Wiosna w Andach cz12 Wulkan Lonquimay

Szlak, którym idziemy to fragment Sendero de Chille. Spodziewałam się znaków i rzeczywiście co jakiś czas pojawia się plama pomarańczu maźnięta po skale czy pniu. Ścieżka jest wyraźna, wydeptana, na co głębszych strumykach są kładki. Z biegiem dnia tych ludzkich śladów ubywa i już ponad lasem gubimy się w gąszczu bambusów. Tylko na moment, wyżej znajdujemy ślad ścieżki i regularnie co jakiś czas go gubimy. Jedna ze skarp jest oberwana, ludzie i krowy poszukiwali dogodnego obejścia może dlatego. Tu, wysoko dopiero otwierają się bukowe liście. Kwitną roślinki bardzo podobne do truskawek (choć nigdy nie widziałam na nich owocu), kwitną porzeczki. Nie potrafię rozpoznać gatunku, to nie jest porzeczka złota, bo pachnie zbyt słabo. Może jakiś nieznany mi amerykański gatunek? Lub czarna? Na bukach (bukonach antarktycznych) rośnie sporo jadalnych grzybów, przyglądam się im, ale tylko czasem udaje mi się coś skubnąć. Choć to nadal wczesna wiosna kulki pasożytujące na drzewach są już zbyt dojrzałe, zbyt żółte. Ich miąższ nie przypomina galaretki jak we wcześniejszym czysto białym stadium. Rozgryzam kilka i wypluwam. Trociny. Jest już za późno.

Wyżej otwiera się piękny widok na ośnieżony wulkan, dołączamy do gruntowej drogi, wlokącej się wcześniej kilometrami przez lawę. W tunelu z drzew zachowały się zlodowaciałe zaspy i czasem blokują nam przejście. Most na potoku jest zarwany, zasypany zwałami spróchniałych pni. Przechodzimy ostrożnie, z emocji zapominamy nabrać wody. Przypomina mi się już ponad piętrem karłowatych buków, jeszcze bezlistnych na piaszczystej wulkanicznej wydmie. Pod nami, kilkaset metrów niżej błyszczy błękitne jezioro, niemal nierealne wobec kilometrów lawowej pustyni za nim. Tylko w kilku miejscach zadomowiły się drzewa. Poza nimi krajobraz aż po horyzont jest jednolicie beżowy z plamami czerwonych wzgórz. Siadamy żeby porównać to z mapą. Nie widać na niej źródeł czy rzek, jest tylko duża laguna, ale trzeba by do niej zboczyć 8 kilometrów. Pomimo tego rozważam czy tam nie zejść. W lawie trudno o dobre miejsce na biwak. Jose nie chce, szkoda czasu, więc siadam, a on wraca do zwalonego mostu po wodę. Bez plecaka jest bardzo szybki, to chwile. Kilkanaście minut, które pozwala mi na nieograniczone lenistwo. Patrzę na araukarie, na wydmy polerowane przez wiatr, na piach podnoszony z każdym silniejszym podmuchem. Ptaki żerują w bezlistnych gałązkach buków. Wiatr marszczy im piórka na głowach. Jest tak cicho.

Przed nami ostatnia plama araukariowego lasu. Tuż przed przełęczą. Ze zdziwieniem odkrywamy tam spory strumień. Powrót po wodę był niepotrzebny.

Za lasem wychodzimy na gołe lawowe pola. Na przełęczy stoi szlakowy znak- rozwidlenie ścieżek. Kiedy zastanawiam się ostatni raz czy nie zejść nad jezioro na zboczu, które tak mi się podobało, po plamach śniegu regularnych jakby je tam ktoś postawił w szeregu pnie się motocykl czy motorower. Dociera do nas warkot silnika, na zboczu zostaje ślad. Po chwili mija nas jeszcze dwójka mężczyzn. Twarze zakryte kaskami, widzimy tylko oczy. Machają, pozdrawiają. Odpowiadamy z opóźnieniem.- Chuligani- mówi Jose, poruszanie się pojazdem z silnikiem jest w chilijskich rezerwatach zabronione. Pomimo tego nie raz widywaliśmy już ślady kół. To ogromne przestrzenie, motory są szybkie, nikt tego nie da rady wyłapać.

Z ulgą schodzimy z rozjeżdżonej drogi. Ścieżka pnie się lekko pod górę po lawie. jest doskonale oznakowana, znak na znaku, ale poprowadzona potwornie zawile. W górę w dół, zawijasami, pętli tak, że niemal da się te pętle przeskoczyć, kusi żeby to uprościć, skrócić, ale może był w tym jakiś sens? Lawa jest delikatna, może ten dziwaczny tor przeszkód ją chroni? Posłusznie przesuwam się wzdłuż znaków. Jose to denerwuje. Nie lubi lawowych pól, jest zły, że nie poszliśmy łatwiejszą drogą, mam wrażenie, że zły na mnie, choć przecież decydowaliśmy razem. -Nie mamy wody- pospieszam go- musimy dojść na noc do lasku, tam pewnie znajdziemy jakiś strumień- naginam rzeczywistość. Bo tak naprawdę może nie być tu żadnej wody. A mamy resztki, wszystko wypiliśmy.

-Ile to kilometrów? -Dwa- sprawdzam- a ile przeszliśmy?- Niecałe 5.

Nie ma co gadać nasze szanse są marne. Nie da się biegać po lawowych polach.

Słońce kładzie się na araukariach, tu karłowatych i pokrzywionych. Na wulkanie Tolhuaca za naszymi plecami zapala się pomarańczowy blask. Linia światła wędruje w górę po zboczu. Kiedy zanurzamy się w lasku zapada zmrok. To gąszcz na bardzo stromych skałach. Gdyby nie szlak nie dałoby się tędy przejść. Brniemy tunelem w bambusach wśród potężnych obrośniętych białym porostem pni. To tak nierzeczywiste, tak bajkowe… chciałabym fotografować, ale musiałabym zmienić obiektyw, a nie mam czasu. Śledzimy pomarańczowe znaki, przebijamy się przez bambusowy gąszcz. -Jeszcze ze 20 minut do zupełnej ciemności- mówię kiedy mijamy polankę, ubita glina (może stara wyschnięta kałuża?) jest płaska, zmieściłaby nasze namioty. Jose też się rozgląda, ale nie staje. Kilkaset metrów dalej grunt robi się nieco grząski. -Woda?- patrzymy na siebie? – Słyszysz? Gdzieś tu jest potok! Jose zrzuca plecak i wspina się nieco wyżej. W załamaniu skał widać strumień, niewielki wodospad pojawia się na kilku metrach, może dwóch i wsiąka w grunt.

Wracamy do obiecującej polanki. Jose zabiera wszystkie butelki i latarkę, ja stawiam namioty. Zdążyliśmy!- śmieję się kiedy wypakowuje torbę z wodą.

Już dnieje. Widok na wulkany zasłania linia pojedynczych drzew. Pnie są pokręcone, wplątane w pumeksy tak, jakby lawa dotarła do ich stóp i tu skamieniała. Na stożkowy wierzchołek wulkanu Lonquimay nawija się cieniutka warstwa mgły, bajkowa, nierzeczywista. Szukam miejsca skąd byłoby to lepiej widać, próbuję sfotografować kłębowisko pni. Na palniku zaczyna się gotować wrzątek. Myślę, że gdybym wczoraj odpuściła, gdybyśmy rozbili namioty, nie znaleźlibyśmy tej tak przecież bliskiej wody. Plusk wodospadu tu nie dociera. Nie wiedzielibyśmy o nim i to byłby smutny biwak bez herbaty, bez porannej owsianki i wieczornej zupy. Bez mycia zębów.

Szlak nadal biegnie gąszczem araukarii. Jose to cieszy, woli iść po igliwiu i glinie niż kicać po szorstkich pumeksach. Ścieżka jakby to brała pod uwagę. Kiedy wychodzimy tuż pod przełęczą lawowe osypiska są już skruszałe do piachu i choć za moment znów utkniemy w skalnej stromiźnie widać już łatwiejszą dolinę.

Za lasami, za rzeką i droga wynurza się kolejny wulkan- Conguillo. Piekny i biały.

Patrzę na mapę, to park narodowy, ale nie da się go niestety przejść. Wyznakowano tylko urwane ścieżki. Jednodniowe, krótkie. Zbocza zbyt strome, może dlatego nie poprowadzono trawersu. Dolina poszerza się depczemy zimozielone roślinki z kolorowymi jaskrawymi jagodami. Białe, czerwono różowe. Szlak trawersuje zbocze wulkanu Lonquimay z tej strony mniej dramatyczne, choć pięknie owinięte falbanką mgły. Wulkan Tolhauca wygląda jakby dymił i choć wiem, że to tylko chmura oglądam się za nim dopóki nie zasłoni go stok. Chrzęszczą kamyki. Na podejściu zrywa się wiatr. Jose czeka na mnie na skalistym grzbiecie.

Schodzimy łagodnymi zakosami. Na rozstajach wybieramy ścieżkę prosto w dół. Nie mam siły na kolejne piarżyska, nie mam siły podchodzić w stronę deszczowych chmur, może w chmury, zresztą tam trafilibyśmy na budkę strażnika, a tu tylko na solidny płot. Przechodzimy, przerzucamy plecaki, oddychamy z ulgą i z kilometr czy dwa niżej wpadamy na rozsierdzonego faceta. Ubrany w czerwony dres, w towarzystwie dwój jazgotliwych piesków zrzuca z paki samochodu pocięte pnie.

_-Zawsze lepiej udawać idiotę- mówi Jose kiedy mężczyzna wreszcie się od nas odczepia i pozwala przejść. -Co mu powiedziałeś?-Pytam, bo wcześniej wolałam się nie wychylać. – Że zabłądziliśmy pod wulkanem, wystraszyliśmy się i chcieliśmy jak najszybciej wrócić do ludzi. Zeszliśmy, przeszliśmy przez parkowy płot i tam nie było tabliczki z zakazem przejścia. I przeprosiłem.

Faktycznie wyraźny zakaz wisi na uzbrojonej jak zasieki w okopie bramie. Płot jest wysoki, poowijany kolczastym drutem. Z trudem się przez niego gramolimy, a facet oddalony o niecałe 100 metrów patrzy, choć mógłby otworzyć.

Po drodze, już niedaleko szosy mijamy kemping. Zerkam z nadzieją, ale nie mamy zapasów i Jose ciągnie do Malalcahuello. Trzy czy cztery kilometry asfaltu dłużą się. Mży, pobocza porastają łany kwitnących łubinów, jak w Skandynawii. Każdy kolejny kemping budzi mój zachwyt i rozczarowanie, bo go mijamy. Wieś jest rozwlekła, znajdujemy spory sklep, ale restauracje i bary są pozamykane, czynna tylko przydrożna burgerownia. Jose zjadłby cokolwiek, już natychmiast, ale ja takich rzeczy nie jadam. Wszystko pszenne, mięsne i tłuste, brzydzi mnie. -Jedz, poczekam- mówię, ale tak to on nie chce. Dopiero wyżej w jednym z ostatnich zabudowań przy szosie, na dużym i bardzo ładnym kempingu udaje nam się zamówić normalny obiad. Pani otwiera restaurację tylko dla nas, gotuje kurczaka na parze (pysznie o dziwo), brokuły i ryż, jest zupa przypominająca warzywny rosół i deser- coś jak budyniowa galaretka o smaku skórki z cytryny. Jest kawa. Wszystko to pyszne i niestety drogie. Cena kempingu 100 dolarów za domek już nam się nie mieści w głowach. Choć jestem tak zmęczona, że chętnie bym to jednak zapłaciła. Jose się upiera żeby iść dalej. Tańszy domek znajdujemy przy sklepie. Właściciel już odjeżdża, kasuje tylko 50 000 pesos (50 dolarów) w gotówce i znika. Jest piec, ale nie mamy drewna, jest toaleta, ale już po chwili zatkana, jest czajnik, ale wysadza korki i ciepła woda, która znika po 3 minutach. Żeby znów była ciepła należy ją od nowa odkręcić, więc prysznic jest naprzemienny, ciepło zimny. Ja marznę, Jose nie narzeka. Za oknem zaczyna się zapowiedziana burza. Leje jak z cebra temperatura jest bliska zera. Żadna z moich beztrosko upranych rzeczy nie wysycha. Jose odziany w pelerynę wraca do sklepu i dokupuje torbę słodyczy i białe wino, zawsze to coś. Do toalety chodzimy za chatkę, z łopatką, którą noszę na wszelki wypadek. W sąsiednim domku buzuje komin. Z wnętrza słychać roześmiane głosy. -Mieszkają tam robotnicy drogowi- mówi Jose- to domki dla pracowników, nie dla turystów, właściciel nas tu wpuścił z litości.

„Wspaniale” myślę „litość za 50000 i bez rachunku”.

Share

Wiosna w Andach cz11 Laguna el Barco-rezerwat Nalcas

Zejście do jeziora jest strasznie strome, w połowie stoku pojawia się wygodniejsza ścieżka, która znika w gospodarstwie na dole. Bezskutecznie szukamy obejścia i w końcu decydujemy się przejść przez podwórko. Domy są puste, brama, przez którą trzeba wyjść zamknięta na kłódkę. Ostrożnie przełazimy przez kolczasty płot. Rozpędzamy się na szerokiej szutrówce i zwalniamy widząc ludzi tnących zwalone pnie. Na nasz widok jeden z nich podrywa się i biegiem, jakbyśmy mieli złe zamiary wyprzedza nas i opuszcza nam przed nosem szlaban. Sięgamy do portfeli, napis ustawiony kilkadziesiąt metrów wcześniej informował, że za wejście nad jezioro trzeba zapłacić. Rozumiemy to własność prywatna, ale po co zrzucać przed pieszym drogowy szlaban? Po 6 dolarów za osobę, sporo za zaledwie 800 metrów. Jose uściśla, że nie mamy zamiaru biwakować, tylko przejść, odlicza banknoty. Ja zastanawiam się czy nie popływać, skoro już będziemy na plaży.

Nad jeziorem jest kilka miejsc biwakowych. Rozkładamy swoje rzeczy na stoliku. Jak co dzień trzeba suszyć namioty, wietrzyć zawilgocone nocą śpiwory. Warto zjeść, bo akurat jest na to dobra pora. Jose nabiera wody z kranu. Ja się przebieram, mijam parę, która rozbiła namiot najbliżej brzegu (jedynych turystów oprócz nas). Myśl o pływaniu znika natychmiast kiedy zanurzę stopę. Woda jest lodowata. Wracam i myję włosy pod kranem. Musi wystarczyć.

Ruszamy, szlak zanurza się w lesie. Nasi sąsiedzi zbierają chrust na ognisko. Mają wielkie zapasy jedzenia, pełen samochód i trochę im tego dobrobytu zazdrościmy. Na drugim brzegu jeziora jest rozwidlenie, początkowo wybieramy dobrą ścieżkę, ale gubimy ją na grani, schodzimy drogą, za daleko żeby zawracać i potem mozolnie szukamy ścieżynek na łąkach pozalewanych przez potoki. Za mostem lądujemy na solidnej gruntówce. Opada zboczem doliny do mostu na głównej rzece. Teraz wędrujemy szutrówką do kolejnego mostu, który niedawno zabrał nurt. Nie zleżało nam bardzo żeby go przejść, choć trochę tak, bo był tam sklep. Teraz liczymy już tylko na jajka i napoje. Wiele gospodarstw dorabia sprzedając takie drobne rzeczy. Pukamy do każdych drzwi gdzie wisi napis „bebidas”, ale jest wiosna, jeszcze nie nadszedł sezon na turystów i nigdzie nie ma nic oprócz ulepku o nazwie „nektar”, na który nie mamy ochoty. To długa, raczej bogata dolina. Domy jak w Trapa Trapa schludne, duże jak na Chile, bez ogródków, luźno rozrzucone po łąkach. Na wielkich ogrodzonych pastwiskach stada krów. Inny krajobraz niż ten zapamiętany z północy Chile. Czym niżej tym bardziej jesteśmy głodni. Ktoś podpowiada, że w domu przy, którym stoi zakurzony pickup można co nieco dokupić. Nie rozumiem co mówi Jose i z rozpędu to miejsce mijam. Na mojej mapie zaznaczyłam inny dom, nieco niżej, ktoś, gdzieś na jakimś blogu oznaczył, że jest tam sklep. Jose jest zły.

Nie ma już kogo spytać, szutrówka zbliża się do Rio Chacuilvin i dalej nie będzie już nic do jedzenia. Z daleka widzimy trzech mężczyzn, robią jakieś geodezyjne pomiary. Zapytani o sklep, mówią żeby poczekać to nas podrzucą, to niedaleko, a wytłumaczyć trudno. Wsiadamy, furgonetka buja się na niebotycznych wybojach. -Naprawiamy to- mówi kierowca- zaznaczamy miejsca gdzie trzeba dosypać szutru- Jesteście parą?- zagaduje jego sąsiad i dostaje kuksańca od kolegi. Pytają dokąd idziemy i od razu burzą nas wcześniejszy plan. Rio Chacuilvin jest wezbrana, nie ma żadnych szans żeby ją przejść, może gdybyśmy mieli konie i liny… „Konie lub liny?” precyzuję w myślach, bo jednoczesne użycie koni i lin wydaje mi się dość karkołomne. -Na mapie jest zaznaczona tyrolka – Nic z tego- słyszę- nie puszczą was, oni nikomu nie pozwalają przejść.

Teraz odzywają się już wszyscy na raz i Jose zbywa moje prośby o tłumaczenie. Od dwóch tygodni siły specjalne walczą z grupą Mapuchy. Zajęli ziemię, która powinna być ich. -A najlepsze- odzywa się trzeci, który siedzi obok nas z tyłu- że właściciel, któremu tą ziemię odbili nie uznaje państwa chilijskiego!

-Co robić?- zastanawiamy się z Jose. Przeglądam mapę-spytaj czy to się da ominąć?- Nie da się nikomu nie pozwolili przejść, wypędzili nawet własnego sąsiada. -A może dałoby się z drugiej strony?-Próbuję. -W Comunidad Quenqueco jest most… -nie puszczą was- panowie znów zaczynają się przekrzykiwać- jak chcecie to was tam zawieziemy, jest tam sklep, większy i lepszy niż tu. I to przeważa dobry sklep jest nam bardzo potrzebny. To tylko 9 kilometrów, można będzie wrócić autobusem, ustalamy że tak może być. Sklep jest spory. Jose kupuje chłopakom po red bullu, jeden z nich mówi, że wie gdzie można tu przenocować. Już cieszę się na myśl o pościeli, prysznicu, ale miejsce, które wskazał to nora. Uciekamy. Wypytujemy, wracamy do sklepu. Sprzedawczyni radzi zejść w stronę rzeki, za ostatnim domem jest ponoć miejsce na namiot. Nie chcę namiotu… Czym dalej idę tym mniej kusi mnie ciasnota i wilgoć. I gdzie naładować baterie? Jak zrobić pranie? Z bocznej uliczki turla się powoli samochód. Za kierownicą starszy mężczyzna w kapeluszu. Dobrze mu jakoś patrzy z oczu, macham, on zatrzymuje się i cierpliwie słucha mojego wywodu po angielsku. -Gdzie można by tu przenocować?- ratuje nas z opresji Jose. -Wsiadajcie – mówi mężczyzna i wiezie nas do swojego domku. Jest niedokończony, ale jest w nim dużo miejsca i prąd. Wodę możecie dostać od sąsiadów.

Niepokoi mnie, że to dość daleko, kilka kilometrów w dół rzeki, w przeciwną stronę niż byśmy mieli iść, ale już jest za późno na zmianę. Samochód staje na pylistej szutrowej drodze. W dole błyszczy półpełne sztuczne jezioro. Zapada zmierzch. Nasz gospodarz odjeżdża.

W chatce pachnie lakierem i sklejką. Jestem uczulona na formaldehyd, muszę rozbić namiot. Ale i tak jestem zadowolona. Jose niesie od sąsiadów gorącą wodę, chowam się z nią w krzakach i biorę prysznic. Trawka jest wystrzyżona i płaska, nikt nas nie zaczepia i nie przeszkadza, wewnątrz ładują się kolejno baterie.

Kiedy rano podchodzimy szosą mijamy grupki dzieci czekające na autobus do szkoły. Staje co chwilę i wznieca potworny pył. Z przedszkola unosi się wesoły gwar. Ryzykujemy i przechodzimy przez kładkę. Rio Chacuilvin wbija się tu w wąski kanion i wygląda jak spieniony warkocz. Kładka się buja. Na ścieżce, która prowadzi do góry odbiły się świeże ślady kopyt. Podchodzimy zygzak za zygzakiem, jadąc do sklepu straciliśmy 300 metrów wysokości. Idziemy cichutko, niepewni co zastaniemy na górze. Gotowi uciekać, choć mężczyzna, który nas przenocował, mówił, że nas nie zabiją. Jesteśmy obcy, nikogo tu nie obchodzimy.

Najpierw zaczepia nas pies i choć jak dotąd chilijskie psy nigdy nas nie atakowały ten szczeka. Na blaszanym domku są nabazgrane napisy. -Rozumiesz coś z tego?-Pytam, ale Jose szuka długiego kija. Z braku czegoś lepszego podnosi kamień i pies ucieka. Z dalszego domku wygląda mężczyzna. Patrzy wilkiem i szybko, bez słowa wraca do swoich drzwi, schyla się, mam wrażenie, że sięga po broń, skaczemy w krzaki i uciekamy ile sił. Nikt nas nie goni. Kolejne zabudowania mijamy już naprawdę wysoko, pod przełęczą. Z daleka widzimy dwóch mężczyzn zajętych czymś na podwórzu. Idziemy cicho i nie zauważają nas. Znów przyśpieszamy i chowamy się w krzaki. Tu już spokojniej, to droga, która prowadzi do Lonquimay. Już nie widzimy ludzi. Znajduję tylko przydeptaną dziecięcą czapkę, wciśniętą w błoto. I zabieram. Nie udało nam się kupić kapelusza i Jose jest już nieco opieczony. -Chcesz ?- pytam kiedy zwalniamy przed brodem- jasne- mówi i muszę mu ją zabrać żeby nie założył przed praniem.

Już jesteśmy spokojni, przeszliśmy… Teraz w pełnym słońcu, w lesie strachy z poprzedniego dnia wydają się śmieszne. Nie wiemy, że w zamieszkach zginęli ludzie, w tym 3 policjantów.

Przełęcz jest ocieniona, ukryta w lesie, droga opada potężnymi zakosami, w gęstym błocku. Schodzimy raz nad jezioro odpocząć. Tak tu przyjemnie i sennie, tak spokojnie… W dolinie stoi samotna farma odcięta od cywilizacji sztucznym zbiornikiem. Od bramy na mapie prowadzi droga i faktycznie wygląda jakby ją ktoś kiedyś zbudował. Jest solidna barierka, jest tunel w skałach. Nie ma nawierzchni tylko ogromny rozmyty przez wodę rów. Zapora ma tylko 8 lat, tyle wystarczyło żeby wymazać drogę.

Za tunelem wychodzimy na stok, który opada do prawdziwej szosy. Na szutrówce stoi dizajnerska wiatka (przystanek autobusowy), nad rzeką Bio Bio wypływającą ze sztucznego zbiornika piętrzy się nieproporcjonalnie wielki drogowy most. Przechodzimy powoli. Słońce kładzie się już. Na ogołoconych z drzew stokach rysują się długie cienie. Na szczycie, pod którym przeszliśmy wcześniej bieli się śnieg. Na końcu mostu zatrzymuje się przy nas samochód. Dziwaczna furgonetka, przystosowana do przewozu krów. Przystojny, uśmiechnięty mężczyzna pyta czy nas może nie podwieźć. Lekko siwa kobieta patrzy wilkiem. Zgadzamy się. Nie lubimy szutrówek. Kierowca wskazuje pakę, wdrapujemy się tam i zrzucamy plecaki. Skulony w kącie pies sika ze strachu. – Bo go biją- mówi Jose.

Szosa wije się wzdłuż Embalse Ralco. Stoimy trzymając się mocno barierki wystawieni na wiatr i kiedy się zbliżamy do drzew kucamy, bo gałęzie wiszą tak nisko, że aż się ocierają o samochód. Stajemy przy zabudowaniach w środku drogi. To jeden samotny dom. Kierowca pokazuje żeby wysiadać. Ruszamy dalej, ale nie widać nigdzie miejsca na biwak. Wąska szosa. Z jednej strony urwisko z drugiej skarpa. No i woda. Nie zabraliśmy wody. Wracamy. Mężczyzna, który nas przywiózł rozmawia z drugim. -Możecie sobie tu rozbić namiot wskazują łączkę po drugiej stronie szosy pod lasem. Przełazimy przez płot i zdziwieni patrzymy jak wsiadają do furgonetki i jadą dalej. Czemu nas w takim razie nie zabrali?

To nie jest złe miejsce. Jose nabiera wody z węża przy domu, gotujemy na naszej kuchence, wszędzie wokół pełno patyków i zeszłorocznych krowich placków. Odgarniam chrust, są w nim zwierzęce kości, jakiś róg. Robi się dobre miejsce na namiot. Po zmierzchu furgonetka wraca bez świateł. Na pace stoją dwie młode krowy. Jose przygląda się im uważnie -nie mają kolczyków, widzisz?

W domu radość. Płonie ogromne ognisko, hałasuje natarczywa muzyka. -Wiesz co śpiewają?- pyta Jose i tłumaczy: „Jestem handlarzem narkotyków, uczciwie zarabiam pieniądze dla mamusi i mojego ludu, a psy chcą mnie za to złapać i osądzić, chcą wsadzić mnie do więzienia, a jestem takim dobrym człowiekiem”. Nie mogę spać. Słyszę jak furgonetka odjeżdża. Nie widzę świateł. Łubu dubu milknie dopiero nad ranem. Kiedy Jose idzie po wodę dom jest kompletnie uśpiony, drzemie nawet uwiązany na łańcuchu pies. Przed progiem leży 26 puszek po piwie. Wychodzimy cichutko, przestraszeni, że może użyto nas jako pożytecznych idiotów. Co jeśli krowy zostały skradzione, a przejazd furgonetki zamaskowany wożeniem turystów?

Po paru kilometrach zabiera nas osobowy samochód. „Byle jak najdalej” myślę. Wysiadamy za Fundo Lolco. W wielkim gospodarstwie pasie się mnóstwo czerwonych krów identycznych jak te na furgonetce, na ich uszach wiszą duże żółte kolczyki- opisane płatki plastiku.

Jeszcze kilka kilometrów idziemy drogą, czym dalej tym bledszą i mniej rozjeżdżoną. Mijamy spokojne brody i kępy nietutejszego lasku. Sosny posadzone rzędami wyglądają dziwacznie wśród gąszczu miejscowych drzew. Z żalem patrzę, że ci obcy się sieją, że mieszają się z innymi roślinami i wrastają w wulkaniczny krajobraz daleko od miejsc gdzie je posadzono. Za mostkiem na rozległym kamienistym pustkowiu stoi tablica. Rezerwat przyrody. Wiemy co nas tu czeka, trzeba się przemknąć, bo szlak jest na pewno zamknięty. Cichutko mijamy domek strażników i ustawiony za nim namiot. W środku jest pies. Duży, brązowy, patrzy jak przechodzimy i nie szczeka. Podnoszę palec do ust, „nie wydaj nas” psie oczy odprowadzają nas za zakręt. Przyśpieszamy, gnamy ścieżką jak najdalej od podejrzliwych strażników, z rozpędu idziemy źle i trzeba wrócić. Nasz szlak to na pewno nie jest ten główny. W piachu, w igliwiu odbiły się świeże ślady stóp. Nie zauważam kiedy je gubimy. Jesteśmy sami.

Przypomina nam się, że dziś wybory i być może strażnik poszedł głosować. To w Chile obowiązkowe, każdego kto się nie zgłosi do punktu wyborczego czeka mandat.

Chwilę przed nocą zaczyna padać deszcz, słyszymy pojedynczy grzmot. W pośpiechu rozbijamy namioty w przypadkowym miejscu na polance wśród zwalonych drzew. Nocą jest mróz.

Share
Translate »