Grupa Tofan- Via ferrata Lipella

Fajna była :), byłam tam już drugi raz, ale za pierwszym dopadła nas burza i w ulewnym deszczu spotęgowanym przez wodospad uciekliśmy jak najszybciej na dół. Teraz po deszczowym dniu wodospad, który chyba zostaje tam aż do lata znacznie wezbrał, a w wielu innych miejscach ze skał sączył się drobny prysznic. Na piarżystym balkonie zaraz za wyjściem z tunelu leżał śnieg i ludzie, którzy szli przed nami zawrócili.

Kolejna para zniechęciła się zaraz pod wodospadem…

Przez cały dzień nie spotkaliśmy już  nikogo więcej.  Ferrata zajmuje dobrych kilka godzin ( 3 według przewodnika ale nam wyszło troszkę więcej),  nie jest trudna, ale miejscami wymaga sporo siły. (przewodnik klasyfikuje ją jako trudną) Eksponowane półeczki są poprzecinane stromymi ściankami wymagającymi wspinaczki. Moja nie do końca sprawna po gipsie stopa dostała mocno w kość.  Droga idzie wysoko i przy dość kiepskiej pogodzie czasem robiło się nam trochę zimno.

Wiosną i wczesnym latem, kiedy na górze wciąż jeszcze leży śnieg Lipella wymaga  kurtki przeciwdeszczowej nawet kiedy nie pada.  Wiatr niesie skapujące z góry krople bardzo daleko i często trafia się pod prysznic, albo idzie po mokrej skale.  Spodnie wysychały same,  szybko schną, ale kilkakrotnie przemoczyłam je niemal do cna.

Przez cały czas towarzyszyły nam piękne, chociaż raczej jednostronne :) widoki.

Koło czwartej doszliśmy do rozwidlenia szlaków- Tre Dritte. Byłam już zmęczona. Prawa stopa, która nadal nie zgina się tak jak powinna i przy próbach stawania na palcach puchnie i boli, skutecznie obrzydziła mi dalszą drogę. Zeszłam do schroniska, a mąż sam poleciał (zapewne znacznie szybciej niż mógłby to zrobić ze mną) do końca ferraty.  Ostatni odcinek jest podobno trochę trudniejszy. Ma więcej pionowych ścianek i w związku z tym wymaga więcej siły.  Weszła mgła, więc bez większego żalu poszłam sobie trawersem na przełęcz przez liczne, na szczęście niezbyt strome płaty śniegu.

Niestety nie udało mi się znaleźć miejsca gdzie powinien dołączyć szlak sprowadzający w dół z końca ferraty.  Na śniegu były tylko jakieś pojedyncze nadtopione ślady. Powyżej mnie rwała się ma skałach chmura i nie byłam pewna czy widzę całe zbocze. To co widziałam było strome i białe.

Faktycznie, przewodnik Tkaczyka radził, żeby zabrać czekan. Bogdan nie tylko nie miał czekana, ale też nie zabrał dokładnego opisu trasy. Jeśli na dole nie sposób było dokładnie ustalić gdzie jest, pewnie na górze, we mgle nie wyglądało to o wiele lepiej… Niewiele myśląc wysłałam SMS ( dobra- niedobra -strona Dolomitów to wszechobecność sieci) „Wracaj ferratą, chyba nie dasz rady tym zboczem zejść”. Niestety miałam rację. Pomimo tego, że w końcu dopatrzyłam się niebieskiego placka na kawałku skały, a człowiek w schronisku zapewnił, że zejść się da, Bogdan wyszedł na koniec ferraty w takiej mgle, że udało mu się obejrzeć tylko fragment piarżyska przechodzącego w nietknięty ludzka stopą śnieg. Nie znalazł ani kopczyka, ani śladu ani żadnego znaku.

Zejście prawie pionową ferratą wydaje się na oko upiorną czynnością, ale na pewno jest bardziej bezpieczne niż strome skałki pokryte śniegiem we mgle. W praktyce okazało się, że schodzi się łatwiej niż wchodzi… zwłaszcza jeśli zrezygnuje się z zabawy polegającej na wspinaniu się tylko po skale bez dotykania liny.

Tofany ( na zdjęciu widoczne w tle),  są wysokie, a zejście idzie północną ścianą, prawdopodobnie przewodnik Tkaczyka nie koloryzował i nawet w mało śnieżnych sezonach na tym zejściu można trafić na wymagający czekana i bardzo dobrej orientacji w terenie śnieg.

Troszkę  to wszystko trwało, ale udało nam się dojść  przed nocą do samochodu  na parkingu przy schronisku Dibona. Bramę zabraniającą wjazdu kampingowcom jakoś udało nam się pokonać boczkiem, nasz ford transit jest duży ale na szczęście nie aż taki szeroki jak one :))

 

 

 

1999 Razem 3 Dzisiaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *