Jesienna Korsyka- sentier L’Ile Rousse-Corte

fot Jose Antonio de la FuenteWstaliśmy przed świtem. Drewniana platforma i prowadzący do beczki wąż (na dole zdjęcia) to prysznic. Cieszyłam się, że skorzystałam z niego wieczorem, bo rano było na to nieco za zimno. Nie aż tak jak można by się spodziewać w Pirenejach czy Alpach, ale nocą temperatura bardzo spadła. To jednak jesień, połowa października.

fot Jose Antonio de la FuenteByliśmy już blisko przełęczy, ale wciąż raczej nisko na szeroko otwartych kamienistych łąkach. Krajobraz, chociaż bardzo spokojny, miał w sobie coś zaskakującego. Dopiero po chwili udało mi się to zrozumieć. Trawa była olśniewająco zielona, a większość drzew  sczerwieniała i zżółkła. W każdych innych górach o tej porze łąki byłyby już ciemnorude. Trawy zwykle zasychają latem, a jesienią dobija je mróz. Tu nie zaschły (chociaż Korsyka na pozór jest sucha) i nie zmarzły, bo wciąż jeszcze było ciepło. Zieleń utrzymała się aż do połowy listopada, nawet po tym jak opadły liście z drzew.

berberys pospolity fot Jose Antonio de la FuenteŻywozielone łąki pokrywały łany złotych paproci. Berberysy były obwieszone jagodami, a w wilgotnych miejscach znajdowałam sporo jeżyn.

fot Jose Antonio de la FuenteDość szybko wdrapaliśmy się na niedaleką (i niewysoką) przełęcz Bocca di Serra Piana (1840 m npm). To najszybsza i najprostsza droga łącząca kaniony Asco i Scala di Santa Regina, pewnie stara pasterska ścieżka. Wzdłuż grani wspinała się słabo widoczna dróżka zmierzająca w stronę Monte Cinto. To daleko i przejście na szczyt byłoby raczej trudne (nawet jako wspinaczka), ale być może da się tak dojść aż do Capu Verdatu. Na mapach są tylko urywane fragmenty ścieżki.

fot Jose Antonio de la FuenteZejście było początkowo łagodne i niemal wcale nie wydeptane. Sporadycznie pojawiały się pomarańczowe znaki. Wszystkie miękko wyglądające rośliny miały kolce, a sztywne gałęzie mocno drapały po łydkach. Żałowałam, że nie zabrałam letnich spodni. Przygotowana na zimę miałam tylko Powershieldowe Szarotki, na korsykańską jesień o wiele za grube. Chodziłam więc w legginsach- rybaczkach i żeby osłonić łydki musiałam podciągnąć skarpety. Noszę nasze powerstretchowe, drapanie wcale im nie przeszkadzało, ale mi było tak za gorąco.

fot Jose Antonio de la FuenteOd starej i opuszczonej Bergerie de la Menta pojawiła się troszkę bardziej uczęszczana ścieżka.

Jose pozwolił mi się pobawić swoim aparatem, ale nie jestem przyzwyczajona do kompaktów i fotografowanie szło mi bardzo ciężko.

Dolina rozszerzyła się, a wokół nas ciągnęły się łagodne pagórki, poprzecinane przez urwiste progi. Płaty trawy mieszały się z gąszczem kolcolistów. Był upał.

Za szałasami dobrze widocznymi z góry (po prawej, bo jest ich tam więcej) ścieżka schodzi ostro i przekracza rzekę. Z góry widać most. Przechodziliśmy potem obok kolejnych szałasów, a ścieżka robiła się coraz bardziej wyraźna i wydeptana.

Minęliśmy sporo chodzących swobodnie koni i krów, ale nie było ludzi.

Ścieżka  L’Ile Rouse -Corte, jeden z kilku długodystansowych szlaków Korsyki schodzi łagodnym zboczem do Corscii.  Latem można tam przenocować w gite. Wieś widać już z bardzo daleka, ale zejście jest zaskakująco długie.

IMG_4119Postanowiliśmy iść do szosy, chociaż dalszy kawałek szlaku przechodził ponad pięknym kanionem Scala di Santa Regina i na mapie zaznaczono tam interesujące miejsca. Było już późne popołudnie i bałam się, że nie zdążę do sklepu. Na domiar złego doszły mnie wieści, że nasz projektowy konkurs, ogłoszony podczas mojej nieobecności wywołał spore zamieszanie.  Nie wszyscy zrozumieli nasz intencje. Chciałam zajrzeć do internetu i jakoś wszystko wyjaśnić, a to można było zrobić tylko w Corte.

fot Jose Antonio de la FuenteKtoś podwiózł nas do głównej szosy. Prawie nic nie jechało. Zrywaliśmy się na nogi widząc każdy pojawiający się na horyzoncie samochód, a potem siadaliśmy na poboczu oklapli podziwiając dorodne tarniny.  Już byliśmy gotowi wrócić na szlak, kiedy zabrała nas para Kanadyjczyków. Nie jechali do Corte, ale nas tam odwieźli. Uznali, że mamy poważny powód.

Corte, fot Jose Antonio de la Fuente

Garść informacji- Sentier L’Ile Rouse Corte przechodzi przez wiele wsi, błąka się nisko po pastwiskach i lasach. Można pomyśleć, że to niebyt ciekawa trasa, ale to złudzenie spowodowane trudnością w czytaniu map Korsyki. W rzeczywistości korsykańskie wsie są malutkie, bezludne i warte zobaczenia. Nie ma w nich nic komercyjnego, nic nowobogackiego. Wiejski krajobraz jest w większej części dziki i niezniszczony, a sam szlak prawie nie używany. Ogromna różnica w stosunku do zatłoczonego GR20. Ścieżkę poprowadzono ciekawie, pokazując dwa piękne kaniony Scala di Santa Regina na Golo (widzieliśmy go z samochodu) i Gorges Tavignano. Północny odcinek szlaku przechodzi górą nad kanionem Asco, a potem nie jest już oznaczony na mapie. Są na niej szlaki, ale brakuje nazw. W terenie są jakieś drogowskazy więc nie powinno być bardzo źle. Nie zdążyliśmy już tego sprawdzić,  być może kiedyś wrócimy i połączymy to ze szlakiem przecinającym Desert des Agriates. Widzieliśmy te tereny z góry. Są niskie, ale piękne.

Przejście z L’Ile Rouse do Corte zajmuje około tygodnia. Nie jest trudne jeśli pominąć kłopoty z orientacją. Nie nadaje się na lato- jest za gorąco, ale może być fajną ścieżką na jesień i wiosnę. Nie ma problemu z rozbijaniem namiotu, we wsiach są gite, ale poza sezonem może tam nie być dosłownie nic.

Jesienna Korsyka- Asco

Nocowaliśmy pod cytadelą, niezbyt wygodnie, więc zwinęliśmy się bardzo szybciutko. Przebiegliśmy plątaniną uliczek, minęliśmy Stary Port i w jakimś otwieranym właśnie barze dowiedzieliśmy się o mapy. W dzień wszystko szło nam nad wyraz sprawnie. O dziwo, bo Bastia jest mała trafiliśmy na duży i już otwarty sklep- Atlas. Było w nim całe mnóstwo map. Pan za ladą doradził niedaleki Desert des Agriates i powiedział, że za 5 minut jest autobus do Saint Florent.  Nie mieliśmy planów więc zgodziliśmy się na ten. Wyposażeni w nową mapę L’Ile Rousse pobiegliśmy na centralny plac, ale nie umieliśmy odszukać przystanku. Wystraszeni, że już nie wydostaniemy się z Bastii (a pociąg do Calvi dopiero o 16-tej!)  zdecydowaliśmy się biec na stację. Bastia jest mała i wszędzie jest blisko. Wskoczyliśmy do pociągu nie do końca wiedząc gdzie jedzie i wysiedliśmy w Ponte Leccia. To była pierwsza miejscowość,  objęta przez nasze mapy.

Ponte Leccia fot Jose Antonio de la FuenteTen pośpiech, być może jeszcze wywieziony z domu zmusił nas do nerwowego krążenia po uśpionej wioseczce ze stacją w szczerym polu (jakieś 800 metrów szosą w prawo jest duży sklep). Nadal nie bardzo wiedzieliśmy gdzie iść. Byliśmy raczej blisko gór, u ujścia doliny prowadzącej do Haut Asco, latem kursują tam taksówki, teraz mogliśmy tylko podziwiać drogowskaz z nieoptymistyczna liczbą 27 i piękne igły Aquiles de Popolasca (z głupoty nie sfotografowałam).

U okropnym upale przeszliśmy kilka kilometrów szosą i nikt nas nie zabrał. Jedyna para, która się zatrzymała powiedziała, że jadą gdzie indziej. Bez nadziei skręciliśmy w boczną drogę prowadzącą w stronę gór. Po kilkuset metrach zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód. Młody mężczyzna w zagraconej furgonetce przewiózł nas przez cały kanion Asco- piękne miejsce.

kanion Asco, fot Jose Antonio de la FuenteNic oprócz nas nie jechało. Wielokrotnie stawaliśmy żeby przepuścić kozy. Próbowaliśmy troszkę rozmawiać używając mieszanki francuskich i włoskich słów, podpierając się prostym angielskim. Chłopak wyśmiał jakieś fotografujące się dziewczyny w krótkich spodenkach. Po południu zrozumieliśmy co było śmieszne. Korsykę porasta kolczasta makia, spodenki zdecydowanie muszą być długie.

Asco, fot Jose Antonio de la FuenteKilka zakrętasów przed wsią spotkaliśmy pasterza z resztą stada. Chłopak zatrzymał się, a starszy, siwy pan o imieniu Pascal dowiedziawszy się, że jestem z Polski bardzo usilnie dopraszał się przyrzeczenia, że zaproszę tam co najmniej kilka pięknych Polek. Najchętniej blondynek! Obiecałam, bo jeszcze byśmy tam stali… Dziewczyny nasz kierowca zapewniał, że Pascal ma 180 kóz i robi doskonały kozi ser. Najlepszy z konfiturą z fig. Podobno palce lizać :). Łatwo go będzie odszukać. Zagroda półtora kilometra przed Asco. W dół drogi po lewej… może spróbujcie? Panowie nie wyglądali groźnie, ciekawe jakie by mieli miny :).

Asco, fot Jose Antonio de la FuenteW Asco zaopatrzyliśmy się w wodę. Z przygodami, ale się udało. Okazało się, że nie mamy butelek, a we wsi były tylko 3, już dawno pozamykane bary. Ostatecznie dostaliśmy flaszkę od pary starszych Francuzów w kempingowym samochodzie. Była dwulitrowa i bardzo solidna, towarzyszyła nam aż do końca.

fot Jose Antonio de la FuenteRejon Asco to łagodne, porośnięte kolczastymi krzakami pagórki, poprzecinane przez suche kaniony. Tereny bezludne, wiejskie na pierwszy rzut oka raczej niepozorne. Nie doceniłam ich. Pomysł, żeby zrobić zdjęcie przyszedł mi do głowy dopiero kilkaset metrów za wsią, gdzie zeszliśmy w poszukiwaniu znakowanego szlaku.

fot Jose Antonio de la FuenteWiem, że to bardzo głupie i to co stało się potem odebrałam jako chichot Korsyki.

fot Jose Antonio de la FuenteUstawiłam się z powagą prawdziwego fotografa… wycelowałam, założyłam filtr, chyba nawet wcześniej wyczyściłam obiektyw. Nacisnęłam migawkę,… a tu klapa. Aparat pisnął. Rozładowały się nowe baterie. Nie wiem czy winne było fotografowanie na wilgotnym statku, biwak nad plażą czy nocny atak zraszaczy. Fakt, że poczułam się oślepiona, pozbawiona jakiejś istotnej części siebie i oczywiście bardzo rozczarowana.

fot Jose Antonio de la FuenteGdybym od razu doceniła korsykańską wieś, brak baterii ujawniłby się znacznie wcześniej, jeszcze w cywilizacji. Tak pozostało nam tylko iść jak najszybciej do jakiejś większej miejscowości. Zdecydowaliśmy się na fragment ścieżki L’Ile Rousse- Corte, zaznaczonej na mapach i oznakowanej na pomarańczowo, ale bardzo mało uczęszczanej, pozarastanej i dzikiej.

fot Jose Antonio de la FuenteWspinała się kolczastym zalanym słońcem zboczem, a wyżej przedzierała przez gęsty las. Nazbieraliśmy tam pierwszych kasztanów.

fot Jose Antonio de la FuenteNa mapie była zaznaczona jakaś cabana. Doszliśmy do niej chwilkę przed zmierzchem. To dobry, bardzo wygodny domek. Otwarty i z pięknym widokiem.

IMG_4059Dopiero tam poczułam, że jestem w górach. Zwolnij-pomyślałam – zwolnij i otwórz oczy. Nie ma co gonić za czymś mega niezwykłym, lepiej docenić to, co już się ma.

PS: wszystkie zdjęcia: Jose Antonio de la Fuente