Pireneje wrzesień cz7

Świt w Refuge Russell był jednym z powodów, dla których się tam wdrapałam. Widok jest piękny, jest nawet stosowna ławeczka. Przeczekałam aż wyjdą Francuzi, zrobiłam sporo zdjęć. Pozamiatałam, umyłam stoły- bezobsługowe schroniska trzymają się dlatego, że ktoś to robi. Nie śpieszyłam się przecież nigdzie. Miałam czas. Wyszłam w chwili kiedy słońce dotknęło budynku. Las już częściowo złoty aż raził. Szłam pod górę w kierunku Col de Culaus trasą, którą pokonaliśmy kiedyś zimą z Jose. Latem wydawała się inna. Zagmatwana, powolna, dolinę zasypuje skalny rumosz- zimą wyrównany przez śnieg. Podejście tym razem proste, zejście oczywiste chociaż nieoznakowane (w prawo), dolina trudna i męcząca- wypełniona luźnymi blokami, z fragmentami stromych piargów. Tym razem byłam zdeterminowana żeby odnaleźć letni szlak, więc trzymałam się prawej strony i rzeczywiście udało mi się odbić w krzaki prowadzące nad drugie jezioro- Lac Nere. Piękne, aż granatowe. W dzikim skalistym terenie trafiłam na dwa wyzbierane do czysta płaskie miejsca pod namiot, a potem się doszczętnie zgubiłam.

Chodziłam w górę i w dół, szukałam trawersów. Kopczyki, których w całej dolinie było tylko kilka ostatecznie znikły. Strome zbocza pełne urwisk w wylizanych przez lodowiec szkierach. Znalazłam w tym labiryncie ścieżkę, myślałam, że musi być kozia, ale szła mniej więcej tam gdzie ja więc kontynuowałam. Nie byłam tu pierwsza. Na krzakach wisiał korek od szampana- zostawiłam go zabierając tylko plastikową część (czyli śmieć- te zawsze zbieram). Chwilkę później musiałam poszukać obejścia, bo szlak wdrapywał się na gładką ścianę ryską tak wąską, że mi się nie udało zmieścić- torba z aparatem zbyt mocno mnie odpychała od ściany. Dalej gubiłam się coraz częściej. Kozy dotarły tam gdzie chciały- do płytkich stawków- i ich tropy rozbiegły się po trawkach.

Teraz myślę, że trzeba było iść dalej na wschód wzdłuż grzbietu. Pewnie trafiłabym na zejście, to które nas wystraszyło w marcu. Ale wtedy byłam na to zbyt wkurzona. Co za straszliwie pokrętny szlak! Latem wcale nie lepszy niż zimą…  W związku z tym wyjrzałam zza skarpy i widząc w dole jezioro Cestrede zdecydowałam, że do niego zejdę. To męcząca trasa. Prawie pionowe trawki, poprzecinane siateczką żlebów. Pełno ukrytych w roślinności dziur, niektóre z wodą, piargi, rumowiska i wymagające obejścia skały. Idąc, czy raczej zsuwając się ostrożnie myślałam o tym, że Cabana Cestrede to mit. Po prostu wcale jej nie ma… I wtedy zobaczyłam domek. Bardzo daleko po lewej, ukryty pod skalistym grzbietem tym, którym nie poszłam… Dojście zajęło mi chyba z godzinę, musiałam kawał zawrócić, podejrzewałam, że zaraz się rozczaruję, schron wyglądał porządnie więc pewnie zamknięty, ale ponieważ tyle o nim myśleliśmy śpiąc pod gołym niebem przed 5-ciu laty, chciałam sprawdzić.

Był otwarty. Nie od razu znalazłam źródło (jest na ścieżce w dół w stronę stawu), ale wpadło mi w ręce coś innego- karton z czerwonym winem.

Cestrede to bardzo dobra cabana. Piętrowe łóżko, solidny stół, rzeczy pasterzy zamknięte w szafce, a na wierzchu pozostawione przez kogoś „dary”. Wino, oliwa, sól, kilka konserw. Dołożyłam paczkę chusteczek. Tym razem miałam wszystkiego za dużo

Pireneje wrzesień cz6

W schronisku zamówiłam dużą kawę. Taką, jaką serwują w miseczkach. -Masakra- powiedział pan schroniskowy podając cukier- brzydka pogoda, która przychodzi z Hiszpanii… Masakra- pomyślałam wrzucając wszystkie kostki (chociaż nie słodzę). Skoro w Hiszpanii też pada, nie ma ucieczki.

Bure chmury rwały się na grzbiecie Vignemale, ale były zbyt grube, zbyt szybkie żeby się tam długo zatrzymać. Drobny, bezlitosny deszczyk przyszedł o świcie, zaraz po tym jak zwinęłam namiot. Nie było na co czekać, więc poszłam. Odejście na Col de Arraille zbacza od znanego mi szlaku do Baysellance bardzo wysoko, niemal pod samą przełęczą. Na górze było trochę skał, ale aż do samego dołu nic trudnego- niepotrzebnie baliśmy się tego przejścia zimą. Przy śniegu trzeba by oczywiście iść inaczej, ale nie było tam ani trudniej ani bardziej niebezpiecznie niż na innych okolicznych przełęczach, choćby Mulletes.

Widoków też tym razem nie było. Tylko mgła. Do schroniska Estom dotarłam mokra, licząc że się tam wysuszę, ogrzeję, ale tylko sobie posiedziałam. Zamówiłam zupę, dostałam kubeczek wrzątku (to miłe, bo nigdzie poza Polską nie ma takiego zwyczaju, dziewczyna nie chciała żebym sama gotowała). W związku z tym, że nie było zimno, nie napalono i rzeczy schły tylko grzane kubeczkiem, więc siedziałam i suszyłam je jak umiałam. Zagadałyśmy się przy tym o zimie. Moja rozmówczyni była górskim przewodnikiem, poza letnim sezonem prowadzała grupy w rakietach. Dowiedziałam się od niej o kilku przejściach. Początkowo miała żal do zimowych łazików. Ktoś włamał się do schroniska niszcząc drzwi. Estom jest prywatne, niezobowiązane do trzymania sali zimowej. Próbowałam tego kogoś tłumaczyć (może myślał, że walczy o życie?), chociaż tak naprawdę trudno w to było uwierzyć. Tak czy siak schronisko rozwiązało problem szykując na taką okoliczność starą cabanę- nie jest najlepsza, dach ma trochę dziur, ale nie chcę żeby mi się tu kręcili, wszystko roznieśli… Nie wiedziałam co na to powiedzieć. Miała rację mówiąc, że za ewentualne szkody w klubowych schroniskach płacą kluby, a tu wszystko spadłoby na nią. Z drugiej strony nie wierzyłam żeby ludzie wychodzili w góry zimą niszczyć. Do Estom nie jest aż tak blisko, gdyby w okolicy roiło się od wandali padłoby też niedalekie schronisko Russell- samoobsługowe przez cały rok.

Poszłam tam po południu. Deszcz osłabł. W dolinie utknęła chmura, ale czym wyżej tym było jaśniej. Tym piękniej. Ciekawie było porównywać drogę z zimowym wejściem. Niemal się wtedy nie poddaliśmy. Na wietrznej hali, która okazała się skalnym rumowiskiem, nie zauważyliśmy skrętu do lasu i chyba z godzinę szukaliśmy ścieżki w innych miejscach. Pamiętam jak się ucieszyliśmy widząc czerwone okiennice Russell… Jak tam było przytulnie i ciepło, zwłaszcza w porównaniu ze śniegową dziurą, która z braku namiotu mogłaby być naszym jedynym schronieniem…

Teraz okiennice pokazały się trochę później. Las był gęsty, liście dopiero żółkły. Już od jakiegoś czasu wiedziałam, że nie będę sama. W błocie odcisnęły się dwa męskie ślady. Kiedy przyszłam schronisko było obwieszone suszącymi się ubraniami, a panowie kończyli rąbać drewno.

Wieczorem, już prawie po ciemku przeszli jeszcze dwaj Francuzi wybierający się na Pic Ardidien.