Pireneje wrzesień cz8

Dolina Cestrede ma dwa wyjścia- poza zejściem, które już znałam. Niewidoczne na większości map, te najbardziej szczegółowe pokazują albo przerywane szlaki zimowe, albo czarne kropeczki. Nie ma znaków, w wyższych partiach pojawia się kilka kopczyków, które co wyjaśniłam po kilku godzinach wyprowadzają na manowce. Ale to po południu. Rano szłam zacienioną ścieżką dnem pięknej doliny na wprost ściany prawie pionowych piargów. Prawa strona skalista, w jaskrawym słońcu, lewa tak ciemna, że jej nie widziałam. Pięknie. Przy stawku ukrytym w skalnym rumoszu pojawiło się coś prowadzącego w górę, w stronę Col de Hount Herede. Pasowało mi bardzo, gdybym przeszła obejrzałabym nigdy nie widziane miejsce i być może dotarła do GR10 zbiegającego z Refuge Baysselance. Trudno to nazwać ścieżką, raczej dowodem czyjegoś przejścia, śladem kóz ozdobionym garstką kopczyków. Stromo, ruchome piargi, zwykle trawa. Ze 100 m pod granią zawróciłam. Kopczyki znikły, nie miałam pewności, która przełęcz jest która, a zrobiło się upiornie stromo. Nie zeszłam od razu, długo kluczyłam szukając innego przejścia. Nie znalazłam nic przekonującego i z braku innych pomysłów wdrapałam się na pionowe piargi- czyli drugie wyjście z tej doliny- Col de l’Oule. Wyjątkowo parszywe osypisko. Kruche i strome, bez śladu jakiejkolwiek ścieżki. Dalej trawiasta grań, optymistyczna, bo oświetlona i konsternacja jak zejść, poważnie zakłócona widokiem. Tak pięknie, że może wcale nie schodzić…? Nie traktowałam tego pomysłu serio, ale w sumie byłby możliwy. Na ostrej z obu stron grani widziałam fragmenty trawki. W sam raz na mały namiocik. Kłopot z wodą rozwiązałam szukając zejścia. Tuż pod urwiskiem Malh Arrouy opada strumyk, miejscami nawet odrobinę mokry. Znalazłam tam też serię kopczyków i dość ekstremalne zejście z elementami kanioningu. Bardzo męczące.

Rozbiłam namiot na pierwszym płaskim- przy ruinach starej cabany. Nocą przyszła ulewa.  Cieszyłam się, że nie nocowałam na grani. Nawet bez deszczu droga w korycie strumienia wymagała akrobacji, teraz byłoby to zejście z prysznicem. Kiedy wyjrzałam, już nad ranem, w chmurach pojawiła się dziura, która za moment wraz ze wstającym słońcem rozpoczęła popis pod tytułem światło i woda. Deszcz naprzemiennie z czerwonym blaskiem, buro, serie ostrych promyków, w dolinie chmurka… Cieszyłam się że taka śliczna, bielutka. Obserwowałam jak się pięknie rozrasta i (jak zwykle) bardzo zdziwiłam kiedy podnosząc się objęła całą dolinę, w tym mnie.

Długo podchodziłam w mleku. Wieczorem wypatrzyłam wejście na kolejną grań, na oko wybitnie proste. Musiało rzeczywiście takie być skoro trafiłam idąc totalnie na oślep. To po trawkach, to korytem strumyka. Nie miałam nic dla orientacji. A wyszłam 10 metrów przed przełączką (Col d’Aspe) na wydeptaną przez zwierzęta ścieżkę. Robiło się odrobinę jaśniej. Chmury rzadsze, półprzezroczyste, coś tam w nich jakby majaczyło, pomyślałam, że poczekam, może… I szybko już po 10-ciu minutach na wprost na mnie wyrosła Breche de Rolland. Taillon… Jeszcze nigdy ich nie widziałam z tej strony, nie z dystansu, na wprost, jak na dłoni, ponad morzem bielutkich chmur.

Pireneje wrzesień cz7

Świt w Refuge Russell był jednym z powodów, dla których się tam wdrapałam. Widok jest piękny, jest nawet stosowna ławeczka. Przeczekałam aż wyjdą Francuzi, zrobiłam sporo zdjęć. Pozamiatałam, umyłam stoły- bezobsługowe schroniska trzymają się dlatego, że ktoś to robi. Nie śpieszyłam się przecież nigdzie. Miałam czas. Wyszłam w chwili kiedy słońce dotknęło budynku. Las już częściowo złoty aż raził. Szłam pod górę w kierunku Col de Culaus trasą, którą pokonaliśmy kiedyś zimą z Jose. Latem wydawała się inna. Zagmatwana, powolna, dolinę zasypuje skalny rumosz- zimą wyrównany przez śnieg. Podejście tym razem proste, zejście oczywiste chociaż nieoznakowane (w prawo), dolina trudna i męcząca- wypełniona luźnymi blokami, z fragmentami stromych piargów. Tym razem byłam zdeterminowana żeby odnaleźć letni szlak, więc trzymałam się prawej strony i rzeczywiście udało mi się odbić w krzaki prowadzące nad drugie jezioro- Lac Nere. Piękne, aż granatowe. W dzikim skalistym terenie trafiłam na dwa wyzbierane do czysta płaskie miejsca pod namiot, a potem się doszczętnie zgubiłam.

Chodziłam w górę i w dół, szukałam trawersów. Kopczyki, których w całej dolinie było tylko kilka ostatecznie znikły. Strome zbocza pełne urwisk w wylizanych przez lodowiec szkierach. Znalazłam w tym labiryncie ścieżkę, myślałam, że musi być kozia, ale szła mniej więcej tam gdzie ja więc kontynuowałam. Nie byłam tu pierwsza. Na krzakach wisiał korek od szampana- zostawiłam go zabierając tylko plastikową część (czyli śmieć- te zawsze zbieram). Chwilkę później musiałam poszukać obejścia, bo szlak wdrapywał się na gładką ścianę ryską tak wąską, że mi się nie udało zmieścić- torba z aparatem zbyt mocno mnie odpychała od ściany. Dalej gubiłam się coraz częściej. Kozy dotarły tam gdzie chciały- do płytkich stawków- i ich tropy rozbiegły się po trawkach.

Teraz myślę, że trzeba było iść dalej na wschód wzdłuż grzbietu. Pewnie trafiłabym na zejście, to które nas wystraszyło w marcu. Ale wtedy byłam na to zbyt wkurzona. Co za straszliwie pokrętny szlak! Latem wcale nie lepszy niż zimą…  W związku z tym wyjrzałam zza skarpy i widząc w dole jezioro Cestrede zdecydowałam, że do niego zejdę. To męcząca trasa. Prawie pionowe trawki, poprzecinane siateczką żlebów. Pełno ukrytych w roślinności dziur, niektóre z wodą, piargi, rumowiska i wymagające obejścia skały. Idąc, czy raczej zsuwając się ostrożnie myślałam o tym, że Cabana Cestrede to mit. Po prostu wcale jej nie ma… I wtedy zobaczyłam domek. Bardzo daleko po lewej, ukryty pod skalistym grzbietem tym, którym nie poszłam… Dojście zajęło mi chyba z godzinę, musiałam kawał zawrócić, podejrzewałam, że zaraz się rozczaruję, schron wyglądał porządnie więc pewnie zamknięty, ale ponieważ tyle o nim myśleliśmy śpiąc pod gołym niebem przed 5-ciu laty, chciałam sprawdzić.

Był otwarty. Nie od razu znalazłam źródło (jest na ścieżce w dół w stronę stawu), ale wpadło mi w ręce coś innego- karton z czerwonym winem.

Cestrede to bardzo dobra cabana. Piętrowe łóżko, solidny stół, rzeczy pasterzy zamknięte w szafce, a na wierzchu pozostawione przez kogoś „dary”. Wino, oliwa, sól, kilka konserw. Dołożyłam paczkę chusteczek. Tym razem miałam wszystkiego za dużo