jadę na Islandię

Lecę w połowie czerwca na miesiąc. To marzenie, które odkładałam na później od lat i teraz realizuję pod wpływem impulsu. Bilet z Warszawy do Reykjaviku kosztował tylko 200 zł, z powrotem był niestety droższy, ale też go kupiłam (przyznam, że tu pomyślałam dłużej :)). Od kilku tygodni zastanawiam się gdzie i jak chcę iść. To o tyle trudne, że Islandia jest wielka i przejście jej pieszo pochłonie czas. Mi pójdzie go więcej niż innym. Ani nie jestem szybka (bo szkoda), ani nie pójdę asfaltem (bo nudno), na pewno nie raz zboczę jeśli tylko coś mnie zaintryguje, coś zwabi. Czytając w ten weekend książkę Łukasza o przejściu Zagrosu uzmysłowiłam sobie, że jest pomiędzy nami wielka różnica, chociaż oboje chodzimy pieszo. Poza oczywistymi- wiekiem, siłą i płcią różni nas to, co gladiatora od pustelnika. Ja nie walczę. Kiedy idę, kiedy fotografuję mój umysł przełącza się w stan niemożliwy w żadnym inny miejscu. Jestem zakochana w świecie. Zachwycona, oczarowana. Naprawdę kocham góry. Kocham Naturę, kocham Piękno.

Nie spodziewam się uznania dla siebie, nie robię przecież nic niezwykłego. Nie chcę niczego udowadniać, sobie czy innym.  Wiem kim jestem i wiem kim nie jestem. Chciałabym za to żebyście podziwiali „mój” świat. Nie wiem czemu wydaje mi się, że to go ochroni, a Wy staniecie się przez to bogatsi, spokojniejsi. Może się mylę, może nie powinnam ufać czytelnikom i najpiękniejsze miejsca zachować tylko dla siebie, może czytają nas „zdrajcy” tacy jak biura podroży, którzy potem zadepczą, sprzedadzą, którąś z odkrytych przeze mnie tras. Wybieram nieatrakcyjne dla nich. Poboczne, długie i trudne. Dla nas, dla tych, którzy kochają dzikość one też będą w sam raz. Znane miejsca widziało już sporo ludzi, te peryferyjne czasem tylko garstka, lub nikt.

Teraz, planując podróż po Islandii najchętniej wyruszyłabym przez nią jakkolwiek. Gdziekolwiek, całkiem bez planu. Niestety to jest strasznie trudne. Na wybrzeżu jest zbyt dużo ludzi, nie ma szlaków tylko siatka dróg. Interior to, w którą stronę nie liczyć około 300 km pustki. Tam też są drogi (trudne, gruntowe), ale w czerwcu powinny być jeszcze zamknięte. To oczywiście dobrze i źle. Mogę liczyć tylko na siebie, mogę sobie nie poradzić i wrócić. Mogę też znudzić się wulkaniczną pustynią i pójść inaczej, trochę bliżej ludzi. Szukając informacji o islandzkich trasach trafiłam wyłącznie na opisy „gladiatorów”. Niektóre śmieszne. Pierwsze polskie trawersy, piętrzące się terenowe przeszkody, wysychające akweny wodne (to moje ulubione:)), kamienie odpryskujące z pod kół samochodów (trudność, z którą się jeszcze nigdy nie zmierzyłam :)) Niektóre mniej zabawne- bardzo prawdopodobne meszki, zimno, śnieg i silny wiatr. I chyba najgorsze (i tego bardzo się boję) rzeki, może naprawdę nie do przekroczenia.

Do tego wszędzie tyle fotograficznych pokus! Chyba pierwszy raz w życiu muszę tak serio myśleć co, i po co robię… Przecież mogłabym pojeździć stopem, pooglądać te cuda przyrody, wybrać je jak rodzynki z ciasta i strzelić im fantastyczne foty. Mogłabym, ale robiąc tak nie osiągnę tego stanu skupienia, który pozwala mi widywać cuda. Bez wędrówki nie zauważę ich. Przegapię, nie ucieszą mnie. Wiem, bo już spróbowałam. To tak jakby zamiast zostać sam na sam z ukochaną osobą (i smętną jajecznicą czy zupą) iść z nią do supermarketu, gdzie przecież jest absolutnie wszystko.

Reasumując wygląda na to, że z braku innych możliwości muszę zmierzyć się z trasą dla gladiatorów. Liczę kilometry i kilogramy. Odchudzam co tylko mogę, serio rozważam zostawienie śpiwora i sypialni od solidniejszego namiotu (pałatki się tym razem boję). Roman (Werdon) pociesza, że w samej kurtce puchowej i takiż spodniach powinno mi być nocą w sam raz (a mogę w nich też w razie potrzeby chodzić). Zdecydowałam się nie zabierać zwykłych spodni (spódnica jest lżejsza i może mi też służyć za szalik, a przeciwdeszczowe muszę przecież i tak mieć). Od kilku dni próbuję kupić lżejszy plecak… Myślcie, może macie jakieś dobre rady. Na 16-cie dni muszę zabrać około 8-10 kg jedzenia. Czyli cała reszta nie może ważyć więcej niż 10. Moje fotograficzne zabawki (po okrojeniu) to 3,5 kg- i tego nie oddam za nic :)

PS: Przepraszam, że głośno myślę, ale to mi bardzo pomaga.

Zdjęcia z Norwegii. Przejrzałam je ponownie zastanawiając się jaki zabrać sprzęt.

7808 Razem 12 Dzisiaj

40 myśli na temat “jadę na Islandię”

  1. Rozumiem, że idziesz z południa na północ? Jestem ciekawa wrażeń, bo mnie Islandia nie wciągnęła, choć pięknie (aż zbyt pięknie) to tłumy turystów zniechęcają. Może na pustyni nikogo nie spotkasz :-)

    Nie ryzykowałabym trawersu Islandii bez śpiwora… W centralnej części wyspy powinien być śnieg, a pogoda jaka tam bywa wiadomo – różna. W zeszłym roku lato było lodowate, jakie będzie w tym nie wiadomo. O ile wiem Roman sypia w spodniach i kurtce, ale latem. I jest mężczyzną. Ja tam się zawsze boję zmarznąć :-)

    1. Chciałabym ze wschodu na zachód (mniej więcej tak przeszedł kiedyś Marcel Bąk z NGT -Rzez, w sierpniu). To dalej, ale bez ludzi. Bardzo nie chciałabym trafić na tłok, zauważyłam go w Twojej relacji, pomimo to Zachodnie Fiordy są jednym z moich awaryjnych planów.
      Co do śpiwora- czekam aż się ochłodzi i spróbuję w ogródku, też się trochę martwię, że Roman, jak to facet ma inną wizję, ale on się też powołuje na innych i nigdy mi źle nie poradził. Temperatury będą kilka stopni, może zero, tylko, że wilgoć i wiatr. Moja kurtka i spodenki są grube. Zeszłe lato było faktycznie zimne i marzłyśmy z Lidką w Norwegii. Ja nawet bardziej, a miałam puchowy śpiwór, Lidka z kolei miała ciepłą kurtkę puchową i cieniutki letni śpiworek i dzięki temu nigdy nie kładła się zimna spać, bo na biwaku była już grubo ubrana. I śpiwora i kurtki chyba niestety nie zmieszczę.
      Trasa wschód zachód ma też takie zalety, że duża rzeka jest już na samym początku- więc będę wiedziała czego się spodziewać dalej, że w tym rejonie wzdłuż gór biegnie inny szlak (górski i bezludny, więc mnie od razu kusi) poza tym po 6-ciu 7-miu dniach gdybym sobie nie radziła albo gdyby mi się nie podobało mogę zejść szosą biegnącą od tamy i wdł mapy asfaltową (czyli chyba tą otworzą wcześniej), mogę też przejść na tę trasę z południa i iść na północ do Myvatn, gdzie jest cywilizacja i sklep.
      Też się boję, dlatego pytam o rady :) Islandzkie opisy są w 99% pisane przez facetów, więc ich doświadczeń nie wykorzystam. Marcel miał 200g śpiworek!

  2. A mnie wciągnęła – mimo trudności, zmiennej aury oraz zalewu turystów w niektórych najbardziej popularnych miejscach.. i marzy mi się, że kiedyś tam jeszcze polecę, aby przemierzyć ją na końskim grzbiecie..(choć będzie to wtedy komercyjna wycieczka, których zwykle niezbyt lubię)
    Chociaż muszę przyznać, że podczas naszej rowerowej podróży po Islandii były chwile, kiedy aura była aż tak niesprzyjająca, że marzyłam o kabinie teleportacyjnej, a jeśli nie to przynajmniej o jakimś złodzieju, który pozbawi mnie roweru, co będzie doskonałą wymówką aby złapać stopa lub autobus (złodziei oczywiście nie było)..

    1. na złodziei to tam faktycznie nie ma co liczyć :) Mam nadzieję, że też mi się spodoba. To bardzo zależy od pogody, warunków. Czyli trzeba sprawdzić.

  3. Fantastycznie, bardzo się cieszę że jedziesz bo to jedno z miejsc, które chciałabym zobaczyć.
    Tymczasem, jak napisałaś, chętnie będę podziwiać „twój” świat :)

    1. Dzięki :) mam nadzieję, że uda mi się go pokazać. Zajączku jakie byś wzięła obiektywy? Strasznie się łamię. Mam 70-200 i 17-40, ale razem ważą ponad 1,5 kg, mam też 28-135 gorszy i już trochę klekoce, ale to tylko 600g i prawie cały użyteczny zasięg. W takiej opcji zabrałabym jeszcze 300-tu gramowe 50 makro…

      1. Hej, gdybym miał możliwość podróżowania tyle co Ty i robiłbym to w ten sam sposób to zmieniłbym obiektywy które posiadam (2 zoomy o łącznej wadze 2,1kg) na 24-120 f4 (pod pełną klatkę) nie wiem czy taki zakres jest w Canonie i czy jest przyzwoity. Nikonowy waży 710gram ale ma skalę odwzorowania tylko 1:4 więc do makro kiepsko.

        1. A ja bym chciała Twoje zoomy. Z tego co widziałam ukradkiem były bardzo jasne :)
          Na taki zakres w L Canona nie mogę sobie pozwolić (nawet kupując używane) a tani obiektyw, który noszę od dwóch lat ma kłopot z rozkręcaniem się. Canon go już raz naprawił, ale teraz jest po gwarancji, a luz znów narasta. W Alpach zoom mi całkiem padł. Co zastanawiające zdjęcia i tak były ostre:)
          W Canonie jest 24-105L f4 lub bardzo droga 24-70L f2,8. A mi nawet w 135 brakuje długiego końca, stąd pomysł z dwoma. Wszystkie te rzeczy nie zrobią dobrego makro.

          1. W takim bądź razie musisz jechać z 3 obiektywami. Nie ryzykowałbym padnięcia obiektywu na Islandii. Moje 2 używane zoomy mają wartość rynkową ok 4,5k (z tym że jeden jest pod format DX-mniejsza matryca) Canon jest pewnie droższy a Ty chyba robisz na pełnej klatce?

          2. na pełnej. Mam jeszcze taki oszczędnościowy pomysł, stary (chyba już ponad 20-to letni 28-80 – metalowy i bardzo ostry) leciutki najwyżej 300 g, plus 700 g 70-200 L(kupiłam sobie używany tańszy dużo niż Twoje bo f tylko 4). Szersze kąty chyba się tu mało przydadzą, jest dużo miejsca najwyżej odejdę. Makro też mi z tego nie wyjdzie, ale jest pół kilograma mniej

      2. A często używasz 70-200? Bo to straszna kobyła jednak. Z drugiej strony: bardzo mi się twoje makro podobało zawsze.
        Z tym że podobnie jak Drzewol nie ryzykowałabym padnięcia obiektywu, więc weź pewniejszy (kiedyś w Szwecji podtopiłam aparat i wiem jaki to żal nie móc robić zdjęć gdy dookoła tyle pięknych miejsc i kadrów, które warto byłoby zatrzymać w obiektywie).

        1. nie używałam go jeszcze, to dla mnie nowość. Też się przeraziłam, że jest taki wielki i boję się, że bez bardzo dobrego światła nie wyjdzie mi żadne zdjęcie z ręki. Na Islandii wieje, więc jeszcze trudniej ani drgnąć. Z drugiej strony idę sama więc nikt mi nie zabroni stanąć. Nie wezmę statywu, ale użyłam już w tej roli płatków owsianych i jest całkiem nieźle (oczywiście były w worku :)). Czyli problem pojawi się dopiero jak wszystko zjem.
          Ten obiektyw pewnie od razu nie padnie, także jeszcze myślę. Też mi szkoda makro, myślę że byłoby całkiem uzasadnione.
          wypchałam dzisiaj mój nowy plecak 19-toma kilogramami. Najpierw weszła tam cała półka książek, a po zważeniu musiałam jeszcze dołożyć 3 odważniki! Bałam się jak się ułoży na szelkach, bo to lekki plecak, ale chyba jest ok. Pochodzę jeszcze z nim trochę. W tej sytuacji 300 g na 50-tke makro to już chyba nie jest wielka różnica.

  4. A co to za plecak? Ciekawy jestem bo jak zastanawiałem się co Ci polecić nic nie mogłem wymyślić. Bo przy 20 kg obciążenia to raczej ciężko kupić w Polskich sklepach outdoor lekki plecak.

    1. Osprey Kyte 66 l. waży 1,6 kg czyli nie jest aż tak lekki, ale w porównaniu z moim Milletem zyskuję 500 g. W pierwszej chwili o mało go nie oddałam, ale o dziwo nie jest bardzo źle. Nie leży na mnie najlepiej jak jest pusty, ale pustego z reguły nie noszę.
      Jeszcze myślę, także bardzo proszę radź. W Kyte fajne jest to, że naprawdę jest damski, szelki nie trafiają w biust, ramiączka poza ramionami…nie trzeba upychać plecaka na sztywno żeby nie pojawiał się luz w pasie. Wady- jest wielkim bezkształtnym worem i trzeba będzie go bardzo dobrze pakować, ciągnie mnie do tyłu, mógłby być bardziej płaski i szerszy (jeśli cokolwiek dowiesić- np rakiety- będzie kłopot). Poza tym obciera szyję.

  5. Ja nie lubię tego systemu nośnego. Miałem kiedyś talona tej samej firmy z podobnym płaskim panelem pleców i cieńszymi szelkami oraz słabszym pasem biodrowym. Nie leżał mi wybitnie i sprzedałem go Radzikowi, który chyba nawet miał pożyczyć go Tobie na jakiś wypad. Ale są użytkownicy, którzy chwalą te plecaki w wersji męskiej (kestrel) pod niebiosa. Ja używam obecnie exos 48 z 2014 r i jestem zadowolony bardzo. To także osprey waży jakieś 1,2 kg i ma deklarowaną wygodę przy 18 kg. To deklaracje a puki co używałem go przy 12 kg realnego obciążenia. Także nie polecam go tobie, bo to górna granica dla tego plecaka i pewno nie będzie z nim różowo gdy zapakujesz 20 kg.
    wyszperałem coś takiego:
    https://www.polarsport.pl/plecak-lowe-alpine-zephyr-55-65-nd.html
    La zawsze zbierało dobre opinie co do plecaków i to co miałem w rękach budziło zaufanie. Nie wiem tylko jak będzie z realną pojemnością. Osprey’e to straszne krowy w stosunku do innych plecaków i może się okazać, że ten lowe alpine jest więcej niż 10 l mniejszy od tego, który masz w domu.
    A tu plecak, o którym kiedyś marzyłem:
    http://www.exped.com/usa/en/product-category/backpacks/lightning-60-womens-terracotta
    Prosty elegancki i z nośnością powyżej 20 kg przy relatywnie niskiej wadze. Ma jak dla mnie jedną wadę nie jest dostępny w Polsce od ręki i trzeba go ściągać np Z UK. Nie ma także klapy i to może Ci przeszkadzać.

    1. Radzik mi go pożyczył. Zupełnie nie umiałam go zapakować był flakowaty, natomiast ten leży, a pas jest dość solidny, chociaż na to nie wygląda. W pierwszej chwili też myślałam, że się nie nadaje, a teraz już nie wiem, martwi mnie tylko ten balans, to wada innego plecaka po podobnych kształtach, który mam od kilkudziesięciu lat- Natalexa.
      Ten pierwszy, z Twoich linków -LA jest mały. Ja mam dużo puchowych rzeczy, suchego jedzenia itp muszę mieć przestrzeń. Także takie 65 l (prawdziwe) to dla mnie minimum.
      Ten drugi wygląda bardzo interesująco zwłaszcza waga. 1 kg! Szkoda że u nas jest niedostępny, takie rzeczy warto przymierzyć.
      Przestało padać idę się przebiec chociaż z 10 km z tymi odważnikami:)

      1. W temacie plecaków raczej nie pomogę, ale dorzucę swoje 3 grosze* Powoli, a nawet bardzo powoli (bo od 2 lat) przymierzam się do zmiany swojego plecaka i jednak lekka waga to nie wszystko…
        Byłam bardzo na Osprey Talon nastawiona: 44l i tylko 1kg wydawało mi się wręcz idealne do 2 tygodniowych trekkingów, ale… system nośny kompletnie mi nie podpasował. Wypchałam dla porównania swój stary FN i Talona moim standardowym załadunkiem i jednak FN wygrywał w przedbiegach. Mimo że 13kg mieściło się w limicie deklarowanym przez producenta to plecak był zwyczajnie bardzo niewygodny.
        Jako ciekawostkę dodam, że rok temu koleżanka zakupiła sobie Deutera Act Line (wersję damską) waży 1,5kg i po przymierzeniu (tuż przed wyjazdem!!!) wpadłyśmy w niezły popłoch, że czegoś tam nie spakowała, bo plecak jest za lekki. Nie wiem jak to wytłumaczyć inaczej jak świetnie dobranym systemem nośnym…

        Dobór plecaka to jednak bardzo indywidualna sprawa. Nie warto więc patrzeć tylko na to ile waży.

        *więcej nie jest warte ;)

        1. Dzięki. Muszę poświęcić dużo czasu i pomierzyć. Na razie biorę starego Milleta i stosowny zapas taśmy klejącej.

  6. Dzień dobry!
    Kasiu, napisałaś „czytając w ten weekend książkę Łukasza o przejściu Zagrosu uzmysłowiłam sobie, że jest pomiędzy nami wielka różnica, chociaż oboje chodzimy pieszo. Poza oczywistymi- wiekiem, siłą i płcią różni nas to, co gladiatora od pustelnika. Ja nie walczę.” Czy myślisz, że istotnie tak jest? Pamiętając lekturę książki Łukasza – tej pierwszej, bo drugiej nie miałam jeszcze w dłoni – pamiętam jak sam pisał, że receptą na przejście gór jest właśnie nie-walczenie, ale złączenie się z nimi. Po tamtej relacji z przejścia Łuku Karpat zdawało mi się, że daleko mu do „zdobywcy” walczącego z górami, gladiatora. czy więc w drodze przez Iran coś się zmieniło? Może on tak ją opisał? Bo chyba daleko mu do tych, którzy bez refleksji prą przed siebie i tratują szlak, a czytając jego opisy wędrówek raczej widać z nich tendencję do namysłu nad sobą i światem, nie chęć „zdobywania”. Jak to odczułaś?

    Pozdrawiam i miłej Islandii życzę!
    Ania

    1. Dzień dobry
      Aniu, nie chciałam aż tak upraszczać ( popatrz na recenzję) Łukasz nie jest bezrefleksyjnym gladiatorem, powiedziałabym że jest w tym fachu artystą, nie popisuje się, jest szczery, niemniej walczy. Z różnych powodów. Czasem z drogą (pada z nóg, ale przekracza kolejną przełęcz), czasem ze sobą (nie przyjmując propozycji podwiezienia), często z przyszłością (zobowiązania wobec sponsorów). W uczciwej walce nie ma nic złego. Nie oceniam, często nawet zazdroszczę, bo chociaż gladiator potrzebuje publiczności, pustelnik -chce czy nie chce- musi polubić korzonki (lub post).
      Nie czytałam pierwszej książki Łukasza, ale rzeczywiście pisał o tym też na blogu. Myślę, że ta podróż była bardzo ryzykowna stąd w Łukaszu tyle trudnych pytań. Świat nie jest czarno- biały. Upraszczam go sobie czasem, bo to mi ułatwia decyzje, ale staram się nigdy go nie oceniać. Za mało wiem. Mogę sobie wyobrazić fałszowanych pustelników, i gladiatorów, których walka doprowadziła do wielkich dzieł. Myślę, że najważniejsze jest dlaczego. Po co. Nie jak.
      Dziękuję :)

  7. Apropo ekwipunku – to tak się jeszcze zastanawiam, że jakbym miała jeszcze raz jechać na Islandię raczej nie brałabym puchowej kurtki i spodni. Śpiwór puchowy – pewnie tak (ale utkany w kilka foliowych warstw, żeby się nie zamoczył). Co do zapewniania ciepła – nastawiałabym się raczej na PPS najwyżej w wersji na cebulę.
    Myśmy byli trochę później niż w czerwcu – tj. w pełni lata – rozpiętość temperatur jaka nas spotkała – od 16 st C , poprzez 9 st C z deszczem do 0 z roztapiającym się śniego-deszczem (interior i pn), a potem znowu 16 st C (w okolicach Rejkiawiku). Do tego wiatr kształtujący według swego widzimisię naszą trasę.
    Marzłam bardzo (to była era przed-kwarkowa w mojej podróżnej szafie), ale głównie dlatego, że byłam często przemoczona i nie bardzo było jak to wszystko w namiocie wysuszyć..
    Czy PPS by się w 100% sprawdził, nie wiem, ale zakładam, że dużo bardziej niż to co miałam. Zresztą w tym roku wprawdzie nas na Islandii nie będzie, ale mój kwarkowy zestaw z grubego PPS będzie się testował w warunkach Islandzkich na mojej przyjaciółce podczas rajdów konnych. Zobaczymy co powie po powrocie i czy legginsy z PPS w ogóle przetrwają tak intensywne użytkowanie.

    1. Dzięki. Rzeczywiście nie pomyślałam o biwakach w deszczu. Teraz temperatury będą niższe (od 0 do 10 stopni). Na wybrzeżu cieplej, ale ja tam długo nie będę. W takim razie jednak śpiwór i Polarna, bo coś cieplejszego od PPSa muszę też koniecznie mieć W takich długich trasach bardziej marznę. W Norwegii w zeszłym roku miałam waciaczek i było na styk.
      PPS schnie na człowieku więc powinien być ok. Mam nadzieję, że legginsy przetrwają, moim zdaniem powinny.
      Dzięki za wszystkie rady!
      PS: Mi zawartość plecaka nie zmoknie, wezmę płaszcz na plecak i postaram się go tak zamocować żeby mną jakoś upiornie nie miotał :)

      1. Te dwa razy kiedy było po 16 st C w trakcie naszej podróży to były krótkie piki – kilkugodzinne fale upałów ;-)- Islandki chodziły wtedy w sandałkach, krótkich szortach i bluzeczkach na ramiączkach..
        Zwykle też było do 10st C. A w zasadzie częściej koło 0. A wiatr miał wybitne tendencje do silnego miotania wszystkim co się napatoczyło..
        Ciekawe czy Ci się spodoba, w sumie krajobraz księżycowy i surowy – inny od wszystkiego co widziałam wcześniej, dla mnie dużym plusem były wszędobylskie, ciekawskie konie ze śmiesznymi grzywami (skrzywienie własne).. Po pewnym czasie brakowało mi drzew (te , które spotkaliśmy w okolicach Akureyri, to był jakiś żart, a nie las – trzeba by było ukucnąć, żeby się schować w lesie)..
        Poza tym jako rowerzyści byliśmy tam postrzegani jako jednostki lekko niespełna rozumu (kto normalny porusza się po Islandii inaczej niż samochodem terenowym lub nawet lepiej konno).
        Piechur będzie pewnie postrzegany podobnie ;-) w sumie to podczas naszego wjazdu nie spotkaliśmy żadnych piechurów – sami czasami się w nich zmienialiśmy, gdy udawało nam się wybrać tak świetną trasę, że rowery trzeba było pchać, bo nie dało się jechać..;-)
        Co mi się jeszcze podobało – to w informacjach turystycznych można się było za free napić kawy i posiedzieć chwilę w cieple z kawką w ręką z dachem nad głową. Stałam się także smakoszem ich suszonej ryby (fiskura można było kupić na stacjach benzynowych) i skyra (ale to jedliśmy tylko większej cywilizacji).

        1. Dobrze wiedzieć o tej darmowej kawie. Nigdy nie biorę ze sobą kawy (tylko herbatę) więc jak jest, to bardzo lubię wypić. Z tym, że te informacje turystyczne to chyba są bardzo rzadko?
          Suszona ryba musi mi zastąpić suszone mięso, którego tam nie wolno wwieźć, więc cieszę się, że Ci smakowała, troszkę się jej boję, nigdy nie jadłam.
          Opisów rowerowych jest rzeczywiście więcej niż pieszych, to zrozumiałe w interiorze. Odległości są przerażające. W setkach km, a krajobraz chyba bywa jednostajny. Też nie wiem czy mi się spodoba, ale nie wiedziałam też przed Laponią i polubiłam ją.
          Mam nadzieję, że pogoda mnie potraktuje łagodnie, bo jeśli nie zechce, to nie bardzo mam co z sobą zrobić. To za drogi kraj żeby sypiać pod dachem.

  8. Ryba najlepiej wchodziła z masłem… ale masło to był u nas rarytas dostępny tylko bardzo rzadko….
    Nocować pod dachem nawet nie próbowaliśmy..
    Z nocowaniem gdzie bądź, o tyle mieliśmy czasem kłopot, że troszkę bliżej cywilizacji wiele terenów było zagrodzonych – żeby owce lub konie nie wyłaziły z pastwisk. Jakoś nie mieliśmy śmiałości wkraczać na czyjś teren, więc do rozbijania namiotu czasami zostawał nam wąski pasek terenu przy samej drodze – co nie było do końca komfortowe.

    Informacje turystyczne niestety spotykało się rzadko .. Stacje benzynowe też..
    Dystanse ogromne – na rowerze łatwiej – choć to zależało od kierunku wiatru – z jego pomocą mogłam jednego dnia przejechać ponad 130 km po gruntowej drodze (kjolur- nie dawało się zatrzymać, ale wiał wyjątkowo w plecy więc jechaliśmy dalej póki nie ucichł trochę)… w kolejnych dniach w zależności od terenu (rzeki do przekroczenia) i aury, 50 km zajmowało nam 2 dni ..

    A taki sobie kawałek komercyjnie promował wtedy Islandię – jakoś niby zupełnie inne klimaty niż lubię na co dzień, ale bardzo mi się wtedy spodobał (nawet miejsce na czuba rowerzystę się znalazło ;-)) :
    https://www.youtube.com/watch?v=s2QgGoAuwoU

    1. Myślałam o maśle- bo muszę wziąć jakiś tłuszcz. Zwykle mam olej, ale tu się chyba sprawdzi masło (i raczej mi się nie rozpłynie :)) Pieszo pójdzie pewnie jeszcze wolniej, wiatr też przecież przeszkadza jak jest w twarz, ale nic to, właśnie dlatego chcę zabrać aż tak dużo jedzenia.
      „kawałek” fajny super są te lodowe „rozlewiska”

  9. Widzę, że dyskusja wciąż trwa, więc jeszcze coś dorzucę. Informacje turystyczne są w większych turystycznych miejscach nad morzem, przy głównej drodze. Jest tam ciepło, można naładować baterie, ja się tam też myłam i prałam, kawy nie piję, to nie wiem, ale pewnie naleją też wrzątku jak się ładnie poprosi.
    Pamiętaj o tym, że możesz wwieźć tylko 3 kg jedzenia. Przemyciłam więcej, widocznie nie wyglądałam podejrzanie, ale podróżujący ze mną ludzie mówili, że strażnicy specjalnie czają się na samoloty z Polski i wybierają delikwentów zza szyby żeby wlepić karę za nadbagaż (w przypadku naszych rodaków przeważnie kiełbasa). Podobno kontrole są bardzo częste. Masz większe szanse jeśli jednocześnie ląduje jeszcze jakiś inny samolot i jest więcej ludzi :-)

    1. jedzenie to rzecz, której jeszcze nie rozwiązałam. Myślę, że wezmę tylko te dozwolone 3 kg i resztę dokupię na miejscu. Ja jadam bardzo tanie rzeczy, zabiorę z Polski suszone warzywa (bo tam chyba nie ma), jakieś suszone na słońcu owoce (bo po przemysłowych dostaję wysypki) i w sumie nie wiem co jeszcze?
      Mięsa suszonego nie można wwieźć (kupię na miejscu suszoną rybę)
      na masło chyba mnie tam będzie stać, ser żółty podobno w podobnej cenie jak u nas, orzechy czy migdały niewiele droższe…
      a płatki owsiane powszechne (pewnie też są tanie)
      Kiełbasy nie jadam… nawet nie mam pomysłu co zabrać?
      PS: mam nadzieję, że uda mi się czasem umyć w gorących źródłach :)

      1. No to jeszcze jedna sztuczka – jeśli planujesz choćby odwiedzić camping w Reykjaviku to tak jak w hostelach są tam półki z darmowym jedzeniem zostawianym przez ludzi. Wszyscy na nie czyhają :-). Płatki owsiane i ryż na pewno będą. Miałam wszystko ze sobą, więc w kwestiach cenowych nie bardzo pomogę. Może być tak jak w innych krajach skandynawskich, czyli ser i masło w porcjach 500g… Orzechy i owoce są chyba drogie.

        1. Dzięki. Prosiłam znajomych o sprawdzenie i napisali mi, że nie są bardzo drogie, ale też podejrzewam, że raczej nie tanie. Nałuskam sobie trochę swoich na wszelki wypadek. Suszone jabłka już mam. 500 g sera czy masła jest ok jak policzyć na 16 dni. Nie będzie źle:)

      1. http://www.bonus.is/ po kliknięciu „finna bónusverslun” pojawia się cała lista. Tylko że to niestety sklepy bardziej dla zmotoryzowanych, bo lokują je złośliwie z dala od centrum. Na północnym skraju Reyjkaviku jeden był i w Isafjordurze, ale też kilka km od miasta. A teraz mi się przypomniało, że jednak kupowałam chleb i ser, gdzieś po drodze przy stacji benzynowej i ceny o ile kojarzę były jak w Norwegii.

        1. Dzięki, Jeśli klinknąć na jakikolwiek pojawiają się wszystkie na mapie. Czyli jeden jest w Keflaviku i od tego zacznę. Ratunkowo w Eglistadir i Akureyri. Nie ma ich niestety za dużo. Zostają te stacje benzynowe, ale przy moich kłopotach z jedzeniem to dość marnie wygląda.

  10. Szczerze mówiąc, nie raz miałam ochotę napisać ‚ciiiiiiii’ zwłaszcza pod wpisami o Pirenejach ;)
    Co oczywiście jest okropnym egoizmem, bo nie raz sobie ciekawą trasę u ciebie znalazłam :)

    1. myślę, przewrotnie, że czym więcej ludzi będzie ceniło dzikość tym trudniej będzie tę dzikość zabudowywać i cywilizować. Do tej pory miałam wrażenie, że jak się ułoży kolejną ceprostradę, wyremontuje schronisko, czy ułatwi dostęp to wszyscy się cieszą zamiast martwić, a gdyby byli tacy jak my może by protestowali. Podobało mi się w Finlandii- chatki nie są dla komercyjnych grup. To takie światełko w tunelu.

      1. BARDZO, BARDZO chcę wierzyć, że masz rację!! Póki co na to co się dzieje z polskimi górami aż żal patrzeć – nie mogę uwierzyć, że naprawdę mamy pizzerię na Kasprowym !! Kto na ten fenomenalny pomysł wpadł?

        1. ktoś, kto chciał zarobić. Zawsze chodzi o pieniądze. Dzikie góry nie przynoszą zysku, ale cywilizowane też tylko wtedy, kiedy za coś płacimy. Wcale nie musimy. Gdyby to zbojkotować biznesmani przeniosą się gdzieś indziej. Ludzie tego gatunku są tam gdzie widzą zysk.
          Myślę, że za parę lat sytuacja dojrzeje i ludzie zaczną protestować. Już teraz jest kryzys. Alpejskie schroniska poszły pod rządy najemców (i stały się drogimi restauracjami), kluby dostają z tego grosze (a remonty itp). Status wielu schronisk wisi na włosku. Ktoś będzie musiał z tym zrobić porządek, a nikt nie ma w tym interesu. Czekam co z tego wyniknie i nie wspieram finansowo. Jeśli nawet sypiam czasem, to proszę o rachunek (inaczej pieniądze prawdopodobnie nie dotrą do klubu), i nie jem- bo to wzmacnia restauratora. Nie wiem jak to jest w Polsce, ale u nas jeszcze bardziej niż gdziekolwiek wszystko musi być komercyjne, zyskowne, sprzedajne- a ktoś kto myśli inaczej to pewnie frajer. Stąd ten kłopot.

          1. Niestety nie jeżdżę w polskie góry, jakoś nie mogę tam odnaleźć tej specyficznej atmosfery.
            Poprzedni post napisałam bo tego dnia usłyszałam, że kolejne schronisko w Tatrach nie będzie przyjmować wędrowców na nocleg na podłogę i… tak mi strasznie żal się zrobiło w jakim kierunku to wszystko u nas zmierza.

            Ale nie ma co już tego roztrząsać! Udanej wyprawy i czekamy na kolejne wpisy i zdjęcia :)

          2. Hej. Rzeczywiście nie ma co roztrząsać, na szczęście są jeszcze inne góry. Jakoś sobie damy radę. Wróciłam cała i zdrowa, suszę się i ogrzewam :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *