Wiosna w Andach cz9 Antuco-Trapa Trapa

Stromo, w pełnym słońcu, wygodną ścieżką. Szybko wdrapujemy się na skraj lawowego płaskowyżu. Parking, z którego wyruszyliśmy wygląda z góry jak pudełeczko pełne zabawkowych samochodów. -Zgubiłem kapelusz- mówi Jose.- albo jak się pakowałem na dole, albo niestety w samochodzie.

-Wróć- mówię- zaczekam, tak tu pięknie. Jose zrzuca plecak i zbiega. Tracę go szybko z oczu więc odwracam się w górę doliny. Lawowe pole jest pozarastane. Kępy traw, kolczaste kwitnące na żółto krzewy i łachy piachu podeptane racicami. Nie wiem może bywają tu krowy? Na grani ciągnącej się wzdłuż Laguna del Laja wiesza się warstwa szarawych chmur. Nie potrafię rozpoznać zboczy, miejsce, którym wtedy zeszłyśmy zasłania grzbiet. Kiedy znów wyglądam w stronę ścieżki Jose jest już blisko. Z daleka widzę, że nie ma kapelusza i zaczynam myśleć czym go zastąpić. Rondo z bambusa (szkoda, że tu nie rosną) z naciągniętą skarpetą?… Rondo z karimaty?…Daszek z tektury? Mam tylko mapy, może gdyby je zszyć? Promieniowanie UV jest bardzo wysokie w Chile, smarujemy się kremami z filtrem, powtarzamy to kilkukrotnie w ciągu dnia, ale to zdecydowanie za mało, Jose jest prawie łysy, spali się. Tymczasem naciąga na głowę buffa, a słońce bezlitośnie praży jego baskijski nos. Źle to wygląda.

Szlak skręca i góry na południu znikają. Zza skarpy wynurza się stok wulkanu Antuco. Jest piękny, pasiasty. Pamiętam jak na niego patrzyłam z ostatniego biwaku z Jagodą i marzyłam żeby podejść bliżej, pójść dalej. Wchodzimy na świeże lawowe pole. Szlak znakują teraz suche gałązki krzewów wetknięte w kopczyki. Ścieżka kluczy w górę w, w dół, wokół dziur, po górkach, w prawo, lewo czasem w tył. Słońce kładzie się wydobywając chropowatą strukturę pumeksów. Co jakiś czas mijam kwitnący krzew. Nie ma ich dużo. Na wprost otwiera się płytka dolina z ostrą linią strumyka i potężną, wysoką na tysiąc metrów ścianą urwiska Sierra Velluda. Na mapie zaznaczono tu lodowiec, jest czysta skała pocięta kreseczkami wodospadów. Kusi żeby podejść bliżej. Biegnę, bo zaraz zapadnie zmrok. Lawa kończy się gwałtownie wysokim czarnym murem skał. Otaczają płaską piaszczystą łachę. W sam raz na namiot. Czekając na Jose wypatruję tam kilka petów wciśniętych w piach. To chyba miejsce, o którym wspomniał strażnik. Faktycznie osłonięte ze wszystkich stron. Zaciszne tak, że niemal duszne. Nie ma stąd żadnych widoków, do wody jest kilkaset metrów. -Chcesz tu zostać?- pytam- Niespecjalnie- mówi Jose.

Rozbijamy namioty nad rzeczką, w płytkim może metrowym zagłębieniu wśród skał z widokiem na wulkan. Strumyk szmerze, na Antuco nawija się płaska chmurka. Zachód słońca maluje ją na różowo. Jest pięknie. „Kolacja w takim wspaniałym miejscu” myślę rozmarzona, bo to się nie zdarza codziennie. Szczyt wulkanu rozjaśnia na moment ostatni słoneczny promień. Znad Laguna del Laja nadciąga wał chmur.- Myślisz, że burza?- pytam i słyszymy daleki grzmot. Błyskawica rozjaśnia całe niebo, ale piorun nie uderza w ziemię, wędruje równolegle do chmur. Siedzimy z resztkami herbaty zafascynowani. Błysków przybywa i niestety zaczyna padać deszcz. Zgarniamy resztki kolacji, rzeczy, co zostały na wierzchu i chowamy się do namiotu Jose. Zapada zmrok. Liczymy odległości od błysku do grzmotu. Burza jest blisko, deszcz bębni w tropik jakoś wyjątkowo głośno. Wyglądam to grad. I nagle zrywa się wiatr. Silny poryw wyrywa szpilki z jednej strony namiotu. Na głowy spada nam mokry flak. Jose łapie moją pelerynę i tak jak siedział, z gołymi nogami i w puchówce wyskakuje w noc. Pod tropikiem widzę jego bose stopy na kulkach gradu dużych jak winogrona. Wbija szpilki, a wiatr je od razu wyrywa. -Lewa, prawa- krzyczę trzymając oboma rękami maszty. Po podłodze zaczyna płynąć strumień. Odgarniam z jego trasy co się da. Śpiwór Jose, zapasy jedzenia. Z trudem, bo jeśli na moment puszczę maszt namiot się wali. latarka Jose na moment odwraca się w stronę gór- Jak mój namiot?-krzyczę-Leży- odkrzykuje Jose i wbija kolejne wyrwane szpilki.- Przywaliłem go kamieniem żeby nie uciekł.

Nie obronimy obu namiotów. Nie ma szans.

Burza trwa jakieś pół godziny i ucicha równie nagle jak przyszła. Jose zwija mokrą pelerynę i wciska się do zalanego wnętrza. Jedzenie wygląda na suche, zamókł dół mojego śpiwora. Nie mogę odgonić myśli o żołnierzach, którzy gdzieś tu niedaleko zginęli w maju 20 lat temu. 44 rekrutów na ćwiczeniach. Szkoda, że nie posłuchaliśmy strażnika…

Rano rozwieszamy wszystko na skalach. Najsuchsze są rzeczy, które zostały w moim namiocie, tropik zawalił się tak, że je nakrył i w zasadzie nic nie jest mokre.

Niebo znów jest bezchmurne, niebieskie, na Antuco bieli się warstwa świeżego śniegu lub gradu? Podchodzimy długim lawowym polem. Nie ma już znaków, nie widać śladów deptania, co jakiś czas znajduję kopczyk. To surowe skały, sporo uskoków i obejść. Wyżej trafiamy na błoto i śnieg, tuż przed przełęczą robi się stromo. Drugą stronę grani nakrywa śnieg gruby nawet na kilka metrów. Pod nami naderwane nawisy, nadciąga chmura. Stąd na pewno nie da się zejść. Podchodzimy w stronę wulkanu, grzbietem nawisów, aż do jednego z wytopionych jęzorów opadających aż na dno doliny. Trzeba do niego bardzo stromo zejść, ale śnieg jest tu wystarczająco nośny i szybko stajemy na piarżysku. Nie jest łatwiej. Kamyki są mokre, podłoże rozmiękłe i śliskie. Zsuwamy się na wielką płaską połać śniegu, we mgłę. Kiedy mijamy miejsce gdzie z przełęczy opada nasz szlak, chmura rozrzedza się i widać potężne nawisy i kilka świeżych śladów lawinek. Odchodzimy dalej od zbocza i trochę się gubimy przed zejściem. Szlak opada nad rzekę, to kilkaset metrów stromizny, nie wiemy gdzie i gdyby nie kopczyk na wytopionej już piaszczystej górce być może byśmy się nie dowiedzieli. Dobrze iść ścieżką, choć czasem się rozpływa w skałach i gubi. Jest stromo, bywa grząsko. Oddychamy z ulgą na dole. Teraz tylko kilometry wzdłuż rzeki. Dolinę porastają regularne kępy traw. Granicy z Argentyną strzeże mur kolorowych gór. Za nami kłębi się ogromna chmura, wystaje z niej tylko szczyt Sierra Velluda.

Pod wieczór musimy przejść wartki strumień, za nim rzekę, rozlaną i płytką. Przy drodze stoi domek, przed nim samochód karabinierów, idziemy dalej szutrem, aż do zakrętu. Na budynku jest napis Refugio, więc zaglądamy. To wojsko. Zapraszają jeśli chcemy usiąść i zjeść. Zaglądam do przyzwoitej łazienki. Nikt sie nami nie interesuje, bo w telewizji leci akurat mecz. Myję ręce, wypełniam butelkę wodą i wracamy na nasz pylisty trakt. Mijamy na nim uzbrojonego człowieka, mówi, że poluje na króliki, przejeżdża kilka samochodów wznosząc pył. I dwukrotnie para na motorze, co chciała wjechać do Argentyny ale nie mogła bo przejście zamknięte. Zachód słońca zastaje nas przy drogowym moście, schodzimy nad rzekę, licząc że tam będzie mniej wiać. To podmokłe miejsce, ale znajduje się suchsza górka i sporo wyrzuconych przez nurt patyków do kuchenki. Po drugiej stronie stoi samochód wędkarza.

Szczyt Antuco odbija jaskrawy pomarańcz. W powietrzu unoszą się roje małych much. Znikają nagle po zmroku. Nauczona doświadczeniem wbijam w najważniejsze odciągi podwójne szpilki, ale ta noc jest zupełnie spokojna, choć zimna. Rano na namiotach jest lód.

Idziemy drogą dnem ogromnej doliny. Każdy samochód wznosi potężny kurz. Wszystko jest szare, tylko przy potokach widać zieleń. Odbijamy w prawo zanim główna szosa skręci do Argentyny. W słońcu błyszczą dachy posterunków pograniczników. Nadal idziemy samochodowym traktem, choć teraz jest już znacznie skromniejszy. Czasem rozwidla się i wtedy zwalniam i sprawdzam mapę. Wbrew pozorom łatwo się zgubić na drodze. Jedno rozwidlenie wygląda jak rondo, na środku widać kolorowe strzępki i wielki kamień. Piedra del India- wyczytuję na mapie. Nie wiem wtedy, że według miejscowego zwyczaju powinnam go okrążyć trzykrotnie jak robił mężczyzna, którego tu dopadła śnieżyca, biegał żeby nie zamarznąć. Że powinnam dorzucić swój „dar” do dziwnych przedmiotów pozostawionych tu przez poprzedników. Na pomniku leżą monety, butelki z wodą, jedzenie, ale też papier toaletowy, pasta do zębów, sztuczne kwiaty… Dziwią mnie bardzo. Teraz kiedy już wiem, że to ofiara dla Andów, rodzaj podziękowania za przejście przez góry dziwią nadal. Czy Andy na pewno tego by chciały?

Za pomnikiem nasza droga jest coraz cieńsza ślady kół blakną po każdym brodzie. Idziemy stokiem zielonej doliny. W łachach piachu kwitną złote storczyki. Widzę je odkąd wyruszyliśmy i nadal nie przestaje mnie dziwić, że rosną w piachu.

W dolinie stoi jeden dom, za nim droga staje się konną ścieżką, nad rzeką rozwidla się i blednie. Na grani niemal jej nie widzimy. Mapa sugeruje dwa warianty i jak to bywa z mapy.cz jest mętna. Szlak na prawo zaznaczono ciągłą linią, jakby to on był główny (czyli łatwiejszy), ale bardziej wydeptany jest ten prosto w dół. Wierzę mapie i próbujemy ścieżki po zboczu. Szybko robi się tam bardzo stromo, za żlebem wyrwanym dosłownie przed chwilą, trudnym do przejścia szlak trawersuje ciąg śliskich skał na ciemnej wilgotnej stromiźnie. Poddajemy się zdecydowanie za późno. Rozczarowani wracamy do dna doliny. Na tym szlaku trafiają się końskie kupy i to nas podnosi na duchu. Na grzbiecie rośnie pojedyncza araukaria. Pierwsza jaką widzimy w Chile. Tu właśnie na przełęczy Trapa Trapa biegnie północna granica jej występowania. Drzewo jest piękne, samotne ponad łysą doliną wygląda jak pomnik zwycięstwa. Jak symbol wolności. Nie wiem skąd to wrażenie, ale oglądam się i znów podziwiam.

Niżej szlak zbliża się do rzeki, wbija w krzaki, a potem w rzadki las. Przybywa araukarii, ale rosną też bardzo trudności. Wielokrotnie przebijamy się przez potok, i naniesione przez powodzie sterty zwalonych drzew. Wspinamy na zbocza, obchodzimy po grząskich skarpach. Już blisko noc, widać że nie zejdziemy do wsi. Jose znajduje dobre miejsce na skarpie w zakolu rzeki. Po wodę trzeba daleko zejść, ale jest płasko, zacisznie. Wokół sterty chrustu i suszonych krowich kup (na opał). Przed nocą na moment błyska słońce. Od rana pada.

Za brodem znów znajdujemy lepszy szlak, i choć gubimy go jeszcze kilka razy sprawnie schodzimy niemal na sam dół. Widać już wieś. Z dołu podjeżdża mężczyzna. Ubrany w poncho i czyste białe spodnie (z odwróconych na drugą stronę kozich skór) z siodłem ozdobionym kolorową wełną wygląda przy nas jak model. Jesteśmy brudni, zmęczeni. Mężczyzna staje i rozmawia z Jose.

Mówi żeby zajrzeć do wsi, że wszędzie kupimy jajka, być może trafi się też chleb, jak ktoś ma zapas. Kiedy odjeżdża mija nas stado krów pędzone przez młodych ludzi. Są ubrani bardziej zwyczajnie, ale bardzo podobni do mężczyzny. Zdajemy sobie sprawę, że pierwszy raz widzimy rdzennych mieszkańców Chile. Wcześniej trafialiśmy tylko na osadników.

Share

Wiosna w Andach cz8

Noc jest lodowata i rano długo grzeję stopy w gorącym źródle zanim odważę się wcisnąć je w zmrożone buty. Kiedy schodzimy e kierunku dna doliny spływa już słoneczne światło. W cieniu nadal widać parę unoszącą się nad najcieplejszymi miejscami rzeki. Za nami na śniegu rysuje się wczorajszy ślad. Chrzęści szron, cieniutka warstewka lodu na bagnach pryska z trzaskiem. Omijamy podmokłe łąki, brniemy zygzakiem pomiędzy suchszymi kępkami traw, przeskakujemy rzeczki. Jose wszystkie, jedną po drugiej, ja raz muszę zdjąć buty i zanurzyć stopy w mulisty nurt. Nie jest gorący, ale nie jest też zimny. Jose musi mi podać rękę, bo brzegi potoku to glina śliska jak masło, a wysoka na metr.

Dolina jest długa, pocięta zwałami śniegu i meandrami potoków. Podmokła. Dopiero tuż przed progiem, gdzie musimy skręcić na stok pojawia się lawowe pole, suche, ale powolne. Jeszcze jeden większy potok, wydaje mi się, że ostatni, sprawdzam wodę, jest doskonała. Rozbieram się i zanurzam cała. Wreszcie ciepło! -Ukrop!- kręci nosem Jose i nie wchodzi. Ma nawet problem żeby przez ten potok przejść. Kolejny schowany pomiędzy lawą i płatem lodu jest już zimny.

Wdrapuję się powoli i ostrożnie. Pod śniegiem leży rozmiękła glina. Wypatruję śladu poprzednika, czy poprzedników, jak sądzę narciarzy- tu już w butach. czasem wydaje mi się, że w glinie odbił się rak. To nie są świeże ślady, nie jestem pewna. W dolinie, którą przeszłyśmy kiedyś z Jagodą kłębi się mgła.

Podejście jest zawiłe, kluczymy wśród skalnych bloków i płatów śniegu. Mgła nakrywa nas na grzbiecie powyżej stromego źlebu. Przez moment nie wiemy, w którą stronę iść. Tu nie ma ścieżki, nie ma znaków, ślady zgubiły się w skałach.

-Patrz puma!- mówi Jose, ale ja widzę raczej sylwetkę lisa. Gdzie on idzie? zastanawiamy się, może po ścieżce?

Podchodzimy. Po lisie został już tylko ślad, wystają spod niego odciski ludzkich stóp. Tropimy je aż do skalnego uskoku. Na turni 50-70 metrów w dół widzę coś co biorę za szlakową tablicę. Kolorowa plama na szarej ścianie. Wiatr przeciera ją pasmami mgły. Lekko kropi. Schodzę z trudem. To kapliczka, przez moment myślę, żeby obok niej zejść, ale Jose woła, że coś wypatrzył na zboczu. Brnę z powrotem po piargach i mokrej glinie. Ma rację. Ścieżka trawersuje skalne urwisko, a tam gdzie chciałam schodzić, jest przepaść. Dopiero niżej na rozległych śnieżnych polach odzyskujemy widoczność. Tu jest już mnóstwo śladów, niektóre ścieżki są możliwe do powtórzenia tylko w rakach, więc obchodzimy, omijamy, zsuwamy się po nasiąkłych piarżyskach. Idzie powoli. Przed nami bura dolina z pasami mgieł. Gorący grunt na grani paruje, bezlistne krzewy na brudnym śniegu z daleka wydają się martwe, w bliższym kontakcie potwornie drapią.

Szlak opada, widzimy już budynki Termas de Chillan. Z parkingu, na którym stoi autobus podchodzi wycieczka z przewodnikiem. Skręcają tak, jak kiedyś poszłyśmy z Jagodą, przez niską grań, która wtedy była pokryta śniegiem, a teraz jest łysa, do gorącej rzeki, przy której wtedy biwakowaliśmy. Jest weekend. Trochę im zazdroszczę.

Zdecydowaliśmy nie powtarzać fragmentu, który oddziela nas od Laguna del Laja. Nie chcę kolejny raz przechodzić przez Rio Polcura i być może jeszcze gorsze brody wcześniej. Pamiętam długie pyliste drogi i nasiąknięte, wieczorem zmrożone hale. Pamiętam trawers zaśnieżonej grani wywieszony nad Laguna del Laja. „Raz w życiu wystarczy” myślę. Musimy kupić jedzenie, odpocząć. W kasie do basenów termalnych jest ekspres do kawy. Pijemy ją na schodkach pod dachem. Gorąca, słodka (choć w domu nie słodzę). Jose opowiada recepcjoniście, że wykąpałam się we wrzątku. Salamadra… śmieją się obaj.

Kiedy ruszamy znów mży. Mijamy parking i roboty drogowe, schodzimy zakręt czy dwa asfaltem. Para turystów zwozi nas na przystanek autobusowy. W przydrożnym barze można kupić colę i ciastka. Autobus wlecze się do Chillan dwie godziny. Staje w każdej wsi, czasem, mam wrażenie, przy każdym domu.

W mojej wyobraźni buduje się wizja hotelu. Z czystą pościelą i gorącym prysznicem. Obiad koniecznie w dobrej restauracji… Chillan to duże miasto, autobus krąży w drodze na dworzec, podziwiam kolejne hotele, są coraz lepsze.

-Jedźmy na duży dworzec- upiera się Jose i przesiadamy się w miejski autobus. Za oknem mija mi piękny hotel. -Sprawdźmy o której jest do Los Angeles- upiera się Jose – są często, może co godzinne- mówię, bo tutaj tak jest, to kolejne miasta przy głównej szosie, każdy autobus z Santiago się tam zatrzyma, ale Jose jęczy, więc się zgadzam, bo czemu nie, jeszcze jest wcześnie.

-Za 45 minut- informuje nas kobieta w kasie. -Jose upiera się żeby kupić i jechać. -Zyskamy dzień- przekonuje wieczorem będziemy już w Los Angeles. Jestem zmęczona, wyciągam kartę i płacę. Czekamy, ale nic się nie dzieje. Na autostradzie był wypadek. Autobusy stanęły i wszystko jest opóźnione. Czekamy kilka godzin. Wyjeżdżamy dopiero po zmroku, suchy kurczak z suchym ryżem z dworcowego baru stoi mi w gardle.

Los Angeles jest ciemne, nie mamy Internetu żeby znaleźć hotel. Dworzec już pusty, okienka pozamykane. Jose zaczepia taksówkarza, a ten nic nie wie. Jakby nikt tu nie sypiał w hotelach. Wiezie nas jednak do jakiejś podejrzanej budy. Wokół wanny wisi spleśniała zasłonka, nakrywam łóżko namiotem, prysznic biorę w butach do przechodzenia rzek. Nie mogę zasnąć.

Na śniadaniu jesteśmy sami. Na tacy dwa tosty i dżem. Recepcjonistka na widok mojej miny pyta czy ugotować jajka.

Zakupy zajmują nam czas do południa. Nie znajdujemy nic ciekawego. Z żalem patrzę na kolejne autobusy z Chillan, nic byśmy nie stracili zostając.

Autobus do Antuco odjeżdża w samo południe. Okazuje się, że jedzie aż do Abanico, wysiadamy na końcu, choć lepiej było zostać na szosie. Bezskutecznie szukamy sklepiku czy baru, wszystko pozamykane, otwarta przychodnia. Nabieram wody, łapię na moment wifi. Wracamy na skrzyżowanie i wędrujemy w górę doliny asfaltem. Para dobrze ubranych ludzi zatrzymuje się kiedy fotografuję wodospad. Jadą zobaczyć pomnik żołnierzy, których zabił kiedyś w tych górach sztorm. Słyszałam o nim poprzednio. Śnieżyca przyszła niespodziewanie, pozarywała namioty. Zginęło chyba z 50 osób. Naciskam Jose żeby tłumaczył, ale jest zbyt zajęty rozmową. Zresztą szybko zatrzymują nas strażnicy parkowi. Park Narodowy Laguna del Laja. Wysiadamy żeby kupić bilety. Jest podobnie jak w Radal Siete Tazas. Kod QR, parkowe wifi. Kiedy Jose walczy z telefonem zagaduję jednego ze strażników. -Idziecie od San Fernando?- dziwi się, opowiadam, że w tym roku mało śniegu, że kiedy tu byłam ostatnio było biało. -Greater Patagonian Trail- uśmiecha się, a ja potwierdzam, że mniej więcej. – Wy nie musicie płacić- woła Jose. -Idziecie drogą? Jak wszyscy długodystansowcy?- Górami!- odpowiadamy jednocześnie. – Zaraz za polem lawowym jest doskonałe miejsce na biwak- uśmiecha się ciepło- świetnie osłonięte. Tam zanocujcie.

Machamy mu na pożegnanie. Odchodzę na moment sfotografować łuk rzeki i góry, którymi szłyśmy z Jagodą. Jeszcze tylko kawałeczek szosą i możemy skręcić na szlak. Aż trudno uwierzyć, że nas puścili! Bałam się, że znów tu utkniemy.

Share
Translate »