Pireneje maj 2015 Madres cz2

Jak tylko trochę się ociepliło ugotowałam pół litra wody w moim malutkim garnuszku rozcieńczyłam zimną i zrobiłam prysznic. Mycie się w samej zimnej dawało znikomy efekt, a tak poczułam się prawie czysta.

Z żalem poszłam gruntową drogą (oznakowaną, więc być może później zrobiłby się z niej szlak) w stronę przełęczy Col de Portus, przez którą wczoraj tak pięknie się przewalała mgła. Niby w dół, ale naprawdę do góry. Na parkingu stały dwa samochody. Przestraszyłam się, że w górach jest tłok i zamiast schodzić zawróciłam w kierunku Madresu. W górę biegły dwa szlaki, celowałam w ten nieznakowany- prowadzący nad drugie jezioro. To, którego jeszcze nie widziałam, a potem do ominiętego wczoraj niechcący schronu CAF. Trafiłam na znakowany. W rezultacie podeszłam trawersując stromy stok nad pełen kry staw, który wczoraj mignął mi przez chwilkę w rozerwanej mgle, a potem brnąc przez zaśnieżony las z jednym jedynym znakiem (nad jeziorem) wdrapałam się na grań. Schron nie okazał się lepszy od domku, w którym nocowałam. Widoki były z niego dalekie, ale nie wiem czy bardziej interesujące. Ogólnie nie żałowałam. Podejście od tej strony też mi się podobało. Z góry widziałam drugi staw. Duży, częściowo pokryty lodem, jak pierwszy. Samo odnalezienie schronu okazało się intrygującą zagadką. Kluczeniem w rzadkim, a stromym lesie pełnym ogromnych zasp. Pomógł mi w tym bardzo stary, już tylko czasem widoczny ślad. Faceta w dużych butach.

Z zejściem musiałam sobie poradzić sama. Już kilkaset metrów za schronem zgubiłam znakowaną ścieżkę i odnalazłam ją dopiero na dnie doliny. Pogoda poprawiała się i psuła. Dolina ociekała śniegiem. Było ciepło. Nade mną szczerzyła zęby ostra grań Madresu ta, którą pokonałam wczoraj. Z dołu wydawała się niedostępna. Pode mną rzeka wpadała pod zwały śniegu i z hukiem wypadała w jakimś niespodziewanym miejscu. Cały czas kombinowałam jak przejść. Trafiłam idealnie. Na dole potok wchodzi w kanion, a na lewym brzegu pojawia się wyraźna ścieżka. Wychodzi na halę z przytulnym i otwartym domkiem. Oczywiście zajrzałam, zwłaszcza, że rozpadał się deszcz.

Na chwilkę mnie to zatrzymało. Otóż pić mi się chciało straszliwie. Wokół całe mnóstwo rzek, woda lejąca się po każdej trawce, huk potoków, ryk wodospadów… Z tym, że nic, ale to nic czystego. A to z błotem, a to z glonami, a to pływa w tym żabi skrzek. W chatce, wody też oczywiście nie było, ale był kartonik wina. Do połowy pełny, 5-cio litrowy. Nalałam sobie chyba z pół kubka, wypiłam. Pyszne. Zapomniałam przy okazji zjeść więc efekt łatwo przewidzieć. Musiałam się ubrać, wyjść po wodę, coś ugotować. Chwilkę odsiedzieć. Zajęło mi to z godzinę, w międzyczasie deszcz rozkręcił się na dobre.

Mogłam tam zostać. To piękny, bardzo wygodny schron, ale jakoś mi było szkoda dnia. Wydostanie się z Madresu pieszo nie jest wcale takie proste. Najszybciej stamtąd do Formigueres, ale ja chciałam w stronę Costabony i Canigou. Około piątej spakowałam się, przeszłam przez śnieżny most i zaczęłam schodzić w kierunku Sansa. Najpierw ścieżką, potem leśną drogą (bo most), znów ścieżką przez ociekające tarasowe pola, porzucone już lata temu. Lubię takie dróżki. Cieszy mnie, że je oznakowano, i że przystrzyżono krzaki.  W ten sposób dorobek pokoleń rolników nie odszedł w zapomnienie. Na pewno trudno to było ułożyć. Podobnie jak utrzymać te absurdalnie dzisiaj wyglądające pólka. Teraz korzystają z nich głownie stada owiec i krów, i trochę dzikich zwierząt.

W Sansa jest gite, ale minęłam ją. Zeszłam jeszcze kawałek, zgubiłam szlak, wróciłam na asfaltową szosę i zeszłam aż do mostu gdzie znów spotkałam znaki. Na mapie wypatrzyłam tam płaskie miejsce. W sam raz na biwak, z tym, że w rzeczywistości nic płaskiego w tej okolicy nie było. Strome, kamieniste góry pełne kolczastych krzaków. Dolina Garrtoxes. Bardzo ładna. Nie zostało mi nic innego jak cofnąć się kawałeczek szlakiem na piękny romański most, który widziałam z góry idąc szosą. Faktycznie most na kawałku był płaski. Miałam pałatkę, Rozbiłam ją, co wcale nie okazało się proste. W kanionie wiało jak w tunelu aerodynamicznym. W sypialni miałam kamień i spory brzozowy pień, ale to namiot bez podłogi, a miejsca w nim pod dostatkiem, więc nie przeszkadzało mi to. Denerwował mnie tylko ryk rzeki. Cicho to tam na pewno nie było.

Obudził mnie blask. Chmury rozwiały się. Księżyc w pełni świecił tak, że na fotografiach widać nawet zieleń brzóz. Zrobiłam zdjęcia na leżąco, z namiotu. Nie chciało mi się wyłazić ze śpiwora. Zwłaszcza, że bardzo nie było gdzie, bo most niewielki i raczej wąski.

1497 Razem 6 Dzisiaj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *