Chodnik jest jasny i gładki. Blask razi w oczy. Dalekobieżny autobus wydaje się nieproporcjonalnie wysoki, z pięterka gdzie siedzieliśmy przed chwilką (z przodu nad kierowcą) macha do nas długowłosy chłopak. Nie wiem gdzie schowałam okulary, więc zamykam oczy. Pod powiekami przesuwają się kilometry pyłu. Łany kalifornijskich maczków, malutkie domki często sklecone z byle czego otoczone wspaniałymi ogródkami. Suche wzgórza. Kępy półpustynnych drzew. 150 km, które dzieli nas od Santiago minęło nieproporcjonalnie szybko. Czuję się zdezorientowana. Różnica czasu (zaledwie 5 godzin w porównaniu z Europą) składa się z ponad dobą w podróży. Noc w hotelu wydaje się ciągiem luźnych klatek przerywanych odgłosami ulicy. Gaz w myśliwskim, jedzenie w supermarkecie prawie europejskim, lecz jednak innym, toaleta za 500 pesos na dworcu autobusowym, pierwsza plama na bardzo jasnych spodniach…
-Prosto i w lewo- mówi Jose i zmusza mnie do otwarcia oczu. Sięgam do plecaka i oddycham z ulgą. Okulary są na wierzchu, zakładam kapelusz. Na stacji benzynowej wisi wskaźnik indeksu UV strzałka wskazuje 11. -Chodźmy coś zjeść- proponuję, nawet nie dlatego, że jestem głodna, ale bo muszę się tu jakoś odnaleźć, muszę zwolnić. Bar jest w podwórku na przeciwko dworca autobusowego. Drugiego, małego, skąd odjeżdżają lokalne busiki. Każde miasto ma taki przynajmniej jeden. Dalekobieżne trzymają się chilijskiej autostrady, głównej arterii łączącej ten strasznie długi kraj. W andyjskie doliny rusza się z mniej luksusowych miejsc. Dworzec jest ciasny, pełen ludzi wykrzykujących kierunki i godziny. Nie umiemy się w tym połapać, więc wybieramy pierwszy kurs w górę doliny. Odjedzie za godzinę.- Zdążymy zjeść?- pyta Jose w barze, wielkim jak stara szkolna stołówka i jeszcze pustym. Korpulentna dziewczyna w białym fartuszku kiwa głową. Ściany pokrywają girlandy chilijskich flag, stoliki kraciaste ceratki. Światło sączy się przez malutkie okienko. Kurczak jest soczysty i pyszny jak nigdzie potem, ryż sypki i polany sosem z pieczenia. Cena malutka. Będziemy za tym bardzo tęsknić.
Plecaki wypełniają pół bagażnika. Siedzenia są pogięte, wyświecone, jakby kiedyś wsiąkła w nie słodka ciecz i bród wprasowany przez setki pasażerów wypolerował się na satynowy połysk. Asfalt znika po kilkuset metrach. Za autobusem wlecze się gęsty pył, jak lisia kita. Wyboje trzęsą. -Popatrz śnieg- wskazuję góry. Jose zerka, a chłopak, który siedzi przed nami odwraca się i mówi, że jest go bardzo mało. Mało śnieżna zima w całych Andach. I zaraz kiedy usłyszy Jose przerzuca się z angielskiego na hiszpański i niczego już więcej nie rozumiem. „Mamy szczęście” myślę.
Stajemy co chwilkę i 30 kilometrów ciągnie się niemiłosiernie. Na koniec zostaje tylko parę osób. Kręcę się niepewnie, zerkam na mapę, ale kierowca sprawia wrażenie, że wszystko wie. -Laguna Encanto?- pyta i nie czeka na moją odpowiedź. Autobus skręca i staje przed rzeką. Kierowca macha żeby już wysiadać. Oprócz nas został tylko młody chłopak zapatrzony w smartfona z plecakiem jakby wracał ze szkoły. Teraz zdejmuje słuchawki i się rozgląda. Z góry podjeżdża mężczyzna na koniu z luzakiem. Chłopak zerka na nas jakby się czegoś wstydził i lekko bez wysiłku wskakuje na siodło. Panowie nie przekraczają mostu zjeżdżają nad rzekę i pozwalają koniom brodzić i pić. Kiedy nas ponownie mijają ojciec odwraca się i pyta, mam wrażenie że raczej retorycznie- Czemu wszyscy przyjeżdżają do Encant? Tu nie ma żadnego jeziora, a tam po drugiej stronie szosy aż dwa. Ale turyści są tu!- Nie wiemy. Idziemy drogą, którą według mapy.cz prowadzi GPT. Każdy samochód wznosi tumany kurzu. Ciężko wybrać na którą stronę uciekać i tak niewiele to daje. Pył osiada na nas, wdychamy go. Za rozwidleniem zatrzymują nas ludzie. Niska kobieta, chłopiec i starszy pan. Pytają gdzie zamierzamy spać i każą zapłacić po 5000 (to mniej więcej 5 euro), nie dużo, ale jesteśmy zdziwieni. Ze dwa kilometry wyżej trafiamy na pole biwakowe z przyzwoitą i czystą toaletą. Zostajemy. Być może za to właśnie płaciliśmy.
Próbuję trzymać się GPT, ale ślad na mapie prowadzi do czereśniowego sadu, ogrodzonego tak, że nie da się przejść. Zwały drewna, kolczasty drut. Wybieram jakiś inny wariant już bez szlaku. To taka sama gruntowa pylista droga. Na szczęście nikt tu nie jedzie. Podchodzimy lasem, krzakami, droga robi się coraz cieńsza i wyżej zwęża się do konnej ścieżki. Ponad lasem wynurza się wspaniały widok. Południowe zbocza Andów są całe białe. Siadamy przy jeszcze pustych szałasach, filtrujemy na zapas wodę. Jest wcześnie, ale dopada mnie senność, chciałabym zostać w tym pięknym płaskim miejscu, ze wspaniałym widokiem. Jednak zmuszam się i ruszam dalej. Jose wcale nie jest zmęczony. Podchodzimy jeszcze kilka kilometrów, mijamy zarośnięty wąwóz z wartkim potokiem. Na wysokich wiechach puya alpestris otwierają się właśnie pierwsze kwiatki. Ich turkusowy kolor (tak jak poprzednio) wydaje mi się nieprawdziwy. Plastikowy. Zostajemy na wypłaszczeniu z kępami kolczastych krzewinek. Ziemia jest pełna króliczych nor i krowich placków. Dobrze, że nabraliśmy wody w potoku.
Do przełęczy zostało 500 metrów podejścia. Stok jest suchy, pylisty i gładki nic nie zapowiada zwałów śniegu, które zaległy po drugiej stronie. Z grani zwisają ogromne nawisy. Skaliste zbocze opada bardzo stromo. Jose schodzi niżej, zerka czy da się stąd zejść, ale stromizna jest tak duża, że znika widok w dół. Na skale wypisano imiona ludzi, którzy tu zginęli. Nie widać stawu Laguna Fria. Nie bardzo rozumiem jak powinniśmy dalej pójść, szlak schodzi i wchodzi, próbuję to ominąć granią, ale nadal jest zbyt dużo śniegu i zbyt stromo. Od Laguna Fria opada linia wyrytej w stoku drogi, której nie ma na mojej mapie. Podobnie w drugiej dolinie. To wydrukowałam sobie z google earth. Zawijasy znikają w lesie. „Drogi prowadzą do ludzi” myślę jak zawsze i próbujemy tam zejść. Stok jest bardzo stromy, ale suchy, bez śniegu i urwistych skał. Kiedy się obsuwamy ostrożnie, zygzakami lata nad nami kondor.
Gdzieś w połowie zbocza w korycie potoku pojawia się woda, ale aż do samego dołu jest stromo. „Droga” to dziwny pas zrównanej ziemi. Jest miękka, musi mieć już przynajmniej kilka lat, bo niżej pozarastał ją las. Brniemy w chaszczach sięgających ponad nasze głowy. Są bardzo gęste. Powolutku zbliżamy się do rzeki. Mam nadzieję, że za nią trafimy na prawdziwą drogę. Nad potokiem wisi spróchniały most, ogromne kłody przysypane gliną rozsunęły się i opadły do wody. Trudno się po tym idzie. Oddycham z ulgą czekając na Jose i zamieram. Na ścieżce leży wąż. Długi na ok 70 cm, brązowo cynamonowy wygięty w łuk. Na widok Jose czmycha w krzaki. „Pewnie nie był jadowity” słyszę i żałuję, że go nie sfotografowałam.
15 kilometrów dalej nasza sytuacja się wcale nie zmienia. Wprawdzie jesteśmy na jakiejś drodze, czasem widać odbity ślad kół, ale nie mamy pojęcia dokąd to zmierza. Zakręt za zakrętem, mijamy wąwozy i grzbiety i wcale się nie zbliżamy do szosy. – Słyszysz?- pyta Jose i za moment ja też słyszę warkot motoru. Za kolejnym potokiem w lesie pracuje koparka.
Z szoferki wychyla się mężczyzna. -Poczekajcie, za 5 minut kończę pracę i was zabiorę- mówi. Czekamy. -Do szosy jest jeszcze 40 kilometrów. Nowa właścicielka doliny Izabela kazała wyryć tu jezdną drogę. Sama przylatuje helikopterem.- Fernando odwraca się do nas co i rusz. -O zobaczcie! tu mieszka.
Nad rażąco sztucznym zbiornikiem stoi zapylony domek, skromny i mały jak wszędzie tu. Z wody wystaje czarna folia- Posadzi się kwiaty- mówi dumnie Fernando- wszystko zakryją, to my zrobiliśmy ten staw. Były dwa zardzewiałe zbiorniki, spytałem Izabeli czy jej się podobają i powiedziała, że nie, więc zbudowałem jej staw.
Samochód trzęsie, patrzę z żalem na zniszczony las, na rozryte koryto potoku. – Izabela nie chce tu nic zmieniać, chroni przyrodę- mówi Fernando- nie wpuści tu żadnych turystów- po co w takim razie ta droga? -pytam, a Jose tłumaczy- zaprosi uniwersytety.
Niżej zabieramy operatora drugiej koparki. Na końcu, już prawie we wsi jest brama. Czekamy aż panowie ją otworzą i znów zamkną na klucz. Wahają się przez moment, zapraszają żeby zjechać z nimi do Curico, ale chcemy zostać i dalej wędrować górami. Odwożą nas w takim razie do Las Quenes. To tu byśmy zeszli gdyby nie śnieg, zaznaczyłam sobie na mapie kemping. Jest zamknięty. W sklepie dowiadujemy się, że jest też drugi, kajakowy za wiszącym mostem. Jest pusty, ale pani spotkana po drodze dzwoni do syna. Płacimy po 10000 i mamy dla siebie cały plac i czajnik. Matheo przychodzi wieczorem pogadać. Pokazuję mu moje mapy i plan, potwierdza, że to się da zrobić. Pod prysznicem zalega kołderka z liści, z sufitu zwisają pajęczyny, zbite z nieheblowanych dech drzwiczki zarósł odwieczny kurz, ale woda jest gorąca jak trzeba i wspaniale się tam wysypiamy.
Kolejny dzień jest w całości pomyłką. Droga, którą wypatrzyłam w google earth prowadzi do plantacji sosen. W lesie pracują mężczyźni, zwalają się kolejne pnie. Czekamy, ale mówią, że się nie da, że drzewa zasiały się i pozarastały wszystko tak, że i oni się nie przebili. Siąpi, zawracamy nie wiedząc co robić i zaczepia nas starszy mężczyzna. Z tej samej ekipy. -Tędy też da się dojść na Cerro Pelado- tłumaczy- Idźcie do końca drogi i potem w górę.
Nie jestem pewna, nie mam takiej drogi na mapie, ale to blisko, najwyżej kilka kilometrów, a z grani powinno się udać zejść, to już sobie wypatrzyłam na mapie. Idziemy wzdłuż rzeki, przechodzimy przez kolejne bramy. Ostatnia jest zamknięta na klucz, przełazimy wierzchem. Mijamy opuszczony dom i bród na potoku i choć Cerro Pelado zostaje z boku nie widać wcale jak można tam dojść. Z góry zjeżdża mężczyzna w pickupie, prowadzi młodego gniadego konia. Jest uprzejmy, dużo mówi i nawet rysuje mi mapę. -Do końca drogi. Przy spalonej łące są ule i wtedy bez ścieżki stromo na grań. Kiedyś już tu szła ekipa na Cerro Pelado -mówi i dorysowuje na mapce wrak. Tu się rozbił samolot. Chcieli zobaczyć.
3 godziny później decydujemy, że trzeba wrócić. Droga opada do koryta rzeki Claro, potencjalnie przechodnia grań została za naszymi plecami. To nie tu…
-Nie rozumiem zupełnie co się stało- mówi Jose- 3 osoby powtórzyły to samo, jak to możliwe, że coś poszło nie tak?- Jest tylko jedno wyjaśnienie – odpowiadam z kilometr dalej- drugi szczyt o tej samej nazwie.
Stajemy i przewijam mapę. -Cerro Pelado o el Manzano- dukam, o i jest jeszcze jeden… Czy to coś znaczy? Co to jest pelado?-pytam- łyse wzgórze- mówi Jose, pewnie wszystkie tutaj są łyse.
Na grani, którą przeszliśmy wczoraj wisi potężny wał burych chmur. „Teraz już byśmy jej nie pokonali” myślę i przyspieszam. -Jeżeli się uprzemy zdążymy wrócić do Matheo przed nocą- mówię i Jose też przyspiesza.
Nie wiemy co robić, po 40 kilometrach leśnych dróg mamy dość, od szybkiego marszu bolą mnie podeszwy stóp. Nic prawie nie widzieliśmy, zrobiłam tylko kilka zdjęć… Nie podoba mi się. Nie podobają mi się zarośla i drogi. A wyżej, tak jak biegnie GPT jeszcze się nie da. Zbyt wysoko, więc zbyt dużo śniegu, a południowe zbocza podobnie strome, jak to, którego nie pokonaliśmy.
Noc jest wilgotna i upycham swój namiocik pod wiatą
Rano wsiadamy w autobus do Curico, przesiadamy się w drugi do Moliny i trzeci jadący w górę doliny. Jeszcze tylko kawałek autostopem i jesteśmy w Radal Siete Tazas. Od miejsca gdzie zawróciliśmy wczoraj dzieli nas w linii prostej 30 km. Doliny podzielone płotami, prywatne drogi ryte od nowa co kilka lat. Galimatias nieponazywanych wzgórz. Przed nami wysokie wulkany. -Teraz się uda- obiecuję Jose- A jak nie, pojedziemy do Argentyny.















































