zimowa Laponia- podsumowanie sprzętu

Ponieważ kilkoro z Was myśli o powtórzeniu tego wyskoku, spisuję na bieżąco wady i zalety zabranego do Laponii sprzętu.

narty- moje Atomic Rainier (ze Sklepu Podróżnika) spisały się doskonale. Na łusce można podejść na tak stromą górę, że wcale niełatwo z niej zjechać (sprawdzone na lodzie). Zjazd (zwykle pługiem, inaczej nie umiałam, muszę poćwiczyć) da się wykonać nawet w najgorszych warunkach, na lodzie czy zboczu o zmiennej miękkości,  pojeżdżonym przez skutery, usianym skałami. Narty mają solidne krawędzie, łatwo nad nimi zapanować, można się spokojnie rozpędzić. Zjazd z pulką wymaga sporo miejsca. Trzeba o niej pamiętać i zakręcać płynnie szerokimi łukami. Inaczej ładunek, albo rozpędza się (na lodzie) i mocno szarpie (nic dziwnego, działa siła odśrodkowa), albo przechyla i wbija w śnieg lub od razu wywraca. Dla ludzi lubiących ostre zjazdy przydałaby się walcowata pulka niewrażliwa na wywracanie… pomyślę chyba z czego by tu ją zrobić :)

Długość nart- 192 cm, która wydawała mi się początkowo zbyt duża była w sam raz. Mam długie nogi i nie miałam problemu w podchodzeniu jodełką, a duża powierzchnia powodowała, że mało się zapadałam.

Wiązania X-Trace spisały się świetnie. Nie zamarzały, działały na każdym mrozie, da się w nich wygodnie jeździć. Nie pozwalają na wysokie podniesienie pięty, ale to nie przeszkadza w odbiciu i dobrze się w nich idzie i jedzie.

Foki Contour miały dobry klej i mocowania, jedyny problem z nimi wystąpił kiedy zrobiło się ciepło. Piły wodę jak smoki i przymarzałam do podłoża. Na szczęście miałam drugie na zapas. Jednym z kłopotów przy mieszkaniu zimą w namiocie jest brak możliwości wysuszenia fok. Trochę pomaga smarowanie woskiem (suchych fok oczywiście), ale problem wraca.

Pulki z wędkarskich sanek sprawdziły się nieźle. Ja byłam ze swojej zadowolona, Jose marudził, że ma zbyt mało miejsca. Wadą (ale ma ją ogromna większość pulek) jest brak możliwości bezstratnego ciągania ich po asfalcie. Niestety nawet srogą zimą ludzie odśnieżają drogi i każde zejście do miasta kaleczy płozy przez co stają się coraz mniej śliskie.

Na pulki ładowaliśmy nieprzemakalne torby- Jose wielkiego Ortlieba, ja osiemdziesięciolitrowego Kwarka. Przy suchym śniegu to niepotrzebne wystarczy zwykła tkaninowa torba (jak żółta na pierwszym zdjęciu- moja torba podróżna przewiozłam w niej samolotem w jednym bagażu pulki i plecak), kiedy jest mokro te nieprzemakalne rzeczy się przydają. Mieliśmy jeszcze plecaki- te same co zwykle (Khumbu Mileta, bardzo już stare) Jose wpinał pulkę w pas biodrowy ja w szelki- tak mi było wygodniej ciągnęłam pasem piersiowym jak hmm… pies czy koń :)

Jak już pisałam Jose zabrał zupełnie inny sprzęt narciarski. Skiturowe lekkie narty i skiturowe wiązania. Na szczęście wziął górskie buty nie skorupy. Narty okazały się lepsze od moich w głębokim, sypkim śniegu (są twarde, a moje się gięły pod stopą), ale we wszystkich innych sytuacjach były wolniejsze i sprawiały znacznie więcej kłopotów.

Wcale nie zjeżdżało się w nich lepiej niż w moich z wolną piętą (możliwe że to trochę wina braku narciarskiego doświadczenia Jose), nie dało się w nich jechać, tylko chodzić (nie ma możliwości odbicia), wymagały stałego używania fok, a z tymi mieliśmy sporo kłopotów. Jeden zestaw od razu stracił klej, w drugim padł przedni zaczep. Ponieważ foki są na nic na lodzie kilka ostatnich dni było trudnych i były fragmenty, na których Jose szedł bez nart. Lód był na szczęście wystarczająco twardy. Górskie sztywne buty (model z wyjmowanym botkiem Bestarda) wymagały obklejania stóp kupą plastrów, a i tak nie udało się uniknąć obtarć. Były natomiast idealnie suche i bardzo ciepłe. Jose wkładał do nich dwie pary Walonek na raz. Nie wilgotniały.

Moje kaloszki (śniegowce Sorela) spisywały się nieźle, ale filcowy botek wymagał codziennego suszenia (nie wkładałam woreczków foliowych do butów, spróbowałam i jakoś mi nie pasowały). W ciepłe dni nie było to wielkim kłopotem, chociaż jedyne suszenie w warunkach namiotowych to wkładanie do śpiwora (którego też przecież się nie da wysuszyć). Gorzej było przy wielkim mrozie. Filcowy botek przymarzał mi wtedy do wierzchniego buta i bardzo trudno go było wydobyć. Pomagało trochę włożenie na botki moich cieniutkich kapci- są śliskie i było je łatwiej wyciągnąć. W celu suszenia, i bo było mi zimno sypiałam w zamarzniętych botkach. Nie wiem czy przez to całkiem schły, ale rano wyglądały lepiej. Buty były bardzo ciepłe i bardzo wygodne. Znacznie bardziej praktyczne w arktycznych warunkach niż górskie. Nie sypał się do nich górą śnieg. Nie wymagały stoptutów. Miękka podeszwa i cholewka nie krępowały stóp i krew mogła w nich krążyć swobodnie. Jedyne co w nich zmieniłam to dodatkowa gruba wkładka (bez niej były za luźne i za zimne od spodu). Teraz na tak długą trasę zabrałabym wkładkę ortopedyczną. Tak płaska podeszwa mocno wymęczyła mi uszkodzoną już wcześniej stopę. Kłopoty zaczęły się dopiero pod koniec, więc prawie nie przeszkadzały mi w drodze, ale teraz muszę się z tym jakoś uporać.

Zabraliśmy zapasowe talerzyki do moich (trekkingowych) kijków, ale nie były potrzebne padł za to wypasiony metalowy talerzyk z narciarskiego kijka Jose.

Sprzęt biwakowy:

Namiot (Tolima II Fjorda Nansena) przeżył dzielnie wichury i mróz, ale ponieważ był mały i letni po kilku kolejnych namiotowych nocach mocno dawał nam w kość.  Nie tyle winien był ten konkretnie namiot, ile samo spanie w namiocie. W warunkach polarnych to trudne i wymaga wielu wyrzeczeń. W sypialni Tolimy jest zbyt mało miejsca na dwoje ubranych w grube puchy ludzi. Nawet nie to, że się nie mieściliśmy, bo ustawieni głowa- nogi spaliśmy tam całkiem wygodnie, tylko o nieuniknione dotykanie do szroniących się nocą ścian. Lodu przy takich temperaturach na pewno nie da się uniknąć, ale gdyby namiot był większy szron nie sypałby się aż tak bardzo na nas. Na pocieszenie- przy dużym mrozie ten szron był suchy więc można go było zwyczajnie wysypać. Lodziły się też śpiwory- wszędzie tam gdzie na nie chuchaliśmy. Obawiam się, że zimą trzeba by zabrać namiot 4-osobowy, a ten z kolei jest ciężki. Reasumując malutka dwójka pozwala nie najgorzej przeżyć, ale jest raczej rozwiązaniem dla twardzieli.

Brak fartuchów śniegowych wymagał okopywania namiotu co nie było problemem, zajmowało tylko chwilę (mieliśmy łopatkę pożyczoną od Pima). Pomimo tego na przyszły raz wolałabym jednak te fartuchy mieć (w 2017 zostały doszyte, dzięki temu namiot przetrzymał huragany).  Obsypany namiot jeszcze bardziej się zmniejszał, a tak nie ubywałoby nam przestrzeni wewnątrz. Na dużym mrozie wszystko upiornie sztywniało i stelaże były odrobinę za długie- moja wina to ja zmierzyłam o ile je skrócić, przydałby się jeszcze z 1 cm mniej. Przedsionki są na tyle duże, że da się tam wstawić małą pulkę i jeszcze położyć na niej plecak- zostaje tylko tyle miejsca żeby wejść. Duża, typowa pulka by się tam nie zmieściła.

Zaletą Tolimy II jest niska waga, po pozbyciu się torby i szpilek to tylko 2,5 kg i niewielka objętość. Materiał jest śliski i łatwo oczyścić go rano ze szronu- po prostu trzepiąc.

Przy bardzo silnych wiatrach na Finnmarksvidda, wiatr ciągnie po ziemi zmrożony śnieg. Wygląda to jak przemieszczający się puch czy delikatna mgiełka. Napotykając jakąkolwiek przeszkodę strumień podnosi się i płynie dalej nawet całkiem pod górę, jak trzeba. Części z tego śniegu udawało się pokonać zamknięte wywietrzniki Tolimy. Nie wpadał do wnętrza sypialni, zawieszał się na siatce, ale ponieważ siatka jest przezroczysta był pierwsza rzeczą, którą widziało się po otwarciu oczu nad ranem- zaspa nad głową.

Do śniegu dostającego się wszędzie trzeba się niestety przyzwyczaić. Nie jest tak szkodliwy jak mogłoby się wydawać. Na mrozie jest suchy, a ubrany grubo człowiek może na nim spokojnie siadać. Nic się nie topi nawet na rękawiczkach.

Poza trudnością z mocowaniem przydługich rurek (co w normalnych temperaturach było niekłopotliwe) namiot dawał się łatwo i szybko postawić nawet na kopnym śniegu. Nie były potrzebne żadne odciągi ( w 2017 przy huraganowym wietrze obydwie pulki robiły za deadmany). Wielokrotnie mocowaliśmy go tylko w 4 punktach na wbitych w śnieg nartach. Śnieg jest miękki i jako materac sprawdza się całkiem nieźle. Moje dwie karimaty plus odblaskowa folia, którą wkładaliśmy pod namiot wystarczały i nocą było mi w zwykle ciepło.

Zestaw złożony z letniego śpiwora (Roberts 700g puchu) puchowych spodni (250g) i puchowej kurtki (400 g puchu)- też Robertsa sprawdził się doskonale. Wychodziłam ze śpiwora od razu ubrana i rozbierałam się dopiero po zwinięciu biwaku. W najgorsze zimno nakrywałam się na to wszystko cienkim śpiworem Jose. Jose kupił Everesta Robertsa w wersji combi- czyli dwa zsuwane śpiwory i nigdy nie potrzebował ich aż tak dużo. Wewnętrzny gruby zupełnie mu wystarczał w namiocie, w cienkim sypiał w chatkach. Ja sypiałam w chatkach w cienkiej bieliźnie i też było mi w miarę dobrze. Czasem jak  zbyt mocno napaliliśmy było mi za gorąco.

Gotowanie:

Zabraliśmy dwa spore garnki. Tytanowy Pima i nasz, stary sprawdzony z grubym dnem. Stalowy z Intersoprtu. Ten nasz pękł już drugiego dnia. W dnie zrobiła się mała dziurka i gar zaczął przeciekać. Porzuciliśmy go w jednej z fińskich chatek. Zostaliśmy z jednym garnuszkiem, martwiąc się czy też go nie uszkodzimy. Troszkę się niestety przypiekł (na niebiesko). Przy rozmrażaniu śniegu schłodzonego poniżej -20 tu stopni trzeba uważać. Najlepiej wlać troszkę wody na dno i stopniowo dorzucać śnieg. Jeśli to niemożliwe najlepiej delikatnie ogrzać małą ilość śniegu i dopiero do tego dosypywać resztę, też stopniowo, bo inaczej to co już roztopione zamarznie. Gotowanie na mrozie i wietrze jest trudne. Próbowaliśmy w przedsionku (da się, ale jest ciasno nawet jeśli wcześniej wyrzucić pulkę) i w namiocie (po uprzednim wyciągnięciu sypialni), ale najlepsze rezultaty udało się uzyskać kopiąc głęboki dołek na palnik, garnek i gaz i nakrywając to z wierzchu pulką. Przy niskich temperaturach nawet tak nie udawało się nam doprowadzić wody do wrzenia, chłodzenie było zbyt duże. Gotowaliśmy na zimowym gazie Primusa, i palniku MSR-a pożyczonym od Pima. To model pobierający płynny gaz i ogrzewający go wstępnie w rurce otaczającej palnik. Działał w każdych warunkach i nie było z nim żadnych problemów. Jedyny kłopot to zamarzanie podstawki (składanej w kształcie motylka- czasem długo walczyliśmy żeby nam się ten motylek rozłożył). Pim pożyczył nam też genialną osłonkę na palnik z grubej aluminiowej folii. Bardzo przydatną.

Mieliśmy 4 duże termosy Primusa (po 1,5l), Jeden z nich padł przedostatniego dnia. Poza tym były bardzo dobre, trzymały ciepło przez kilkanaście godzin (okręcaliśmy je dla pewności ciepłymi rzeczami).

Pasowały do wywierconych przez wędkarzy dziur- trzeba było je tam opuszczać na lince, lód miał grubość ok 80 cm – 1m i do wody bywało daleko (chociaż nie zawsze czasem ciśnienie wyrzucało ją aż na powierzchnię). Przeręble niestety spotykaliśmy tylko sporadycznie. Teraz wiemy już, że rzeczą, której nam brakowało jest długie wiertło do lodu. Jeziora i rzeki są w Laponii dosłownie wszędzie. Wiercenie jest szybkie, a woda ciepła i zmineralizowana. Gdybyśmy jechali na północ jeszcze raz spróbujemy zdobyć lekkie wiertło.

PS: pojechaliśmy w lutym 2017

 

Share

Kasprowy Wierch

W zeszłym tygodniu udało mi się wyskoczyć na chwilkę w Tatry.

Dawno nie byłam na Kasprowym. Od czasu, kiedy co roku, najczęściej wielokrotnie w każdym sezonie, jeździłam tam na narty, minęło już pewnie ponad 25 lat.

Sama góra mało się zmieniła, ale już wyciągi bardzo. Wprawdzie krzesełko na Goryczkowej (wciąż równie  twarde i lodowate) nadal trafia nieświadomego użytkownika z niespotykaną gdzie indziej mocą, ale już na Gąsiennicowej jeździ nowa miękka kanapa. Jeździ pusta, podobnie jaj jej drewniana sąsiadka, bo na Kasprowym prawie nie ma ludzi.

Prawdę mówiąc nie jeździł tam niemal nikt. Trudno się dziwić, bo trasa po każdej stronie wprawdzie szeroka, ale tylko jedna, a wyższe partie – niegdyś najtrudniejsze, bo strome, zagrodzono i teraz zjazd nie przekracza trudnością czerwonych alpejskich nartostrad.

Zniknął też słynny pas goryczkowych muld… stok wyratrakowany prosty i gładki… szkoda :). Omijać jest wprawdzie co, bo nikt nie zasypuje pojawiających się w wielu miejscach kamieni (chociaż panowie z łopatami po stoku jeżdżą), ale całości daleko do urozmaiconych współczesnych terenów narciarskich Alp. Jedyną, niepodważalną zaletą jest fakt, że Kasprowy jest w Tatrach i że jest nasz. 

Nie jest niestety tani, całodzienna jazda kosztuje trochę drożej niż w Alpach, noclegi i parkingi są sporo droższe, jedzenie chyba w podobnej cenie. Pojechałam tam tylko na jeden dzień, bo chciałam zobaczyć jak jest.  Było pięknie… zwłaszcza,  że wierzchołek Kasprowego- tylko kilkanaście metrów, tak od dachu stacji kolejki- wystawał ponad chmury. Naprawdę bajka :)

Wieczorem zjechałam do samochodu i wróciłam na skiturowych nartach.

Skitury to coś czego wcześniej nie próbowałam, a nadarzyła się świetna okazja. Córka pożyczyła mi swoje, kupione kiedyś w necie przepięknie różowe narty. Nigdy chyba nie używane, nietaliowane, długie i  bardzo ciężkie, ale jak się okazało wyposażone w kultowe wiązania Silveretta 404. Chłopak w serwisie  nie wziął ani grosza za ich regulację (nie pasowały do mojego buta). Powiedział, że cała przyjemność po jego stronie, bo dotąd nie miał jeszcze okazji żeby sobie ten model obejrzeć (był na to zbyt młody :)). Wiązanie świetne, wszystko trzeba w nim robić ręką, ale powinno się wypinać i podobno nie da się go niczym zepsuć. Różowe foki też okazały się nie najgorsze, na podejściu trzymały wręcz idealnie, w dół wydawały się bardzo tępe, zdejmowałam je do każdego zjazdu.

Jazda na skiturach okazała się fantastycznym doświadczeniem. Podchodzi się szybciej i bezpieczniej niż w rakietach. Można poruszać się pod górę wprost po mocno nachylonym zboczu, po bardzo stromym też – zygzakiem. Nartę udaje się utrzymać nawet na prawdziwej stromiźnie. Trudniej na takim podejściu zakręcić, ale to już chyba troszkę problem mojego braku praktyki i nadzwyczajnej długości różowych nart… ciężko podnieść tak wysoko nogę i odwrócić nartę na mocno nachylonym zboczu- ale zabawa świetna :)

Niepodważalną przewagą nart nad rakietami jest też zjazd. Wprawdzie nie ze wszystkich miejsc gdzie zdarzało mi się schodzić w rakietach (a czasem bez)  udałoby mi się zjechać na nartach (zwłaszcza w gęstym śniegu z ciężkim plecakiem), ale z niektórych na pewno tak.  Tym razem dało się łatwo i wygodnie zjechać nartostradą z Kasprowego… i to jedna z zalet Tatr- wszędzie jest blisko.

Na Kasprowy można podejść z kilku stron, a najbardziej popularna trasa wzdłuż zjazdu na Goryczkowej jest chyba najmniej ciekawa.

Ja zdążyłam podejść dwa razy:

z Hali Gąsiennicowej- w końcówce jest bardzo stromo, a na samej górze ratrak zrzucił mnóstwo zlodowaciałych grud.  Da się  po tym przejść, ale nie jest miłe. Można też pójść trochę bardziej w lewo na grań.

– i od strony Myślenickich Turni- zielonym pieszym szlakiem.

Ciekawa trasa z pięknym widokiem i kilkoma trawersami gdzie mogłam poćwiczyć  zygzaki i zbadać na jak stromym stoku uda mi się utrzymać.

W lasach poniżej hal wyznaczono kilka łatwych, ale też ciekawych narciarskich tras. Bardzo ładna okazała się leśna ścieżka z Goryczkowej na Myślenickie Turnie-  stromy trawers z przez kopny śnieg z pojedynczym śladem nart ( nie wiem czy bym go znalazła bez śladu).

Fajne było zimowe wejście do Murowańca przez Boczań (chociaż zaskakuje na nim znak ostrzegający przed lawiną… szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie skąd mogłaby tam spaść, idzie się pod sam granią, chyba żeby na krótkim kawałku pomiędzy Kopami?)

Miło było podejść nocą na Kondratową- w tygodniu całkiem pustą- i wypić grzane wino.

Nie udało mi się niestety wyjść wyżej. Trochę ze względu na ograniczony czas, ale najbardziej z powodu zagrożenia lawinami- była trójka i w schroniskach odradzano Kopę Kondracką i Kondratową Przełęcz. Może innym razem. A poza tym… Giewont równie majestatyczny jak zwykle…

Murowaniec  nastrojowy jak za dawnych dobrych lat…

Tylko ludzi jakoś dużo mniej.

Może to wina zimy? :)

Share
Translate »