Pireneje wrzesień cz5

Byłam w Val del Ara wiele razy, nawet nie wiem czy bym je umiała policzyć. Podchodząc długo, bo to długa dolina, przez cały dzień nie mogłam się opędzić od wspomnień. Urywkowych, czasem bardzo dziwnych. Śnieżnobiały biustonosz Bogny bujający się na wietrze we framudze wyrwanych drzwi cabany Labaza… Kiedy tam spaliśmy, awaryjnie, bo nie udało nam się zejść niżej, w puste odrzwia wlazła krowa i nie umiejąc się wydostać, starała się nie robić hałasu. Obudziłam się tylko ja, spojrzałyśmy sobie w oczy- Nie mów nikomu- patrzyła krowa bardzo żałośnie. Teraz nie mogłam już sobie przypomnieć czy komuś o tym wtedy powiedziałam. Moi przyjaciele byli w Pirenejach pierwszy raz. Wcześniej tylko schroniska, kempingi, wszystko ich szokowało, dziwiło. Teraz nawet by nie mrugnęli. Mijając Labazę zajrzałam do wnętrza. Drzwi były już naprawione, betonową podłogę wyścielała folia, były świece i papier toaletowy. Fajnie.

Wyżej minęłam kamień, za którym ukryliśmy się kiedyś nocą z Jose. Wiało wtedy upiornie, była zima, a my wykończeni zejściem z Collado Letrero nie dobrnęliśmy na noc do Labazy. Spaliśmy na glebie, bez namiotu. Poranek był piękny, słoneczny. Mijając teraz Letrero nie mogłam zrozumieć jak w ogóle udało nam się wtedy zejść. Skalisty rumosz wydawał się bardzo stromy- widziałam to oczywiście z daleka, a perspektywa dodaje stromizny. Przez moment pomyślałam żeby wdrapać się nad stawy Bacias i zobaczyć jak wyglądają bez śniegu. Mogłabym potem przejść pod Coll Aratille, na której lata temu wkurzały się na mnie dzieci wyciągnięte (chyba siłą?) na HRP. Leciałyśmy wtedy z ogromną prędkością. Znad Lac Aratille przebiegłyśmy Coll Aratille, Col de Muletes, przeskoczyłyśmy obok Refugio Oulettes de Gaube i przez Baysellance dotarłyśmy na noc do Gavarnie. Był upał, bezchmurne niebo, silne słońce i starsza córka dostała udaru słonecznego…

To wspomnienie powstrzymało mnie od powtarzania trawersu. Zostałam na kopczykowanej ścieżce, myśląc, że nic nie szkodzi, popatrzę jak wygląda letnie wejście na Mulletes. Zimą, kiedy tu byłam ostatnio z Jose wdrapanie się tam było dość paskudne. Myśląc o tym zagapiłam się (przecież tak dobrze znam tę dolinę!) i automatycznie trzymając się nigdy wcześniej niewidzianych kopczyków znalazłam się w zupełnie mi nieznanym miejscu. Ścieżka, nie pokazana na żadnej z moich map wspinała się skalistym żlebem. Wyraźnie widziałam ślady deptania, były kopczyki. Nie wiedziałam czy kontynuowanie jest rozsądne, ale też nie chciało mi się zawracać. Żleb wypłaszczył się w skalistym kotle. Śnieg, głazowisko, bardzo dziko. Wyżej spokojna przełęcz i skaliste, poszarpane zejście, nieoznakowane i miejscami strome, ale z jakim pięknym widokiem! Schodziłam tuż pod ścianą Vignemale najwyraźniej przez Col de Oulettes. Pojęcia nie miałam, że jest przechodnia.

Zanocowałam troszkę powyżej schroniska, Mogłam zejść, miałam jeszcze czas, ale jakoś mi się nie chciało do ludzi. Rano okazało się, że byłabym sama. Schronisko było puste, bez gości.

Pireneje wrzesień cz4

Wyruszyłam, kiedy słońce oświetliło łączkę. W jaskrawym blasku, lekko oślepiona nie rozpoznawałam trasy sprzed pięciu lat. Widziałam gdzie odbiega szlak- na mapie, ale w terenie nie było ani śladu ścieżki. Kiedyś przeszliśmy tędy w marcu, wieczorem, wyszukując po kolei każdy kopczyk. Zmęczeni i nawet troszkę zdenerwowani, że nie znajdziemy zejścia. Przez chwilkę zastanawiałam się czy nie powtórzyć tamtej trasy, ale zostawiłam Collado Espelunz po lewej i poszłam dalej. Na Puerto Ordiso nie byłam nigdy, a chciałam, więc teraz była świetna okazja. Szlak nie jest skomplikowany, chociaż nie ma na nim żadnych znaków. Fragmenty owczych ścieżek wzdłuż rzeki, troszkę bardziej strome podejście na grań, wspaniały widok na Sierra de Tendenera- z wysoka, z bliska i na wprost, a dalej lekka zagadka-czy to aby na pewno ta przełęcz? Na siodle- szerokim i łatwym nagroda- jeden jedyny kopczyk. Czyli to tu. Dalej też prosto, do stawku, potem jeszcze przez chwilkę szłam po czymś podobnym do ścieżki, a niżej zamiast po prawej, jak pokazuje mapa, zaufałam ekspertom czyli krowom i zeszłam zupełnie po lewej. Chyba łatwiej, tak czy siak nie ma tam żadnych problemów poza tym, że nie da się zejść środkiem, tam jest urwisko. Przez cały czas miałam wspaniałe widoki. Tailon, druga strona doliny Otal, rzędy błękitniejących wzgórz, nawet Pena Montanesa. Pięknie. Zejście trawiaste i strome daje w kość. Wolę podchodzić.

Trochę brakowało mi wody, jedyne źródło jest powyżej ruiny cabany, niby ogrodzone, ale rozdeptane przez krowy. Niżej minęłam drugie, niestety tu też nie miałam szans, było zajęte przez rudego byka. Mówił, że mnie nie wpuści, bo się kąpie… Dalszego zejścia nie widać, najlepiej iść od razu po lewej stronie rzeki, która potem wpada w głęboki kanion. W niższych partiach doliny pojawia się ścieżka i widok na niedalekie już Refugio Ordiso- nieluksusowe, ale nie chciało mi się rozbijać namiotu. Rozkładając się w jednym z „pokoi” nie zauważyłam, że nie jestem sama. Za ogrodzeniem, tradycyjnym z kamienia, miałam nadzieję, że wystarczająco solidnym mieszkał byk. Wielki, chyba stary, jak się okazało bardzo spokojny. Słyszałam jak się porusza nocą. Rano podeszłam żeby się pożegnać. Na mój widok wstał, i zrobiło mi się go bardzo żal. Utykał, powłóczył tylna nogą. Miałam wrażenie, że oboje wiemy jak to się skończy.