Wiosna w Andach – wstęp

Od 19 października do końca listopada byliśmy z Jose w Chile. Wiosna w Andach to dość szalony pomysł i takiego właśnie potrzebowałam. Czegoś co burzy ustalone schematy, co wszyscy uznają za niemożliwe, ja też, więc kiedy się wysypie czy nie uda nie muszę się zamartwiać i rozmyślać gdzie się pogubiłam, co zrobiłam nie tak, czy źle. Z góry wiadomo, że wszystko, więc jeśli jednak coś się przypadkiem uda poczuję wdzięczność. Do gór, że mi pozwoliły przejść i przeżyć, do świata, że jest. Że jest ze mną.

W całej mojej wędrownej historii najtrudniejsze i najbardziej szalone były zimowe Pireneje, lata temu, jeszcze przed blogiem. Ruszyliśmy z Jose w góry zimą zanim ktokolwiek inny o tym pomyślał. Wszystko było nowe. Nie mieliśmy wzorów do naśladowania, niczego z czym można by się było porównać. Nie było skąd zdobyć dobrych rad. Wracaliśmy, popełnialiśmy błędy, przejście wszystkich masywów zajęło nam 5 lat, a raczej zim. 5 kolejnych zim. Były fascynujące.

10 lat temu pociągnęła nas zima na Północy i tam też na początku wszystko było emocjonujące i nowe. Ale Europa jest mała, a ja chodzę dużo i od lat. Pireneje nie są już puste nawet zimą, Na północy byłam już prawie wszędzie…

Byłam też w Chile, wiedziałam że wiosna jest tam bardzo trudna. Rzeki wezbrane, wysoko w górach leżą masy śniegu, doliny mogą być upiornie gorące. Nie da się kupić wszystkich potrzebnych map. Nie papierowych. Ale czas leci i nawigacja staje się coraz prostsza. Dużo, w niektórych rejonach wszystkie ścieżki zastały już naniesione na mapy.cz (teraz mapy.com). Rozrasta się Greater Patagonia Trail. I choć tym razem, podobnie jak poprzednio nie uzyskaliśmy żadnej pomocy od jego twórcy Jana Dudecka, nie mieliśmy plików ze śladami naszych poprzedników, informacji o źródłach, biwakach i brodach jakie sobie przekazują od lat, to mogliśmy poczytać ich relacje z lata. Pojawiły się na blogach, na Vikiexplora. Jose trochę się tym stresował. Udało mu się nawet umówić z Janem na czata, ale z nieznanych nam powodów Jan nie oddzwonił. Może bo Jose jest (z wyboru) niegooglalny i nie chciał tracić czas dla „nikogo”? Ja nawet nie spróbowałam. Już poprzednio uznał mnie za wariatkę. Bo wiosna, bo mam kłopoty z jedzeniem, bo uparcie nie używam gps-a, bo hiszpański… Nie chciałam wysłuchiwać tego jeszcze raz. Zawłaszcza, że teraz nie rozmawialibyśmy o przełomie listopada i grudnia tylko o połowie października. A o tym Jan nie ma zielonego pojęcia. Nie przeszedł własnego szlaku nawet latem. Pozbierał piesze ścieżki wyznakowane przez CONAF (chilijskie lasy państwowe) i trasy wypasu stad (czasem to drogi, czasem końskie dukty). Połączył tak jak to robi automat w mapy.cz- drogami. Poprzednio trzymałyśmy się z Jagodą obszarów gdzie były papierowe mapy i tych dróg było bardzo malutko. Teraz kiedy korzystałam z nawigacji odkryłam, że GPT potrafi ciągnąć się szutrówkami po 70 km, po 100… Bywa nawet, że biegnie asfaltem. To zresztą nie jest jego jedyny feler. Przecina liczne prywatne tereny (nie było to konsultowane z właścicielami). Trzeba przełazić przez dziesiątki czy setki kolczastych płotów ozdobionych zakazami wstępu. Raz nie zostaliśmy wpuszczeni i objechanie 6,5 km wymagało 150 km autobusem. Raz nas wygoniono, kilka razy kazano nam płacić. 5 euro, 6 euro, nie dużo, ale za 600m? Raz ktoś nas wywiózł.

Jeszcze przed wyjazdem zdecydowaliśmy, że szkoda czasu i życia na drogi. Są szybkie, są proste, trudno się na nich pogubić, ale nie zostaje po nich w sercu żaden ślad. Znikają z pamięci podobnie jak znika życie w mieście. Mieliśmy tylko 40 dni i chcieliśmy żeby to był czas dla gór.

Planowanie zajęło mi chyba z miesiąc. Cokolwiek wymyśliłam rozbijało się o jakiś nieprzechodni bród, czy strome zejście z południową wystawą prawdopodobnie zbyt ryzykowne w październiku. Odcinki bez sklepu nie były dłuższe niż 160 km, ale każdy z nich miał jakiś feler. Czasem na samym końcu czekała niebezpieczna rzeka i gdyby się jej nie dało przejść, trzeba by wrócić. A to już by było 300km. Stresowało mnie to i kupiłam garmina in reach. W wersji mini nie wydawał się bardzo ciężki. Dawał jakieś poczucie bezpieczeństwa.

Ostateczny plan łączył odcinki starego, już zarzuconego rządowego projektu- Sendero de Chile (wspaniały szlak, niestety nieciągły), wariantów GPT naniesionych na mapy.cz i ścieżek, które wypatrzyłam na google earth.

Chcieliśmy zacząć jak najbardziej na północy (bo cieplej i wcześniej ustąpi śnieg), ale pierwsze dwie próby się nie udały. Nie martwiliśmy się, przejeżdżaliśmy dalej autobusem i próbowaliśmy kolejny raz. Udało się tak jak poprzednio w Radal Siete Tazas. Udało częściowo. Przeszliśmy jak się okazało nielegalnie i o mały włos nie wpadlibyśmy w kłopoty. Baliśmy się parkowych strażników już do końca.

To nie był ciągły marsz. Jeśli na jakiejś z szutrówek trafił się ktoś kto chciał nas podrzucić zgadzaliśmy się i to bardzo chętnie. Ominęliśmy też ok 80 km, które przeszłyśmy wcześniej z Jagodą (z Termas de Chillan do Antuco). I tak w sumie snuliśmy się po jezdnych drogach przez jakieś 5 dni. Ale przez 35 po górach! Nie wiem ile przeszliśmy kilometrów. Niektórych fragmentów nie ma na mapach, dowiedzieliśmy się o nich od ludzi. Wstawaliśmy o świcie, rozbijaliśmy namioty przed zmierzchem. W październiku dzień był jeszcze krótki, pod koniec tak długi, że czułam się stale niewyspana. Tylko dwukrotnie spadł deszcz. Raz nocą przetoczyła się nad nami burza i położyła nam oba namioty. Utrzymaliśmy wspólnymi siłami tylko jeden.

Zaczęliśmy wędrówkę ok 180 km na południe od Santiago, skończyliśmy w Pucon. To był wspaniały czas i choć to nieprawdopodobne w zasadzie wszystko się nam udało. A w każdym razie udało się wystarczająco dużo. Szliśmy pustyniami, lasami, po lawowych polach i w zaroślach bambusów. Czasem po śniegu. Widzieliśmy wulkany i Araukarie. Kąpaliśmy się w gorących rzekach. Tylko w ostatnim tygodniu (w parku narodowym Villarica) widzieliśmy w górach innych turystów. Przez pierwszy miesiąc każdy odcinek trasy pokonaliśmy w tym sezonie jako pierwsi. Nie pierwsi z hikerów, pasterze też jeszcze nie spróbowali przejść. Byli zdziwieni, że udało nam się pokonać brody (najgłębsze jakie przeszłam w życiu). Los nam sprzyjał. Zima 25 była w Andach wyjątkowo mało śnieżna, byłam z Jose i mogliśmy swobodnie rozmawiać z ludźmi. Sama bym tej trasy nie pokonała.

Postaram się to wszystko opisać. Tymczasem wybrałam trochę zdjęć.

Share

6 komentarzy do “Wiosna w Andach – wstęp”

  1. Fantastico!
    Wędrówka w Twoim/Waszym najlepszym, dzikim stylu. Zazdroszczę przygody… Ameryka Pd. jakoś mnie wciąż omija. Covid skutecznie udaremnił nam Patagonię :-(
    Zdjęcia piękne, a zakładam, że to „tylko” zajawka bardziej szczegółowej relacji ;-)
    Z ciekawości: czym Jose pali pod garnkiem na jednej z fotek? Czy to kuchenka na drewno, czy inny wynalazek?
    Pozdrawiam

    1. dziękuję :) to kuchenka na drewno Toaks. Tamtego wieczoru Jose palił w niej krowie placki, bo z jakiegoś powodu szło lepiej niż spalanie patyczków, ale bywało i odwrotnie. To nie jest jakaś wyjątkowa kuchenka, mamy do niej sporo uwag, ale była lepsza niż harcerska składana z 4 płytek, nie wymagała ciągłego wyrzucania popiołu i w wietrzne dni dawała całkiem wydajny płomień.
      pozdrawiam!

  2. Podziwiam Kasiu twoje wędrówki, uwielbiam opowieści o nich. Będę czekać z niecierpliwością na kolejne odcinki i jak zawsze, czytać je z ogromną przyjemnością!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Translate »