góry na listopad- Wschodnie Pireneje

Nie chciałam przerywać relacji z Gruzji, stąd takie opóźnienie w opisie. W listopadzie wyskoczyłam na moment w Pireneje. Moja córka, lekarka zdobyła tydzień wolnego, a ponieważ nikt z jej znajomych nie mógł jechać, ja się zgłosiłam. Bardzo się przejęłam planowaniem. Przy takim krótkim urlopie każda chwila jest na wagę złota. To było dla mnie nowe, zwykle mam czas, pozwalam sobie na pomyłki i błędy. Teraz sobie tej możliwości odmówiłam. Zaplanowałam piękną trasę w Zachodnich Pirenejach. Prześledziłam wszystko w google earth, sprawdziłam sklepiki, mieszkalne cabany, czynne schroniska. Przeliczyłam kilometry i poziomice, powybierałam jak najciekawsze trasy. 3 dni przed naszym wjazdem przyszedł huragan Amelia, we Francji wystąpiły powodzie, w wysokich górach spadł śnieg. Prognoza zapowiadała, że będzie go ponad metr. Pogoda była trochę lepsza na wschodzie, więc kierując się skrajem planowanych opadów śniegu zaplanowałam nową trasę, tym razem w miejscach, których jeszcze nie znałam. Odłożonych na starość Wschodnich Pirenejach, o które już się kiedyś otarłam przy okazji kanioningu, ale tak naprawdę słabo je znałam i bardzo się bałam czy nie okażą się nudne.

W Tuluzie wsiadłyśmy w pociąg do Perpignan. I prawie natychmiast w ostatni autobus do Vernet les Bains (za 1 euro). Najbardziej bałam się wiatru. W porywach miał przekraczać 120 km/h- i to zdecydowało, że nie wzięłyśmy pałatki. A szkoda. W Vernet nie wiało aż tak mocno. Padało, a jedyne miejsce pod dachem- pralnia było już zajęte przez bezdomnych. Nie spali wewnątrz, ale za wysokim okienkiem przesuwały się ich latarki i cienie… chyba, że to nie byli bezdomni tylko inni, tacy jak my? Tak czy siak wystraszyłyśmy się i znalazłyśmy jedyny czynny hotel- niestety drogi.

Rano wdrapałyśmy się do San Martin de Canigou i zeszłyśmy stamtąd znów do drogi. Potem kawałek boczną szosą (prawdopodobnie jest wzdłuż niej jakaś ścieżka, widziałyśmy znaki rowerowe) na col de Jou skąd jest szlak do Refugi Mariales. Było nieczynne, obsługa odesłała nas do pobliskiej cabany, już wypełnionej przez innych wędrowców. 11 listopada jest wolny we Francji, stąd tłok. Zajęłyśmy ostatnie miejsca na materacach, a rano ścięłyśmy się nieprzyjemnie z wystylizowaną na 19-to wiecznych podróżników francuską parą. Przywieźli ze sobą motorową piłę (na osłach), rozpalili ogromny ogień, a wychodząc nie pozwolili nam go zgasić. Uparłyśmy się i pomimo ich ataków zostawiłyśmy tylko żar. Nie pomagało tłumaczenie, że ogień jest niebezpieczny. Że tak spłonęło schronisko Barroude. Ogień był ich i miał zostać- podobno dla innych. To było bardzo nieprzyjemne spotkanie. Usłyszałyśmy, że jesteśmy obce, że się nie znamy… chociaż byłam absolutnie pewna, że prośbę o zgaszenie i wyczyszczenie po sobie paleniska widziałam nie tylko w dziesiątkach fińskich chatek, ale też w wielu pirenejskich i alpejskich schronach.

Nie chciałam dyskutować. Nic by to nie dało. Oburzeni rodzice owinęli dwójkę swoich dzieci aluminiową folią i odeszli prowadząc objuczone osły. Mieli ze 100 kg bagażu! Ruszyłyśmy na grań, w stronę Costabony. Powyżej schroniska góry były już zaśnieżone, ślady nieliczne, bardzo silny wiatr. Na grani dosłownie zwalało z nóg. Ledwo udało nam się przejść kilka kilometrów na zachód do najbliższego zejścia. Po drodze zatrzymałyśmy się w schronie Pla Guliem-był lodowaty, ani odrobiny drewna. Pomimo tego żałowałam, że nie zdążyłyśmy tu poprzedniego dnia.

Hiszpania wyglądała cieplej i lepiej, bardziej jesiennie. Długo schodziłyśmy zakosami gruntowej drogi. W huraganie. Ledwo się utrzymywałyśmy na nogach. Schroniłyśmy się na moment w malutkiej cabanie- nawet nie naniesionej na mapy. Z wysokości 2000 metrów był wspaniały, bardzo daleki widok. Cabana była malutka, dla dwóch osób, materac przyprószony lekko śniegiem, w drzwiach szczelina. Przy piecyku kupka połamanych patyków. Za wcześnie żeby zostać. Niższa, cabana na mapie opisana- „refugio” okazała się niestety zamknięta. Przenocowałyśmy w komórce na szczotki, schroniska Les Conques. Było zamknięte. Pokryty gontem budynek łomotał przez całą noc. Kamienne płytki (zawieszone też na ścianach) falowały w huraganie, wył już bezlistny las. Po wodę poszłam ze 2 kilometry do niezamarzniętego jeszcze potoku. W ciemności. W zmrożonym śniegu odcisnął się tam czyjś but, jakbyśmy nie były tu pierwsze. Wróciłam z trudem po zalodzonym asfalcie, pod wiatr. Padał śnieg. Na górach szalały lodowe chmury. Na podłodze naszej komórki znalazłyśmy łuski cebuli i ukryte w nich zaschnięte salamandry, jak wynikało ze schroniskowych informacji- zamieszkujące licznie pobliski rezerwat przyrody.

Wyszłyśmy trawersem w stronę szlaku opadającego spod Costabony. Przez piękny bukowy las. Na północnych stokach już zaśnieżony, ale jeszcze miejscami złoty, jesienny. W żlebie rzeczywiście znalazłyśmy schodzącą z grani znakowaną ścieżkę i dwie bardzo przyjemne cabany- de Ullat. W jednej ktoś imprezował niedawno, zostało kilka flaszek wina. Ugotowałyśmy sobie tam lunch. Na zewnątrz nie było szans, zbyt silny wiatr.

Do nocy strawersowałyśmy kolejne zbocze i trochę klucząc doszłyśmy do cabane Jaca de la Grasa. Była ślicznie odremontowana, miała gruby sprężynowy materac i zapas drewna. Nie użyłyśmy go, było nam ciepło (w Polarnych i puchowych kurtkach), miałyśmy grube śpiwory. Był stamtąd wspaniały widok. I na zachód, kolorowy jak z pocztówki, nad wybrzeżem, i na księżyc pośród szalonych chmur i na wschód pomarańczowy, piękny. Rano wiało chyba jeszcze mocniej. Słaniając się i zapierając kijami trzymałyśmy się gruntowej drogi. Ubrane we wszystko co miałyśmy, jak najdalej od niebezpiecznych urwisk. Wolniutko. Wiało chyba ponad 100 km/h. Co jakiś czas wiatr szarpał i mnie wywracał. Niżej było troszkę lepiej. Wiatr słabł. Była niedziela więc nie zdziwił nas pnący się pod górę samochód. Para Hiszpanów jechała zdobyć Costabonę. Wrócili po kilkunastu minutach, wiatr nie pozwolił im wyjść z samochodu. Ponieważ nas zaprosili wsiadłyśmy i zjechałyśmy z nimi do Mollo. To spokojna bardzo elegancka miejscowość. Kolorowa, czyściutka. Przypominała nam trochę Szwajcarię. Znalazłyśmy tam bar i sklep. Spotkałyśmy GR11. W dolinie było zacisznie i ciepło. Ogromna, trudna do wyobrażenia różnica. GR wszedł dalej na wschód wzdłuż rzeki, lasami przez hale i niskie przełączki. Pomiędzy ruinami opuszczonych domów i przez odremontowane bardzo stare wsie. Spokojnie. Ładnie. Na łąkach pasły się konie. Ostatni fragment przed Beget na mapie narysowany tuż przy szosie był dziki, biegł kanionem w pozarastanych bluszczem chaszczach nad potokiem. Rzeczka miała piękne skalne koryto. Szlak nieco kręcił, coś tam należało obejść, bo obrywy- zignorowałyśmy to i trzymałyśmy się starych znaków. Miasteczko nas zaskoczyło. To perełka. Średniowieczna kamienna zabudowa, 12-to wieczny kościół, 20-tu stałych mieszkańców. Wszystko to w dolinie kamiennego potoku z mostami ponad wodospadem. Spałyśmy w El Forn (średniowiecznej oberży działającej już od 500 set lat). Luksusowo, ze wspaniałym jedzeniem. Gdybym była sama, pewnie by mnie to doświadczenie ominęło, ale to był krótki wymarzony urlop mojej córki- więc cieszyłyśmy się tym pięknym dniem. Bardzo relaksujące miejsce. W listopadzie zupełnie puste.

Wyszłyśmy GR11. Nadal pięknym chociaż z mapy nie wynika nic ciekawego. Troszkę ścieżek, troszkę leśnych dróg. Zero ludzi. Po drodze był szałas gdzie można by się w razie czego skryć. W Talaixa jest świetne schronisko- duża udostępniona wędrowcom cabana, ze źródłem i pięknym widokiem. Latem chyba też z obsługą. Talaixa to opuszczona wieś na przełęczy. Zostały ruiny domów i kościół. Jest tam też kilka drogowskazów. Było wcześnie więc poszłyśmy dalej, znów GR11, suchym zboczem, przez ruiny kolejnej wsi i w dół zalesionym kanionem do San Aniol de Aigula. To ruina klasztoru z 859 roku, kościół z 11 wieku zagubione w prastarym lesie. Główny budynek jest chyba przerabiany na schronisko. Robotnicy przegrodzili szlak i zamknęli dostęp do mostku. Gdzieś tam poprowadzono obejście, całkiem niejasne, rzekę pewnie trzeba by pokonać w bród, więc zniesmaczone przelazłyśmy przez płotki i linowym mostkiem na drugą stronę wezbranego strumienia. Tam też barykada, ale udało się.

Dalej gorzej. Była czwarta, dzień w listopadzie bardzo krótki, szłyśmy długo, przez kilka godzin ciemną nocą. Ścieżka kluczyła, kilkakrotnie przecięła polną drogę, wspinała się na przełęcze, z ostatniej Col de Basegoda był piękny widok na oświetlone wybrzeże. Podeszłyśmy nocą ponad 1200 metrów! Głównie lasem, drzewa bujały się, w koronach wył wiatr. Wieś Can Principi okazała się ruiną. Zejście do schroniska Basegoda było bardzo strome. Wymacałyśmy to wszystko latarkami, już słabymi. Nie wiem na co liczyłyśmy, chyba na cud. Było koło 22, z przewodnika wynikało, że należy pobrać klucz na kolejnej oddalonej o 15 minut farmie… Schodząc na wprost dużego kamiennego budynku miałyśmy mieszane uczucia… a tu światełko! Wewnątrz ktoś był.

Łomocząc obudziłyśmy dwóch rowerzystów. Bardzo miłych. Już cichutko zjadłyśmy i zajęłyśmy wolny pokój. Basegoda była kiedyś sporą wsią. Teraz została po niej samotna farma i kamienny budynek szkoły- jako schronisko. W lecie jest w nim obsługa, zimą klucze wydaje sąsiad, pobierając przy tym opłatę. Kilka euro. Nie udało nam się go rano dobudzić.

Byłyśmy w Parku Krajobrazowym Alta Garotxa- pięknym, pomimo tego, że pogoda zaczęła się psuć. Wybrzeże zasłoniła mgła, urwiste skaliste góry przesłaniały pasma lepkiej mgły. Szłyśmy lasem. Na przełęczy poniżej Ermita Sant Joan de Mussols odbiłyśmy od GR11 na północ. W stronę Francji. Padał deszcz. Wiatr głaskał labirynt ścieżek i polnych dróg. Za Can Coll (wieś odremontowano w zabudowaniach jest B&B) wbiłyśmy się w upiornie stromy lasek, niski śródziemnomorski, gdzie podobno wyznakowano ścieżkę, chyba niepopularną, bo gubiłyśmy się tam co i rusz. Kościół San Bartolomeu był otwarty, odrestaurowany, z informacyjnej tablicy wynikało, że zajmuje się nim grupa ochotników. Obejrzałyśmy go i ruszyłyśmy dalej, na grzbiet. Czym wyżej tym było wietrzniej i mokrzej. Siekło po oczach, widok zasłaniały nam kaptury. Na przełęczy odkryłyśmy, że to nie ta droga. Ta była nowa, nienaniesiona na mapy, tę właściwą zgubiliśmy prawdopodobnie w la Figa. Dziwnej osadzie pełnej kamer, napisów, że prywatne, i że nigdzie nie wolno wjeżdżać i wchodzić. Pustej. Wróciłyśmy, przemoczone do suchej nitki. Prognoza pogody była zła i zupełnie nie wiedziałyśmy co robić. Do najbliższej oberży daleko- pewnie około 10 km do tego w odwrotnym niż nas interesował kierunku. Mgła, brak widoczności… Po namyśle wróciłyśmy do kościoła i rozłożyłyśmy sobie w nim biwak. Było sucho, zimno oczywiście, ale miałyśmy się na szczęście w co ubrać. Śpiwory i kurtki puchowe przetrwały w plastikowych workach. Suche. Pitnej wody nie było. Próbowałam się jakoś dostać do rzeki, w końcu zrezygnowana poszłam aż do la Figa. W międzyczasie potok wezbrał, wypełnił się błotem, ale znalazłam jakiś boczny strumyczek.

Kiedy wychodziłyśmy rano nadal było mokro i mgliście, z biegiem dnia to się na szczęście zmieniło. Trasa, która na mapie wydawała się być ścieżką okazała się polną drogą. Może i dobrze ze względu na wilgoć w lesie. Szłyśmy wysoko, ponad kanionem rzeki Muga. Przed Hostal de la Muga szlak opadł, przeszłyśmy już spokojną rzeczkę. Zabudowania były w ruinie, zaśmiecone, podeptane przez krowy. Skręciłyśmy w ścieżkę prowadzącą do Castanier. Biegła kasztanowym lasem. Pięknym, noszącym ślady pożarów, dzikim i chyba już opuszczonym. Kasztany leżały wszędzie nie widać było żeby je ktoś zbierał. Nie zauważyłyśmy gdzie przekroczyłyśmy granicę. Villa Roja okazała się sporą wsią, zamieszkaną. Nie znalazłyśmy żadnego odejścia z drogi, gruntówka przeszła w asfalt. Reszki śniegu topniały w oczach. Całkiem nas wyrzucało z gór… Po chwili zatrzymała się jakaś kobieta. Wsiadłyśmy. Wiozła nas tylko kilka kilometrów, ale opowiedziała o swoich badaniach. Zajmowała się ochroną średniowiecznych murków i dróg, które przecież tak jak kościoły i domy są dziedzictwem kulturowym tych stron. Niewiele ich już zostało, poprzecinały je nowe gruntówki, zastąpiły asfalty. Droga, która nas zmyliła poprzedniego dnia też była nowa, wyrwana buldożerem z dna lasu bez zgody i konsultacji z mieszkańcami. -Władze nie wierzą w turystów, więc nie chronią krajobrazu i natury. Wierzą w farmerów, przygotowują im pastwiska i dojazd. Walczymy z tym, ale nawet my nie o wszystkim wiemy. Stare ścieżki pozarastały lasem, nie wiadomo nawet gdzie są… Kobieta wyglądała na zakłopotaną.

Wysiadłyśmy przy odnowionym krótkim fragmencie starej ścieżki. Zeszłyśmy nim aż do głównej drogi. Nocowałyśmy w Arles sur Tech. Ostatni dzień poświęciłyśmy na zwiedzenie Ceret- ulubionego miasteczka Henriego Matissa i Pablo Picasso. Museum of Modern Art, gdzie jest wiele znanych obrazów było w remoncie (o czym niestety milczał internet). Czyli innym razem… Bo pomimo wcześniejszych obaw, że góry niskie i zapewne nuda, bardzo mi się tam podobało.

Opisałam, bo może ktoś z Was zechce powtórzyć. W tym rejonie jest dużo starych ścieżek, jest też sporo znakowanych szlaków. Zwykle łączą pochowane po lasach zabytki. Widziałyśmy sporo znaków, do miejsc, których nie widać na mapach. Latem może tam być bardzo gorąco, jesienią było spokojnie i pięknie. Kusiło żeby zejść aż do morza, tylko na to potrzeba by więcej czasu.

Dojazd jest prostszy od strony francuskiej. Do każdej górskiej miejscowości jeździ darmowy (1 euro) autobus z Perpignan. Mapy możecie podejrzeć tu:

https://www.walkingclub.org.uk/maps/topographic/spain.shtml

https://www.geoportail.gouv.fr/carte

Korzystałam z papierowej Puigmal-Costabona IGN 1;50 000, nie pokrywa całego obszaru. Przydałoby się jeszcze Canigou, z tej samej serii i Russilllon, gdyby chcieć iść aż do morza. Sklepy z jedzeniem są w Vernet les Bains, w Mollo i w Arles sur Tech.

Share

Gruzja jesienią cz27

Rano nie było śladu po nocnym deszczu. Może…lekka mgiełka, pięknie rozświetlana przez słońce. Czy troszkę gradowych kulek na piachu. Było nam szkoda zakazanych gór. Wyglądały wspaniale i idąc na wschód, z żalem, co i rusz oglądaliśmy się za siebie. Na krańcu jeziora Kelitsadi znaleźliśmy kopczyk, potem co jakiś czas też trafialiśmy na znaki. Zginęły nam za niską przełączką. Szliśmy jęzorem skruszałej lawy. Spływał do pięknej doliny, przeciętej korytem rzeki- zupełnie suchej. W stronę Gudauri opadał kanion, czarny, urwisty, częściowo wypełniony wiecznym śniegiem. Z trudem się powstrzymaliśmy, żeby tam nie zejść. -Wiem, obiecałam… Więc w górę, po skalnym rumoszu miejscami bardzo stromym i kruchym. Do podejścia było kilkaset metrów, nie tak dużo, ale jednak zajęło czas. Kluczyliśmy szukając solidniejszego podłoża. Dla mnie były nim duże głazy, skakałam, dla Jose piarg i grunt namokły po deszczach. Obsuwało się to oczywiście, męczyło. Pod przełęczą zrobiło się na moment stromo, potem coraz bardziej płasko. Obchodziliśmy wielką czerwoną górę. Przełęcz długa i ośnieżona, czym dalej tym więcej nawianego śniegu i zasp. Potem łupki skruszałe jak azbest, postawione pionowo przez jakiś dowcip natury. Otworzył się wspaniały widok. Na zwężeniu, jakby wyjściu z tej dziwnej przełęczy stał kopczyk. Zeszliśmy piargiem w kociołek z widokiem na lodowiec. Nie spodziewaliśmy się, nie było go na żadnej mapie. Był przyprószony głazami, przyszarzały, wtłoczony pomiędzy urwiska pionowych skał. Pięknych jak Dolomity, tylko dzikszych. Jakby powstały niedawno. Siedliśmy tam i stopiliśmy garnek śniegu. Skończyła się woda, a wszędzie było zupełnie sucho. Żałowałam potem, że nie zrobiliśmy zapasu. Aż do wieczora nie znaleźliśmy już nic do picia. Nie było nawet kałuży czy bagna.

Zejście powolne po głazowisku z czerwonych skał. Przed nami mur czterotysięczników i Kazbek, początkowo skryty w chmurach, pod wieczór zupełnie goły. Dolina rozdzieliła się. Szlak na naszym wydruku schodził skalnym korytarzem po lewej, ale spodobała nam się zarośnięta kotlinka i poszliśmy w prawo. Była tam śliczna hala otoczona z każdej strony murem gór- płaska, wyścielona złotym trawami jak bombonierka. I chociaż nie było odpływu, woda uciekła. Nie znaleźliśmy tam nic mokrego. Trudno też było odkryć jak wyjść i trochę się tam grzebaliśmy.

Próg dolinki był stromy. Łaziliśmy wzdłuż urwiska jakiś czas aż wypatrzyliśmy owczą ścieżkę. Zwierzęta wydeptały zakosy w piargach i trawach, a niżej chyba rozbiegły się w tyralierę, bo szlak znikł. Zsunęliśmy się ostrożnie do drogi. Była na mapie i stał na niej jakiś samochód. Jak się okazało z bliska kempingowiec. Para Niemców z dwójką małych dzieci. Poczęstowali nas jabłkami i napoili. Mieli zamiar jechać górą do kanionu Truso, ale ich samochód nie dał rady. Byli w niekończącej się podróży- taki styl życia. Miło było z nimi porozmawiać. Zbiegliśmy stamtąd już po zmroku, dość beztrosko i dość niefortunnie. Rzeka, którą wypatrzyliśmy na mapie okazała się sucha. Domy, jak nam się wydawało opuszczone- zamieszkałe, szybko wypatrzyły nas psy. Baliśmy się podejść i spytać o wodę. Było ciemno. Nie wiedząc co robić szliśmy w dół. Trafiliśmy nawet na mokrą rzekę, ale tam z kolei nie było miejsca na namiot. Po horyzont (taki, jaki wymacaliśmy latarką) ciągnęły się otoczaki. Dalej jakby więcej trawki (nadal na kamieniach), ale znów dom i stado czujnych psów. Uciekliśmy na drogę, przeszliśmy może z kilometr i zabrał nas jakiś samochód. Robotnicy leśni powiedzieli, że w Kobi jest hotel. Wysiedliśmy przed ciemnym budynkiem. -Jaki hotel… jak namiot to na podwórku. Tak, dam wodę.

Było mi żal, że nie zostaliśmy w górach.

Share
Translate »