Pöyrisjärven erämaa cz7- Näkkälä

Nasi współspacze nie czuli się zobowiązani być cicho, pewnie w rewanżu za nocne hałasy. Słyszałam jak wstaje Wielka Stopa. Jak opowiada coś po fińsku parze z psem. Byłam strasznie ciekawa jak wygląda, nocą rzuciłam tylko okiem na pryczę gdzie spał. Zasypaną mnóstwem gadżetów. Liofile, bezlusterkowiec, szczelne woreczki. Duży statyw. Ciężkie spodnie ze skórzanym paskiem, które musiałam przełożyć żeby zrobić sobie miejsce na pryczy. Kalosze na wibramie. Rano spojrzałam tylko jednym okiem. Wysoki, chudy starszy pan, w grubych okularach. Został po nim długi wpis po fińsku podpisany imieniem i nazwiskiem, tak niewyraźnie, że nie odczytałam liter. Kiedy się znów obudziłam byliśmy sami. Nieśpiesznie poprzewieszaliśmy mokre rzeczy. Kiedy panowie się zbierali poszłam sfotografować jezioro. W spokojnej wodzie rysował się zarys podwodnej grobli- wygięte na wschód długie i wąskie „U”. Tak oddalone od brzegu, że za nic byśmy na to nie wpadli.

Kiedy jedliśmy wróciła para z psem. Opowiedzieliśmy o wczorajszych tarapatach i nagle zrobili się dla nas mili. Naładowałam sobie telefon ich kabelkiem. Zostawali w chatce na kolejną noc. Powiedzieli, że przyszli z Nakkala, że droga prosta i tylko dwa brody, jeden do pół uda. Rzeczywiście nie było tam nic trudnego. Tylko raz musieliśmy wejść do rzeki, płytkiej. Nie nalało mi się nawet do kaloszy. Po suchej nocy woda opadła. Być może gdyby nie deszcze nie trafialibyśmy w tak głębokie miejsca i wszystko wyglądałoby mniej dramatycznie. Być może gdybyśmy więcej wiedzieli czy mieli papierową mapę odkrylibyśmy przesmyk ze skrótem. Zajrzałam potem na mapsme.  Pomiędzy dwoma pierwszymi jeziorami, które obeszliśmy po odwrocie z ostatniego przesmyka była ścieżka, od domku, do którego nie zboczyliśmy. Wracaliśmy do tego czasem idąc, ale bez goryczy. Gorzej czy lepiej… nieważne. Przeszliśmy i byliśmy z siebie zadowoleni.

Droga do Nakkala to piaszczysty trakt. Uczęszczany, dobrze ubity, z biegiem czasu jak teren opadał coraz bardziej leśny. Szliśmy szybko wśród zielonych brzózek w pełnym słońcu. Wzdłuż góry. Co jakiś czas mijaliśmy bagno- jedyne urozmaicenie. Po południu na niebie pojawiło się halo. Wielkie, jak to, które widziałyśmy w Lemmenjoki (46 stopni). Żal mi było już schodzić za to Roman z Aldkiem pędzili. Zaczekali raz czy dwa razy, żeby mnie poczęstować herbatą. Ja z kolei coraz bardziej zwalniałam. Nie wiem czemu. Ostatni raz zastałam ich na poboczu asfaltowej drogi, już we wsi. Pili piwo! -Skąd macie?- spytałam zdziwiona. -A dał nam taki jeden Sam, jechał skuterem i rzucił… Hmm. Byłam głodna i też mi się chciało pić. Radośnie zatrzymaliśmy się pod mostem i ugotowaliśmy ostatni obiad. Zabawnie było patrzeć na rzekę, której nie musieliśmy przechodzić w bród, a mimo to łapaliśmy się na studiowaniu nurtu i wyszukiwaniu płytszych miejsc. Mostem przejeżdżały co jakiś czas kłady ciągnąc zdenerwowane renifery. Miałam nadzieję, że nie były prowadzone na rzeź.

Piwo, most i asfalt na szosie zabiły w moich kompanach ducha wędrówki. Postanowili sprawdzić dojazd. Zapytany o taksówkę miejscowy zażądał 200 euro. Grzecznie podziękowaliśmy. I policzyliśmy kilometry… 100!-Może wziąłbym twoje ciężkie rzeczy i poszłabyś, a my pojechalibyśmy stopem po samochód?-rzucił dyplomatycznie Aldek widząc, że ciągnie mnie dalej w las. Ucieszyłam się. Do Hetta zostało 26 km, byłam pewna, że zdążę. Jeśli nie wieczorem to rano.  Tymczasem ruszyliśmy szukać miejsca na biwak. Znaleźliśmy je na zalesionej górce, daleko od wody, za to blisko chmar świeżo wyklutych komarów. Dopiero teraz porównaliśmy obtarcia na stopach. Kalosze dokuczyły każdemu, ale nie było w tym żadnej logiki. Ja miałam czerwony tył łydek, Aldek obtarte kostki, a Roman (bezsprzeczny zwycięzca) obdarł skórę wokół całych nóg. Ciekawi byliśmy jak ma się Wielka Stopa, jego kalosze wyglądały profesjonalnie. Gruba podeszwa, guma (my mieliśmy piankowe), cholewka sznurowana u góry. Nie widziałam takich butów wcześniej, ale wiem, że Finowie w nich chodzą. Górskie buty też nas nie rozpieściły. Twarda droga zmęczyła stopy. Niepotrzebnie tak szybko szliśmy.

Ponieważ podejrzewałam jeszcze jeden biwak oddałam Aldkowi tylko zużyte baterie, „piżamę”, pustą butlę po gazie- i wzięłam pełną. Roman dorzucił mi jeszcze paczkę oscypków. To nie był jedyny smakołyk, jaki miał. Jedliśmy czekoladę… Nie miałam pojęcia skąd to wyciąga, mi zostały już same nędzne resztki.

Tej nocy doskonale się wyspaliśmy. Na miękkim chrobotku reniferowym, w bezkresie świeżego powietrza i w spokoju, który przerywało tylko bezsilne bzyczenie. Jak dobrze, że mieliśmy moskitiery!

Share

Pöyrisjärven erämaa cz6-Pöyrisjärvi

Spaliśmy długo. W międzyczasie pogoda się poprawiła. Nadal było przejmująco zimno, ale znikł śnieg i wiało też jakby trochę mniej. Nasi gospodarze już nie spali kiedy zajrzeliśmy. Ubłocone buty nadal wisiały nad piecem- suche. Zamieniliśmy jeszcze kilka słów, Roman poprosił o dorysowanie trasy na naszej „mapie”. Ja też wysłuchałam wszystkiego jeszcze raz starając się zapamiętać. Byliśmy bardzo wdzięczni. Gdyby nie ta rozmowa próbowalibyśmy obejść Pöyrisjärvi od północy, tak jak zrobiła to kiedyś Agnieszka. Teraz pojawiła się nadzieja na skrót od południa. Pozostała możliwość wycofu, drogi rozwidlały się nieco później. Za drugą rzeką.

Ubieraliśmy się już kiedy Roman wrócił z paczką oscypków. Były ładne, ładnie zapakowane, z polskich gór. Spodobały się. Mężczyzna, który już wcześniej był dla nas bardzo miły powiedział, że nas przewiezie przez bród. Ucieszyliśmy się. Jeszcze nigdy nie jechałam kładem. Przy wsiadaniu zaplątałam się w swoje sukienki. Pojechałam oczywiście pierwsza, panowie doszli do rzeki i dali się przewieźć pojedynczo. Fajnie, szybko i co najważniejsze sucho! Czekając na nich jeszcze raz odsłuchałam instrukcji. -Pierwsze odejście w prawo jest ślepe- prowadzi na łysą górę. Drugie, za drugą rzeką biegnie na północ jeziora. Wasza droga prowadzi na wprost. Wymieniliśmy uściski. To było bardzo miłe spotkanie.

Byliśmy zrelaksowani, spokojni. Roman jak zwykle popędził pierwszy. Szliśmy przez tundrę. Mokrą, pociętą siateczką rzek. Drogą, na której (o dziwo) znaleźliśmy świeży ślad stóp. Ktoś musiał nas minąć nocą! Nazwaliśmy go Wielką Stopą. Zasłużył na to. Pierwsza rzeczka nie sprawiła nam problemów, spodnie trzeba było oczywiście zdjąć. Kolejna płynęła wąwozem. Rozebraliśmy się, wdzialiśmy kalosze. Spróbowaliśmy z Aldkiem za ręce na skraju cofki. Szybko zrobiło się zbyt głęboko i wróciliśmy. Roman wszedł w bystrze, doszedł do połowy nurtu i zawracając, bo też nie udało się przejść zachwiał się i niemal nie upadł. Nie mam pojęcia jak mu się udało utrzymać. Nie zamoczył nawet plecaka, ale paskudnie obdarł sobie skórę z nogi. Nie zorientował się nawet od razu. Było tak zimno, że nie bolało. Bez słowa założył spodnie i poszedł szukać brodu wyżej. My też ruszyliśmy, skarpą ponad ciągiem bagien. Nie liczyłam, że cokolwiek się zmieni w parowie, może za kolejnym dopływem, który okazał się nieistotny- był z bagna. Skręciliśmy za nim w piachy i odnaleźliśmy naszą rzekę. Nie osłabła, ale za sporym, bardzo głębokim jeziorkiem usłyszeliśmy bystrze. Małe białe falki sugerowały, że jest tam płytko. Panowie przeszli jeszcze kawał w górę i wrócili. Nie było lepszych miejsc. Przeszłam z Aldkiem za rękę. Nurt był silny, dno niewidoczne, oślizłe, bardzo nierówne. Roman, jak zwykle ambitny poszedł sam. Trochę go przytrzymało, wystraszyliśmy się, ale nic się nie stało. Na skróty wróciliśmy do naszej drogi. Ślady Wielkiej Stopy prowadziły (jak gdyby nigdy nic) od feralnego brodu. To był gość!

Długo szliśmy płaskowyżem. Sięgał aż po horyzont, suchy, czasem wręcz wydmowy krajobraz nakryty deszczowym niebem. Padało daleko od nas. Nic groźnego. Też nic nadzwyczajnego, pojedyncze sosenki, kilka brzózek rozrzuconych co kilka kilometrów. Monotonia, która powinna być nudna, a była piękna. W jakiś nienazywalny sposób wydawała się ważniejsza od nas. Odwieczna. Na rozstaju z drogą na północ Aldek przystanął, popatrzył w tył. Byłam daleko. -Nie reagowałaś to poszliśmy na południe, tym trudniejszym- powiedział potem. Płaskowyż skończył się uskokiem. Zobaczyliśmy ogromne jezioro i wielką wijącą się rzekę. Pöyrisjoki.

Pół godziny później brnęliśmy w bagnie powtarzając z niedowierzaniem instrukcję hodowcy reniferów. -Rzeka jest za głęboka, nie przejdziecie jej. Idźcie jeziorem po łuku, pod wodą jest grobla. Nie powinno sięgnąć wyżej niż do pół uda… Brzmiało o wiele lepiej dopóki nie zobaczyliśmy jak wygląda.

Kluczyliśmy, wracaliśmy, trudno nam było uwierzyć, że to tu. Z brzegu wyrastała podmokła mierzeja. Dojście tam niemal zalewało kalosze. Szczecina traw wschodzących w rudym bagnie, czasem stabilnym czasem wsysającym kalosz. Kiedyś musiał przejechać tamtędy kład. To nam pomogło. Rozebraliśmy się na końcu mierzei. Jezioro falowało, nie widzieliśmy dna. Tym razem szliśmy wszyscy za ręce. Ja i Roman po bokach, każdy z kijem. Przez kwadrans posuwaliśmy się ostrożnie do przodu macając po bokach gdzie się pogłębia. Odsuwaliśmy się w prawo lub w lewo, kluczyliśmy. Woda sięgnęła do majtek, zalała dna plecaków. I kiedy już myślałam, że się nie uda dno zaczęło się lekko podnosić. Na plaży widziałam zeszłoroczny ślad po ognisku. Byliśmy skostniali z zimna.

Wielka Stopa też oczywiście przeszedł. Ruszyliśmy jego śladem po brzegu. Plaża zwęziła się. Po lewej pojawiło się soczyste bagno. Przez godzinę posuwaliśmy się jego skrajem. Wąziutką linią lądu nadszarpaną przez wzburzone jezioro, nasiąkłą. Niewiarygodną, bo bagno było wyżej od jeziora i nie wiedzieć czemu nie wyciekało. Nie osuszało się.

Dalej wyszliśmy na suchą plażę. Pełno tam było porzuconych puszek. Już wcześniej zaczęliśmy je zbierać. Wypełniliśmy kieszenie mojego plecaka, kieszenie Aldka. Początkowo znajdywaliśmy popłaszczone, jakby ktoś je wywoził i zgubił, teraz były nietknięte, niepogięte. Aldek wkładał je do kalosza licząc, że już nie będzie potrzebny. Na górce po drugiej stronie jeziora widzieliśmy chatkę. Była naprawdę blisko. Sucha plaża, dalej wyraźna ścieżka. Za nią przesmyk… Kilkadziesiąt metrów przez wodę. -Nie wejdę- powiedziałam odruchowo. Nikt nie protestował. Teraz zrozumieliśmy drugi rysunek z mapki- kolejny łuk po jeziorze.- Jest obejście? -Tak, ale to z 10 kilometrów… Wypakowaliśmy puszki z kalosza. Weszliśmy w bagno. Nad jeziorem stały jakieś domki. Łączyła je droga. Nie pomyśleliśmy żeby z niej zejść.

W pustej wsi widocznej na drugim brzegu jeziora stanęliśmy i ugotowaliśmy obiad. Słońce pięknie się wynurzyło zza chmur. Była północ. O wpół do drugiej trafiliśmy na dróżkę prowadzącą do naszej chatki. Kwadrans po drugiej zobaczyliśmy chatkę. I zrozumieliśmy trzeci łuk po jeziorze na mapce. -Nie ściągam!- powiedziałam do Romana- ja też nie! Po raz ostatni wzięliśmy się za ręce i przeszliśmy przez rzekę tak jak staliśmy, w spodniach. Chyba nie trafiliśmy w podwodną groblę. Woda znów zalała nam tyłki i zmoczyła dna plecaka. Biegiem ruszyliśmy do chatki. Byliśmy skostniali, liczyliśmy, że Wielka Stopa napalił w piecu. Dopadliśmy drzwi, wylaliśmy wodę z kaloszy. W sypialni były trzy osoby. Obudzony znienacka pies zawarczał widząc trzy narastające przy naszych nogach kałuże- Jak można! Co za straszny wstyd!

Share