Armenia pieszo cz27- irańska granica

To był nasz ostatni dzień w górach.  Ostatnie chwile. Od drogi, sądząc z mapy ruchliwej szosy dzieliło nas tylko kilka kilometrów. Być może dałoby się jakoś pójść przez dzicz, oznaczałoby to powrót w mokre chaszcze, bez mapy, bez szlaków, we mgle. Spróbowaliśmy, ale wróciliśmy i ruszyliśmy w kierunku szosy.  Nie była daleko, niewiele ponad godzinę. Moja nawigacja pokazywała kilka obejść, pewnie można by iść równolegle  przez las, gdybaliśmy kiedy chmury na moment opadły i zobaczyliśmy góry. Nie wiedzieliśmy, że ich niskie partie są skaliste i bardzo strome, pozarastane karłowatym lasem. Nie wiem czy udałoby się tamtędy przejść. Nie spróbowaliśmy. Wyszliśmy na asfalt (w doskonałym stanie, niewiarygodnym w Armenii), minęliśmy opuszczoną wieś, wodopój, stół piknikowy, drugą wieś z zabytkowym kościołem. Wszystko to ciche i pogrążone we mgle. Wszystko puste. Szosą nie jechał ani jeden samochód. -Jest zamknięta? -deliberowaliśmy niewiele widząc. We mgle majaczyły czasem żółte drzewa, ociekające krzaki wychylały się aż do linii ciągłej nie kończącej się przez kilkanaście kilometrów. Dobrze się szło. Pierwszy widok pojawił się już po południu. Gotowaliśmy wtedy herbatę, dojadaliśmy resztki. Chmura pękła nad szczytem w Iranie, opadająca dziura odsłoniła las. W niczym nie przypominał tego, przez który brnęliśmy wieczorem. Był niski, rzadki, jałowce zmieszane z tamaryszkiem, dużo róż. Suche urwiska. Widok znikł. Znów szliśmy w gęstym mleku, teraz jakby odrobinę suchszym. Asfalt przeciął ślad krów, rząd rozmoczonych placków, nierozjechanych jeszcze przez żaden samochód. Kilka ostrych zakrętów, które czasem udało się ściąć i weszliśmy pod chmurę. Suche, pustynne góry, a w nich jaskrawa plamka jak broszka- wieś otoczona przez owocowe sady. Pięknie!

Porzuciliśmy szosę, niepotrzebną już skoro odzyskaliśmy widoczność. Przez suche stoki, przez skały przebijały się owcze ścieżki. Labirynt, czasem prowadzący donikąd, czasem karkołomny, zbyt stromy, po kilometrach asfaltu- wytchnienie dla stóp. Czym niżej tym częściej pojawiała się jakaś roślinność. Pozostałości starych zabudowań, pojedyncze owocowe drzewa, figi, jeżyny, włoski orzech…-Popatrz co to takiego?Granaty? Zrzuciliśmy plecaki i kiedy ja wyżymałam skarpetki Jose wysłany na zwiady „upolował” kilkanaście owoców. Za dużo, aż tylu nie udało nam się zjeść. Były pyszne, kwaskowato-słodkie. Ociekaliśmy sokiem kiedy szosą, nadal widoczną (nie odeszliśmy daleko) przejechał jakiś samochód. Nie wiedzieliśmy czy kierowca nas widzi, ale pomachaliśmy. Resztę granatów zabrałam do plecaka jak skarb, nie wiedząc, że przez kilka kolejnych godzin będziemy się przedzierać przez granatowe zarośla. Będą rosły wszędzie, przy drogach, za płotami, na miedzach, jak u nas śliwki. Doprowadzą nas do wsi, innej niż te widywane wcześniej w Armenii. Bogatej, zarośniętej gąszczem owocowych drzew. Hurmy (kaki), granaty, morele, kaskady winogron, nie wszędzie zebranych. Burza kolorów. W tym domy z kamienia, ozdobne balkony. Mnóstwo owoców na ziemi. -Chcecie?- zaczepiła nas pani w jednym z ogrodów. -Jasne!- musicie umyć, tutaj na podwórku jest woda. Była Rosjanką. To był jej letni domek- jej dacza. Kaki bardzo dojrzałe i miękkie. Troszkę obite od upadku z drzewa. Kilka przepadło, bo Jose użył ich do odpędzania psa- Ugryzłby cię!- tłumaczył kiedy się oburzyłam.

Zaraz zresztą dostaliśmy nowe. Ludzie nas pozdrawiali, zagadywali. Śmiali się kiedy zapytani skąd przyszliśmy mówiliśmy, że z Alaverdi. Że wędrowaliśmy przez Armenię przez miesiąc. Że z namiotem, że pieszo. Gruntowa droga przeszła w końcu w asfalt. Zatrzymał się jakiś drogi samochód. Turyści. Rozentuzjazmowany Szwajcar z dziewczyną. Jechali w górę, ale zaraz znów w dół. Dziewczyna wyglądała na znudzoną. Szwajcar zaproponował podwózkę. Odmówiliśmy. Do irańskiej granicy zostało tylko kilka kilometrów, może dwa. Widzieliśmy zakole rzeki i skały przecięte irańską drogą. Słońce było już bardzo nisko, chmury rwały się, po górach wędrowały plamy światła. W granicznej dolinie szalał wiatr. Pędziłam na wprost tego pięknego widoku, głodna fotografowania po dniach we mgle. Jose patrzył z pobłażaniem, bo stawałam i musiał czekać.

Ja też czekałam, jeszcze chwilka jeszcze jeden zakręt i odsłoni się mur pięknych gór. Słońce oświetli je dla mnie jak scenę. Będą się na nich rwały pasma chmur, zabłyśnie rzeka otoczona jesiennym złotem…

-Dzień dobry- zatrzymuje się koło nas Łada.- Ubrany w mundur mężczyzna jest uprzejmy. -Skąd, dokąd… Odpowiadam automatycznie patrząc przez ramię na wędrówkę chmur. – Nie, dziękujemy, chcemy pójść pieszo, to już blisko, czekaliśmy na tą chwilę przez 30 dni. -Nie mogę, muszę was zawieźć do naczelnika. Zrozumcie tu jest granica, pilnujemy jej wspólnie z ruską armią. Naczelnik kazał… Oglądamy jakąś legitymację, pokazujemy paszporty, w przerwach cykam zdjęcie. -Nie ma mowy- próbuje się bronić Jose-nie ma wyboru- tłumaczę. I znów udaje mi się zrobić zdjęcie. widowisko się dopiero zaczyna. Złoto i wał burych chmur. Patrzę na nie przez szybę. -Nie wolno fotografować granicy!- przerywa żołnierz. Granicy czyli czego? Szosy, podwójnej, bo i armeńskiej i irańskiej, równoległych oddalonych od siebie o kilkaset metrów, oddzielonych rzeczką, na oko niewinną, taką jaką od biedy dałoby się przejść. Poziomych promieni słońca? Suchych skał? – Mam nadzieje, że naczelnik już parzy kawę?- rzucam. Żołnierz jest speszony- zaprosił nas, liczymy na miłe przyjęcie- wyjaśniam, a chłopak jeszcze bardziej się miesza. -No… nie… nie żadna kawa to tylko praca, chcecie kawę? To dopiero w mieście…

Naczelnik jest blondynem. Chyba naczelnik, bo jest też Azjata może z Kazachstanu. Kiedy przyjeżdżamy przesłuchują Szwajcara. -Jak pani dobrze mówi po rosyjsku- głos wojaka aż kipi od podejrzliwości- kazali to się nauczyłam-odpieram znudzona wypytywaniem. Nie wiem jak wyjaśnić po co szliśmy pieszo, że wcale nie chcemy do Iranu, a chcieliśmy do irańskiej granicy. Pieką mnie stopy w przemoczonych butach, myślę że jak to się nie skoczy ściągnę śmierdzące skarpety i zapytam gdzie je mogę wysuszyć. -Dlaczego nas przesłuchujecie?-Ludzie dzwonili, że obcy schodzą z gór, musieliśmy sprawdzić…

-Co my teraz z nimi zrobimy? Blondyn z Kazachem naradzają się po cichu, ale przecież rozumiem, przecież słyszę. -Może im zamówmy taksówkę? -Nie szefie, jak ich lepiej odwiozę. Mówią że chcą do hotelu, że wracają, znam Meghri,  zarezerwuję autobus. Ormianin jest przekonujący, naczelnik kupuje argumenty i po chwili znów siedzimy w Ładzie. Na granicy z Azerbejdżanem zachodzi słońce. Irańskie góry nakrywa cień. -Wrócimy tu, pociesza Jose- Chcesz? Wrócimy i pojedziemy do Iranu…

Share

Armenia pieszo cz26 Arevik

Budzik w ciemności. -Jesteś pewien, że już musimy wstać? Zimno, szkoda wychodzić ze śpiwora, śnieg w plastikowych torbach- nietknięty, nierozmrożony, płomień palnika, skwierczenie przypalanego garnka i płatki śniegu opadające cicho za oknem. Świecimy, ale nie widzimy ile przybyło. Wyobraźnia maluje bezdenne zaspy, szykujemy się jakbyśmy szli na wojnę, ale spadło najwyżej kilka centymetrów. -500 metrów do drogi- melduję ścierając płatki z ekranu smartfona. Rozwidnia się. Idziemy we mgłę. Trafiamy na coś jakby ścieżkę, potem poidło dla krów, grubszą drogę. Według mapy powinna biec trawersem. Nie widzimy zbocza, ale jest skos. Przez kilka godzin nasz horyzont sięga paru metrów. Ośnieżone rośliny,  przyprószone skały, mokre ptaki i płatki wirujące w bezwietrznym powietrzu. Potem przeciąg- wnioskujemy, że kończy się zbocze. Pewnie można by tu zejść do wsi. Schodzimy kawałek i wracamy. Szkoda nam gór. Mapa- ta z polskim szlakiem nie pokazuje tu już więcej dróg, ale przed nami jest jakiś ślad. Nawigacja widzi urwane kawałki. Gdybyśmy szli dalej na południe wejdziemy do Parku Narodowego Arevik, kusi nas to. Ryzykujemy. Przechodzimy na drugą stronę zbocza i znów kilka godzin idziemy skosem. Jestem głodna. Jose robi namiot z folii (tej, którą kładziemy pod podłogę). Siadamy, jemy, „namiot” się rusza, zasłania nam oczy, ale chroni przed wiatrem i śniegiem. -Sfotografuj to- prosi Jose, ale nie mam szerokiego kąta, więc nie wiem jak. Jesteśmy zadowoleni. Jest pięknie.

Po południu znajdziemy fragment drogi w nawigacji. Precyzyjnie staniemy „na kresce”, ale ścieżka jest tylko wirtualna, niewidoczna w trawach i śniegu. Będziemy chodzić w górę i w dół, mgła zgęstnieje, śnieg zmięknie i zmieni się w marznący deszcz. -Schodzimy- zdecyduje Jose. -Nie wierzę- będę myśleć przebijając się przez oblodzone skały, przez krzaki, kolce strome trawki…

Czym niżej tym cieplej, śnieg płytszy, deszcz bardziej mokry, krzaki gęstsze. W teorii nadal idziemy ścieżką, opada łagodnie i kończy się na jakimś potoku. Na mapie, bo w rzeczywistości wcale się nie zaczęła. -Pójdziemy dalej trawersem- obiecuje Jose, nawet wtedy kiedy widzę, że idzie wprost na skalną ścianę. -No dobrze, nie przetrawersujemy… Rzeczka płynie kanionem. Skręcamy i idziemy w dół. -600 metrów do drogi- wyliczam i chowam smartfona pod kurtkę. Te 600 metrów porasta trawa po pas. Paprocie, róże, jeżyny. Zanim dojdziemy do poidła dla krów będziemy kompletnie mokrzy.

Znów ścieżką, widoczną tylko w nawigacji.  Przez chaszcze, przez skały wzdłuż rzeki. We mgle jesienne liście prawie świecą. Żółte wierzby, czerwone róże. Kanion pogłębia się i robi się stromy. Przechodzimy na drugą stronę, intuicyjnie, niemal po omacku trafiamy na ścieżkę, a potem na ruinę wsi. Przez chwilkę kluczymy z nadzieją na jakiś dom, ale to tylko sterty kamieni. Nawigacja pokazuje wyjście, idziemy teraz już po ścieżce, szybko, po stromym stoku, potem leśną drogą, gdzie pojawiają się już miejsca na namiot, ale w tej mgle gęstwina wydaje się straszna. -Dojdziemy do drogi przed nocą- pocieszamy się na zmianę, chociaż zostało nam chyba z pięć kilometrów.

Przez moment chmura się rwie. Po stoku, gdzie jak wnioskuję z mapy jest ścisły rezerwat przyrody przesuwa się plama żółtego światła. Potem zatapia nas błękit, a na górce pojawia się dom. -Nie bardzo- grymasi Jose, chociaż sypialiśmy już w gorszych miejscach. Zdejmuję plecak, wyżymam skarpetki- Chodź tu jest znacznie lepiej!- słyszę więc zbieram się, zarzucam plecak i znów ruszam w mokre krzaki.

Śpimy wygodnie na drewnianej pryczy i jedyny nasz problem to woda. Jest już zbyt ciemno, zbyt mgliście żeby jej szukać.

Share