Pireneje Zachodnie marzec 2011, cz5

8 marca

Parking powyżej LhersPodejście z Lescun zajęło nam bardzo dużo czasu. Najpierw fragment Gr10 wspinający się na niskie wzgórze stromym zaśnieżonym lasem, aż do Platou Lhers. Potem kilka kilometrów przysypaną śniegiem betonową drogą, na koniec stromy trawers na Col de Saoubathou.  1100 metrów podejścia.

Tauble de Souperrat

Kiedy dotarliśmy  do połączenia drogi z biegnącym granią HRP, zachmurzyło się i zaczął padać śnieg. Z trudem znaleźliśmy właściwą przełęcz. Liczne wcześniej ślady nart i rakiet zanikły.  Zostaliśmy „sami”. Na grani tkwił zakopany niemal po trzonek, samotny drogowskaz wskazujący na col de Souperrat. Żadnych innych znaków. Próbowaliśmy przejść trawersem porośnięte nawisami, bardzo strome zbocze Pico Royo, ale poddaliśmy się. Byłam zmęczona, zacinało śniegiem, robiło się coraz później. Przy słabej widoczności dotarcie do położonej jakąś godzinę dalej, być może całkiem przysypanej cabany  Lapassia, a nawet do jakiejkolwiek innej w tej dolinie  wydawało się całkiem niemożliwe. Na przełęczach siedziały duże nawisy. Śnieg był luźny, nawet w rakietach zapadaliśmy się głęboko.

Francuska strona wyglądała zupełnie inaczej niż południowe hiszpańskie zbocza. Połaziliśmy trochę po nawianym stoku, zmienionym nie do poznania w porównaniu z latem . Znałam ten szlak, ale z trudem udawało mi się rozpoznać  tylko niektóre szczegóły. Niebo na północy zrobiło się seledynowo- zielone. Jak czasem w Polsce, kiedy nocą zapowiada się wielki mróz.

Podejście na Col de Saoubathou

-Rozbijmy namiot zaproponował Jose- niepoprawny optymista (mieliśmy leciutki, letni namiot, niemal nic).

-Nie chcę -uparłam się. -Zwariowałeś! Jesteśmy wysoko, na samej grani. Zasypie nas i zamarzniemy. Wracamy – uprałam się walcząc z okropnym przekonaniem, że straszliwie stchórzyłam.  Nie wiem czemu tak bardzo chciałam zejść. Było po 6, godzina do zmroku. Wokół nas tylko ponure nawisy.  Zimno, trochę chmur, padał lekki śnieg. Zbiegliśmy do położonej 500 metrów niżej cabany de Callau. Do drzwi dotarliśmy już w zupełnej ciemności. Zbiegając  niełatwym wcale, pełnym stromych trawersów szlakiem (podejście zajęło nam przecież prawie trzy godziny) obiłam sobie okropnie stopy, moim jedynym marzeniem było ściągnąć buty. Wrzuciłam śpiwór na stryszek, byłam tak zmęczona, że całkiem odechciało mi się jeść. Jose krzątał się gdzieś na dole, rozpalał ogień, coś jadł. Zasnęłam niemal natychmiast i obudziłam po mniej więcej godzinie. Nad nami przewalał się huraganowy wiatr. Wichura wyła i wydawało się, że dach zaraz odleci.

-Co się stało?- spytałam

– huragan.  Zerwał się przed chwilą. Nagle. To może być taki legendarny wiatr, który przenosi śnieg z jednego miejsca w drugie. Po hiszpańsku Torb.  Zdarzały się wypadki w których zginęły całe grupy ludzi. Zasypywało ich w wąskich dolinach.  Czasem się zdarza zimą. Zrywa  się niespodziewanie kiedy jest inwersja termiczna…

-Tak nagle? -zdziwiłam się -bardzo wieje?. Byłeś na zewnątrz?

-Nie najgorzej. Można ustać -powiedział. -Zobaczymy rano.  Dobrze, że nie śpimy w namiocie na grani.

Z tym łatwo mi się było zgodzić.  Dobrze mi było w ciepłym śpiworze, pod bezpiecznym, chociaż wyjącym dachem. Nie chciało mi się już zwlekać ze stryszku. Pamiętam tylko, że była chwila, w której wiatr niespodziewanie, w jednej chwili,  zamilkł.  Jakby ktoś wyłączył dźwięk. Przez kilka minut panowała zaskakująca cisza, a potem wycie wróciło z niezmienioną siłą.

– Słyszałeś to?- Spytałam niepewna czy mi się to wszystko nie śniło.

-Tak, dziwne bardzo, jakbyśmy byli w oku cyklonu.

9 marca

Rano widoczny z góry las był cały ośnieżony, chociaż kiedy podchodziliśmy drzewa były gołe. Zaspy na grani wyglądały tak samo jak przedtem. Col de Saoubathou w jaskrawych promieniach słońca nie podobała mi się ani trochę bardziej niż wieczorem.

widok z Col de SaoubathouStrome zbocze,  pełne zasypanych śniegiem żlebów, żadnego śladu, żadnych pomysłów gdzie iść. Nisko w dolinie snuły się dymy spalanych przez francuskich farmerów traw. Góry w oddali wydawały się brudne. Przykurzone, zbrązowiałe szczyty zwieńczone skalistym wierzchołkiem Pic du Midi d’Ossau.

Kiedy podchodziliśmy  latał nad nami helikopter. Wyglądało to jakby szukali kogoś na drodze, z której zrezygnowaliśmy poprzedniego dnia.

-Nie idźmy tam zaproponowałam.  -Przez kilka dni śniły mi się koszmary, połamane, powykrzywiane nogi,  kalecy ludzie, wózki inwalidzkie… – To paskudne, północne zbocze.  Lawiniaste, jest dużo śniegu… z kiepskim widokiem… Chodźmy do Hiszpanii.

Pico Royo, z platou poniżej grani, na wprost przełecz na którą weszliśmy na lewo col de Saoubathou

-Nie dojdziemy do Lizary na czas i zaczną nas szukać -zaprotestował Jose Antonio.

– Już i tak nie dojdziemy na czas. Mieliśmy wrócić za tydzień. To jutro. Bez szans. Zadzwońmy do nich -powiedziałam wyciągając telefon.  -Przedwczoraj na grani była sieć, może teraz też jest?

-Nie ma -powiedział pokazując mi swój aparat. A jednak mój telefon coś  złapał.

-Dzwoń -wręczyłam mu słuchawkę.

Lizara nie odbierała, dodzwoniliśmy się tylko do Teresy, prosząc, żeby ich powiadomiła. Po chwili sieć znikła. Wdrapaliśmy się na grań poniżej Pico Royo. Na mapie był  biegnący granią szlak w kierunku  col d’Arlet skąd można by zejść do schroniska Arlet.  Jose nigdy tam nie był i bardzo mu zależało, żeby to przejść.

Pico Royo

-Spróbujmy- zgodziłam się, grań powinna być bezpieczna.  Jednak zrobiliśmy błąd podchodząc na poprzedzającą Pico Royo przełączkę. Trzeba było wejść po żebrze grani bezpośrednio na szczyt. Ścieżka trawersowała wierzchołek  po północnej stronie, w miejscu gdzie teraz tkwił nawis. Śnieg rozmiękł w słońcu.  Nie zdecydowaliśmy się.  Zresztą ostra, obklejona „skapującymi” nawisami, stroma grań przed nami też nie wyglądała  łatwo.

Nie spodobało nam się też, zaznaczone na mapie zejście z przełączy do doliny Aragon Subordan.  Wydawało się straszliwie strome. Gładkie nadtopione i zlodzone  śnieżne pole, nachylone ponad 45 stopni, być może tylko na początku… nie widzieliśmy co jest dalej, ale nie wyglądało to zachęcająco. Zresztą mieliśmy czas. Poszliśmy granią do trasy HRP  i potem niewidocznym zimą szlakiem aż do Pena la Riste. Piękna, łatwa trasa. Jak Czerwone Wierchy. Tylko dwa miejsca były trudne. Pierwsza skalista przełączka, gdzie rude skały rozgrzane słońcem nadtopiły zalegający na nich śnieg. Nie dało się iść tylko po skałach. Przejście po takim niepewnym odklejonym, rozmiękłym już śniegu nad stromizną nie było fajne.  Następne skaliste przełączki na szczęście były już znacznie szersze. Nieprzyjemne było też ostanie podejście przed samym szczytem Pena la Riste, jak na mój gust bardzo, bardzo strome (około 5o stopni, być może trzeba było wejść granią jak na mapie, ale tam siedział mięknący już nawis).  HRP omija ten wierzchołek, my weszliśmy, inaczej nie dostalibyśmy się do zejścia. Śnieg zlodowaciał i raki całkiem dobrze trzymały. Zeszliśmy grzbietem, który doprowadził nas do zgubionego kilka dni wcześniej znakowanego szlaku na col de Pau. Zabawnie było iść śladem kozic. Bezbłędnie unikały pęknięć na brzegu odklejających się już  nawisów.

Dalej,  malownicza, dobrze oznakowana  ścieżka sprowadzała stromym zboczem z widokiem na Castello d’Archer, aż do znanej nam już Guarrinzy.  Tym razem w rozbitej chałupie poczuliśmy się  całkiem jak w domu.

widok ze znakowanej ścieżki na Col de Pau w kierunku doliny EchoByło ciemno, za nami jak co dzień niemal 12 godzin marszu. Ewidentna wada zimy w porównaniu z latem, zimą niemal wcale się nie odpoczywa. Śnieg, zimno, nie ma gdzie usiąść… Byłam skonana. Potrzebny mi jeden luźniejszy dzień wymamrotałam zasznurowując kaptur w śpiworze tak, żeby została mi tylko szczelinka potrzebna do oddychania.

Share

Pireneje Zachodnie marzec 2011, cz 4

7 marca

Wieczorem, kiedy łaziliśmy po dolinie szukając noclegu, w ciemności na zboczach wśród płatów topniejącego śniegu, majaczyły jakieś małe, żółte kwiatki. Dopiero rano udało mi się je dokładnie obejrzeć. Malutkie, żółte narcyzy.  Pojawiały się natychmiast we wszystkich miejscach gdzie zniknął śnieg.  Zmrożone nocą, ożywały wraz z pierwszym dotknięciem słońca.  Cieszyły bardzo po kilku dniach spędzonych wśród śniegu.

narcyzy w Guarinza

Nie mieliśmy szczegółowych planów, z doliny wychodziły dwa szlaki nad Ibon d’Archeritto i na Col de Pau. Nie mogliśmy się zdecydować i w końcu poszliśmy  w kierunku Ibon d’Archeritto, ale zagapiliśmy się i minęliśmy ścieżkę (HRP) nad jezioro, odchodzącą  trawersem w bok. Być może dobrze, zbocze pełne zaśnieżonych żlebów nie podobało mi się, a kiedy klika dni później widzieliśmy je z góry, ścieżkę przekraczało spore lawinisko.

Wiedziałam, że idziemy źle, ale było mi wszystko jedno. Ścieżka była ładna, a Jose Antonio szedł daleko z przodu i nie usłyszał mojego wołania.  Weszliśmy w piękny, płytki żleb prowadzący do rozległej ośnieżonej dolinki. Jeszcze w żlebie dogonił nas samotny narciarz. Wysoki chudy, starszy już facet. Jak się okazało po chwili, strażak z Pampeluny. Odradził nam próbę dotarcia do Archeritto przez Col de la Ralla. Jose porozmawiał z nim chwilę po hiszpańsku.  Zdjęłam okulary próbując  znów przejść na angielski. Strażak popatrzył na mnie krótko i zamarł. Zapytał czy mówię po hiszpańsku, a kiedy zaprzeczyłam zupełnie mnie zignorował.

Nie zwracając na mnie więcej uwagi  wrócił do przerwanej hiszpańskojęzycznej rozmowy. Przez chwilę poczułam się naprawdę głupio. Wręcz obrażona.  Nie rozmawiali ze mną jakbym wcale nie istniała. Zgłupiałam do reszty kiedy rozbawiony Jose, już po odejściu strażaka przetłumaczył mi ich rozmowę.

-Strażak powiedział, że jesteś piękna.

Zatkało mnie -i co mu odpowiedziałeś? – powiedziałam myśląc o tym że Hiszpanie są dziwni. Tak błahy powód jak niebieskie oczy wystarcza do całkowitego wykluczenia. Ciekawe jak by potraktowali blondynkę…Ohyda.

-Poprosiłem, żeby jak zejdzie zadzwonił do mojej żony- powiedział Jose z rozbawieniem.

-I co?

-Zgłupiał do reszty. W Hiszpanii przyjaźń damsko męska  nie istnieje- powiedział wciąż jeszcze się  śmiejąc.

-ale zadzwoni do Teresy? -Upewniłam się.

– Mam nadzieję, dałem mu numer.

-Super, ucieszyłam się, od wyjścia z Lizary nie mieliśmy sieci, a Teresa lubi się niepokoić.

Pico de la Ralla i col de Ralla

Po wyjściu na Foyas de Santa Maria zdecydowaliśmy posłuchać rady strażaka i wejść na Col de Pau.  Stamtąd powinno nam się udać przejście HRP w kierunku Refugio Arlet. Było jeszcze wcześnie i przy odrobinie szczęścia powinniśmy byli zdążyć przed nocą. A w każdym razie tak nam się wydawało.

Wątpliwości rozwiały się na przełęczy. Trasa HRP trawersowała zaśnieżone, północne, bardzo strome zbocze, przecinając duże śnieżne pole.  Zacieniona ściana, kupa luźnego śniegu. Bez szans.

Północna ściana Punta la Rincon, widok z col de Pau

Usiadłam na grani i włączyłam telefon. Pojawiła się francuska sieć. Zadzwoniłam do domu, mój mąż nie denerwuje się za bardzo, ale miło było móc sobie z nim pogadać.

-Zadzwoń do Eweliny, powiedział Bogdan. Natychmiast, coś tam się dzieje z butikiem w Paryżu, musisz z nią ustalić co dalej.

Zadzwoniłam, ale Eveline (moja paryska agentka) nie odpowiadała.

-co robimy? -zaczął się niepokoić  Jose. -Nie da rady iść tak jak szlak.

Popatrzyliśmy raz jeszcze, naprawdę się nie dało. Niżej na wyższym piętrze doliny biegł ślad nart, prowadząc na przełączkę na zboczu Punta d’Rincon. Powinien się tam spotkać z HRP.

-Może zejdźmy do tego śladu i obejdźmy dołem?

– Może..- zgodziłam się bez przekonania- a może lepiej wrócić i obejść hiszpańską stroną? -spytałam na wszelki wypadek.

-nie bardzo chce mi się wracać

-ok, no to w dół.

Spróbowałam zadzwonić raz jeszcze, sieć pewnie pojawiała się tylko na grani, ale Eveline  nie odbierała. Zejście wydawało  się bardzo strome. Wyciągnęłam z plecaka francuski opis zimowego wejścia, który dostałam przed wyjazdem od kolegi.  Zejście było wyżej. Z grani kilkadziesiąt metrów ponad przełęczą.

– Pójdę pierwsza –powiedziałam

-Ja wkładam raki powiedział Jose siadając.

Moje rakiety trzymały dość dobrze na niezbyt stromym zejściu. Zeszłam kilkadziesiąt metrów dość szerokim balkonem, opadającym stromo niemal równolegle do grani. Na wysokości siodła przełęczy zaczął się lód. Rakieta obsunęła się niebezpiecznie. Wróciłam kilka kroków do dużego kamienia i też założyłam raki. Zejście zrobiło się bardzo strome i zlodzone niemal na kość.

Jose minął mnie i zaczął ostrożnie schodzić trawersem wzdłuż skały. Poniżej nas zbocze opadało ostro i nie mogłam sobie przypomnieć czy była tam tylko lodowa ścianka czy skały.

Wbijałam mocno czekan starając się nie myśleć co jest poniżej.  W tym momencie zadzwoniła Eveline.

-Nie mogę teraz rozmawiać, próbowałam się tłumaczyć.

-Jak to nie możesz?- Eveline nie chodzi po górach i próba przekonania jej, że wiszę na słabo wbitym czekanie, na zalodzonej stromiźnie zupełnie do niej nie docierała.

-To może oddzwoń za godzinę?

-Nie mogę, niżej nie będzie sieci.

-To wróć do Paryża, -Eveline za nic nie dawała się przekonać.

– Nie możemy tu stać- przerwał mi rozsądnie Jose Antonio.

– Eveline …Odezwę się jak tylko będę mogła.

-No wiesz co, oburzyła się ja tyle razy przerywałam dla ciebie swoje wakacje- Wierzyłam jej, przyjaźnimy się, pracujemy razem od lat, to była ważna sprawa…

-Eveline muszę kończyć- wiedziałam, że mnie nie zrozumie- oddzwonię wieczorem…

widok z górnego balkonu poniżej col de Pau

Zeszliśmy do Lescun.  Nie mogłam  tak tego zostawić, a poza tym zrobiło się zbyt późno, żeby próbować podchodzić na przełączkę. Nie wiedzieliśmy co jest po drugiej stronie, pewnie to samo, albo coś bardzo podobnego.  Nie wiedzieliśmy, że niedaleko, na progu zaraz za granią była niezaznaczona na mapie cabana. Być może otwarta. Nigdy tego nie sprawdziliśmy.  Widzieliśmy ją tylko z daleka.

Zeszliśmy śladem który widzieliśmy z przełęczy. Po drodze minęliśmy piękną , czystą i zadbaną cabanę  (de Bonaris). Było koło czwartej. Zjedliśmy, nie jedliśmy przez cały dzień i do wieczora dowlekliśmy się jakoś do nisko położonego parkingu. Po drodze na bardzo stromej ścieżce z cabany na niższe piętro doliny pod Jose załamał się nadtopiony po południu śnieżny most nad małym,  niewidocznym  pod śniegiem  strumieniem.  J.A. wpadł  cały w ponad metrową dziurę, ale jedna noga, uwięziona w rakiecie została na zewnątrz. Wykręcone kolano nie spuchło, ale bolało go jeszcze bardzo długo.  Rakiety są paskudne w takich sytuacjach. Nie wypinają się jak narty. Blokują nogę w jakiejś przypadkowej, niewygodnej pozycji  i pewnie najważniejsze, co trzeba by zrobić upadając, to uwolnić ze śniegu obie nogi. To trudne bo człowiek automatycznie stara się na nich utrzymać jak najdłużej.

LescunKilka kilometrów przed Lescun, już na asfaltowej drodze podwiózł nas jakiś myśliwy. Spaliśmy w znanej mi z poprzednich pobytów gite Maison de la Montagne (16 Euro od osoby, jest super). Skorzystałam ze stacjonarnego telefonu i pozałatwiałam firmowe sprawy. Sieci telefonicznej nie było.

Plusem tego niespodziewanego kontaktu z cywilizacją (poza prysznicem oczywiście) były zakupy. Sklep był otwarty i kupiliśmy dużo dobrego jedzenia.

Share