Zimowa Finlandia cz 6

W schronie było jeszcze całkiem ciemno, przez drzwi-  jednocześnie nasze jedyne okno sączyła się poświata przedświtu. Mogło być trochę po czwartej. Łomot w szybkę wydawał się tak abstrakcyjny, że długo nawet się nie ruszyłam. -Jose- powiedziałam cicho- Jose, ktoś puka. Sama ani drgnęłam. Jedyne co miałam na swoje usprawiedliwienie to, że Jose spał bliżej drzwi. Nie obudził się od razu, ale w końcu wstał. Walenie nie ustawało ani na chwilkę, była w nim irytacja, złość. Nie to, że spodziewaliśmy się bandytów, ale tak brutalna pobudka trochę nas wystraszyła.

Naszym gościem okazał się młody Fin, który przeszedł tę sama trasę co my (dwukrotnie, bo w obie strony), nocował niżej, bliżej Nuorgam w namiocie, a tu przyszedł napić się kawy. Nie wiemy czemu nie przenocował tu, może ze względu na przepisy- kota była chatką dzienną, gdzie nocowanie jest dozwolone tylko w szczególnych przypadkach. Może wiedział, że nocą zrobi się w niej bardzo zimno- cieniutkie ściany chroniły mniej niż podwójny namiot. Chłopak wydawał nam się trochę dziwny, z całą pewnością było to  wzajemne uczucie.

Procedura robienia kawy zajęła jakąś godzinę. Piecyk wygasł i wystygł, a my nie nanieśliśmy wieczorem nowego drewna . Nie znaleźliśmy go, więc paliliśmy oszczędnie tym, które zgromadzono w środku.

Zamiast wyjść o 5-tej jak początkowo zamierzaliśmy, wygrzebaliśmy się dopiero o 7-mej. Pogoda była mętna, padał śnieg. Było bardzo ciepło. Szlak skuterowy do Utsjoki był świetnie oznakowany, ale z jakiegoś powodu używany tylko na fragmencie- dojeździe do zasypanego po dach domku gdzie chyba bywali hodowcy reniferów, bo widzieliśmy tam baloty z sianem i stadka zwierząt snujące się po pagórkach. Za zabudowaniami znikły ślady, ale prowadziły nas gęsto poustawiane krzyże- szlakowe znaki. Droga ciągnęła się wzdłuż łysych wzgórz, opadła w dolinę i długo biegła ciągiem stawów, czasem coś omijając przez krzaki. Pogoda poprawiła się dopiero wieczorem, chwilkę przed rozbiciem namiotu. Postawiliśmy go nad wielkim jeziorem, którego nie zdążylibyśmy już przejść przed nocą, i na którym dość mocno wiało. Jakieś 3 godziny dalej znaleźliśmy następnego dnia schron. Trochę oddalony od drogi, ukryty w lasku, na zboczu. Gdybyśmy o nim wiedzieli, może spróbowalibyśmy tam jeszcze dojść nocą, ale chatki nie ma na żadnych mapach. Teraz było oczywiście za wczesne, poszliśmy dalej przez wzgórza i laski licząc na schron zaznaczony na niektórych mapach, ale ten z kolei okazał się zamknięty. W tym miejscu znów pojawiły się ślady skuterów, więc poruszaliśmy się szybciej. Zatrzymaliśmy się jakiś kilometr za rzeką- niezamarzniętą całkiem więc napełniliśmy termosy wodą. Tego dnia była bardzo dziwna pogoda, zmienna, ciepła, przez chwilkę padał nawet marznący deszcz. Nocowaliśmy w brzózkach. Wyszłam przed świtem żeby podgrzać wodę.  Wstawał świt i w czasie kiedy zagotował się litrowy garnek gołe brzózki na moich oczach najpierw porosły cienkim lodem, a potem ubrały się w pierzastą szadź. Nie miałam pojęcia, że ten proces przebiega aż tak szybko.

Zimowa Finlandia cz5

Tsuomasjarvi było ostatnią chatką na znakowanym szlaku. Zaraz za nią narciarski ślad wdrapuje się na wzgórza, dołącza do szlaku skuterowego i znów od niego odbija na koniec jeziora Pulmank- gdzie ma swój oficjalny koniec. My zostaliśmy na skuterowym pakując się przy tym niechcący w stromy zjazd do jeziora. Jose zaliczył tam kilka wywrotek,  ja szczęśliwie zjechałam.  Czekając aż się pozbiera marzłam, więc nawet myślałam czy nie wrócić i nie zjechać z tej pięknej górki jeszcze raz, ale w końcu się nie wyrobiłam. Odpinanie puki troszkę trwało i podeszłam tylko kilkadziesiąt metrów zanim nadjechał. Na jeziorze wiało, padał śnieg. Parę kilometrów dalej rozbiliśmy namiot na dróżce do jakiś letniskowych domków, którą wcześniej przejechał skuter ubijając śnieg. Las wokół był gęsty i stromy, a nocleg na jeziorze jakoś nas wcale nie kusił. Holender spotkany w Tsarajarvi opowiadał, że lód w tym roku rozwarstwiony i cienki- w chatkach były piki do kruszenia przerębli i nasi rozmówcy wykorzystywali je codziennie pobierając prawdziwą wodę. Nie tyle baliśmy się, że coś się pod nami zarwie- utrzymywało przecież pędzące skutery, tylko, że będzie stękać i pracować nocą, nie dając nam spokojnie spać. Poza tym w lesie było cieplej, zaciszniej.

Następnego dnia znów trzeba było się wydostać z jeziora, podejście znów strome, zalodzone i ciężkie pomimo fok. Dalej piękne widoki i znakowany tyczkami skrót do chatki nad Nuorgam. Doszliśmy wcześnie, ale nie schodziliśmy już do wsi. Od walki ze stromiznami, od szarpania z uciekającą z trawersów pulką bardzo bolały mnie plecy, a chatka chociaż cienkościenna (to kota- drewniana budowla przypominająca wielki namiot) wydawała mi się bardzo wygodna. Jose szybko rozpalił piecyk, było cieplutko, liczyłam, że się tam wyśpię na zapas. Nie udało się. Nie wiem czemu nie mogłam spać, pomimo dodatkowych przeciwbólowych tabletek. Może winne było zimno (temperatura nocą spadła poniżej zera), może twarde ławeczki. Leżenie było chyba najtrudniejsze, może poza wstawaniem w namiocie. Dopóki szłam było ok, ale nie dało się przecież iść przez cały czas …

Zasnęłam dopiero nad ranem, a tuż przed  świtem obudził mnie łomot. Ktoś tłukł pięścią w nasze drzwi.