnie schodzimy niemal na sam dół. Widać już wieś. Z dołu podjeżdża mężczyzna. Ubrany w poncho i czyste białe spodnie (z odwróconych na drugą stronę kozich skór) z siodłem ozdobionym kolorową wełną wygląda przy nas jak model. Jesteśmy brudni, zmęczeni. Mężczyzna staje i rozmawia z Jose.
Mówi żeby zajrzeć do wsi, że wszędzie kupimy jajka, być może trafi się też chleb, jak ktoś ma zapas. Kiedy odjeżdża mija nas stado krów pędzone przez młodych ludzi. Są ubrani bardziej zwyczajnie, ale bardzo podobni do mężczyzny. Zdajemy sobie sprawę, że pierwszy raz widzimy rdzennych mieszkańców Chile. Wcześniej trafialiśmy tylko na osadników.


















































































