Wiosna w Andach cz7 Nevado de Chillan

Leśna droga jest pogrążona w zimnym cieniu. Rzeka pojawia się w całej okazałości tylko raz, Jose wchodzi nawet do wody, ale jest zbyt głęboko. Z rwącym nurtem walczy rodzina kaczek. Patrzymy jak przedzierają się z jednego kamienia na drugi, a potem z trudem, spychane przez nurt kryją się w zalanych chaszczach na drugim brzegu. Być może one mogły przelecieć, my nie możemy.

Schodzimy dalej. Wyglądam w każdym miejscu gdzie się da. Staję kiedy mijamy rozgałęzienia na mapie. To nie zawsze się musi zgadzać, rzeki są żywe, ale na pewno warto sprawdzić czy to nie tu. Las jest gęsty, pomimo tego wydaje mi się, że widzę ścieżkę, że ktoś czy coś już kiedyś tędy przeszło i rzeczywiście docieramy nad podzielony nurt. Widać tylko dwie pierwsze odnogi. Są paskudne. Nie robę zdjęć, przełączam się w tryb bojowy. Wszystkie inne sprawy poza rzeką zsuwają się na dalszy plan. Gdzieś w tle widzę fragmenty mapy, jeśli przejdziemy może uda się pokonać wąski potok (wodospad który widzieliśmy na brodem) i wrócić do szlaku GPT, lub gdyby się nie udało pójść w dół Rio Nuble aż do połączenia z Rio Zorra, a tam chyba powinien być most. Żałuję, że go nie wypatrzyłam z drogi, że nie przyjrzałam się czy nie jest zerwany.

Nasze buty do przechodzenia rzek są ażurowe, podeszwa cienka czuję każdy kamień. Woda lodowata, szybko sięga do połowy ud, w najgłębszym miejscu niemal do kroku. Druga odnoga jest bardzo podobna, do trzeciej musimy kawałek iść. Rzeka wbiła się tuż pod skarpę na brzegu. Schodzimy troszkę, bo przecież trzeba na ten brzeg jakoś wyjść. Oddycham z ulgą ociekając. Na trawkach rysuje się stary ślad krów, prowadzi do płotu. Jose otwiera bramkę i padamy na rozgrzanych skałach. Wywieszam zamoczone ubrania, obcieka skraj spódnicy i skarpety, które zostawiłam z nadzieją, że tak będzie cieplej. Rozwieszamy też wilgotne po nocy namioty. Słońce praży i za moment wszystko jest suche. Ruszamy w górę wyraźną wydeptaną ścieżką. Gubimy ją tylko raz w kamienistym brodzie, też niełatwym. Rio Las Minas płynie spod trzytysięczników, nic dziwnego, że jest mocno wezbrana. Susząc stopy zerkam na mapę, nasz szlak przecina tę rzekę jeszcze raz, dużo wyżej. „Może dałoby się pójść wzdłuż nurtu już stąd?” przesuwam powiększenie i znajduję ciąg wodospadów. Stromy próg. szkoda.

Kilometr dalej trafiamy na zamieszkałą osadę. Wokół domku kręcą się kury, po łąkach łażą konie i krowy na stoku widzę stado owiec i kilka biegających wolno świń. Na płocie kartka- „nie zawracać mi głowy z żadnego powodu!” „Żadnego” jest podkreślone. Pomimo tego wołamy Buenos Dias. Z domu wynurza się mężczyzna w szortach i klapkach. Jose tłumaczy się bardzo grzecznie. Długo gadają, niczego nie rozumiem. Mężczyzna wskazuje w górę w stronę Rio La Minias, niepotrzebnie wtrącam się, że nie tam. Chcemy spróbować przekroczyć wąski potok. -Estero el Quebrado dukam. -A to proszę bardzo- mówi mężczyzna i znika.

Idziemy ścieżką zdziwieni, że nam o niej nie powiedział jest wyraźna. Las pachnie rozgrzanymi igłami, rzeka wbita w skalne koryto jest biała. Przed potokiem wchodzimy na kamienistą górkę, ścieżka opada z niej bardzo stromo, schodzę kawałek ostrożnie, zostawiam plecak. Potok huczy jeszcze z 10 metrów niżej, ostatnie 3 czy 4 to skała. W zasadzie pion. Jest już południe i strumień wygląda jak pospieszny pociąg.

-No i co?- rzuca zaczepnie mężczyzna, teraz ubrany już w kapelusz i długie spodnie. Na nogach kalosze. – Wracacie?

Na myśl o powtórnym przechodzeniu przez Rio Nuble przechodzi mnie dreszcz. Jose opowiada jak tu przyszliśmy. Mężczyzna nie wierzy. -Naprawdę nie idziecie od mostu, z dołu?- kręcę głową.

Jose mówi jak było głęboko i postawa farmera się zmienia. Już nie ma w jego głosie drwiny. -Chodźcie- mówi-idę naprawić śluzę, pokażę wam drogę do Termas de Chillan. Przez Urubio. Znajoma z farmy po drugiej stronie Nuble co roku chodzi tędy z grupami jako przewodnik. Latem- mówi i patrzy na nas uważnie-Latem! W tym roku nikt jeszcze tędy nie szedł, wyżej na pewno jest śnieg.

Myślę, że sprawdzimy i jak się nie uda wrócimy. Nie problem, skoro można przejść mostem.

Rozstajemy się na granicy pastwiska, za płotem. Idźcie prosto po śladach koni. Jeśli się nie zgubicie dojdziecie do Estero Quebrado już wysoko. -Czy tam da się go przejść-pytam a Jose tłumaczy- tam bez problemu. Tylko nie zgubcie śladu- jak to daleko?-pyta Jose, a w oczach naszego rozmówcy zapala się znajoma iskierka drwiny- dwie godziny – na wszelki wypadek mnożymy to sobie przez 3.

Ścieżka wznosi się gęstym lasem, czasem ją widać, ale są też rozgałęzienia, a na mapie nie ma zupełnie nic. Bez śladu w nawigacji czuję się ślepa, jak łatwo się uzależnić od techniki…

Czym wyżej tym mniej końskich śladów, tym więcej zbutwiałego drewna, nieprzechodnich zarośli bambusów. Las pachnie próchnem, trudno o wodę do picia, zbliża się zmierzch. Z trudem znajdujemy miejsce na biwak. Tylko jeden namiot mieści się na prawie płaskim. To nie ziemia, to zwalone, już rozłożone drzewo. Drugi, rozpięty na uskoku przydaje się tylko jako szafka na plecaki. Śpię u Jose. Podoba mi się jego nowy namiot.

Do przedpołudnia wędrujemy labityntem pozwalanych pni, aż teren zaczyna się lekko wypołaszczać. Ślad w nawigacji jest już tuż tuż. Docieramy do niego za brodem zimnym, ale zupelnie nietrudnym. Tu na halach Estero Quebrado jest zwykłą rzeczką. Z zadowoleniem zakładam z powrotem górskie buty, nie myśląc że zaznaczony w nawigacji ślad zaraz zniknie i przez kilka godzin będziemy co i rusz przekraczać nurt szukając najłatwiejszych miejsc. Rzeczka naniosła zwalonych drzew, porozmywała stok, porozlewała się w odnogi i wypełniła bagienka. Wszystko to rozdeptały krowy. Zostało mnóstwo zeszłorocznych placków i połamanych krzaków. Wolno nam idzie. Za halą przedzieramy się przez bezlistny lasek i krowie tropy zbierają się w jeden trakt. Wspina się na strome piaszczyste zbocze. Z góry otwiera się wspaniały widok na dolinę, z przełęczy zasypanej ponad metrowym śniegiem też na dwa piękne wulkany. Nevado de Chillan i Chillan Nuevo.

Zejścia nie widać, ale mam nawigację. Ścieżka po zimie zawiana, wyrównana przez wiatr schodzi trawersem po miękkim piachu. Nie ma roślin, niżej pojawia się galimatias skał. Bród na Rio las Minas jest głęboki i lodowaty, nietrudny. Podejścia na lawowe pole nie widać i sporo tam kluczymy w stromiznach z ruchomych skał przysypanych śnieżnymi mostami. Potem jeszcze więcej na łączkach nasiąkłych jak bagna, bo dopiero co z nich zeszedł śnieg. Zbocze rozmiękło. Jest stromo, wieje zimny wiatr. Wspinamy się krok po kroku. Jestem zmęczona. Przed nami kilometry przez głęboki śnieg. Z grani widać ośnieżone wulkany. Chmury rwą się, razi rozproszone światło. Jest lodowato i pięknie.

Wędrujemy po białych wzgórzach pod ogromnymi nawisami. Daleko od świeżych lawinisk. Nie bardzo wiem czy dobrze aż na śniegu zarysuje się stary ślad. Narciarz? Dwóch narciarzy, zatoczyli koło i wrócili w dół. Teraz idziemy po ich śladach, choć bez nart lepiej chyba by było inaczej. Jest grząsko. Na horyzoncie rysuje się łańcuch suchych gór. „To nimi przeszliśmy kiedyś z Jagodą” myślę i wspominam wspaniałą gorącą rzekę, przy której wtedy zabiwakowałyśmy wśród zieleni. Tylko wtedy już zbliżał się grudzień, a teraz mamy listopad.

Teren opada zbliżamy się do niewyraźnej przełęczy. Dolina przed nami wygląda jak brudna ścierka. Bura, podmokła, miejscami ośnieżona z meandrami porozlewanej rzeczki. Już prawie noc, kolory są niewyraźne i szare, zejście strome. Bardzo strome. Jose upiera się iść po lewej, ja śledzę niewyraźny odcisk nart, czy może teraz to już jest odcisk raków? Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, opuszczam się krok po kroku łukiem, żeby ominąć ciemniejsze miejsce. Jose wraca, po lewej wcale nie było śniegu, sam lód. Mrok gęstnieje wiatr wbity w gardło doliny mrozi twarz.

Schodzę aż zobaczę miejsce bez śniegu. Na suchszej górce ktoś wybudował kamienny płot. Wciskamy za nim namioty. Schodzę do potoku po wodę. Jest gorąca. Zimna wypływa z zaspy kilka metrów z boku. Co za luksus!

Share

Wiosna w Andach cz6 San Fabian de Alico

Wracam z butelką. Woda z połączonych rzekach jest mętnawa, nurt silny. Na przeciw wznosi się czerwona skała. Nie ma szans dotarcia do końca drogi, którą wypatrzyłam na google maps. Musimy radzić sobie tu gdzie jesteśmy na lewobrzeżu. Sprawdzamy kolejne ścieżki, każda prowadzi do rzeki. Krowy wspinały się czasem na zbocza, ale schodziły. Zostały po nich połamane krzaki i rozdeptane, teraz podmarznięte bajora. Dopiero za piątym razem znajdujemy coś co się wspina na zbocze i nie znika po kilkudziesięciu metrach. Podchodzimy stromo, skalistym grzbietem, zębatą grzędą wzdłuż potoku, po czymś co może być zeszłorocznym śladem krów. W krzakach, bambusach, po skalach. 200 metrów wyżej powinien biec GPT. Znajdujemy. Szlak niewiele się różni krowich tropów. Nadal jest gęsto, ale teraz idziemy trawersem. Na drugim zboczu pojawia się kreska drogi. Może można było jednak do niej dojść?

Bród, którego bałam się od tygodni widać z daleka. Rzeka zwalnia na płaskim progu doliny. Nurt jest błękitny, bez piany. Pod skarpą stoi blaszany pasterski domek. Nie ma wątpliwości gdzie przejść. Zerkam na zegarek, jest późno, już minęło południe. Zdejmuję spodnie, tutaj na pewno zamokną. Jose nie chce żebyśmy przechodzili razem (tak jak to robiłam poprzednio z Jagodą, połączeni ramionami jak stołek, krok za krokiem) ustawiam się w „cieniu” za nim i łapię taśmy na jego plecaku. Na jego nogach piętrzą się fale, pod moimi pojawia się piana, lżejsza i łatwiejsza do pokonania niż woda. Nurt szarpie. Początkowo jest tylko do pół uda, ale dno opada i woda sięga mi majtek. Rzeka spycha nas w dół doliny. Koniec obiektywu w torbie przypiętej do pasa plecaka zanurza się, nie wiem jak głęboko. I tak nic z tym teraz nie zrobię. Brniemy starając się nie zachwiać, nie stracić równowagi, aż dno zaczyna się powoli unosić.

Na drugim brzegu kilkadziesiąt metrów od rzeki stoi wiatka. Kiedy tam siadam na ławce odgniata się mokry ślad. Majtki, spódnica, dno plecaka, wszystko jest mokre. Ściągam, wywieszam i czuję, że nie mam siły. Na nic. Nawet żeby wypić czy zjeść. Jakby zeszło ze mnie powietrze. Przeszliśmy i nie będziemy musieli wracać.

Schodzimy lasem. Piękna błękitna Rio la Zorra wije się wśród wulkanicznych skał, przecinamy niezliczone dopływy, niektóre są strome, szybkie spienione, a skały śliskie, w cieniu nadal utrzymuje się lód. Niżej pojawia się wyryta przed laty droga, teraz rozmyta i pozarastana. Brzydka jak rana. Niewygodnie iść po luźnych kamieniach. Przykro patrzeć na podcięte zbocze. Za mostem to już solidna gruntówka. Taka którą może przejechać samochód. Stoją tam domki być może letnie i tabliczka „Kochamy cię San Fabian i o ciebie dbamy”. Ktoś musi dbać. W całej dolinie nie było prawie żadnego śmiecia poza butlą po gazie zostawioną w wiatce przy brodzie, kilkoma zgubionymi butami i butelką po coli. Zwykle zabieram takie rzeczy. Teraz nie dałam rady. W dole doliny widać ładne suche góry. Już bez śniegu. Siadamy odpocząć. Z dołu nadjeżdża chłopak na koniu. Gadamy chwilkę, odjeżdżając mówi żeby wpaść do jego domu. To pierwszy na jaki trafimy.

Docieramy tam po południu, już zmęczeni, ale przekonani że trzeba iść dalej. Wymieniamy tylko parę słów z kobietą (jak sądzę matką chłopaka). Gratuluje nam że przeszliśmy, jest ciekawa, chciałaby pogadać, tylko do zmroku została godzina, może półtora i żal nam je stracić. Chcemy do cywilizacji, do sklepu. Schodzimy kawałek (drogą, bo tak jest najszybciej) i kilkaset metrów dalej wracamy. Jose zgubił kijki, musiał zostawić je przy ostatnim źródle. To najwyżej kilometr. Podchodzimy bliżej do domu, było tam wygodne miejsce żeby siąść, on zostawia plecak, a ja czekam. Pachną rozgrzane zioła, brzęczą rozleniwione muchy. Słońce opada i Dorka, mama Juana zaprasza żebyśmy sobie tu rozbili namiot. Mówię, że poczekamy co powie Jose, ale kiedy widzimy go z daleka jak wraca machając entuzjastycznie kijkami Dorka podrywa jego ogromny plecak i prowadzi mnie na ogrodzony plac. Podrywa jedna ręką! Ja bym go musiała pociągnąć…

Znika w domu i kiedy tłumaczę wszystko Jose wraca z puszką tuńczyka i wręcza go jakby przyznała nam medal. Za odwagę, za wiosnę, za szaleństwo przejścia jako pierwsi. Pytamy czy możemy kupić jajka, jak zawsze od razu na twardo. Zgadza się i piecze dla Jose świeży chleb. Dostaję grabie więc odgarniam na bok złogi kurzych kup. Rozbijam namiot na rumianku i mięcie. Pachnie wspaniale kiedy się w środku położę. Zapada zmrok. Od strony drogi dobiega mnie stłumiony szmer głosów. Jose rozmawia z Dorką i jej mężem też Juanem.

O czym dowiem się dopiero rano. O śniegu na przełęczy, stanie rzek, głębokości ostatniego brodu, śmieciach (czy ktoś aby nie zostawił, bo znów będą musieli pozbierać) i o koniach. -To dziwne- opowiada Jose- kiedy je opisałem wcześniej Juanowi (synowi) powiedział, że to na pewno nie ich, a kiedy później ojcu to, że ich. Może już ich?

Pytają też o pumy, a kiedy Jose wspomina o byku mówią, że nie wiedzą czyj jest, może dziki i że przy tym spotkanie z pumą to byłby drobiazg.

Rano Dorka zagląda spytać jak się spało. Przynosi mi banana i jabłko. I opowiada, że kiedyś na tym placu trzymali stado kóz. I tylko raz wyjechali na jeden dzień i kozy znikły. Ukradziono im wszystkie. 168 zwierząt w różnym wieku. Z koźlętami i matkami, nad których rodowodem pracowali od lat. Chcieli mieć własną odporną na zimno rasę. Przepadły pieniądze i lata pracy. To wszystko Jose tłumaczy mi potem. Teraz tylko słucham głosu, patrzę jak porusza się ciało, łapię pojedyncze hiszpańskie słowa. Widzę ranę, której nic nie wyleczy. -Uważajcie w San Fabian, tam też jest pełno złodziei- słyszymy na pożegnanie.

Schodzimy ścieżką, skoro zostaliśmy, zjedliśmy, nieciekawy skrót jezdną drogą traci sens. Zresztą tak mapa pokazuje nasz szlak. To musi być stary trakt, z czasów kiedy podróżowało się konno. Na rzece wisi wąska kładka, rozgałęzienia prowadzą do porozrzucanych po zboczu farm. Mijamy domki, dużo biedniejsze niż Dorki (pomalowany na żywy granat, spory, niemal skandynawski, choć postawiony w straszliwym kurzu). Ludzie odwracają się do nas tyłem, znikają w oknach (bywa, że pozbawionych szyb). „Jakbyśmy przyszli tu ukraść kozy” myślę. -Ktoś z doliny- mówi Jose , jakby mi czytał w myślach- kozy Dorki musiał ukraść ktoś z sąsiadów, wiedział że wyjechali, dał komuś znać.

Po południu docieramy do Puente Ingles i łapiemy stopa. Panowie, którzy nas wiozą, budowlańcy, uciekinierzy z zatłoczonego Santiago mówią że kilka lat temu podwieźli w tym samym miejscu Niemkę i że ona przeszła tędy sama. Fakt, że latem, niemniej zrobiła wrażenie. Pytam jak wyglądała, mówią że była bardzo wysoka i podejrzewam, że to mogła być Christine, której bloga czytałam przed wyjazdem. Szła sama w lekkich biegowych butach i bardzo się bała trawersów, urwisk. Też bardzo psów, które choć biegają tu luzem nigdy nas jak dotąd nie wystraszyły. Zerkam na buty, są tak opylone, że nie da się odróżnić koloru (były czarne, solidne skórzane, wystarczająco miękkie żeby swobodnie chodzić po drogach). Zerkam w lusterko, moja twarz regularnie smarowana kremem (z filtrem) jest prawie równie szara jak buty. Brwi wyglądają jak domalowane węglem. Włosy jak kupka starego siana.

W San Fabian jest śliczny i pusty kemping. Wynajmujemy domek. Mamy dla siebie taras i ogródek ogrodzony żywopłotem. Drzewko świetnie się sprawdza jako wieszak, żywopłot też jest niezłą suszarką. Piorę wszystko, nie na raz, bo muszę wyjść zjeść i do sklepu. Może lepiej było najpierw zjeść. Nie wiedzieliśmy że restauracje zamykają o czwartej. Zostają bary, a w nich nieśmiertelne danie- kurczak z ryżem. Lepsze niż nic, ale marzyłam o czymś ciekawszym. Sklepy też nie są idealne. W każdym udaje się coś wygrzebać, ale to nie są porządne zapasy. Teraz zamiast suszonego mięsa mamy ser, zamiast owsianki kruszoną kukurydzę (ponoć nadaje się na panierkę)… Nie możemy patrzeć na soczewicę. Nigdzie nie ma rodzynek.

Mamy czas, autobus, który ma nas zabrać w górę doliny, do miejsca gdzie łapaliśmy stopa jest o drugiej. Tak w każdym razie mówi kobieta w recepcji. Dobrze się tak przez jedną dobę polenić. Jest internet więc przeglądam jeszcze raz trasy i mapy. Odcinek, który mamy przed sobą (Traversia Santa Gertrudis) ma swoją stronę po hiszpańsku, więc zleciłam przygotowania Jose. Mówił, że nie widzi tam nic trudnego. Z ciekawości zaglądam i tłumaczę. W sekcji sprzęt uwaga żeby zabrać kask. Niepokoi mnie. Powiększam mapę i włączam na niej „nachylenie stoku”, co mi szkodzi mam internet i prąd. Początek i jeszcze kawałek potem czerwienieją. Wracam do stoku, który nas pokonał w dolinie Huemules- jest różowy, w pojedyncze czerwone piegi. „Zaledwie?” Myślę z niedowierzaniem. Tak czy siak to znaczy, że teraz ma być gorzej. „Znów mamy przed sobą trasę, z której być może wrócimy” myślę rozczarowana, bo miałam tam zamiar odpocząć.

Jedyna inna możliwość to kontynuować GPT, z tym że bród na Rio Nuble wygląda wyjątkowo paskudnie, w kanionie, na zakręcie, a to jest potężna rzeka. Do tego daleko. No nic, dokupuję jeszcze dwa cylindry ryżowych wafli, Jose dorzuca kawałek sera i dużą paczkę orzeszków ziemnych. Sprawdziły się, są kaloryczne i tłuste. Pakujemy się i wychodzimy na autobus, a on nie przyjeżdża.

Łapiemy stopa. Długo nie zatrzymuje się nikt, ratują nas sąsiadki z kempingu. Trzy panie okazują się biolożkami. Jadą w górę doliny inwentaryzować coś w rezerwacie przyrody. Mówią, że wejdziemy teraz w teren przejściowy, roślinność zmieni się z sucholubnych gatunków północnego Chile w deszczowy las Patagonii. Z miejsca gdzie nas zostawiają zabiera nas dwóch wędkarzy. Jadą nad Rio las Truchas. Samochód trzęsie, droga jest szutrowa i dziurawa, z trudem sprawdzam gdzie to jest na mapie. Od Truchas do brodu na Rio Nuble jest trochę ponad 10 km.- Jedziemy z wami!- decyduję i po fakcie tłumaczę Jose. Sprawdzimy bród i jak nie puści wrócimy. To tylko 5 km dalej niż Puente Ingles gdzie łapaliśmy stopa w dół. Troszkę w bok.

Samochód skręca, to też jest szutrowa szosa. Szeroka, pylista, nic ciekawego. Turlamy się, a kierowca opowiada. Puste domy, które nas dziwiły już wczoraj i niezrozumiałe napisy z protestem to pozostałość po planach budowy tamy. -Wyrzucili ludzi i nic nie zbudowali – mówi- a ludzie z żalu poumierali w miastach. -A tam, widzicie tę plamę, tam był pożar i nikt go nie zgasił, bo było za daleko do wody.

Przed Rio las Truchas kończy się droga. Wędkarze odjeżdżają, chyba jednak im się tu nie podoba, my przechodzimy w bród. Tylko do kolan. Dalej też widać jezdny trakt, ale to już cienka gruntówka. Wieje lodowaty wiatr. Posterunek Carabinieros de Chile jest opuszczony, w jednym z domków przy drodze ktoś jest. Na ścianie napis „Berbidas”, -kupmy colę- mówię Jose i może się czegoś dowiemy o brodzie.

Mężczyzna wychyla się po dłuższym czasie, podaje nam butelkę niechętnie, pytany czy ma coś jeszcze może ciastka mówi, że nie, albo że nie wie, bo to jest biznes siostry. Bród na Nuble? Nie ma mowy nie da się jej nigdzie przejść. Najwcześniej w miejscu gdzie się rozdziela na trzy odnogi, raczej nie teraz, może za miesiąc. Odchodzimy pomimo wszystko, to niedaleko i trzeba sprawdzić.

Do wieczora podchodzimy drogą wzdłuż rzeki. Po obu stronach trafiają się zabudowania, patrzymy czy gdzieś nie ma brodu, ale woda jest wysoka i rwąca. Z jednej z górek mamy wspaniały widok na wulkan i opadający spod niego wodospad. Przymglone wieczorne światło sączy się po bujnym lesie i myślę, że choćby dlatego warto było tu przyjść. Rano już by to tak nie wyglądało…

No i faktycznie rano wygląda jak zwykła pocztówka. Bród okazał się tak przerażający, że nie udało nam się nawet dobrze zamoczyć stóp. Rwący nurt głęboki na kilka metrów. Nad nim dopływ- wąski wysoki wodospad, dalej kanion, gdyby kogoś taka woda poniosła roztrzaskałby się w tym wąskim gardle na skałach. Miejsce na biwak też było takie sobie, w gąszczu, bez widoków. Bardzo chłodne. Jesteśmy rozczarowani. Niepewni co teraz zrobić. Wracamy szybciej niz podchodziliśmy, bo to z górki.

A otacza nas faktycznie inna roślinność. Las jest iglasty i bujny, bardzo ciemny. Rozpoznaję gatunki, które widywałam w Arizonie. W każdym miejscu gdzie pojawia się widok na rzekę zerkam. Gdzie jest to „gdzie rozdziela się na trzy odnogi”?

Share
Translate »