Południowa Norwegia pieszo cz11 Vinstra-Rondane

Wyszłam z Vinstry asfaltową szosą. Na drugiej stronie zbocza nie dalej niż kilka kilometrów mapa zapowiadała muzeum, zabytkową farmę gdzie ponoć mieszkał kiedyś Peer Gynt. Bohater dramatu Ibsena (do którego napisał potem muzykę Edvard Grieg), jak mi się zdawało fikcyjny, ale tak wpisany w te góry, że już teraz jak najbardziej prawdziwy. Wczoraj szłam ze 20 km nazwaną jego imieniem drogą- leśną szutrówką. Na farmie powinna być kawiarenka, liczyłam na gniazdko i kawę. Była tylko ławeczka z widokiem na łupkowy dach okazałego, gospodarstwa otoczonego wspaniałym ogrodem. Nie dało się zajrzeć, czy podejść bliżej. Nie było też gdzie nabrać czystej wody, a ponieważ zapomniałam jej wieczorem, nie jadłam już kolacji i śniadania. Z braku lepszych pomysłów (może trzeba było zapukać?) zrzuciłam plecak i wróciłam z butelką do strumyka, który pewnie był tylko deszczowy, do tego wypływał z łąki pełnej krowich kup. Musiałam tę wodę przegotować, a że ławeczka była przy samej szosie każdy przejeżdżający samochód zwalniał. Ludzie patrzyli i nie pozdrawiali, nie kiwali nawet głowami. Dziwili się. Było mi trochę głupio, ale nie aż tak żeby się śpieszyć. Zjadłam, odniosłam śmieci do czyjegoś kosza. Życie.

Teraz mogłam już uciec z asfaltu. Poszło łatwiej niż się spodziewałam. Leśne ścieżki wychodziły czasem na fragmenty gruntowych dróg, najczęściej w celu wykorzystania mostu. Przecięłam długodystansowy szlak biegnący równolegle do rzeki, ktoś szedł nim w przeciwną stronę i choć nie wiedziałam czy mnie widzi, pomachałam. Ten szlak biegł zbyt nisko, więc nie interesował mnie, wykorzystałam tylko krótki kawałek. Wyżej nie było już pieszych znaków. Składałam szlaki narciarskie (kawałkami nieprzechodnie, bagienne) i szutrówki łączące wypoczynkowe wsie. W tych górach pobudowano mnóstwo hytte. Były skromne, ładnie wpasowane w krajobraz, i nawet mi się podobały, choć męczył mnie brak wolnej przestrzeni. Niewiele jej zostawiono. Czym wyżej tym było zimniej. Wiało, mżyło, nie na tyle żeby się bardzo martwić, ale trochę przerażało mnie, że idzie jesień, że mam na sobie już wszystko co zabrałam, że dopiero połowa września, a przede mną jeszcze ze 2 tygodnie, albo 3. Nie byłam pewna kiedy wrócę, miałam zamiar wędrować jak najdłużej.

Pomiędzy wsiami musiałam porzucić narciarski szlak, nie to, że bagno to jeszcze zarośnięte wierzbami. Wyszłam na łuk gruntowej drogi, pełnej świeżych kałuż. Na brzózce, z resztką złotych liści bujały się dwa kwadraty. Turkusowy i granatowo zielony. Minęłam je zastanawiając się co to i wróciłam. To były podkładki na krzesła wydziergane na drutach z ładnej, teraz wilgotnej wełny. Musiały wisieć na drzewie całe lato, lekko wyblakły. Były ciężkie. Dość sztywne, bardzo grube. Ale zobaczyłam w nich kamizelkę, Ciepłą pewnie co najmniej jak Polarna (której z głupoty nie spakowałam). Zwinęłam je i wpakowałam do plecaka. Ledwo weszły.

Suszyłam je przez kolejne dwie noce, potem zszyłam na ramionach. Boki spinałam karabinkami i przyciskałam pasem od plecaka. Gdybym je też zszyła nie mogłabym ich co noc rozkładać jako dodatkowy cieplutki materac. A robił dużą różnicę. Wystarczał mi na ramiona i tyłek, w nogi nie marznę. Wybaczyłam mu wagę (z 700g) i objętość. Spadł mi z nieba, grzał. Byłam przekonana, że ktoś, kto zgubił tę wspaniałą ręczną robótkę miał nadzieję, że ktoś ją znajdzie i wykorzysta, choć pewnie nie myślał, że tak.

Los zadrwił ze mnie jeszcze tego samego dnia, jakby chciał zaznaczyć;: „a nie mówiłem!” Nie ubrałam się widząc deszczową chmurę, przelatywały regularnie i zwykle z nich nie padało. Ta zlała mnie do gołego. Na przełęczy stała toaleta (pewnie z powodu narciarskich szlaków). Wpadłam, zmieniłam mokre wierzchnie rzeczy na przeciwdeszczowe (suche…) licząc, że to co pod spodem wyschnie na mnie. Co się dało wywiesiłam, bo chmura znikła i przez kilkanaście minut świeciło słońce. Na horyzoncie pokazały się Rondane oprószone świeżutkim śniegiem.

Liczyłam na chatkę. Była na mapie, ale w terenie niestety nie było nic. Długo szłam zrudziałym grzbietem bez ścieżki. Na grani, która przechodziła na północy w Rondane kotłował się wspaniały wał chmur. Czasem padało, czasem deszcz dotykał i mnie. Było wietrznie i zimno.

Rozbiłam namiot już na zejściu na wysepce mięciutkiego chrobotka. Góra zasłaniała wiatr, szumiał bardzo ładny wodospad. Moje zmoczone rzeczy wyschły, przeschły też trochę kwadraty wełny. Włożyłam je pod podłogę namiotu.

Obudziłam się koło północy. Była zorza. Nie udało mi się zrobić dobrych zdjęć. nie wzięłam szerokokątnego obiektywu, miałam tylko stałkę 40 mm, która (o czym zapomniałam) nie ma narysowanej na obiektywie skali i nie można jej wyostrzyć ręcznie na nieskończoność. Pomimo tego, że nie mogłam fotografować zorza była wspaniałym widowiskiem, trwała przynajmniej z godzinę i chyba z jej powodu zaspałam. Obudziło mnie słoneczne światło. Szron na namiocie pięknie rozpraszał blask. Aż żal mi było wychodzić.

Schodziłam intuicyjnie, bez ścieżki z nadzieją, że niżej na jakąś trafię. Trudno przejść na szagę przez stromy las. Trafiłam bez problemu. We wsi stał zabytkowy młyn. Dolina była szeroka na kilka kilometrów. Wędrowałam gruntową drogą aż do mostu na wezbranej rzece. Dalej lasem, starym śladem kół aż na hale gdzie wyznakowano szlak DNT. Była też chatka, zajrzałam naładować telefon. Chwilę po mnie przyszły dwie panie. Napaliły w piecu i wyszły na dwór, bo świeciło słońce. Zawsze oszczędzam drewno, jeśli nie muszę wcale nie palę. One się nie przejmowały.

Kiedy wychodziłam przyszedł ktoś jeszcze i stawiał namiot. Powiedziałam, że widziałam zorzę i że spodziewam się jej też dzisiaj koło północy. Nie wiem czy wypatrywali. Po drodze na przełęcz spotkałam jeszcze myśliwego z nim też zamieniłam parę słow. Długo nie mogłam się zdecydować gdzie rozbić namiot i w końcu noc dopadła mnie na dnie szerokiej doliny skąd tak naprawdę niewiele było widać. Tym razem jeszcze za dnia ustawiłam na obiektywie nieskończoność i dla pewności unieruchomiłam go taśmą klejącą. Nastawiłam budzik. I nie zawiodłam się! To była wspaniała zorza. Roztańczona, kolorowa. Ludzie mówili potem, że najpiękniejsza od lat. Oglądałam ją godzinami. I znów słońce zastało mnie rano w namiocie. Znów był szron. Nad złotymi trawkami i bezkresnymi łanami chrobotka bieliły się już bardzo bliskie Rondane.

Share

Południowa Norwegia pieszo cz10 Langsua-Vinstra

Poranek był wilgotny i mglisty. Widoki znikły, kolory ograniczyły się do mikro skali. Złoto podsychających traw, plamy jaskrawoczerwonej mącznicy. Biel chrobotka. Zejście było bagniste i grząskie. Kiedy mijałam schronisko za zaparowanymi szybami przesuwały się sylwetki kilku osób. Sprzątały. Pomyślałam, że dobrze, że tu nie przyszłam.

Szlak skręcił w bagno, zatonął we mgle. Niewiele widziałam. Na większym potoku był most, potem długo brnęłam po omacku wypatrując szlakowych znaków. Ścieżka zaczęła się wspinać pod grań, widoczność jeszcze się pogorszyła i poprawiła na moment za grzbietem. Dziura w chmurze przesunęła się wzdłuż brunatnych wzgórz i się zamknęła. Minęła godzina zanim niebo trochę się rozjaśniło. Zaczęło mżyć. Przechodziłam akurat obok wielkiego głazu, który służył kiedyś za kolibę. Ugotowałam tam herbatę i nawet potem pomyślałam, że przedwcześnie, bo kilkaset metrów dalej stała chatka. Zaskoczyło mnie, że jest otwarta, wyposażona w piecyk i gaz. Należała do klubu myśliwskiego, wywieszona wewnątrz mapka zapowiadała cały rój takich schronów w okolicy. Na kolejny trafiłam kilka kilometrów dalej. Był większy, bardziej okazały, ale bez gazu. Zastałam tam dwie wracające już Norweżki. Posiedziałyśmy chwilkę razem, kobiety zostawiły mi 3 torebki herbaty i poszły. Ja też w końcu zdecydowałam się wyjść. Wzmógł się wiatr, mżawka zmieniła w regularny deszcz. Cięło po oczach.

Przenocowałam w kolejnej myśliwskiej chatce, odległej o niecałe 10 km. Nie leżała przy głównym szlaku i nawet przez moment bałam się, że jej nie znajdę. Domek był kamienny, bardzo stary. Wewnątrz pięknie obity boazerią. Nie było gazu, napaliłam trochę w piecyku, żeby przeschnąć i zaspałam.

Od rana towarzyszył mi plusk. Prognoza zapowiadała deszczowy dzień, ale nie bardzo miałam ochotę go przesiedzieć. W każdym razie nie w tej chatce. Była ciemna, zimna. Na noc idealna, dzień to już inna sprawa. Poszłam do niedalekiego DNT. Dzienny pobyt kosztuje tylko kilkanaście złotych i świetnie go wykorzystałam. Naładowałam baterie, uprażyłam znaleziony w poprzedniej chatce popcorn (słabo mi wyszedł), zrobiłam i wysuszyłam pranie. Kupiłam w sklepiku kilka puszek- z fasolką, z brzoskwiniami i je na miejscu opróżniłam. Piłam gorącą herbatę, okręcona wełnianym kocem patrzyłam jak wzrasta poziom wody w rzece, jak wypełnia się bagno oznakowane intrygująco jako „bath”. Nie było mi żal tego dnia. Ale rzecz jasna i on mi się znudził. Na mapie tylko 6 km dalej leżała chatka. Wymyśliłam, że wystarczy mi godzina. Teren był płaski, szlak oznakowany. Wyszłam przed siódmą, i już po przekroczeniu rzeki (po śliskich płytach) przypomniało mi się, że zapomniałam zakręcić gaz. Nie ten na palniku, ten na butli. Wróciłam, straciłam 20 minut.

Ścieżka ociekała, wezbrały strumyki. Pluskało błoto. Minęłam wzgórze i ze zdziwieniem odkryłam przed sobą dolinę. Dość niestety głęboką i w tą pogodę zalaną. Nadchodził zmierzch, biegłam wzdłuż spienionego potoku szukając jakiegoś lepszego miejsca żeby go przejść. Woda lała się po skałach i trawach, pływały krzaki i drzewka. Nurt był silny i mętny.

Na stoku, po drugiej stronie ciemniał prostopadłościan chatki. Przeszłam i nawet mi się nie nalało do kaloszy. Teraz w górę wzdłuż strumienia. Był tak wezbrany, że przeskoczyłam go dopiero ponad lasem w jakimś na szczęście bardzo wąskim miejscu. Do chatki nie prowadziła żadna ścieżka. Po skałach ściekały wodospady z deszczówki. Wróciłam do nich potem z butelką. Jak już okazało się, że drzwi są zamknięte i jedyne miejsce gdzie mogę się schronić to drewutnia. Cóż, mapy.cz nie są precyzyjne, zawsze istnieje jakieś ryzyko. W sumie nie było mi wcale bardzo źle, na pewno lepiej niż w namiocie.

Rano wróciłam na szlak. Deszcz słabł i już przed południem pojawiły się dalsze widoki. Ścieżka opadała, weszłam w las, potem na dróżkę biegnącą do schroniska. Zajrzałam, bo potrzebny mi był chleb. Dwóch Niemców napaliło w chatce jak w saunie i jeszcze nagrzało ogromny gar wody. Wielki jak bojler. – Musieliśmy, buty nam przemokły- powiedzieli widząc moje zdziwienie. Nie wiedziałam na co liczyli. Przecież długo nie zostaną suche.

Chleb był przeterminowany, chłopacy zarzekali się, że go zjedli i żyją, na ścianie wisiała kartka, że przeterminowanie nic nie znaczy, bo to bardzo trwałe produkty, więc wzięłam paczkę, ale potem ją wyrzuciłam. Pachniała pleśnią.

W zasadzie mogłam wtedy pójść drogą. Do wsi ze sklepem było tylko kilkanaście kilometrów, widziałam ją nawet potem, z daleka, z góry. Ale pogoda znów się poprawiła, nad górami zarysowała się tęcza. Wiadomo pod nią na pewno schowano skarb, i tam poszłam. Z grani pojawił się widok na kolejny porośnięty chrobotkiem masyw gór. Zejście błotniste i bardzo strome opadało do starej pięknej wsi. Poniżej domostw zaczynała się trochę szersza dróżka i gęsty mieszany las. Niemal natychmiast znalazłam prawdziwka, tak ciężkiego, że nie chciało mi się go nieść, więc wyciągnęłam kartusz i palnik, i ugotowałam grzybowy gulasz. Zeszło na to oczywiście troszkę czasu, więc na bród trafiłam już pod wieczór. Woda była głęboka i rwąca. Troszkę mi się nalało do kalosza.

Na mapie widziałam chatkę odległą tylko o 4 kilometry, ale wysoko i niestety bez ścieżki. W lesie ściemniło się bardzo szybko. Pogubiłam się w galimatiasie polnych dróżek i kiedy zaczęło padać i wiać mogłam tylko wskoczyć pod świerk i rozbić namiot. Grunt nie był równy i troszkę naciekło do wnętrza.

Rano nie wydawało się, że pogoda będzie bardzo zła. W dolinie falowała mgła, ale czułam, że słońce jest niedaleko. To się niestety szybko zmieniło. Zerwał się wiatr, wraz z wysokością opadała temperatura i jeszcze zanim wdrapałam się na płaskowyż trawy, skały i mnie pokrył cienki lód. Z trudem przedarłam się pod wierzchołkiem. Ręce mi zesztywniały z zimna, twarz spuchła od siekącego lodu Na zejściu też powinnam trafić na chatkę. Pomimo mgły widziałam ją już z daleka. Nosiła królewskie imię Haakona IV i też była już bardzo stara.

Rozwiesiłam śpiwór i namiot. Dałam obcieknąć pelerynie. W kącie leżał worek porąbanego drewna. Ale nigdzie nie było nic na rozpałkę. Szczapki lodowate, zużyłam wszystkie papierki, strzępki kory. Ogień gasł. Gdybym miała choćby większy nóż nastrugałabym wiórów, maleńki scyzoryk w tej sytuacji był na nic. Ubrałam się i ruszyłam dalej.

Do Vinstry było ze 20 kilometrów. Nie sądziłam, że uda mi się dojść. Od chatki opadała ścieżka, w lesie niemal wcale jej nie było widać, ale niżej trafiłam na kilka domów potem na wieś. Dróżki grubiały, przeszły w szuter, potem w asfalt. Było przez cały czas w dół. Temperatura rosła, wyszło słońce.

Bolały mnie potem pięty od tego biegu. Starszy pan zatrzymany na skrzyżowaniu podwiózł mnie do najlepszego sklepu (leżał na przedmieściu, lekko w bok i wcale go nie zamykali o 19-tej jak się bałam, był czynny aż do 23!). Po drodze gadaliśmy. Mężczyzna był kierowcą wożącym wycieczki do Polski. Uwielbiał Kraków i nadal nie mógł odżałować, że stracił tę wymarzoną pracę w pandemii.

Wracając musiałam przejść przez całą miejscowość. Była rozwlekła, luźno rozrzucona po obu stronach ogromnej rzeki. Gudbrandsdal dzieli południową Norwegię na pół. Liczyłam, że może wschodnia strona będzie suchsza.

Nocowałam w wiatce, w lesie powyżej domów. Byłam tak zmęczona, że nie przeszkadzał mi wcale brak wody (zapomniałam nabrać) i związany z tym brak kolacji. Było ciepło (to tylko 200 m npm), było sucho. Co jakiś czas przechodził ktoś z psem i dopóki nie zasnęłam mówił „hej hej”.

Share
Translate »