Mętnie, biało na białym. Niewiele widziałam. Kępy karłowatych brzózek, szlakowe krzyże. Wąski wiszący pieszy most. Początkowo próbowałam nim przejść, i nawet kawałek tak pokonałam, ale znudziło mi się i zjechałam na lód. Był twardy i ktoś przede mną już go w tym miejscu pokonał. Na rozstajach przysiadłam na chwilkę. Przez moment myślałam żeby podejść do Szwecji, a przynajmniej kawałek w tamtą stronę. Na granicy stał ratunkowy schron, blisko, mniej niż 10 km. Ale było wcześnie, więc wypiłam kubek herbaty i poszłam dalej. Ślad moich poprzedników zachował się tylko w cieniu skał. Brakowało, niektórych szlakowych znaków, ale pogoda robiła się coraz lepsza i kiedy podeszłam blisko strzelistych gór pojawiła się dobra widoczność. Nad urwiskiem kotłowała się chmura. Wspaniale było obserwować jak próbuje się odkleić od grani i nie może. Jak szarpie się, zwija i rwie, rzucając groźne cienie na pionowe śnieżnobiałe ściany. Po drugiej stronie gór nadal musiał wiać silny wiatr. Tu było cicho. Jasno, niewiarygodnie pięknie. Nie spodziewałam się takich widoków, choć na mapie widać było, że muszą tu być. Agnieszka opowiadała że ten kawałek był najbrzydszym jaki zapamiętała z przejścia Norwegii. Nie zdążyłam zapytać dlaczego. Być może oczekiwała czegoś innego. Mnie jak zawsze zachwycił widok gór. Szłam powoli, robiłam za dużo zdjęć, było mi żal gnać, podejrzewałam zresztą, że nie ma po co i i tak utknę w namiocie. I być może spokojnie bym go rozbiła, ale okazało się, że nie ma gdzie. Za łagodną, lśniącą od lodu przełęczą szlak długo ciągnął się niewygodnym trawersem, po gołych powywiewanych skałach. Końcówka była oblodzona i stroma. To nie był łagodny zjazd. Raczej coś podobnego do schodów. Na grzbietach lód, lub skała (naprawdę dużo tam było łysych skał!), przy podstawie uskoku kopnie i miękko. Upadałam regularnie, na jednej z wywrotek zrobiłam głupi błąd. Zdjęłam nartę żeby wygodniej wstać, łatwiej mi wypiąć wiązanie niż zdjąć plecak, ale jej mocno nie wbiłam i uciekła. Gdyby nie marna pokrzywiona brzózka, goniłabym ją aż do jeziora, ze 300 metrów w pionie. Przed samym schroniskiem wywróciłam się jeszcze raz i utknęłam w puszystej zaspie. Zupełnie nie mogłam się z niej wykopać. Gdzie nie stanęłam wpadałam jeszcze głębiej, a że było to w krzakach nie mogłam położyć płasko nart i się na nie wdrapać (tak zawsze robię na miękkim). Wyszłam z tego oblepiona jak bałwan. Schronisko było otwarte, bez kłódki. Przypomniało mi się, że Austriacy żartowali, że może ktoś ją sobie zabrał na pamiątkę. Zapadał zmrok, nie znalazłam wody, nie widziałam szopy na drewno. Dopiero po chwili odkryłam w zimowej sali kaloryfery i resztkę wody beztrosko zostawioną w garze. Była sieć i prąd, ale na nic już nie miałam siły. Padłam. Rano zrobiłam zakupy w samoobsługowym sklepiku i pomyślałam, że przejdę do Szwecji. Strasznie mnie tam ciągnęło. Do wyboru były dwie trasy. Główny szlak, który zaraz za schroniskiem wspinał się ponad las i drugi, letni, prowadzący wzdłuż jeziora Sylsjon. Kusił bardziej, bo tam jeszcze nie byłam. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby nim iść. Ten narciarski doprowadzał do głównej trasy Sylarna-Helags i dalej musiałabym pójść tak samo jak zimą 2020. Schronisko Helags też jakoś specjalnie mnie nie kusiło. Od Agnieszki dowiedziałam się potem, że je zamknięto, że z powodu tłoku na tych trasach schroniska zostaną zmniejszone. Może dobrze bo to, co zapamiętałam było ogromne i nieprzyjazne. Wielkie budynki z mnóstwem brzydkich szop, linia z prądem, może i droga. Beztrosko porzuciłam szlakowe krzyże i spróbowałam znaleźć ten drugi, mniej oczywisty szlak. Pogubiłam się od razu. Z mapy wynikało że szlak i droga powinny się przeciąć za jakiś czas więc poszłam drogą. Lub miejscem gdzie powinna być droga, czasem musiałam sprawdzać w nawigacji, tak ją zawiało, czasem brnęłam po resztkach śniegu na żwirze. Strasznie to wolno szło. Nie było znaków, czy śladu, jakby nikt tędy nie przyszedł ze Stugudalen. Dziwne, może pomimo ostrzeżenia w schronisku ludzie chodzili jeziorem? Byłoby dużo prościej i bliżej i być może gdybym wybierała się do Stugudalen tak bym poszła, ale kusiła mnie Szwecja. Szlak czy droga doprowadziły do murowanego budynku z oznakowaniem elektrowni. Całe stoki pokrywały wykopy i drogi, pozostałości kopalni, wyjścia z tuneli i wyrobiska. Teraz, kiedy większość była pod śniegiem nie wyglądało to bardzo źle, ale latem musiało tu być okropnie i może to właśnie zapamiętała Agnieszka. Z ulgą skręciłam w górę po śladzie skutera. Widoczność była tak słaba, że ślad wydawał mi się darem z nieba. Skończył się jednak po kilometrze przy zamkniętym domku. Wiatr rwał chmury i czasem docierało do mnie słońce. Widziałam powierzchnię jeziora, z wywianym, miejscami wytopionym lodem. To było małe jezioro Falksjoen. Ze 3 km dalej nad wielkim jeziorem Sylsjon powinien pojawić się fragment drogi. Byłam pewna, że jakoś tam dotrę. Próbowałam i po skałach, jak letni szlak i po lodzie (ale uciekłam, był zbyt cienki). Nie dotarłam nawet do połowy i się poddałam. Minęły dwie godziny, a pokonałam tylko kilkaset metrów, wiało w twarz, niewiele widziałam, nie wiedziałam co będzie dalej, upadałam i wpadałam w zaspy co krok. Kluczyłam w skałach, schodziłam z uskoków. Raz pojawił się widok na przeciwległy brzeg pełen nawisów na bardzo stromych skałach. Chmury przykleiły się do tej doliny i choć wiatr wyszarpywał z nich strzępy, a słońce było bardzo blisko i raziło, widoków prawie nie było. Odwróciłam się z wiatrem i wróciłam po własnych śladach. Przez kilka kilometrów szłam drogą, po rozwidleniu szlakiem rowerowym, który też był gruntową drogą. Miejscami było na niej tak mało śniegu, że wędrowałam wzdłuż. Chmury odpływały i pod wieczór pojawił się widok na jezioro. Środkiem jechały dwa skutery… Mogłam też tak pójść! Byłoby szybciej, ale teraz już było za późno. Szłam wysokim trawersem kilkaset metrów powyżej jeziora i weszłam w wiatrowy cień. Jak przyjemnie! Cicho z coraz częstszym widokiem, za plecami pojawiły się góry. Upatrzyłam sobie wygodne wzniesienie, oddalone od drogi i osłonięte z trzech stron brzózkami. Na północ miałam otwarty widok. Na Sylarnę, na ewentualną zorzę. Podobało mi się. Rozbiłam namiot, ugotowałam sobie codzienna zupę i wypełniłam herbatą termosik. Słońce zaszło czerwono, ucichł wiatr. Kiedy obudziłam się pierwszy raz niebo było gwiaździste i czyste. Dla pewności czy nie ma zorzy zrobiłam zdjęcie. Kolejne po jakiś 3 godzinach. Tym razem nie miałam wątpliwości zielony łuk obejmował pół nieba i pomimo tego, że świecił księżyc, akurat w pełni zorza była dobrze widoczna. Wstałam potem jeszcze raz i choć tropik zdążył zesztywnieć od szronu (a ten namiot ma bardzo małe wejście) założyłam zamrożone buty (zostawiam je zawsze w przedsionku, a do wnętrza zabieram tylko wewnętrzne botki) wypełzłam i wyjrzałam. Zorza zgasła, zachodził księżyc. To była piękna noc, choć zbyt dobrze się nie wyspałam.
Ranek był śliczny. Bardzo mroźny. Śnieg chrupał, namiot nie zmieścił się do żadnego worka, tyle na nim ponarastało lodu. Wcisnęłam go jakkolwiek. To już nie miało znaczenia, do Stugudalen zostało kilka kilometrów, a na mapie wypatrzyłam tam kemping. Poszło łatwo. Droga płynnie przeszła w nartostradę i już po zratrakowanym (choć pojeżdżonym skuterami) zjechałam do szosy prosto pod sklep. Obok była informacja turystyczna. Starsza pani, która tam pracowała zadzwoniła na kemping, po drugiej stronie ulicy. To w zasadzie wcale nie był kemping, tylko miejsce dla kempingowców z domkami. Ale mieli jeden domek dla takich jak ja, dla tych co wędrowali szlakiem. Kosztował jak na norweskie warunki grosze, tyle co schronisko DNT i był cały dla mnie. Mili ludzie, naprawdę się przejęli, że przyszłam.
Zrobiłam ogromne zakupy i poczułam się jak emerytka na wczasach. Bardzo przyjemnie!























































