Pireneje kwiecień 15- Masyw Aston cz1

Wyszliśmy z malutkiej wioseczki le Castelet kilka kilometrów na zachód od Ax les Thermes. Można było wyjść też z Ax, ale tak udało nam się ominąć stację narciarską. Zaparkowaliśmy samochód wśród kwitnących jabłonek na maleńkim kamiennym ryneczku i chociaż było już bardzo późno- prawie ósma- wyszliśmy znakowanym żółto szlakiem w kierunku cabany Bisort. Miałam nadzieję, że będzie otwarta. Nie była daleko, ale musieliśmy podejść około siedmiuset metrów. Ścieżka wspinała się stromo przez gęsty las. Po drugiej stronie doliny słońce oświetlało zbocza Montagne de Tabe. Jak zwykle wiosną płonęły łąki, a nad górami unosił się dym. Po zmroku widać było plamy ognia. Nocny las wydawał się nieco przerażający, ale nie szliśmy długo. Zaraz za zakrętem na wąskim błotnistym grzbiecie wpadliśmy wprost na mały domek. Był otwarty. Dobrze nam się w nim spało. Wyszliśmy chwilkę po tym jak słońce oświetliło naszą polankę. Jeszcze do południa cieszyliśmy się ciepłem i światłem, potem nadciągnęło sporo chmur i zaczął wiać silny wiatr. Ścieżka minęła kolejną cabanę (też otwartą), a potem podeszła do trzeciej. Zatrzymaliśmy się tam na chwilkę żeby zjeść. Na półkach leżały książki- niezwykłe, wyglądające na bardzo stare. Sfotografowałam je. Cabana była skromna i mała. Wypolerowany ze starości stół, prycza, koza. Nie wiedziałam czy to lektury pasterzy czy zostawił je tu jakiś stały bywalec. Sprawiały wrażenie jakby cofnął się czas. Nie tak naprawdę, do przedwojennego zacofania i biedy, ale od razu do romantyzmu. To oczywiste, że czas jest względny i tu w oddaleniu od cywilizacji każdy może go sobie wyzerować tak, jak chce. Teraz mieliśmy rok 1880-ty. Docenialiśmy to.

Zupa z pokrzyw, szybka herbata. Kostka czekolady. Chwilkę potem znów drapaliśmy się do góry przez płaty śniegu i rzadki las. Trasa nie pasowała do mapy, ale widywaliśmy pojedyncze znaki. Minęliśmy kolejną cabanę, wygodną i dużą. Powinna być przy całkiem innym szlaku. Znaki jednak nie znikły, prowadziły dalej. Wieczorem wyszliśmy na grzbiet i skręciliśmy na wschód. Decydowaliśmy mocno na oko. W śniegu znów zgubiliśmy szlak, ale nie orientację. Na przełączce widocznej na końcu naszego grzbietu powinniśmy minąć szlak do Refuge la Rulhe i zejście do cabany Rioutort, o której nic nie wiedzieliśmy, ale która była naszą jedyną nadzieją na nocleg pod dachem. Na Platou Beille było już za daleko. Ściemniało się i wiał huraganowy wiatr. Nie zdążylibyśmy przed nocą. Zejście do Rioutort zaznaczono tylko na niektórych mapach. Jest bardzo strome i bardzo mokre, ale możliwe. Przy śniegu chyba nawet łatwiejsze niż latem. Zapamiętałam gdzie powinna być cabana wiedząc, że nie zejdziemy na dno doliny przed zmrokiem. Na szczęście trafił nam się stary narciarski ślad. Dzięki niemu ominęliśmy skałki i kilka podstępnie ukrytych pod cienkim śniegiem potoków. Dotarliśmy do drzwi w gęstniejącym mroku. Były otwarte. Wewnątrz prycza, koza i stół. Drugą salę, widocznie używaną latem przez pasterzy zamknięto, ale pozostawiono nam tę. Byliśmy wdzięczni, jak zawsze kiedy uda nam się spotkać z tak bezinteresowną gościnnością. W zwykłym świecie, już zapomnianą. Nie wiedziałam jeszcze, że w tym rejonie Pirenejów to norma. Że podczas prawie miesięcznej wędrówki przez Francję spotkam jeszcze wiele takich miejsc. To chyba wywarło na mnie najgłębsze wrażenie tej wiosny. Solidarność nieznajomych. Ludzi, których nie łączy przecież nic poza miłością do gór.

Share
Translate »