Leśna droga jest pogrążona w zimnym cieniu. Rzeka pojawia się w całej okazałości tylko raz, Jose wchodzi nawet do wody, ale jest zbyt głęboko. Z rwącym nurtem walczy rodzina kaczek. Patrzymy jak przedzierają się z jednego kamienia na drugi, a potem z trudem, spychane przez nurt kryją się w zalanych chaszczach na drugim brzegu. Być może one mogły przelecieć, my nie możemy.
Schodzimy dalej. Wyglądam w każdym miejscu gdzie się da. Staję kiedy mijamy rozgałęzienia na mapie. To nie zawsze się musi zgadzać, rzeki są żywe, ale na pewno warto sprawdzić czy to nie tu. Las jest gęsty, pomimo tego wydaje mi się, że widzę ścieżkę, że ktoś czy coś już kiedyś tędy przeszło i rzeczywiście docieramy nad podzielony nurt. Widać tylko dwie pierwsze odnogi. Są paskudne. Nie robę zdjęć, przełączam się w tryb bojowy. Wszystkie inne sprawy poza rzeką zsuwają się na dalszy plan. Gdzieś w tle widzę fragmenty mapy, jeśli przejdziemy może uda się pokonać wąski potok (wodospad który widzieliśmy na brodem) i wrócić do szlaku GPT, lub gdyby się nie udało pójść w dół Rio Nuble aż do połączenia z Rio Zorra, a tam chyba powinien być most. Żałuję, że go nie wypatrzyłam z drogi, że nie przyjrzałam się czy nie jest zerwany.
Nasze buty do przechodzenia rzek są ażurowe, podeszwa cienka czuję każdy kamień. Woda lodowata, szybko sięga do połowy ud, w najgłębszym miejscu niemal do kroku. Druga odnoga jest bardzo podobna, do trzeciej musimy kawałek iść. Rzeka wbiła się tuż pod skarpę na brzegu. Schodzimy troszkę, bo przecież trzeba na ten brzeg jakoś wyjść. Oddycham z ulgą ociekając. Na trawkach rysuje się stary ślad krów, prowadzi do płotu. Jose otwiera bramkę i padamy na rozgrzanych skałach. Wywieszam zamoczone ubrania, obcieka skraj spódnicy i skarpety, które zostawiłam z nadzieją, że tak będzie cieplej. Rozwieszamy też wilgotne po nocy namioty. Słońce praży i za moment wszystko jest suche. Ruszamy w górę wyraźną wydeptaną ścieżką. Gubimy ją tylko raz w kamienistym brodzie, też niełatwym. Rio Las Minas płynie spod trzytysięczników, nic dziwnego, że jest mocno wezbrana. Susząc stopy zerkam na mapę, nasz szlak przecina tę rzekę jeszcze raz, dużo wyżej. „Może dałoby się pójść wzdłuż nurtu już stąd?” przesuwam powiększenie i znajduję ciąg wodospadów. Stromy próg. szkoda.
Kilometr dalej trafiamy na zamieszkałą osadę. Wokół domku kręcą się kury, po łąkach łażą konie i krowy na stoku widzę stado owiec i kilka biegających wolno świń. Na płocie kartka- „nie zawracać mi głowy z żadnego powodu!” „Żadnego” jest podkreślone. Pomimo tego wołamy Buenos Dias. Z domu wynurza się mężczyzna w szortach i klapkach. Jose tłumaczy się bardzo grzecznie. Długo gadają, niczego nie rozumiem. Mężczyzna wskazuje w górę w stronę Rio La Minias, niepotrzebnie wtrącam się, że nie tam. Chcemy spróbować przekroczyć wąski potok. -Estero el Quebrado dukam. -A to proszę bardzo- mówi mężczyzna i znika.
Idziemy ścieżką zdziwieni, że nam o niej nie powiedział jest wyraźna. Las pachnie rozgrzanymi igłami, rzeka wbita w skalne koryto jest biała. Przed potokiem wchodzimy na kamienistą górkę, ścieżka opada z niej bardzo stromo, schodzę kawałek ostrożnie, zostawiam plecak. Potok huczy jeszcze z 10 metrów niżej, ostatnie 3 czy 4 to skała. W zasadzie pion. Jest już południe i strumień wygląda jak pospieszny pociąg.
-No i co?- rzuca zaczepnie mężczyzna, teraz ubrany już w kapelusz i długie spodnie. Na nogach kalosze. – Wracacie?
Na myśl o powtórnym przechodzeniu przez Rio Nuble przechodzi mnie dreszcz. Jose opowiada jak tu przyszliśmy. Mężczyzna nie wierzy. -Naprawdę nie idziecie od mostu, z dołu?- kręcę głową.
Jose mówi jak było głęboko i postawa farmera się zmienia. Już nie ma w jego głosie drwiny. -Chodźcie- mówi-idę naprawić śluzę, pokażę wam drogę do Termas de Chillan. Przez Urubio. Znajoma z farmy po drugiej stronie Nuble co roku chodzi tędy z grupami jako przewodnik. Latem- mówi i patrzy na nas uważnie-Latem! W tym roku nikt jeszcze tędy nie szedł, wyżej na pewno jest śnieg.
Myślę, że sprawdzimy i jak się nie uda wrócimy. Nie problem, skoro można przejść mostem.
Rozstajemy się na granicy pastwiska, za płotem. Idźcie prosto po śladach koni. Jeśli się nie zgubicie dojdziecie do Estero Quebrado już wysoko. -Czy tam da się go przejść-pytam a Jose tłumaczy- tam bez problemu. Tylko nie zgubcie śladu- jak to daleko?-pyta Jose, a w oczach naszego rozmówcy zapala się znajoma iskierka drwiny- dwie godziny – na wszelki wypadek mnożymy to sobie przez 3.
Ścieżka wznosi się gęstym lasem, czasem ją widać, ale są też rozgałęzienia, a na mapie nie ma zupełnie nic. Bez śladu w nawigacji czuję się ślepa, jak łatwo się uzależnić od techniki…
Czym wyżej tym mniej końskich śladów, tym więcej zbutwiałego drewna, nieprzechodnich zarośli bambusów. Las pachnie próchnem, trudno o wodę do picia, zbliża się zmierzch. Z trudem znajdujemy miejsce na biwak. Tylko jeden namiot mieści się na prawie płaskim. To nie ziemia, to zwalone, już rozłożone drzewo. Drugi, rozpięty na uskoku przydaje się tylko jako szafka na plecaki. Śpię u Jose. Podoba mi się jego nowy namiot.
Do przedpołudnia wędrujemy labityntem pozwalanych pni, aż teren zaczyna się lekko wypołaszczać. Ślad w nawigacji jest już tuż tuż. Docieramy do niego za brodem zimnym, ale zupelnie nietrudnym. Tu na halach Estero Quebrado jest zwykłą rzeczką. Z zadowoleniem zakładam z powrotem górskie buty, nie myśląc że zaznaczony w nawigacji ślad zaraz zniknie i przez kilka godzin będziemy co i rusz przekraczać nurt szukając najłatwiejszych miejsc. Rzeczka naniosła zwalonych drzew, porozmywała stok, porozlewała się w odnogi i wypełniła bagienka. Wszystko to rozdeptały krowy. Zostało mnóstwo zeszłorocznych placków i połamanych krzaków. Wolno nam idzie. Za halą przedzieramy się przez bezlistny lasek i krowie tropy zbierają się w jeden trakt. Wspina się na strome piaszczyste zbocze. Z góry otwiera się wspaniały widok na dolinę, z przełęczy zasypanej ponad metrowym śniegiem też na dwa piękne wulkany. Nevado de Chillan i Chillan Nuevo.
Zejścia nie widać, ale mam nawigację. Ścieżka po zimie zawiana, wyrównana przez wiatr schodzi trawersem po miękkim piachu. Nie ma roślin, niżej pojawia się galimatias skał. Bród na Rio las Minas jest głęboki i lodowaty, nietrudny. Podejścia na lawowe pole nie widać i sporo tam kluczymy w stromiznach z ruchomych skał przysypanych śnieżnymi mostami. Potem jeszcze więcej na łączkach nasiąkłych jak bagna, bo dopiero co z nich zeszedł śnieg. Zbocze rozmiękło. Jest stromo, wieje zimny wiatr. Wspinamy się krok po kroku. Jestem zmęczona. Przed nami kilometry przez głęboki śnieg. Z grani widać ośnieżone wulkany. Chmury rwą się, razi rozproszone światło. Jest lodowato i pięknie.
Wędrujemy po białych wzgórzach pod ogromnymi nawisami. Daleko od świeżych lawinisk. Nie bardzo wiem czy dobrze aż na śniegu zarysuje się stary ślad. Narciarz? Dwóch narciarzy, zatoczyli koło i wrócili w dół. Teraz idziemy po ich śladach, choć bez nart lepiej chyba by było inaczej. Jest grząsko. Na horyzoncie rysuje się łańcuch suchych gór. „To nimi przeszliśmy kiedyś z Jagodą” myślę i wspominam wspaniałą gorącą rzekę, przy której wtedy zabiwakowałyśmy wśród zieleni. Tylko wtedy już zbliżał się grudzień, a teraz mamy listopad.
Teren opada zbliżamy się do niewyraźnej przełęczy. Dolina przed nami wygląda jak brudna ścierka. Bura, podmokła, miejscami ośnieżona z meandrami porozlewanej rzeczki. Już prawie noc, kolory są niewyraźne i szare, zejście strome. Bardzo strome. Jose upiera się iść po lewej, ja śledzę niewyraźny odcisk nart, czy może teraz to już jest odcisk raków? Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, opuszczam się krok po kroku łukiem, żeby ominąć ciemniejsze miejsce. Jose wraca, po lewej wcale nie było śniegu, sam lód. Mrok gęstnieje wiatr wbity w gardło doliny mrozi twarz.
Schodzę aż zobaczę miejsce bez śniegu. Na suchszej górce ktoś wybudował kamienny płot. Wciskamy za nim namioty. Schodzę do potoku po wodę. Jest gorąca. Zimna wypływa z zaspy kilka metrów z boku. Co za luksus!


























































































