Wiosna w Andach cz6 San Fabian de Alico

Wracam z butelką. Woda z połączonych rzekach jest mętnawa, nurt silny. Na przeciw wznosi się czerwona skała. Nie ma szans dotarcia do końca drogi, którą wypatrzyłam na google maps. Musimy radzić sobie tu gdzie jesteśmy na lewobrzeżu. Sprawdzamy kolejne ścieżki, każda prowadzi do rzeki. Krowy wspinały się czasem na zbocza, ale schodziły. Zostały po nich połamane krzaki i rozdeptane, teraz podmarznięte bajora. Dopiero za piątym razem znajdujemy coś co się wspina na zbocze i nie znika po kilkudziesięciu metrach. Podchodzimy stromo, skalistym grzbietem, zębatą grzędą wzdłuż potoku, po czymś co może być zeszłorocznym śladem krów. W krzakach, bambusach, po skalach. 200 metrów wyżej powinien biec GPT. Znajdujemy. Szlak niewiele się różni krowich tropów. Nadal jest gęsto, ale teraz idziemy trawersem. Na drugim zboczu pojawia się kreska drogi. Może można było jednak do niej dojść?

Bród, którego bałam się od tygodni widać z daleka. Rzeka zwalnia na płaskim progu doliny. Nurt jest błękitny, bez piany. Pod skarpą stoi blaszany pasterski domek. Nie ma wątpliwości gdzie przejść. Zerkam na zegarek, jest późno, już minęło południe. Zdejmuję spodnie, tutaj na pewno zamokną. Jose nie chce żebyśmy przechodzili razem (tak jak to robiłam poprzednio z Jagodą, połączeni ramionami jak stołek, krok za krokiem) ustawiam się w „cieniu” za nim i łapię taśmy na jego plecaku. Na jego nogach piętrzą się fale, pod moimi pojawia się piana, lżejsza i łatwiejsza do pokonania niż woda. Nurt szarpie. Początkowo jest tylko do pół uda, ale dno opada i woda sięga mi majtek. Rzeka spycha nas w dół doliny. Koniec obiektywu w torbie przypiętej do pasa plecaka zanurza się, nie wiem jak głęboko. I tak nic z tym teraz nie zrobię. Brniemy starając się nie zachwiać, nie stracić równowagi, aż dno zaczyna się powoli unosić.

Na drugim brzegu kilkadziesiąt metrów od rzeki stoi wiatka. Kiedy tam siadam na ławce odgniata się mokry ślad. Majtki, spódnica, dno plecaka, wszystko jest mokre. Ściągam, wywieszam i czuję, że nie mam siły. Na nic. Nawet żeby wypić czy zjeść. Jakby zeszło ze mnie powietrze. Przeszliśmy i nie będziemy musieli wracać.

Schodzimy lasem. Piękna błękitna Rio la Zorra wije się wśród wulkanicznych skał, przecinamy niezliczone dopływy, niektóre są strome, szybkie spienione, a skały śliskie, w cieniu nadal utrzymuje się lód. Niżej pojawia się wyryta przed laty droga, teraz rozmyta i pozarastana. Brzydka jak rana. Niewygodnie iść po luźnych kamieniach. Przykro patrzeć na podcięte zbocze. Za mostem to już solidna gruntówka. Taka którą może przejechać samochód. Stoją tam domki być może letnie i tabliczka „Kochamy cię San Fabian i o ciebie dbamy”. Ktoś musi dbać. W całej dolinie nie było prawie żadnego śmiecia poza butlą po gazie zostawioną w wiatce przy brodzie, kilkoma zgubionymi butami i butelką po coli. Zwykle zabieram takie rzeczy. Teraz nie dałam rady. W dole doliny widać ładne suche góry. Już bez śniegu. Siadamy odpocząć. Z dołu nadjeżdża chłopak na koniu. Gadamy chwilkę, odjeżdżając mówi żeby wpaść do jego domu. To pierwszy na jaki trafimy.

Docieramy tam po południu, już zmęczeni, ale przekonani że trzeba iść dalej. Wymieniamy tylko parę słów z kobietą (jak sądzę matką chłopaka). Gratuluje nam że przeszliśmy, jest ciekawa, chciałaby pogadać, tylko do zmroku została godzina, może półtora i żal nam je stracić. Chcemy do cywilizacji, do sklepu. Schodzimy kawałek (drogą, bo tak jest najszybciej) i kilkaset metrów dalej wracamy. Jose zgubił kijki, musiał zostawić je przy ostatnim źródle. To najwyżej kilometr. Podchodzimy bliżej do domu, było tam wygodne miejsce żeby siąść, on zostawia plecak, a ja czekam. Pachną rozgrzane zioła, brzęczą rozleniwione muchy. Słońce opada i Dorka, mama Juana zaprasza żebyśmy sobie tu rozbili namiot. Mówię, że poczekamy co powie Jose, ale kiedy widzimy go z daleka jak wraca machając entuzjastycznie kijkami Dorka podrywa jego ogromny plecak i prowadzi mnie na ogrodzony plac. Podrywa jedna ręką! Ja bym go musiała pociągnąć…

Znika w domu i kiedy tłumaczę wszystko Jose wraca z puszką tuńczyka i wręcza go jakby przyznała nam medal. Za odwagę, za wiosnę, za szaleństwo przejścia jako pierwsi. Pytamy czy możemy kupić jajka, jak zawsze od razu na twardo. Zgadza się i piecze dla Jose świeży chleb. Dostaję grabie więc odgarniam na bok złogi kurzych kup. Rozbijam namiot na rumianku i mięcie. Pachnie wspaniale kiedy się w środku położę. Zapada zmrok. Od strony drogi dobiega mnie stłumiony szmer głosów. Jose rozmawia z Dorką i jej mężem też Juanem.

O czym dowiem się dopiero rano. O śniegu na przełęczy, stanie rzek, głębokości ostatniego brodu, śmieciach (czy ktoś aby nie zostawił, bo znów będą musieli pozbierać) i o koniach. -To dziwne- opowiada Jose- kiedy je opisałem wcześniej Juanowi (synowi) powiedział, że to na pewno nie ich, a kiedy później ojcu to, że ich. Może już ich?

Pytają też o pumy, a kiedy Jose wspomina o byku mówią, że nie wiedzą czyj jest, może dziki i że przy tym spotkanie z pumą to byłby drobiazg.

Rano Dorka zagląda spytać jak się spało. Przynosi mi banana i jabłko. I opowiada, że kiedyś na tym placu trzymali stado kóz. I tylko raz wyjechali na jeden dzień i kozy znikły. Ukradziono im wszystkie. 168 zwierząt w różnym wieku. Z koźlętami i matkami, nad których rodowodem pracowali od lat. Chcieli mieć własną odporną na zimno rasę. Przepadły pieniądze i lata pracy. To wszystko Jose tłumaczy mi potem. Teraz tylko słucham głosu, patrzę jak porusza się ciało, łapię pojedyncze hiszpańskie słowa. Widzę ranę, której nic nie wyleczy. -Uważajcie w San Fabian, tam też jest pełno złodziei- słyszymy na pożegnanie.

Schodzimy ścieżką, skoro zostaliśmy, zjedliśmy, nieciekawy skrót jezdną drogą traci sens. Zresztą tak mapa pokazuje nasz szlak. To musi być stary trakt, z czasów kiedy podróżowało się konno. Na rzece wisi wąska kładka, rozgałęzienia prowadzą do porozrzucanych po zboczu farm. Mijamy domki, dużo biedniejsze niż Dorki (pomalowany na żywy granat, spory, niemal skandynawski, choć postawiony w straszliwym kurzu). Ludzie odwracają się do nas tyłem, znikają w oknach (bywa, że pozbawionych szyb). „Jakbyśmy przyszli tu ukraść kozy” myślę. -Ktoś z doliny- mówi Jose , jakby mi czytał w myślach- kozy Dorki musiał ukraść ktoś z sąsiadów, wiedział że wyjechali, dał komuś znać.

Po południu docieramy do Puente Ingles i łapiemy stopa. Panowie, którzy nas wiozą, budowlańcy, uciekinierzy z zatłoczonego Santiago mówią że kilka lat temu podwieźli w tym samym miejscu Niemkę i że ona przeszła tędy sama. Fakt, że latem, niemniej zrobiła wrażenie. Pytam jak wyglądała, mówią że była bardzo wysoka i podejrzewam, że to mogła być Christine, której bloga czytałam przed wyjazdem. Szła sama w lekkich biegowych butach i bardzo się bała trawersów, urwisk. Też bardzo psów, które choć biegają tu luzem nigdy nas jak dotąd nie wystraszyły. Zerkam na buty, są tak opylone, że nie da się odróżnić koloru (były czarne, solidne skórzane, wystarczająco miękkie żeby swobodnie chodzić po drogach). Zerkam w lusterko, moja twarz regularnie smarowana kremem (z filtrem) jest prawie równie szara jak buty. Brwi wyglądają jak domalowane węglem. Włosy jak kupka starego siana.

W San Fabian jest śliczny i pusty kemping. Wynajmujemy domek. Mamy dla siebie taras i ogródek ogrodzony żywopłotem. Drzewko świetnie się sprawdza jako wieszak, żywopłot też jest niezłą suszarką. Piorę wszystko, nie na raz, bo muszę wyjść zjeść i do sklepu. Może lepiej było najpierw zjeść. Nie wiedzieliśmy że restauracje zamykają o czwartej. Zostają bary, a w nich nieśmiertelne danie- kurczak z ryżem. Lepsze niż nic, ale marzyłam o czymś ciekawszym. Sklepy też nie są idealne. W każdym udaje się coś wygrzebać, ale to nie są porządne zapasy. Teraz zamiast suszonego mięsa mamy ser, zamiast owsianki kruszoną kukurydzę (ponoć nadaje się na panierkę)… Nie możemy patrzeć na soczewicę. Nigdzie nie ma rodzynek.

Mamy czas, autobus, który ma nas zabrać w górę doliny, do miejsca gdzie łapaliśmy stopa jest o drugiej. Tak w każdym razie mówi kobieta w recepcji. Dobrze się tak przez jedną dobę polenić. Jest internet więc przeglądam jeszcze raz trasy i mapy. Odcinek, który mamy przed sobą (Traversia Santa Gertrudis) ma swoją stronę po hiszpańsku, więc zleciłam przygotowania Jose. Mówił, że nie widzi tam nic trudnego. Z ciekawości zaglądam i tłumaczę. W sekcji sprzęt uwaga żeby zabrać kask. Niepokoi mnie. Powiększam mapę i włączam na niej „nachylenie stoku”, co mi szkodzi mam internet i prąd. Początek i jeszcze kawałek potem czerwienieją. Wracam do stoku, który nas pokonał w dolinie Huemules- jest różowy, w pojedyncze czerwone piegi. „Zaledwie?” Myślę z niedowierzaniem. Tak czy siak to znaczy, że teraz ma być gorzej. „Znów mamy przed sobą trasę, z której być może wrócimy” myślę rozczarowana, bo miałam tam zamiar odpocząć.

Jedyna inna możliwość to kontynuować GPT, z tym że bród na Rio Nuble wygląda wyjątkowo paskudnie, w kanionie, na zakręcie, a to jest potężna rzeka. Do tego daleko. No nic, dokupuję jeszcze dwa cylindry ryżowych wafli, Jose dorzuca kawałek sera i dużą paczkę orzeszków ziemnych. Sprawdziły się, są kaloryczne i tłuste. Pakujemy się i wychodzimy na autobus, a on nie przyjeżdża.

Łapiemy stopa. Długo nie zatrzymuje się nikt, ratują nas sąsiadki z kempingu. Trzy panie okazują się biolożkami. Jadą w górę doliny inwentaryzować coś w rezerwacie przyrody. Mówią, że wejdziemy teraz w teren przejściowy, roślinność zmieni się z sucholubnych gatunków północnego Chile w deszczowy las Patagonii. Z miejsca gdzie nas zostawiają zabiera nas dwóch wędkarzy. Jadą nad Rio las Truchas. Samochód trzęsie, droga jest szutrowa i dziurawa, z trudem sprawdzam gdzie to jest na mapie. Od Truchas do brodu na Rio Nuble jest trochę ponad 10 km.- Jedziemy z wami!- decyduję i po fakcie tłumaczę Jose. Sprawdzimy bród i jak nie puści wrócimy. To tylko 5 km dalej niż Puente Ingles gdzie łapaliśmy stopa w dół. Troszkę w bok.

Samochód skręca, to też jest szutrowa szosa. Szeroka, pylista, nic ciekawego. Turlamy się, a kierowca opowiada. Puste domy, które nas dziwiły już wczoraj i niezrozumiałe napisy z protestem to pozostałość po planach budowy tamy. -Wyrzucili ludzi i nic nie zbudowali – mówi- a ludzie z żalu poumierali w miastach. -A tam, widzicie tę plamę, tam był pożar i nikt go nie zgasił, bo było za daleko do wody.

Przed Rio las Truchas kończy się droga. Wędkarze odjeżdżają, chyba jednak im się tu nie podoba, my przechodzimy w bród. Tylko do kolan. Dalej też widać jezdny trakt, ale to już cienka gruntówka. Wieje lodowaty wiatr. Posterunek Carabinieros de Chile jest opuszczony, w jednym z domków przy drodze ktoś jest. Na ścianie napis „Berbidas”, -kupmy colę- mówię Jose i może się czegoś dowiemy o brodzie.

Mężczyzna wychyla się po dłuższym czasie, podaje nam butelkę niechętnie, pytany czy ma coś jeszcze może ciastka mówi, że nie, albo że nie wie, bo to jest biznes siostry. Bród na Nuble? Nie ma mowy nie da się jej nigdzie przejść. Najwcześniej w miejscu gdzie się rozdziela na trzy odnogi, raczej nie teraz, może za miesiąc. Odchodzimy pomimo wszystko, to niedaleko i trzeba sprawdzić.

Do wieczora podchodzimy drogą wzdłuż rzeki. Po obu stronach trafiają się zabudowania, patrzymy czy gdzieś nie ma brodu, ale woda jest wysoka i rwąca. Z jednej z górek mamy wspaniały widok na wulkan i opadający spod niego wodospad. Przymglone wieczorne światło sączy się po bujnym lesie i myślę, że choćby dlatego warto było tu przyjść. Rano już by to tak nie wyglądało…

No i faktycznie rano wygląda jak zwykła pocztówka. Bród okazał się tak przerażający, że nie udało nam się nawet dobrze zamoczyć stóp. Rwący nurt głęboki na kilka metrów. Nad nim dopływ- wąski wysoki wodospad, dalej kanion, gdyby kogoś taka woda poniosła roztrzaskałby się w tym wąskim gardle na skałach. Miejsce na biwak też było takie sobie, w gąszczu, bez widoków. Bardzo chłodne. Jesteśmy rozczarowani. Niepewni co teraz zrobić. Wracamy szybciej niz podchodziliśmy, bo to z górki.

A otacza nas faktycznie inna roślinność. Las jest iglasty i bujny, bardzo ciemny. Rozpoznaję gatunki, które widywałam w Arizonie. W każdym miejscu gdzie pojawia się widok na rzekę zerkam. Gdzie jest to „gdzie rozdziela się na trzy odnogi”?

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Translate »