zimą przez tajgę cz9- Mattit Ravadas

Początkowo planowałyśmy wyjść wcześnie, ale to już tradycyjnie nie wyszło. Dzień był piękny, ustawione przy schronie mapki kusiły letnimi szlakami. Nasi poprzednicy poszli inaczej, ale był też jakiś blady ślad w górę. Założyłam foki i zaryzykowałyśmy. Ślad wspinał się na łyse wzgórze, widziałam go przez jakiś czas. Potem skręcił, prawdopodobnie prowadził do Mattit Ravadas. Nie widziałyśmy letnich znaków, ale byłyśmy już ponad lasem więc szłyśmy po prostu do góry. Ze wzgórza był wspaniały widok. Łyse pagórki wynurzające się z porośniętych dolin.  Wietrznie, znany mi z Finnmarksviddy wędrujący śnieg i charakterystyczne pasiaste zaspy. Pięknie. Czekałam chwilkę na Agnieszkę, która z uporem unikała fok. Dobrze mi tam było na wzgórzach. Lubię otwartą przestrzeń. Bardzo nie chciałam z niej schodzić więc rozwinęłyśmy mapę. Jak na zamówienie pojawił się skuter i sympatyczny hodowca reniferów wytłumaczył nam jak dojść do Mattit Ravadas. Rozmawiała z nim głównie Agnieszka, byłam zbyt zajęta fotografowaniem i potem, kiedy przyszło nam decydować w terenie miałyśmy dwie różne wersje. Zgodnie wybrałyśmy dłuższą. Minęłyśmy stado reniferów. Dotarłyśmy do  szlaku skuterowego, a kiedy wydawało mi się, że odchodzimy zbyt daleko na zachód poszłyśmy bez śladu w kierunku gdzie powinien biec letni szlak. Znalazłyśmy go, zlekceważyłyśmy (wchodził w krzaki) i znów odnalazłyśmy przy wiosce poszukiwaczy złota. Zimą wyglądała na opuszczoną. Zasypane domki, ośnieżone koparki, jakieś kopalniane i gospodarcze sprzęty. Nie podeszłyśmy blisko. Pomarańczowe słupki letniego szlaku, czasem widoczne spod zasp skręcały w prawo. Doprowadziły nas na łysy grzbiet, na stoku pojawił się samotny domek. W zawiei wyglądał jakby się wynurzał z mgły. Skręciłyśmy zobaczyć i okazało się, że to lotnisko, służące poszukiwaczom złota. Chatka była otwarta, obwieszona zdjęciami. Na jednej z pozostawionych tam map leżała martwa mucha. Najpierw miałam zamiar ją strącić, ale pomyślałam, że może to znak. Z przymrożeniem oka, rzecz jasna. Otóż leżała na trasie, którą zaplanowałam przed wyjazdem- pominiętym skrócie prowadzącym do Lemmenjoki przez Morgam Vipus…. Hmm…

Przedsionek był zasypany-nawiało przez nieszczelne drzwi. Nie było pieca i pryczy, ale i tak byłoby to dobre miejsce na nocleg. Nie zostałyśmy, było wcześnie, a w dół prowadził narciarski ślad. Dwie osoby przyszły tu i wróciły. Pomyślałyśmy, że doprowadzą nas do Mattit Ravadas. Nasza mapa nie pokazywała tego przejścia, generalnie brakowało jej połowy szlaków, moja nawigacja sugerowała inne zejście, ale ślad to oczywiście ślad. Zawsze lepszy niż nic. Poszłyśmy. Panowie poprzednicy (nie wiem czemu zawsze podejrzewam płeć męską) wyprowadzili nas na zarośnięte zbocze. Pulki Agnieszki wpadły tam w istny szał, wykonywały piruet za piruetem, raz nawet udało im się Agę wywrócić. Moje (stare, więc mniej narowiste) zawieszały się co jakiś czas, a to zainteresowała ja gałąź, a to brzozowy pień, ale bez złych zamiarów. Współpracowałyśmy.  Czym niżej tym mniej nam dokuczał wiatr. Z góry widziałyśmy dolinkę rozrytą przy poszukiwaniu złota. Porzucone na zimę koparki. Jakieś inne niezidentyfikowane instalacje. Zbocze opadło nad strumyk. Tam też działali górnicy. Koparki, beczki, dalej sauna i domek. Wszytko to przysypane śniegiem, nieskazitelne jak na bożonarodzeniowej pocztówce, oświetlone niskim światłem, rozłożone malowniczo wzdłuż rzeczki. Na ścianie para drewnianych rakiet. Dalej ruina domku, meandry rzeczki, w końcu las. Jak się cieszyłyśmy, że nie uwierzyłyśmy mojej nawigacji i wykorzystałyśmy ślad! Doprowadził nas precyzyjnie do chatki. Była nowiutka, czysta, wyposażona w wydajny piec. Nasza rzeczka nie zamarzła na bystrzach i udało mi się dosięgnąć wody wiadrem (zawieszonym na linie zabranej jako hamulec do pulek). Piękny dzień.

Chmury przyszły już po zachodzie słońca. Noc była ciemna i ciepła. Nie było zorzy.

Share

zimą przez tajgę cz8 Morgamoja

Byłyśmy już w drodze od 9 ciu dni i coraz częściej musiałyśmy coś naprawiać. Przed wyjściem Agnieszka pokleiła dziury w swoich „skarpetach” (zrobionych z worków po chlebie), ja poszukałam kolejnych rozdarć w spodniach (z pertexu, cieniutkich i lekkich, ale wymagających przeglądu co jakiś czas). Nie wkładałam woreczków foliowych do butów. Zastanowiłabym się nad tym gdybyśmy sypiały w namiocie. W chatkach mogłam wysuszyć wkładki więc wilgoć nie była problemem.  Wahałam się czy nie założyć fok, ale jakoś mi się nie chciało. Odchodziłyśmy od rzeki. Droga wspinała się sosnowym lasem. Była przejechana skuterem, dość twarda i czasem wymagała jodełki,ale o dziwo nie było to bardzo ciężkie. Na przeciwległym zboczu widziałam granicę gdzie sięgnął szron- pobielone drzewka na grzbiecie. Prowadziły na Morgam Vipus i gdyby nie zmiana planów musiałybyśmy się przez nie przedzierać. Gęsto i stromo…a jednak trochę było mi żal. Może przez szron, śliczny, kuszący, intrygujący, bo na sosnach nie brzózkach. Nie pomyślałam, że skoro idziemy do góry też trafimy na oszroniony las. Nie był daleko, tuż za miejscem biwakowym, bez chatki, ale z toaletą i drewutnią. Nowiutkie budynki pachniały świeżym drewnem. Stanęłyśmy na chwilkę, bo miałyśmy czas i zapasy, które miło było chrupać w ładnym miejscu.

Szlak był letni,  znakowany na drzewach. Las wydawał się monotonny, ale wciągnęło mnie wyszukiwanie graficznych kadrów. Wcale niełatwe. Agnieszka w tym czasie gnała do przodu zupełnie nie zainteresowana szronem. Trudno mi go było sfotografować, nawet jak zmieniłam obiektyw. W naturze wyglądał bajkowo, nierzeczywiste odbarwione kolory i pojedyncze plamki pomarańczu- szlakowe znaki i znikająca na horyzoncie Leśna. Wcześnie dotarłyśmy do Morgamoja. Chatka była duża i ciepła. W kominku żar pozostawiony przez poprzedników. Dosłownie deptałyśmy im po pietach. Było ich dużo, mieszkali w obu chatkach (darmowej i do wynajęcia). Mieszane towarzystwo. Panie wydeptały ślad do toalety, panowie obsikali cały teren. Na pewno nie byli Finami- oni tak nigdy nie robią. Tak jak poprzednio nie zostawili wpisu w chatkowej książce. Pewnie jakaś komercyjna grupa.

Wydeptali też ślad do rzeczki, więc z radością wydobyłam wodę. Tego wieczoru nie musiałyśmy topić!

Zaoszczędzony czas wykorzystałyśmy na narciarską wycieczkę. Wcześniej wiatr zabrał Agnieszce torbę foliową. Wyprawa ratunkowa udowodniła, że da się iść przez kopny śnieg. Bez pulek, bez plecaków, ale teraz to nie miało znaczenia.  Na stromiźnie było oczywiście ciężko. Podobnie w krzakach. Agnieszka znów była dużo szybsza. Role odwróciły się na zjeździe. -Jak ty to robisz że skręcasz? -usłyszałam na jakimś szybkim kawałku. Dopiero później odkryłyśmy, że moje narty po prostu są skrętne. Wystarczy przenoszenie ciężaru ciała. Zawsze niestety jest coś za coś. Idealnie byłoby podchodzić na sztywnych deskach Agnieszki i zjeżdżać na moich…

Wycieczka zajęła nam czas prawie do zmroku. Nie zdobyłyśmy Wzgórza Petronelli, miało drugi, odległy wierzchołek, ale wyszłyśmy ponad las i złapałyśmy telefoniczną sieć. Cieszyłam się, że mogę zadzwonić. Rok wcześniej urodziła się moja młodsza wnuczka. Z powodu jej planowanego przyjścia na świat wyjechaliśmy z Jose już w lutym i wybraliśmy cel  bardzo na południu (jak dla nas). W ten sposób jako pierwsi przeszliśmy zimą Lofoty.  Najwyraźniej to zasługa wnuczki :)

Rano widziałyśmy wspaniały wschód słońca w oszronionych brzózkach. Piękne miejsce.

Share