Condor Cirquit- cz4

Na Vegas de Blanquillo krzyżuje się kilka ścieżek. Jedna wdrapuje się na Descabetazo Grande, druga-  klasyczna trasa Condor Cirquit opada wraz z porozlewaną rzeczką do Rio Blanquillo. Gdybyśmy ją wybrały musiałybyśmy dwukrotnie pokonać spory bród i przez cały dzień iść wąską, kręcącą doliną bez szans na wiatr. Naszym celem było Armerillo, nie Vilches Alto, do którego wystarczyłoby raz przejść rzekę. Gdybym była sama poszłabym tam przez góry teraz zasypane śniegiem wzdłuż laguny Caracoal do szosy prowadzącej nad Laguna Maule. Latem to pewnie jakieś dwa dni. Teraz oznaczałoby dalsze opiekanie, a na moje oko Jagoda miała już dość. Nie miałyśmy lusterka więc denerwowałam się tym tylko ja. I to ja starając się wybrać jakiś kompromis zdecydowałam się na niepokazaną na mapie ścieżkę, która jak mi się wydawało mogła prowadzić nad Rio Claro pomijając dwukrotne przekraczanie Rio Blanquillo. Wyruszała z pola biwakowego i była wyraźnie wydeptana. Nie wiedziałam przez ludzi, czy przez zwierzęta. Początkowo biegła na wprost przez wzgórza wulkanicznego piachu udekorowane czarnymi skałami- jak galeria rzeźb. Bywał śnieg, był nawet stromy trawers, ale delikatnie wiało więc szło nam się tam przyjemnie, beztrosko. Troszkę mniej na luzie po tym, jak ścieżka minąwszy coś w rodzaju pustynnej oazy wybitnie zbladła. To co z niej zostało weszło w skalisty, trochę trudniejszy teren, przekroczyło bardzo wietrzną grań i sprowadziło nas zygzakami do lasku na dnie dużej doliny.

-Grzyby- powiedziała Jagoda, a ja nawet kilka zjadałam szukając wody. Tej niestety nigdzie nie było. Wiedziałam gdzie jesteśmy. Na mapie powinna tu być rzeka. Gdyby była być może zawróciłybyśmy i podeszły jednak nad laguna Caracoal. Chmurzyło się więc upał już nas nie straszył. Brak wody i nadzieja, że będzie niżej skłoniły nas jednak do trzymania się planu- czyli marszu w dół do Armerillo. Tą drogę jak zrozumiałyśmy polecał Victor, z którym zresztą umówiłyśmy się niezobowiązująco na pochodzenie w rejonie Laguna Maule. W tym celu trzeba było jednak dojść do szosy. Miałyśmy wrażenie, że to niedaleko. Bez śniegu, w dół, co jeszcze by nam mogło przeszkodzić… Kolejne dni bardzo rozwinęły naszą wyobraźnię. Pierwsze co nas zaskoczyło to kanion. Porośnięty kolcami, stromy, czasem wymagający użycia rąk. Dla mnie przyzwyczajonej do chodzenia bez szlaku (i do kanioningu) dość zwykły, dla Jagody, męczący i raczej nieciekawy. Jego ozdobą były ogromne rośliny, podejrzewane o zabijanie zwierząt dla użyźniania ziemi, kolczaste, obdarzone niewiarygodnymi kwiatostanami jaskrawo turkusowych, niemal plastikowych kwiatów-Puya Chilensis. Były tam też zarośla kwitnących krzewów, białych lub jaskrawożółtych, pachnących przesłodzonym asfaltem. W sąsiedztwie świeżego lawowego pola przypominało to zwiedzanie przedsionka piekła. Po godzinie, może więcej kanion rozszerzył się i drogę zaczęły nam zarastać krzaki. Nic takiego gdyby nie to, że rosły na złomowisku głazów. Na stokach darły się w wniebogłosy papugi, kolce robiły swoje, skały zajmowały 100% uwagi, woda pojawiła się dopiero pod wieczór- wraz z rzeczką wypływającą z wielkiego żlebu. Zabiwakowałyśmy tam. Zbierało się na deszcz, wśród skalnych bloków znalazła się piaszczysta łacha i resztka czyjegoś ogniska. Tylko ona i jeden samotny kopczyk po drodze utrzymywały nas w przekonaniu, że to ludzka ścieżka. Mapa milczała.

Share

Condor Cirquit cz3- Vegas de Blanquillo

Przez cały kolejny dzień szyłyśmy przez śniegi. Nie było tam ani śladu ludzi, pole biwakowe zaznaczone na mapie pokrywały kilkumetrowe zaspy, znikło jeziorko. Wystawały tylko fragmenty spienionych rzek. Było spokojnie, biało i pięknie. Droga raczej jasna, chociaż miejscami musiałyśmy się zastanawiać- bo czy da się przejść tak stromy trawers, kiedy śnieg jeszcze bardzo twardy? Czy wejść w wyglądający jak wrota Mordoru kanion, czy może wdrapać się jakoś na stok i obejść?  Którędy przejść labirynt powytapianych wulkanicznych skał? Jak zejść do wody? Szlak nie był znakowany, nie był widoczny, ale szłyśmy doliną więc bez wątpliwości i stresu. Z biegiem dnia Jagoda coraz bardziej przypominała pieczonego pomidorka- ale ponieważ niczego nie czuła, wcale się tym poparzeniem nie przejmowała. Ja tak, bo oprócz jaskrawego koloru robiła się też coraz bardziej wyłączona, jakby senna. Nic na to nie mogłam poradzić, jedyne lekarstwo to zejść, uciec z tej rozświetlonej tropikalnym słońcem bieli, więc popędzałam, poganiałam i namawiałam do picia wody, rzecznej, mętnej i o smaku pośledniego basenu (musiałyśmy wrzucać do niej tabletki z chlorem). Śniegi topiły się jak szalone, rzeki niosły wulkaniczny piach, tony błota,  zbocze robiło się coraz bardziej strome, śnieg coraz częściej przecinały łachy piachu- bardzo jasnego, więc nadal otaczała nas rozżarzona biel. Buty mokre. Spodnie wilgotne do kolan, reszta nagrzana tak, że czułam swąd. Chcąc się osłonić przed bocznym światłem (bo rondo mojego kapelusza raczej nieduże) włożyłam pod nie jedwabną chustkę- powiewała jak u Beduina, ale trochę, jak miałam nadzieję pomogła. Opiekł się tylko fragment szczęki, jakimś sposobem najmniej zasłonięty.

Poniżej granicy śniegu weszłyśmy w kanion bombardowany sypiącymi się z rozmarzającego zbocza skałami- to pokonałyśmy prawie biegiem. Dalej pojawiła się piaszczysta ścieżka opadająca wzdłuż pustynnej rzeczki- pięknej, zielonej. Szłyśmy nią aż do rozlewisk przed Vegas de Blanquillo. W coraz bardziej poziomym słońcu, przez piękne widoki. Wygodnie. Tuż przed płachtą zieleni wtłoczoną w suchą dolinę musiałyśmy pokonać kilka brodów- rozryte, kamieniste i błotniste koryto rzeczki rozpędzonej do szaleństwa, a opadającej spod Decsabetazo Grande.

Łąki Blanquillo były zalane, podmokłe, więc poszłyśmy skrajem płosząc zające. Najpierw znalazłyśmy pasterski domek, potem termy- zarośnięte glonami, wcale nie ciepłe. Dopiero dalej, po drugiej stronie bagienka pokazało się pole biwakowe czyli wyrównane placyki otoczone murkami z kamieni. W ubity grunt nie weszła tam żadna szpilka, ale namiot stanął solidnie poprzywiązywany linkami do skał. Wiało i  to wcale nie był kłopot. Pięknie się nam paliło ognisko, kuchenka chętnie dawała wrzątek (bez wiatru, trzeba ją ciągle wachlować), a Chile, tak jak w poprzednich dniach dorzuciło brakujące przedmioty. Znalazłam czapkę z daszkiem i osłoną karku dla Jagody i łyżkę- do zastąpienia tej, którą niedawno zgubiła. To nie tak, że był tych znalezisk jakiś nadmiar- tylko to, czego potrzebowałyśmy, jakby ktoś nad tym stale czuwał.

Rano odkryłam lepsze gorące źródło, tuż poniżej naszego namiotu. Porósł je kożuch zieleni, w który niechcący wpadłam jedną nogą myjąc zęby. Latem pewnie jest to oczyszczone, teraz zdziczało, bo byłyśmy tu pierwsze po zimie. Stawek był ciepły, bardzo głęboki, z krystaliczną wodą i lekko mulistym dnem. Wspaniała wanna.

Share