Wiosna w Andach cz5 Rio la Zorra

W bladym świetle przedświtu rzeka nadal wydaje się bura, ale muł osiadł i woda jest przezroczysta. Ściągam buty, założone tymczasowo bez sznurowania, zbyt późno przypomina mi się, że zaznaczyłam wieczorny poziom wody. To blisko, ale kilka kroków po lodowatych kamieniach zmraża mi stopy. Kamyczki, które włożyłam do szczeliny ledwo lizanej przez nurt teraz są 15 cm nad wodą. I dużo i mało. Tyle, że rzeka nie sięga już ponad kolana. Prąd jest silny tylko w jednym miejscu, na środku. Z ulgą wyskakuję na przeciwległy brzeg. Nie czuję stóp. Siadam, masuję, rozgrzewam jak umiem, może lepiej byłoby na nich poskakać. Na drugim brzegu Jose ściąga spodnie. -Nie musisz- krzyczę, ale rzeka huczy i on mnie nie słyszy. Jeszcze kilkaset metrów wyżej czuję mrowienie w stopach. Jest lekki mróz, nic takiego, a jednak okropnie zmarzłam. Czekam na Jose dopiero w miejscu gdzie szlak się rozwidla. Krowy, które go wydeptały rozlazły się po zboczu, stare, zeszłoroczne tropy prowadzą w kierunku kępek traw. Łażę, sprawdzam, aż wreszcie poddaję się i wędruję gapiąc się w nawigację. Nie lubię tego, zużywa za dużo baterii, ale to wąska dolina, teren poszarpany i dziki, a szlak wcale nie prowadzi wzdłuż rzeki. Ścianę kanionu pokrywa galimatias wulkanicznych skał, potężne ponure urwisko, z płatami przybrudzonego śniegu. Rzeka skręca i wychodzimy na wprost białej góry. Świeci słońce, dolina rozszerza się do wielkiej hali porośniętej żywo zieloną trawką. Jest jej tak dużo, jest tak soczysta, tak świeża, że fakt że nikt jeszcze nie przyszedł ze stadem wydaje się niewiarygodnie dziwny. Przypominają mi się wszyscy ci ludzie, którzy mówili, że nie da się tu jeszcze dojść.

Już południe, rozsiadamy się na wczesny lunch. Jak zawsze suszymy przy tym namioty, rozwieszamy na skałach śpiwory. Co się da. Namioty są codziennie mokre. W słońcu, w wietrze wysychają przez kilka minut, rano nie warto by było na to czekać. Z żalem widzę, że źle się spakowałam i z namiotu wyciekła woda, rozkładam więc też zawartość kolejnej torby, co nasiąkła. Owsianka, resztka suszonego mięsa, torba orzeszków. Nie mam już nic bardzo smacznego. Skończyły się rodzynki (moje słodycze). Zostało sporo suszonych warzyw, zabranych z Polski na cały czas. W Chile niestety ich nie spotkałam. Jose rozkłada się na innym kamieniu. Widzę, że kończy mu się już mięso, kończy się chleb. „Obyśmy nie musieli wracać” martwię się.

Kiedy się zbieramy niebo nie jest już jednolicie niebieskie, słońce schowane za cienkimi chmurami mętnieje i szybko dopada nas chłód. Jest wiosna, jesteśmy powyżej 2000m. Jakie szczęście, że wszystko już wyschło! Ruszamy. Stromo, po piargach do potoku i z powrotem bo to jednak nie tu, prosto w górę jeszcze bardziej stromo i pojawia się wygodna krowia ścieżka. „Może zwierzęta nie przychodzą tu wcale z dołu tylko z drugiej strony, zza grani?” Myślę.

Przełęcz jest bardzo szeroka, idziemy trawersem wśród krzewów i wiosennych kwiatów. Długo nie pojawia się widok w dół. Jest pochmurnie, wietrznie. Świat stracił kolory, zszarzał. I wreszcie widać drugą dolinę, a przed nami pojawia się próg. Jest zaśnieżony. Zbyt stromy, zbyt obwieszony nawisami żeby zejść. Skręcamy w lewo i wędrujemy grzbietem tak długo aż zrobi się nieco łagodniej. Schodzimy po śniegu, po błocie, przez kamieniste łąki, szukamy sobie drogi wzdłuż rzeki aż nagle, podobnie jak wcześniej znienacka pojawia się ścieżka. Kilka razy jeszcze nam się rozwidli, zboczy do wiszącej dolinki czy w stronę rzeki. Zgubi się. Zwierzęta miały tu inne cele niż my. Czasem się zapędzimy i wracamy. Albo kluczymy, bo wszędzie jest mokro, najbardziej na zielonych łączkach. To grzęzawiska! Czasem zatrzymuje nas ruchomy piarg. Jest kilka strumieni do przejścia. Wieje lodowaty wiatr. W jednej z zacisznych dolinek pasą się konie. Nasz widok ogromnie je dziwi. Stają, strzygą uszami, przywódca stada decyduje się podejść. – Nic dla was nie mamy- mówię i czuję, że zwierzakom jest przykro. Kiedy oglądam się na nie ostatni raz nadal stoją i patrzą zdziwione. A rzeka, wzdłuż której idziemy rośnie.

Szukam miejsca gdzie będzie można przez nią przejść. Wybieram to na przeciwko pustego domu. Wydaje się, że to logiczne i nie jest źle, nurt podzielony na kilka odnóg, po drugiej stronie znów wije się ścieżka. Czyli to tu. Schodzimy dalej, w zarośla, potem w gęsty las. Świeże wiosenne listki podświetlone od tyłu jarzą się jak neony. Ziemia jest czerwona, niebo znów błękitnieje, jest bardzo pięknie.

Do Termas la Zorra docieramy wczesnym popołudniem. Zabudowania są puste. Z mapy widzę, że idąc trawersem przegapiliśmy gorącą rzekę. Upieram się żeby do niej wrócić. Jose nie jest zachwycony, po drodze wpada jedną nogą w potok. Rzeka jest płytka i rozdeptana przez krowy. Pomimo tego nabieram gorącej wody żeby się umyć. Czuję się potwornie brudna. Stawiamy namioty na plaży w zakolu Rio la Zorra. Palimy w naszej kuchence. Tym razem Jose ją składa inaczej i płomień co jakiś czas gaśnie, w popielniku gromadzi się niedopalony śmietnik. Zwęglone patyki, okopcone suszone krowie placki. Poprzednio wypaliły się niemal do zera. Może bo tu jest bezwietrznie? Do końca nie rozgryziemy jak lepiej. Nocą przychodzi mróz i nasz ciepły potok paruje.

Szlak opisany na mapie jako GPT (Greater Patagonian Trail) opada w dół Rio la Zorra i na odcinku kilku kilometrów przekracza „Lisicę” kilka razy, po to żeby na koniec przejść przez nią jeszcze raz po połączeniu z drugą podobnie szeroką rzeką Rio Huemules. To bród którego się boję. Przed wyjazdem przygotowałam sobie drugi plan. Z Termas la Zorra w dolinę Huemules prowadzi ścieżka. Jej fragmenty pozaznaczano jeszcze potem wzdłuż rzeki. I dalej nic. Ale wyżej ponad kanionem, w lesie kończy się inny trakt. Brakujący fragment obejrzałam dokładnie na Google Earth, mamy wydruk. Jest na nim plątanina cienkich ścieżek prowadząca do samotnego domku. Fragment, na którym nie ma zupełnie nic jest malutki całość to jakieś 800 metrów. Oglądamy to teraz jeszcze raz z Jose, Gołe skały. „Po czymś takim chyba uda się przejść” myślimy.

I rano ruszamy w górę do Huemules. Początkowo ścieżka jest śliczna, miejscami znika i wtedy się gubimy. Idziemy stokiem na wprost pięknych szczytów, ostro pod górę. Przecinamy piarżyste osypisko, przełazimy przez wartki strumień. I znów łagodniej stokiem wśród kępek bambusowych traw na grań. Na horyzoncie wędruje rodzina krów, być może ta, która kąpała się w naszej rzece. Jest słonecznie, sielsko. Z grzbietu pojawia się piękny alpejski widok. Szczyty w śniegu ponad zalesioną doliną. W krzakach śpi świeżo urodzone cielę. Schodzimy na wprost urwistych gór w zieleń. Tam też pasą się krowy, najwyraźniej zwierzęta żyją tu same, bez ludzi. Zastanawiamy się gdzie przetrwały zimę.

Zejście jest strome, trafiamy w kolczasty gąszcz. Fragmentów ścieżek widocznych na naszej mapie nie ma w terenie. Potok poobrastały róże, trudno się przebić, bywa też grząsko, bywa stromo czy niewygodnie. Ale to wszystko tylko preludium niżej trafiamy na bardzo stromy stok i kilka razy wracamy i schodzimy zanim utkniemy na skarpie. To wysoko, prawie 100 metrów urwiska, a na mapie tego prawie nie widać. Jest strasznie trudno. Grunt obsuwa się i zjeżdża. Oddychamy z ulgą na dole, choć tam też wcale nie jest łatwo. To gęsty las, brniemy szukając kawałków ścieżki, wiemy że zaraz zniknie, lub ją zgubimy, ale chociaż przez moment jest łatwiej. Coraz trudniej wyszukać jakieś przejście. Mam wrażenie, że wszystko poszło nie tak. I słyszę ciche warczenie. Brzmi jak silnik. –motosierra– mówi pewnie Jose- piła łańcuchowa jakieś półtora kilometra stąd. Zerkam na mapę, ale przed nami nic nie ma zupełnie nic, ani domu, ani szlaku czy drogi. Pomimo tego Jose się upiera, a dźwięk staje się coraz silniejszy. Teraz ja też jestem przekonana, że to piła. „Fajnie” myślę ” może drwal pomoże nam stąd wyjść”.

Przed polanką stajemy oboje jak wryci. Byk wielki i umięśniony jakby wyhodowany na corridę kopie stopą w miejscu i odwraca ku nam swój wielki łeb. Warczenie milknie i odzywa się potężny ryk. To najwyżej kilkadziesiąt metrów od nas, może 20. Wiejemy. Gnamy jak oszalali, choć zapewne byk jest od nas szybszy. Nie oglądamy się, warkot nie cichnie, słychać w nim morderczą nienawiść. Chce zabić. Wleźliśmy pomiędzy jego cielęta i krowy, nie zareagowaliśmy kiedy ostrzegał… -W lewo- krzyczę kiedy teren przed nami się urywa. Obsuwamy się w korytko strumyka, gnamy nim jak oszalali po skałach, chaszczach nad główną rzekę i przechodzimy nurt. Byk ryczy triumfalnie, a kiedy na moment stajemy zaczyna warczeć.

Dolina jest wąska nie ma mowy żebyśmy zawrócili i go minęli. Odciął nam cały kontakt ze światem, wszystkie ścieżki, niedoskonałe, ale lepsze niż nic.

To miejsce które sobie wydrukowałam z netu. Ruszamy w górę. Początkowo jest łatwo, ale czym wyżej tym stromiej. Ścieżki widoczne na zdjęciu z satelity to ślady krów. W rudej glinie widać nawet ślad pojedynczej krowy. Niektóre schodziły szukać wody inne pięły się w kierunku nieznanych traw. Chodziły wracały i my też możemy tam tylko chodzić i wracać. Po nas też zostaje wyraźny ślad. „Ciekawe jak często aktualizują się satelitarne zdjęcia” myślę „jeśli teraz ktoś popatrzy na Google Earth zobaczy grube ścieżki”. Jest trudno, upiornie sypko i stromo. Są miejsca gdzie Jose wciąga się dzięki sile rąk, a ja nie mogę. Podchodzimy jak w amoku. Nie czuję zmęczenia, nie chce mi się jeść czy pić. Udaje nam się wdrapać pod sam grzbiet. Urwisko spina pas skał i gęsty las. Do celu zostało kilkaset metrów i nie da się już dalej iść. Jest zbyt stromo. 400 metrów niżej nasza rzeka wije się jak błękitna wstążka.

Schodząc omijam miejsca gdzie niemal się nie obsunęłam w drodze w górę. Obchodzę, drapię się w krzakach wypatruję krowich tuneli w gąszczu. Zsuwam w piargach tym razem szybciej niż Jose. W jednym ze źlebów znajdujemy maleńkie źródełko. Nabieramy.

Kiedy tylko zbliżymy się do rzeki znów odzywa się motosierra. Byk warczy, ryczy. Uciekamy w dół rzeki. Przez krzaki, kamienie. Rio Huemules kręci, wbija się w skały. Nie wiemy co robić. A wrócić nie mamy jak. Kanion zwęża się. Nie ma już miejsca na brzegu żeby iść. Wspinam się kawałek i zsuwam. Przechodzimy rzekę, sięga trochę powyżej kolan. Kawałek idziemy wzdłuż nurtu, fragment nurtem i znów trafiamy na skały. Teraz jest już ciasno z obu stron. W kanionie robi się zbyt głęboko, prąd jest zbyt silny. Wracamy kilkadziesiąt metrów i przechodzimy w bród jeszcze raz. Tu da się wdrapać na skarpę. Lasem, krzakami trawersem wydostajemy się na płaską polanę otoczoną rzeką z trzech stron. Zejście jest strome, po luźnych skałach początkowo wydaje mi się, że nie da się zejść, ale w praktyce nie jest nawet bardzo trudno. Z góry widać już połączenie rzek. Patrzę na nie przez teleobiektyw (zwykle tak lepiej) i widzę coś co wygląda jak płot. Szara kreska na zielonym tle. Musimy jeszcze raz pokonać nurt. A potem kolejno obie rzeki, tuż przed ich połączeniem. Zapada zmrok. Płot okazuje się opuszczoną zagrodą. Rozbijamy namioty pod drzewem. Ktoś kto to zbudował musiał tu jakoś wejść. „My też wyjdziemy” pocieszam się zasypiając.

Share

Wiosna w Andach cz4 Rio Relbun

Poranek jest chłodny, na trawach iskrzy się lekki szron. Granica cienia powoli wędruje w górę i tuż za mostem wychodzimy w jaskrawe słoneczne światło. Polna droga wije się wzdłuż Rio Mellado, a potem wzdłuż jednej z jej odnóg Rio Guailquivilo. Ta druga wydaje się jakby mniej wzburzona choć to też jest potężna rzeka.

Na przeciwległym brzegu widzę dom obsadzony cyprysami. Zwykle już z daleka zapowiadają wieś. -Wiesz, że w Imperium Rzymskim znaczyły jaką pomoc może dostać wędrowiec?- mówi Jose-Jeden cyprys to „mogę ci dać wodę”, dwa ” wodę i jedzenie” trzy, „wodę jedzenie i nocleg”.

Odruchowo, automatycznie liczę strzeliste sylwetki drzew. Jest ich dużo. „Jeśli to jest ostatni dom to tu właśnie musielibyśmy wrócić” myslę, bo nieznany bród na końcu trasy nie daje o sobie zapomnieć.

Za nami stacza się powoli samochód. Schodzimy żeby mu zrobić miejsce. Uniknąć pyłu. Jest pełen ludzi, załadowany po sufit, na dachu piętrzy się słoma i materace. Z paki obserwuje nas samotna owca. Zobaczymy potem domek w dolinie. Pewnie tam zjechał. Do popołudnia nie spotykamy już ludzi. Dolina jest monotonna i długa, ładna, z każdego wzgórza widać wulkan San Pedro, pomimo upływu dnia niewiele mniejszy. Co i rusz robię mu „ostatnie zdjęcie”, a on pojawia się za godzinę czy dwie. Nic się nie dzieje. Mijamy nietrudne brody, czasem musimy zdjąć buty, czasem trafia się gdzieś mostek z belki czy deski. Tylko raz musimy podejść w górę dopływu, bo bród jest zbyt głęboki i rwący. Na wzgórzu mijamy farmę pełną koźląt. Ciężarne matki wdrapały się tu już we wrześniu, żeby młode urodziły się w górach. To pierwsze zwierzęta na halach, owce i krowy przychodzą później. Młodymi zajmują się ludzie, kozy pasą się i wracają wieczorem nakarmić dzieci.

Za farmą droga staje się tylko śladem kół, miejscami niejednoznacznym. W dolince przecina nam szlak spora rzeka, musimy szukać bezpiecznego miejsca i brodzić. Dalej długo wleczemy się po zszarzałych skalistych wzgórzach odpędzając natarczywe muchy. Ogromne, paskudne i czarne. Na skałach stoi kapliczka ze świętym Sebastianem, wysoko pod granią przesuwa się sylwetka konnego pasterza. Skręcamy tak jak sugerują mapy.cz ale to musi być letni ślad. Rio Relbun jest zbyt wezbrana, żeby można było wędrować wzdłuż niej. Mozolnie, na wprost przez skały i bagniste dolinki wracamy do naszej drogi, w tym mniej skalistym terenie znów jest doskonale widoczna. Ubita glina pełna odcisków racic. Dolina, która się przed nami otwiera jest aż czerwona od kwiatów szczawiu. Próbuję uszczknąć listek, ale nie smakuje jak nasz, jest suchy i gorzki, łykowaty, trudno go urwać. Dobrze iść na wprost pięknego widoku w złotym, wieczornym świetle.

Cień nakrywa nas na końcu drogi przy ostatnim obozie pełnym kóz. Idziemy jeszcze kawałek ciekawi mostu, który wypatrzyłam na mapie. To chybotliwa deska. Nurt jest wzburzony i mętny. Jose zrzuca plecak, próbuje przejść i wraca z wiadomością, że się nie da. Jest ślisko, deska się buja.

Myślę, że jesteśmy już zbyt zmęczeni. Że trzeba rozbić namioty, zjeść i pójść spać. Jak niepyszni przechodzimy kolejny raz przy martwej owcy. Na wulkanie San Pedro gaśnie ostatnia kropelka różu. Biwakujemy niezbyt wygodnie na łasze piachu przy samej ścieżce. Już po zmroku mija nas para ludzi na koniach. Potężne latarki rażą w oczy. Jose wyskakuje pogadać, pasterze mówią, żeby się nie martwić, że rano woda opadnie i gdyby nam się nie podobał most możemy przejść brodem kilkaset metrów powyżej. Blask się oddala, słyszę że przejeżdżają rzekę. Mężczyzna i kobieta, nawet nie widzieliśmy twarzy. Wydają nam się bardzo odważni.

Rano woda jest przezroczysta, głęboka, ale już nie tak przeraźliwa jak wcześniej. Deska buja się i nie jest jakoś strasznie śliska. Ostrożnie jedno po drugim przechodzimy na wyspę i długo szukamy drugiego mostku. Jest podobny. Zadziwiająco solidny pomimo wszystko.

W górę doliny biegnie ścieżka, miejscami stroma, lub wywieszona nad urwiskiem. Tuż przed południem spotykamy na niej mężczyznę ze stadem kóz. Don Alfredo daje się sfotografować i zaprasza żebyśmy do niego wpadli. Tłumaczy Jose gdzie i choć Jose jest przekonany, że wszystko rozumie nie trafiamy. Kiedy oglądam się za siebie już ze stoku daleko i wysoko widzę mężczyznę i kozy zbiegające do domków nad rzeką. Żal mi, ale nie zawracamy już, jest za późno. Jose zrozumiał że to dużo dalej. Ta sytuacja będzie się wielokrotnie powtarzać. Chilijczycy mówią z idealnym kastylijskim akcentem, ale nie wszystkie słowa znaczą to samo, poza tym stworzyli mnóstwo własnych.

Za zakrętem dolina poszerza się. Na brzegu stoi ostatni pasterski domek. Wchodzimy w kamieniste koryto. Rio Relbun meandruje. Mijamy pasterzy ze stadem i staramy się trzymać ich śladu, ale gubimy go. Rzeka zbliża się do ścian kanionu, nadal wydaje się zbyt duża żeby ją łatwo przejść. Kilka razy udaje nam się uniknąć brodzenia przedzierając się przez kolczaste krzaki na stoku, raz idziemy nurtem, skrajem kanionu, w końcu jesteśmy zmuszeni przejść. Nie jest źle. Na kolejnym brodzie ustawiono kopczyk. Nie wiem co znaczy. „Może że tu trzeba się wdrapać na stok?” myślę, ale dalej też chyba się da. Próbujemy w tym drugim miejscu, jest strasznie stromo. Piarg osypuje się, nie widać ścieżki, choć wyżej znajdujemy pojedynczy odcisk kopyt. Trzymamy się go. Koń przeszedł trawersem wzdłuż kanionu. Stok jest pocięty żlebami. Musiały powstać niedawno, kiedy schodził śnieg. Trudno się przez nie przedostać. Czasem trzeba się wdrapać wyżej, czasem zejść. Gdyby nie ślad konia chyba byśmy nie uwierzyli, że się da. Ostatni jest najtrudniejszy. Ściany niemal pionowe, wysokie na kilka metrów, glina sypka, ślad konia wbił się bardzo głęboko. I jest zbyt rzadki. Nie sięgam. Próbuję, cofam się przypłaszczona do urwiska aż uda mi się wybić stopień w połowie końskiego kroku. Utwardzam go jeszcze na ile mogę, Jose ma ciężki plecak, mi jest łatwiej. Przechodzimy. Uff…

Odcisk kopyt kończy się w kolejnym żlebie. Wdrapujemy się na porośnięty rzadką trawą stok. Z naprzeciwka zbliża się mała trąba powietrzna, warkocząc regularnie basowo, jakby zacinał się wiatrak przesuwa się w dół doliny. „Może to ona czyści ślady jeźdźców?” myślę. Ze skał spływa wspaniały wodospad, pewnie chwilowy, bo topi się śnieg. Za nami widać meandry Rio Relbun. Przed nami zejście. I nie ma już ani jednego śladu. Nasz koń chyba tu jednak nie dotarł. Próbujemy zejść według nawigacji, nie daje się, gliniane urwisko bez ścieżki jest zbyt strome, zbyt wysokie, teraz to już kilkadziesiąt metrów. A w dole skały. Wracamy.

I przypomina mi się, że widziałam coś jakby ścieżkę wcześniej. To skały, nie widać na nich śladów kopyt, ale coś mówi nam, że da się zejść i rzeczywiście schodzimy. Teraz tylko trzeba się wdrapać po wylizanej ścianie (ni to glina ni wypolerowana lawa) i już znów idziemy ścieżką trawersem ponad wąziutkim kanionem z ciągiem wodospadów. Nie bardzo wiem gdzie to może prowadzić. Czasem się gubię, bywa że zawracamy i próbujemy jeszcze raz. Nie ma już śladów kopyt, nie ma końskich kup. Wszystko jest zadeptane przez pumy.

Ścieżka nie wiemy zwierzęca czy ludzka skręca w stronę dużego dopływu. Schodzimy ponad urwiskiem, gąszczem, przez gałęzie i kolczaste rośliny, potem już łatwiej po zarośniętym stoku prosto w dół. Boczna dolina, w której się znaleźliśmy jest już miejscami zielona. Schodzę do rzeki. Nurt jest spieniony i mętny. Zaznaczam jak wysoko sięga woda. Jose szuka miejsca na biwak. Chętnie bym się gdziekolwiek schowała, ale nie ma nic. -Rozpalmy ogień- mówię, bo boję się pum- jak nas poczują będą wiedziały żeby tu nie schodzić.

Jose wyciąga nową tytanową kuchenkę na patyki, którą sobie kupił w Finlandii. Chwilę trwa zanim wymyślimy jak ją złożyć. Dziwnie to jakoś wygląda, nie każdy wentylacyjny otwór ma sens. Trochę inaczej sobie wyobrażaliśmy płomień, niby miał produkować gaz drzewny. Tak naprawdę to zwykłe małe ognisko. Próbujemy palić patyczkami, wszędzie ich pełno, wrzucamy zeszłoroczne krowie placki, też ok. Soczewica gotuje się chyba z godzinę i wcale nam to nie przeszkadza. Zapada zmrok. Parzymy sobie po kolejnej herbatce. Dobrze mieć ogień.

Share
Translate »