Szlak, którym idziemy to fragment Sendero de Chille. Spodziewałam się znaków i rzeczywiście co jakiś czas pojawia się plama pomarańczu maźnięta po skale czy pniu. Ścieżka jest wyraźna, wydeptana, na co głębszych strumykach są kładki. Z biegiem dnia tych ludzkich śladów ubywa i już ponad lasem gubimy się w gąszczu bambusów. Tylko na moment, wyżej znajdujemy ślad ścieżki i regularnie co jakiś czas go gubimy. Jedna ze skarp jest oberwana, ludzie i krowy poszukiwali dogodnego obejścia może dlatego. Tu, wysoko dopiero otwierają się bukowe liście. Kwitną roślinki bardzo podobne do truskawek (choć nigdy nie widziałam na nich owocu), kwitną porzeczki. Nie potrafię rozpoznać gatunku, to nie jest porzeczka złota, bo pachnie zbyt słabo. Może jakiś nieznany mi amerykański gatunek? Lub czarna? Na bukach (bukonach antarktycznych) rośnie sporo jadalnych grzybów, przyglądam się im, ale tylko czasem udaje mi się coś skubnąć. Choć to nadal wczesna wiosna kulki pasożytujące na drzewach są już zbyt dojrzałe, zbyt żółte. Ich miąższ nie przypomina galaretki jak we wcześniejszym czysto białym stadium. Rozgryzam kilka i wypluwam. Trociny. Jest już za późno.
Wyżej otwiera się piękny widok na ośnieżony wulkan, dołączamy do gruntowej drogi, wlokącej się wcześniej kilometrami przez lawę. W tunelu z drzew zachowały się zlodowaciałe zaspy i czasem blokują nam przejście. Most na potoku jest zarwany, zasypany zwałami spróchniałych pni. Przechodzimy ostrożnie, z emocji zapominamy nabrać wody. Przypomina mi się już ponad piętrem karłowatych buków, jeszcze bezlistnych na piaszczystej wulkanicznej wydmie. Pod nami, kilkaset metrów niżej błyszczy błękitne jezioro, niemal nierealne wobec kilometrów lawowej pustyni za nim. Tylko w kilku miejscach zadomowiły się drzewa. Poza nimi krajobraz aż po horyzont jest jednolicie beżowy z plamami czerwonych wzgórz. Siadamy żeby porównać to z mapą. Nie widać na niej źródeł czy rzek, jest tylko duża laguna, ale trzeba by do niej zboczyć 8 kilometrów. Pomimo tego rozważam czy tam nie zejść. W lawie trudno o dobre miejsce na biwak. Jose nie chce, szkoda czasu, więc siadam, a on wraca do zwalonego mostu po wodę. Bez plecaka jest bardzo szybki, to chwile. Kilkanaście minut, które pozwala mi na nieograniczone lenistwo. Patrzę na araukarie, na wydmy polerowane przez wiatr, na piach podnoszony z każdym silniejszym podmuchem. Ptaki żerują w bezlistnych gałązkach buków. Wiatr marszczy im piórka na głowach. Jest tak cicho.
Przed nami ostatnia plama araukariowego lasu. Tuż przed przełęczą. Ze zdziwieniem odkrywamy tam spory strumień. Powrót po wodę był niepotrzebny.
Za lasem wychodzimy na gołe lawowe pola. Na przełęczy stoi szlakowy znak- rozwidlenie ścieżek. Kiedy zastanawiam się ostatni raz czy nie zejść nad jezioro na zboczu, które tak mi się podobało, po plamach śniegu regularnych jakby je tam ktoś postawił w szeregu pnie się motocykl czy motorower. Dociera do nas warkot silnika, na zboczu zostaje ślad. Po chwili mija nas jeszcze dwójka mężczyzn. Twarze zakryte kaskami, widzimy tylko oczy. Machają, pozdrawiają. Odpowiadamy z opóźnieniem.- Chuligani- mówi Jose, poruszanie się pojazdem z silnikiem jest w chilijskich rezerwatach zabronione. Pomimo tego nie raz widywaliśmy już ślady kół. To ogromne przestrzenie, motory są szybkie, nikt tego nie da rady wyłapać.
Z ulgą schodzimy z rozjeżdżonej drogi. Ścieżka pnie się lekko pod górę po lawie. jest doskonale oznakowana, znak na znaku, ale poprowadzona potwornie zawile. W górę w dół, zawijasami, pętli tak, że niemal da się te pętle przeskoczyć, kusi żeby to uprościć, skrócić, ale może był w tym jakiś sens? Lawa jest delikatna, może ten dziwaczny tor przeszkód ją chroni? Posłusznie przesuwam się wzdłuż znaków. Jose to denerwuje. Nie lubi lawowych pól, jest zły, że nie poszliśmy łatwiejszą drogą, mam wrażenie, że zły na mnie, choć przecież decydowaliśmy razem. -Nie mamy wody- pospieszam go- musimy dojść na noc do lasku, tam pewnie znajdziemy jakiś strumień- naginam rzeczywistość. Bo tak naprawdę może nie być tu żadnej wody. A mamy resztki, wszystko wypiliśmy.
-Ile to kilometrów? -Dwa- sprawdzam- a ile przeszliśmy?- Niecałe 5.
Nie ma co gadać nasze szanse są marne. Nie da się biegać po lawowych polach.
Słońce kładzie się na araukariach, tu karłowatych i pokrzywionych. Na wulkanie Tolhuaca za naszymi plecami zapala się pomarańczowy blask. Linia światła wędruje w górę po zboczu. Kiedy zanurzamy się w lasku zapada zmrok. To gąszcz na bardzo stromych skałach. Gdyby nie szlak nie dałoby się tędy przejść. Brniemy tunelem w bambusach wśród potężnych obrośniętych białym porostem pni. To tak nierzeczywiste, tak bajkowe… chciałabym fotografować, ale musiałabym zmienić obiektyw, a nie mam czasu. Śledzimy pomarańczowe znaki, przebijamy się przez bambusowy gąszcz. -Jeszcze ze 20 minut do zupełnej ciemności- mówię kiedy mijamy polankę, ubita glina (może stara wyschnięta kałuża?) jest płaska, zmieściłaby nasze namioty. Jose też się rozgląda, ale nie staje. Kilkaset metrów dalej grunt robi się nieco grząski. -Woda?- patrzymy na siebie? – Słyszysz? Gdzieś tu jest potok! Jose zrzuca plecak i wspina się nieco wyżej. W załamaniu skał widać strumień, niewielki wodospad pojawia się na kilku metrach, może dwóch i wsiąka w grunt.
Wracamy do obiecującej polanki. Jose zabiera wszystkie butelki i latarkę, ja stawiam namioty. Zdążyliśmy!- śmieję się kiedy wypakowuje torbę z wodą.
Już dnieje. Widok na wulkany zasłania linia pojedynczych drzew. Pnie są pokręcone, wplątane w pumeksy tak, jakby lawa dotarła do ich stóp i tu skamieniała. Na stożkowy wierzchołek wulkanu Lonquimay nawija się cieniutka warstwa mgły, bajkowa, nierzeczywista. Szukam miejsca skąd byłoby to lepiej widać, próbuję sfotografować kłębowisko pni. Na palniku zaczyna się gotować wrzątek. Myślę, że gdybym wczoraj odpuściła, gdybyśmy rozbili namioty, nie znaleźlibyśmy tej tak przecież bliskiej wody. Plusk wodospadu tu nie dociera. Nie wiedzielibyśmy o nim i to byłby smutny biwak bez herbaty, bez porannej owsianki i wieczornej zupy. Bez mycia zębów.
Szlak nadal biegnie gąszczem araukarii. Jose to cieszy, woli iść po igliwiu i glinie niż kicać po szorstkich pumeksach. Ścieżka jakby to brała pod uwagę. Kiedy wychodzimy tuż pod przełęczą lawowe osypiska są już skruszałe do piachu i choć za moment znów utkniemy w skalnej stromiźnie widać już łatwiejszą dolinę.
Za lasami, za rzeką i droga wynurza się kolejny wulkan- Conguillo. Piekny i biały.
Patrzę na mapę, to park narodowy, ale nie da się go niestety przejść. Wyznakowano tylko urwane ścieżki. Jednodniowe, krótkie. Zbocza zbyt strome, może dlatego nie poprowadzono trawersu. Dolina poszerza się depczemy zimozielone roślinki z kolorowymi jaskrawymi jagodami. Białe, czerwono różowe. Szlak trawersuje zbocze wulkanu Lonquimay z tej strony mniej dramatyczne, choć pięknie owinięte falbanką mgły. Wulkan Tolhauca wygląda jakby dymił i choć wiem, że to tylko chmura oglądam się za nim dopóki nie zasłoni go stok. Chrzęszczą kamyki. Na podejściu zrywa się wiatr. Jose czeka na mnie na skalistym grzbiecie.
Schodzimy łagodnymi zakosami. Na rozstajach wybieramy ścieżkę prosto w dół. Nie mam siły na kolejne piarżyska, nie mam siły podchodzić w stronę deszczowych chmur, może w chmury, zresztą tam trafilibyśmy na budkę strażnika, a tu tylko na solidny płot. Przechodzimy, przerzucamy plecaki, oddychamy z ulgą i z kilometr czy dwa niżej wpadamy na rozsierdzonego faceta. Ubrany w czerwony dres, w towarzystwie dwój jazgotliwych piesków zrzuca z paki samochodu pocięte pnie.
_-Zawsze lepiej udawać idiotę- mówi Jose kiedy mężczyzna wreszcie się od nas odczepia i pozwala przejść. -Co mu powiedziałeś?-Pytam, bo wcześniej wolałam się nie wychylać. – Że zabłądziliśmy pod wulkanem, wystraszyliśmy się i chcieliśmy jak najszybciej wrócić do ludzi. Zeszliśmy, przeszliśmy przez parkowy płot i tam nie było tabliczki z zakazem przejścia. I przeprosiłem.
Faktycznie wyraźny zakaz wisi na uzbrojonej jak zasieki w okopie bramie. Płot jest wysoki, poowijany kolczastym drutem. Z trudem się przez niego gramolimy, a facet oddalony o niecałe 100 metrów patrzy, choć mógłby otworzyć.
Po drodze, już niedaleko szosy mijamy kemping. Zerkam z nadzieją, ale nie mamy zapasów i Jose ciągnie do Malalcahuello. Trzy czy cztery kilometry asfaltu dłużą się. Mży, pobocza porastają łany kwitnących łubinów, jak w Skandynawii. Każdy kolejny kemping budzi mój zachwyt i rozczarowanie, bo go mijamy. Wieś jest rozwlekła, znajdujemy spory sklep, ale restauracje i bary są pozamykane, czynna tylko przydrożna burgerownia. Jose zjadłby cokolwiek, już natychmiast, ale ja takich rzeczy nie jadam. Wszystko pszenne, mięsne i tłuste, brzydzi mnie. -Jedz, poczekam- mówię, ale tak to on nie chce. Dopiero wyżej w jednym z ostatnich zabudowań przy szosie, na dużym i bardzo ładnym kempingu udaje nam się zamówić normalny obiad. Pani otwiera restaurację tylko dla nas, gotuje kurczaka na parze (pysznie o dziwo), brokuły i ryż, jest zupa przypominająca warzywny rosół i deser- coś jak budyniowa galaretka o smaku skórki z cytryny. Jest kawa. Wszystko to pyszne i niestety drogie. Cena kempingu 100 dolarów za domek już nam się nie mieści w głowach. Choć jestem tak zmęczona, że chętnie bym to jednak zapłaciła. Jose się upiera żeby iść dalej. Tańszy domek znajdujemy przy sklepie. Właściciel już odjeżdża, kasuje tylko 50 000 pesos (50 dolarów) w gotówce i znika. Jest piec, ale nie mamy drewna, jest toaleta, ale już po chwili zatkana, jest czajnik, ale wysadza korki i ciepła woda, która znika po 3 minutach. Żeby znów była ciepła należy ją od nowa odkręcić, więc prysznic jest naprzemienny, ciepło zimny. Ja marznę, Jose nie narzeka. Za oknem zaczyna się zapowiedziana burza. Leje jak z cebra temperatura jest bliska zera. Żadna z moich beztrosko upranych rzeczy nie wysycha. Jose odziany w pelerynę wraca do sklepu i dokupuje torbę słodyczy i białe wino, zawsze to coś. Do toalety chodzimy za chatkę, z łopatką, którą noszę na wszelki wypadek. W sąsiednim domku buzuje komin. Z wnętrza słychać roześmiane głosy. -Mieszkają tam robotnicy drogowi- mówi Jose- to domki dla pracowników, nie dla turystów, właściciel nas tu wpuścił z litości.
„Wspaniale” myślę „litość za 50000 i bez rachunku”.


































































































