czarno-białe

Jak pewnie już wiecie, wciąż robię zdjęcia na filmach (wyjątkiem była Korsyka w 2007 roku… i niestety nie byłam z siebie zadowolona). Filmy mają magiczną moc i jakmś cudem, udaje mi się na nich utrwalić więcej niż  na mojej nienajgorszej cyfrowej lustrzance.

Zabieram je sobie w góry w pudełczkach, a potem pakuję w woreczki i wkładam na dno plecaka. Całkiem przyjemny rytuał. Co dzień kolejnych 16-18 klatek. Starannie wybranych, tylko tych, które wydały mi się naprawdę warte utrwalenia. To też bardzo lubię. Skupienie, które towarzyszy każdemu naciśnięciu migawki i nieodwołalność takiej decyzji. To ta chwila zostanie ze mną na zawsze… tylko ta.

Kiedyś całkiem przypadkiem zaplątał mi się w plecaku czarno-biały film. Był sam koniec września, mętna, niezbyt przyjemna pogoda, pierwszy śnieg. Zobaczcie sami:

Dwa  dni w masywie Posets- Maladeta w Pirenejach. W czerni i bieli.  Jak wam się podoba?

PS: i jak chcecie popatrzcie jeszcze tu :)

 

 

Share

Najprostsze fotografie

Robię zdjęcia na kliszy, wiem to staroświeckie, niepraktyczne i drogie. Mam swoje powody. Jednym jest przywiązanie do bardzo starego i bardzo dobrego aparatu.  Drugim to, że zdjęć na kliszy jest mało. Robię je tylko wtedy kiedy naprawdę czuję, że warto.

Wciąż pamiętam te wszystkie chwile.  Pamiętam zimno październikowego poranka w Cabana Rialb, kiedy słońce oświetlało tylko grań Pica d’Estanyo. Poranek w Cabana Plan d’ Aniz, kiedy gotując herbatę czekałam, aż słońce zejdzie niżej po stokach Sierra de Gabas. I chwilę kiedy zza zielonych pagórków zaczęła wystawać zaskakująca strzelista sylwetka Castello Mayor.

To takie proste zdjęcia. Niemal nic na nich nie ma. Sama się zastanawiam czemu tak bardzo je lubię :)

Share